Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

3 część raportu będzie składać się z 2 części, pierwszej - teoretycznej i nadmuchanej i drugiej, bardziej praktycznej. Poniżej przedstawiam pierwszą, która tylko w pewnym sensie jest raportem.. Praktyczna dopiero za kilka dni..

Zastanawiałem się, co umieścić w 3 części raportu. Mógłbym rozwijać dywagacje estetyczne,
ale doszedłem do wniosku, że byłby to rodzaj meta - sztuki dla sztuki (na życzenie mogę to jeszcze kiedyś zrobić, i to dokładnie). Bardzo chętnie jednak w tym temacie popolemizuję..

Zastanawiałem się, czy nie przybliżyć tutaj tzw. „piramidy duchowej” Kandinskiego, która jest dość celną analizą odbioru sztuki w perspektywie społecznej, ale kto zainteresowany, dotrze
i się zapozna (może jest nawet jakiś PDF w sieci).

Mógłbym dalej drążyć typologię odbiorców i nadawców. Ale wydaje się to zbędne.

Wybrałem materię głównie etyczną (wiem, jak to fatalnie brzmi).

Głównym pojęciem estetyki jest piękno (jednak nadal).

Głównym pojęciem epistemologii (a szerzej poznania świata, czy też nauki) jest prawda.

Głównym pojęciem etyki zaś jest dobro.

Zatem piękno, prawda i dobro.
Dlaczego jednak mamy za nimi podążać? Kto nam każe (ewolucja, geny, społeczeństwo, moralność, religia?). Oczywiście, po części też – różnie to bywa. Ale wydaje się, że wartości te bronią się uniwersalnie w tym sensie, że prowadzą do rozwoju – człowieka – kultury – cywilizacji. Znowu - oczywiście można krytykować wartość rozwoju (który to bardzo często ma drugi zły koniec kija i kultura ogólnie psieje, nie ujmując nic pieskom), ale należałby zaproponować coś w zamian. Jeśli jedyną alternatywą ma być samobójstwo, dekadencja czy barbarzyńskie uwstecznienie, to nie jest to super zachęcająca alternatywa. Choć nutka dekadencji nigdy nie zaszkodzi..:)


Przewrotny trochę (nazywany Salvadorem Dalim nauki) filozof i fizyk Paul K. Feyerabend stwierdził kiedyś prosto:
„Celem nauki, jak i wszelkiej poznawczej refleksji nad światem jest rozszerzanie ludzkiej wolności, wspomaganie godnego życia i odkrywanie tajemnic natury”.

Zaś Dobry polski aktor, Zdzisław Maklakiewicz, znany oczywiście głównie jako inż. Mamoń, (zapił się na śmierć), mówił kiedyś tak:
- Wchodzisz na scenę i musisz coś zrobić, żeby ludziom, choć przez chwilę było lepiej. No wejdź..zrób, żeby choć przez chwilę było im lepiej (cytat z pamięci).


W kontekście pisania (tutaj, na forum) i komentowania, myślę, że warto poruszyć temat prawdy, w kontekście też wolności (swobody wypowiedzi, wolności człowieka w ogóle).
Sztuka, mimo pewnych rygorów, jest jednak przede wszystkim domeną wolności.

Co do prawdy, każdy ma jakąś prawdę.

Soren Kierkegaard napisał ładnie: „Chcę znaleźć prawdę, która jest prawdą dla mnie. I do czegóż przydałaby mi się tzw. prawda obiektywna, gdyby dla mnie i mojego życia nie miała głębokiego znaczenia”.

Choć sztuka bywa często przedstawiana jako kłamstwo (fantazja – to jednak nie to samo) – jak to powiedział chyba Picasso: sztuka to kłamstwo, które pomaga uwierzyć (czy też zobaczyć) prawdę.

Prawda jest ważniejsza od estetyki. Choć z drugiej strony Prawda przez duże P ma często blask (a więc walor estetyczny).

Oczywiście, trzeba wystrzegać się prawd banalnych.
Ale tak naprawdę krąg tematów od wieków jest ten sam: miłość, śmierć, samotność.
Sztuka jawi się wtedy, najprościej mówiąc, gdy ktoś dotyka tych odwiecznych spraw w jakiś nowy sposób. Zyskuje to wymiar uniwersalności – gdy indywidualny utwór odbija się w czytelniku.
Można by ten wątek rozwijać, ale jest to przedmiotem wielu analiz przeżycia estetycznego, pomińmy to.
Czasami zresztą czytelnik czuje, że to przed chwilą przeczytał miał, gdzieś, kiedyś – na końcu języka. Ale ktoś inny to za niego wyraził. To jeden z triumfów sztuki. Budzi się wtedy w czytelniku wdzięczność, ale niekiedy też budzi się zawiść (na zasadzie: szkoda, że ja tego pierwszy nie napisałem). Zawiści nie warto chować, bo mało ma nam do zaoferowania, patrząc z czysto egoistycznego punktu widzenia. Raczej wtrąca w neurozę albo skazuje na syndrom nieuznanego geniusza.

Inne zwycięstwa sztuki mają wymiar trochę nazbyt idealistyczny – kiedyś chciano by sztuka (poezja..) zbawiała: ludzi i narody.

Teraz głównie ma zabawiać. I też dobrze, śmiech, dobry śmiech, nigdy nikomu nie zaszkodził.

Pamiętając o tym, że każdy ma jakąś swoją prawdę, warto pamiętać o łagodności.

Prześledźmy tę łagodność na takim oto przykładzie dyskusji na temat wolności, kłamstwa i prawdy.

(Zob. zestawienie opinii na temat encykliki: R. Graczyk, Papież - wolność – dialog, Gazeta Wyborcza z 21.11.2003)

O koncepcji „wolności prawdziwej” pisze Leszek Kołakowski: „Zgodnie ze zwykłym użyciem słowa »wolność « jestem wolny przez samą możliwość wyboru, czyli jestem wolny, zarówno gdy dobro, jak i gdy zło wybieram. W tym ostatnim wypadku staję się zły, lecz jestem nadal wolny i z tego tytułu odpowiedzialny. Natomiast pozytywne, augustyńskie wyobrażenie o wolności utożsamia wolność z wyzwoleniem od grzechu, narzuca zatem mniemanie, że im mniej okazji do grzechu świat mi dostarcza, tym bardziej kwitnie wolność moja, stąd łatwy wniosek, że wszelka forma przymusu, która ogranicza moje możliwości grzeszenia, nie tylko mi na korzyść wychodzi, ale moją wolność pomnaża, dlatego augustyńska doktryna w tym punkcie jest dobrym uzasadnieniem reżimuopresywnego”.

J. Tischner odpowiada: „Rację ma Kołakowski, gdy pisze: »Jestem wolny, zarówno gdy dobro, jak i gdy zło wybieram «. Ale rację ma C H Y B A również św. Augustyn, gdy pisze, że im częściej wybieram zło, tym bardziej popadam w zależność od zła (...) O tych, którym kłamstwo »weszło w krew «, mówimy: »są zniewoleni « przez nawyk, przez strach. Gdy nas przekonują, że mimo to czują się wolni, odpowiadamy: »pozorna wolność «. Nie można jednak powiedzieć, że ci, którzy »nawyknęli « do prawdomówności, utracili wolność. Takie jest bowiem »prawo wartości «, że »im wyższa wartość, tym większa wolność «”

Tischner konkluduje, że człowiek posiada rozum i wolę, rozum kieruje ku prawdzie, wola ku dobru, a przecinając więź pomiędzy prawdą a wolnością, otrzymujemy bezwolny rozum albo oślepioną wolę. Dostrzega jednak podwójne niebezpieczeństwo niezharmonizowanej prawdy i wolności: nacisk na prawdę usuwa relatywizm, ale grozi totalizmem idei, nacisk na wolność usuwa totalizm, przynosi jednak chwiejny subiektywizm. Zdaniem Tischnera, wolność nie jest najwyższą wartością człowieka, ale jest wartością podstawową. Bez wolności nie może być mowy o odbudowie osobowej tożsamości.


W tym „chyba” Tischnera kryje się, moim zdaniem, rzecz niesłychanie istotna. Punkt balansu i harmonia pomiędzy wolnością a prawdą, pewna łagodność prawdy.

Odnosi się to w szczególności do forum.

Wydaje się, że aby człowiek dostrzegł konieczności w harmonii prawdy i wolności, musi najpierw dowiedzieć się, kim jest, a wtedy konieczność działania będzie wypływać z jego świadomej istoty. Proces taki można nazwać procesem wykształcania cnót, procesem samodoskonalenia, procesem stawania się osobą (tak np. u Tischnera, personalizmie chrześcijańskim), dążeniem ku Oświeceniu (w tradycji Wschodu), czy też w terminach psychologicznych: indywiduacją (u Carla Gustava Junga), dezintegracją pozytywną (u Kazimierza Dąbrowskiego) lub czymś w rodzaju integracji świadomego „ja” (np Georgija Gurdżijewa).

Przepraszam za to moralizowanie, co do którego, zapewne, mam najmniejsze prawo.

Pytano kiedyś Senekę, dlaczego nie żyje dokładnie wg pięknych poglądów które głosi. Odpowiadał: piszę o cnocie, nie o sobie. Gdy zdołam, będę żył jak należy.

Nie usprawiedliwiam się już jednak zbyt często powiedzeniem Owidiusza: „Widzę i pochwalam, to, co dobre, ale podążam za gorszym”.

Smrodek moralizatorski się zwiększa, więc w ewentualnych komentarzach postaram się trochę rozładować atmosferę.

Na koniec zaś, coś o prawdzie sztuki na przykładzie muzyki.
Ale spokojnie można zastosować to do prób poetyckich. Podstawy zatem pod słowo muzyka: poezja. A prozaicy podstawią: proza.

Otóż Roman Berger, teoretyk muzyki i kompozytor, pisze:

"(...) Muzyka jest ważną sprawą. To znaczy, że nie jest jakimś wymysłem, produktem chorej myśli, chimerą. Ani płodem samowoli. Pod jednym warunkiem: że chodzi o twórczość. O autentyczną twórczość. Problemem natomiast – i poważnym problemem – jest detekcja twórczości. Tu pozwolę sobie zacytować ze słynnej antologii Wolfganga Laadego kilka fragmentów tekstów narodów przyrodzonych (ludów naturalnych):


Cóż się dzieje? Lutnia nie śpiewa! Jest to tylko drzewo.
Nie może śpiewać, jeśli nie ma serca. Musisz mu dać serce!
Drzewo musi iść z tobą, na twoich plecach, do walki,
musi przesiąknąć krwią – krwią z twojej krwi, tchnieniem twego tchnienia.
Twój ból musi stać się jego bólem, twoja sława – jego sławą.
I uderzył w bęben, i śpiewał całą noc, i próbował wskrzesić dziewczynę
z martwych.

(…) A tu jeszcze usłyszałem, jak Słońce wschodząc – śpiewało."


Na koniec proponuję dla oczyszczenia atmosfery tango, które jest bardzo estetyczne, zdjęcia filmowe, które są wyjątkowo wysmakowane i sytuację, która wymaga działania w stronę..no właśnie.. wolność można różnie wykorzystać. Ale ta nutka dekadencji…
Korci ..:)

www.youtube.com/watch?v=6FOUTWbu5WM

Opublikowano

Interlokutorka /hrabina von S/ ziewa dyskretnie, potakując przy tym kształtną główką. Twarzyczce nadaje wyraz skupienia byle nie urazić adwersarza, byle nie urazić...

służąca pod nosem

I na co komu te facecje? Z andronów ni ślubu, ni dzieci nie będzie!

:))))))))))))))

Pozdrawiam.

Opublikowano

Nie dało się inaczej zrobić z tą prozą, bo inaczej tytułu nie można poprawić. Chociaż, w źródle, gdzie był i jest esej, jest tak podpisany, jak ja powtórzyłem. Bo np. już, co do eseju Kim jest człowiek estetyczny? , który teraz czytam z komentarzami, to ten jest podpisany Marat Dakunin, i tak ewentualnie bym przytaczał (nic nie zmieniając, jak i nic nie zmieniłem w O doskonałych w źle i niewydajności zła , ale proszę, jak sobie tylko Maracie życzysz, i po części rozumem Cię, ale tylko po części (niestety dla mnie), nawet jeżeli wyjątki potwierdzają regułę. Ale teraz z kolei nie wiem, czy mi samowolnie wypada zmienić to, co jest w źródle (nawet jeżeli nie podałem źródła), no i nawet jeżeli autor sam się tego domaga. Pozdrawiam, i przepraszam, za zbytnią dosłowność (w końcu brania faktów).

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


To co piszesz (przepraszam - jeśli uważasz, że powinniśmy zaPANować :-) nad sobą - po prostu napisz)
jest fantastyczne! Aż strach pomyśleć, że nie wrócisz z tej Azji, jak gdzieś napisałeś o rychłej podróży.
Zrób jakąś stronę z tymi rozważaniami o sztuce, żeby wszyscy mogli zaglądać, albo najlepiej wydaj czarno na białym.

Dziękuję za lekturę i czekam na dalsze.
Opublikowano

WiJA:

Co Ty piszesz? Tu jest źródło, tak?

www.maratdakunin.salon24.pl/72477,o-doskonalych-w-zle-i-niewydajnosci-zla

Gdzie tam jest to podpisane? Jest na moim blogu. Jest to podpisane A. Jadczyk?

W czym mnie nie rozumiesz? Że nie chcę żeby tekst mojego autorstwa był przypisany A. J?
To chyba normalne? Nawet i dlatego, że Arkadiusz nie pisze tak jak ja, mógłby się czuć On dziwne!!

W tekscie powołuję Kierkegaarda, Niemczuka i Jadczyka też (ich idee), ale opisuję je swoim językiem albo zaznaczam "cytat" - w takim razie mógłbyś przypisać tekst odpowiednio im 3 :)

Mam wrażenie, że albo inaczej coś widzimy tam na stronie, albo jakieś przekłamania na falach :)

pozdrawiam serdecznie

Opublikowano

Panie Marat wiesz Pan jak jest - dla jednych nudne, dla innych interesujące i cały urok na tym się opiera.
Faktem jest, że na forum zrobiło się poważniej (powiem dla mnie), za oknem od rana deszcz, czas na jakiś żart, trzeba wyluzować umysł :)

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Całe szczęście! Dla nas wszystkich. Także nieświadomych (jeszcze) co by stracili :-)
[quote]
A Dorota sugerowała, że nudnawa ta część 3
Kobiety są przekorne. Po prostu, więc nie wnikajmy w to ;-)

Pozdrawiam.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Całe szczęście! Dla nas wszystkich. Także nieświadomych (jeszcze) co by stracili :-)
[quote]
A Dorota sugerowała, że nudnawa ta część 3
Kobiety są przekorne. Po prostu, więc nie wnikajmy w to ;-)

Pozdrawiam.

1) Nie umiem się ustosunkować do tak ciepłych słów, chyba otworzę okno..(popaduje..)
Obawiam się jednak, że jestem na wypaleniu, melancholia aktywna zmieni się w pasywną,
durerowskie dłuto omsknie się z ręki i przewierci mózg. Mam straszne wahania nastrojów (przepraszam, to nie forum terapeutyczne :)


2) Absolutnie nie wnikam. żebyś wiedział jaki ja jestem przekora
Opublikowano

Boskie Kalosze,

Nawiązałeś do "Pi"

www.maratdakunin.salon24.pl/122603,wieczne-powroty

Zjedź na dół i będzie obrazek, ja pan w końcu odkrywa to, że wszystko w głowie (tam - teoria Boga/wszystkiego)
i zaczyna się do niej dobierać...:)

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Przepraszam, przepraszam, przepraszam, to moja wielka pomyłka, czyli mojej kurzej ślepoty, i mojego chciejstwa – najłagodniej mówiąc, a/bo mówiąc do rzeczy (normalnie) – mojej indolencji (oczywiście umysłowej) w rozpoznawaniu rzeczy do rzeczy. Jeszcze raz przepraszam i pozdrawiam.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.




Powiadam wam: Tej nocy dwaj będą na jednym łożu, jeden będzie zabrany, a drugi pozostawiony. Dwie mleć będą na jednym miejscu, jedna będzie zabrana, a druga pozostawiona.
(Łk 17,34-35)

Wtedy dwóch będzie w polu: jeden będzie wzięty, drugi zostawiony. Dwie będą mleć na żarnach: jedna będzie wzięta, druga zostawiona. Czuwajcie więc, bo nie wiecie, w którym dniu Pan wasz przyjdzie.
(Mt 24, 40 – 42)

pozdrawiam
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.




Powiadam wam: Tej nocy dwaj będą na jednym łożu, jeden będzie zabrany, a drugi pozostawiony. Dwie mleć będą na jednym miejscu, jedna będzie zabrana, a druga pozostawiona.
(Łk 17,34-35)

Wtedy dwóch będzie w polu: jeden będzie wzięty, drugi zostawiony. Dwie będą mleć na żarnach: jedna będzie wzięta, druga zostawiona. Czuwajcie więc, bo nie wiecie, w którym dniu Pan wasz przyjdzie.
(Mt 24, 40 – 42)

pozdrawiam
amen
:)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Bożena Tatara - Paszko Poglądy sumienia chowają, idiotyzmy wprowadzają, idioci im klaskają, bo koryta pełne mają .   Pozdrawiam serdecznie 5 Miłego dnia 
    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @KOBIETA Bądź  jak Supernova. 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...