Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Szukanie mieszkania szło chujowo i mógłbym tu użyć eufemizmu, ale akurat to słowo jest najbardziej odpowiednie i nie będę go zmieniał, bo to by było fałszowanie, przeinaczanie świata, nieprawda. Zresztą, wszyscy którzy szukali mieszkania czy pokoju do wynajęcia w Warszawie wiedzą o co chodzi, a Ci co nie szukali, mają powody do zadowolenia – to kolejne problemy które ich w życiu ominęły. Z problemami jest ten szkopuł, że zawsze jest ich za dużo i nie da się niestety dostrzec, że w porównaniu do różnorodnego gówna tego świata, spadającego co dzień na ludzi, nasze chmury to ledwie letni deszczyk. No i tak klniemy na ten deszczyk, a jak przychodzi prawdziwa kupa to brakuje nam słów.
Zatem rankami i wieczorami siedziałem na Gumtree, a za dnia latałem po całej Warszawie – wzdłuż i wszerz tzn. z Włoch, na których przemieszkiwałem u kumpla na Gocław, z Gocławia na Żoliborz, z Żoliborza na Targówek, z Targówka na Ursynów itd. W 3 dni poznałem więcej Warszawy niż przez cały rok. Zwiedzanie mieszkań nie było nudne, ale było męczące – nigdy nie wiedziałeś czym zaskoczy Cię kolejna oferta, miałeś jednak niemal pewność, że nie będzie to nic pozytywnego. I tak na Ursynowie proponowali mi za 650zł pokój, który od ściennej szafy różnił się tylko tym, że miał otwór okienny (oknem bym tego nie nazwał) – nawet miał zasuwane drzwi jak w tego typu meblach! Na Targowej za 500zł pokój w piwnicy i to na spółkę z jakimś kolesiem. Na Mokotowie pokój w przerobionym garażu za 550zł i wyprowadzanie psa... A jak nie mieszkanie to współlokatorzy – najczęściej kosmici, albo co gorsza – studenci prawa! Bywało też jeszcze gorzej – odwiedziłem dwa mieszkania, które kiedyś były willą i apartamentem, a obecnie zostały przerobione na coś w stylu młodzieżowej komuny – oglądanie mieszkania zaczynało się i kończyło na jaraniu zielska. Wiedziałem, że gdybym z nimi zamieszkał przepadłbym na amen, a ja jestem bardzo rozsądnym młodzieńcem, o czym dalej. Uciekałem więc i starałem się zapomnieć.
Dni mijały, a ja nie znalazłem nic (udało się dopiero miesiąc później). Nie można jednak szukać mieszkania 24h, nic nie da się robić 24h, nawet myśleć o seksie – w końcu zachce Ci się siku albo cheeseburgera. Wieczorami więc siadałem z Tomkiem i Kaśką na balkonie i piliśmy piwo albo gin, paląc papierosy. Czasami też wpadała Sylwia. Sylwia była poprzedniego wieczoru i była chętna, by wypić ze mną flaszkę (z pewnością to ja proponowałem), ale nie mogła ze względu na pracę, musiała wcześnie wstać. Umówiliśmy się więc na następny dzień, że wypijemy, ale raczej ani ja ani ona nie braliśmy tego serio, a na pewno nie moglibyśmy wpisać tego w grafik, prawdopodobnie zgodziła się dla świętego spokoju. Sylwie znałem od jakichś 3 lat, była kiedyś najlepszą przyjaciółką mojej byłej dziewczyny. Dziewczyna naprawdę wyładniała (mimo że była blondynką) - miała jasnoniebieskie wielkie oczy, opaleniznę koloru wilgotnego piasku, kolczyk pod ustami, dobrą figurę i co bardzo ważne szerokie, zmysłowe biodra w bardzo krótkich dżinsach. Do tego krótko ścięte blond włosy, które nadawały jej w te letnie wieczory cholernie pociągający wygląd i jakąś świeżość.
No i nadszedł kolejny dzień a za nim wieczór. Tomek pojechał na jakąś imprezę i nie zabrał mnie ze sobą, a jakby tego było mało, powiedział, że Sylwia zajebiście jęczy w łóżku. Kaśka natomiast wyszła na spacer z jakimś kolesiem, który wyglądał jak paź. Na dodatek wychodząc rzuciła do mnie – zadzwoń do Sylwii, miałeś się z nią dziś napić. No i w taki sposób zostałem sam w piątkowy wieczór, myśląc o Sylwii a raczej o jej tyłku, o tym jak jęczy w łóżku, o tym, że jest/była przyjaciółką mojej eks (pornusy produkują fetyszystów) i że jej najlepszą koleżanka każe mi do niej zadzwonić. A ja od półtora roku byłem z jeszcze ładniejszą brunetką o równie szerokich biodrach, tylko że dłuższych nogach, większych cyckach i zielonoszarych oczach, które biją na głowę banalność oczywisto-błękitnych jasnych gał. I miałem problem i miałem dylemat, tym bardziej, że byłem zakochany jak wariat, a ona miewała wątpliwości, które mnie dobijały i to akurat w tym momencie. Na dodatek startował do niej jeden koleś, a ona według mnie nie dawało mu w wystarczający sposób do zrozumienia pewnych rzeczy.. Jeszcze żeby było trochę ciekawiej Casanova był wicemistrzem polski ju jitsu i miał czarny pas aikido – czułem się nieco bezradny, nie wiedziałem co robić. Widzicie więc sami, że sytuacje dosyć beznadziejna... Pomyślałem jednak – ej przecież mogę się z nią po prostu spotkać, napić, zapalić pogadać, przecież wie, że mam dziewczynę, nie rzuci się na mnie, to faceci się rzucają na kobiety jak wygłodniałe zwierzę na ofiarę – zrywamy, rozrywamy zębami i pazurami opakowanie, skórę, wszystko jak leci, gdy dostajemy się do środka żremy łapczywie ale już się nieco uspakajamy, by na koniec przejść w zupełne ukojenie zaspokojonego głodu. Dobrze, że to kobiety a nie faceci mają często problemy z orgazmem, bo w przeciwnym wypadku byłoby jeszcze więcej wojen. Udało mi się oszukać samego siebie (nic bardziej prostego!) i zadzwoniłem do niej:
-Cześć Sylwia
-Hej Jaśku
-Tomek i Kaśka zostawili mnie zupełnie samego w pustym mieszkaniu, robi się smutno.. Pijemy dziś tę wódkę?
-W sumie to ja jestem już w piżamie... no ale, to wpadaj do mnie... u mnie też nikogo nie ma.
-Ok, gdzie Ty dokładnie mieszkasz?
-Na Woronicza, jak już tam będziesz, to zadzwoń, powiem Ci jak dojść. (ciekawe, zazwyczaj to faceci mówią jak chcą dojść, spoglądając z lekką obawą na partnerkę jeśli jest trochę pruderyjna czy naprawdę wstydliwa – zazwyczaj jest to oczywiście to pierwsze, na szczęście)
-No dobra, to ja wychodzę, do zobaczenia
-Pa
Przebrałem się i wyszedłem. Wsiadłem do autobusu, jechałem, i myślałem, czy na pewno dobrze robię, a przynajmniej czy nie robię źle. Wtedy dostałem SMS: „Kup wódkę po drodze, bo mi nie chce się już ubierać”. Oho - powiedziałem sobie – będziesz piła ze mną wódkę w piżamie? I zacząłem myśleć jeszcze intensywniej, przesiadając się do tramwaju i wysiadając na Woronicza. Stałem pod jakimś mokotowskim blokiem i zastanawiałem się, kalkulowałem. Karolina spotyka się z tym kolesiem, mimo tego, że proszę by tego nie robiła, nie mogę być jej pewny, właściwie to mogę się spodziewać najgorszego. Ale! Było jedno zasadnicze „ale”. Kochałem ją. Wyobraziłem, sobie siebie jako zdradzającego i nie pasowało mi to, jesteśmy tacy jacy siebie uczynimy. Zdałem sobie sprawę, że w ten sposób zafundował bym sobie sam bankructwo wszystkich wartości w które wierzę i że lepiej, gdy one bankrutują z winy drugiej osoby. Wtedy dużo łatwiej się podnieść, bo zostaje to co najważniejsze – wiara w siebie i miłość do siebie. W miłości i w ogóle we wszystkim co dotyczy naszego wnętrza, ważniejsza jest dużo bardziej nasza wola, niż okoliczności i zachowanie drugiej osoby. Pielęgnacja miłości do kogoś odbywa się przede wszystkim osobno, w samotności.
Przeszedłem na drugą stronę ulicy, wsiadłem w tramwaj i wróciłem na Włochy. Sylwii powiedziałem, że pomyliłem autobusy, a że zaczęło padać i zrobiło się późno to wróciłem do domu. Poczułem ogromną determinację do tego by mimo wszystko walczyć o siebie. Nie miało to nic wspólnego z walką o miłość, czy z walką w jej obronie, to była tylko i wyłącznie walka o siebie. Skąd o tym wiem?
Jest kwiecień, Karolina zdradziła mnie z moim kumplem i zostawiła mnie dla tego głupiego skurwysyna, mimo że jeszcze tydzień wcześniej pieprzyła się ze mną, szepcząc mi do ucha dyszące „kocham”. Teraz opowiadam tę historię i nie myślę, że „nie było warto”, teraz wiem jak ważna to była decyzja. Z głośnika leci „Rób co chcesz” Paktofoniki, patrzę w lustro i jest mi dobrze.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Dziękuję i przepraszam za interpunkcje. A na Z to rzeczywiście pewnie trochę za mało. Szczerze mówiąc to moje pierwsze poważne zmierzenie się z prozą, ale lubię rzucać się na głęboką wodę i słyszeć rzeczową krytykę, bez okoliczności łagodzących. ;)
  • 5 tygodni później...
Opublikowano

Jeśli to pierwsze poważne zmierzenie się z prozą, to życze dalszych, a nawet domagam się, bo to pierwsze rokuje wielkie nadzieje. Czytałam z ciekawością, a puenta nie była przewidywalna. Nic tu nie ma pretensjonalnego, sztucznego, jest ironia z jednoczesnym szacunkiem dla bohatera.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Krótki, ostrzegawczy szmer poprzedził huk, który rozszedł się w ciemności podziemia, głośny do tego stopnia, że z nadmiarem wypełnił pustą do tej pory przestrzeń zmysłów. Ryk żołądka fabryki jeszcze chwilę kaskadował, a Karol zdał sobie sprawę z tego co właśnie usłyszał - jedna z wielkich gór węgla musiała runąć na ziemię.

      Odurzony dziecięcą fascynacją, chłopiec z powrotem włączył latarkę, otrzepał spodnie, i ruszył w drogę powrotną. Wszystkie pomieszczenia zdawały się jałowe, ich osnowa tajemniczości leżała poszarpana w strzępach tłustych pajęczyn, lecz kiedy wreszcie Karol skierował wzrok latarki na drzwi pierwszego pokoju, ciemność nie ustąpiła ani kroku. Pierwszy raz dzisiaj jedenastolatka ogarnął prawdziwy strach, nie ten napędzający wolę walki, czy wzniecający pożądanie zakazanego, ale najprostszy, dziecięcy strach, ten sam, który każe chłopcowi bać się wilkołaków lub kosmitów. Przez chwilę, Karol stał wpatrując się w ścianę czerni, nie wiedząc nawet co ze sobą zrobić, aż instynktownie rzucił się ku zaspie wyrzucając z niej pojedynczo kolejne grudki węgla. Każdy wyrzucany kamyczek zdawał się być od razu zastępowany następnym i następnym, a niektóre zwalały do środka jeszcze więcej gruzu, aż rozsypywał się on pod butami chłopca. W panice Karol odrzucił latarkę, nadal żarzącą się w rogu pokoju, aby obiema rękoma wyryć sobie drogę przez zaspę. Kolejnymi, długimi zamachami wyrzucał sprzed siebie garści kamienia, jakby płynął w ciemności, jak niedoświadczony pływak - nieważne ile energii nie wkładający w swe ruchy, zastygły w miejscu. Chłopiec poczuł na sobie ciepły dotyk, a kiedy spojrzał w dół, zobaczył, że wokół jego paznokci zbiera się krew. Karol cierpiał na tę przypadłość, przez którą mdlał na widok własnej krwi. Jej mezalians z węglowym pyłem odbierał mu powoli wzrok. Musiał zrobić sobie przerwę, lecz praktycznie całą posadzkę pokoju pokrywały rozrzucone grudki węgla, przeszedł więc on do następnego pokoju, gdzie padł dopiero na ziemię, wychładzając się z pierwszego przypływu adrenaliny. Próbując racjonalnie myśleć, zdjął z siebie zimową kurtkę, pod którą zdążył się już porządnie spocić, wytarł w jej futro brudne dłonie i ustabilizował oddech. Przez jego gardło przeszedł najbardziej donośny krzyk na który mógł się zdobyć. Wzywał pomocy w regularnych odstępach, a jego ślina gęstniała z każdym kolejnym przełknięciem.

      Rozpłakał się. Spływające, gorące i ciężkie łzy, wytyczyły ślady w czarnym pyle pokrywającym jego policzki. Nie miał czasu się wstydzić, szlochał prawdziwie rozdzierająco, to znów przechodził w przerywany oddech, mamrotał pod nosem, lub trwał w całkowitej ciszy, gdzie tylko lekkie spazmy oznaczały rozpacz. Rozbolała go głowa, a ciemność przed nim zaczęły wypełniać finezyjne kształty i kolory, przypominające wygaszacz ekranu z domowego komputera - fioletowe i niebieskie wstążki zwijały się wokół Karola, kurczyły i pulsowały, uciekały na chwilę, i wracały z drugiego krańca wizji. Rozłożył się na posadzce, i mógłby przysiąc, że gdzieś w tle rozlega się kolejny szkolny dzwonek. Zatkał uszy palcami, a hałas trwał w najlepsze. Jak alarm przeciwpożarowy, nieprzerwany brzęk wdrążał się w jego mózg, tupot uczniowskich kroków na schodach wybijał marszowny, wojskowy krok, jakiegoś pośpiesznego i niecierpliwego wojska, głodnego krwi i śmierci. Tupot. Tupot. Trupot. Nieprzerwane bębny kołatającego serca. Karol zerwał się na równe nogi, a jego głowa pozostała na ziemi. Formy przed oczami przypominały lany w andrzejki wosk. Świetliste kontury składały się w rude gwiazdozbiory. Rude. Nitki rudych włosów trzepotały na wietrze ciała szklistego. Karol nachylił się, żeby je pocałować, a one odfrunęły pod sam sufit, nęcąc go po kolei swoją bliskością, tylko po to, aby uciec w ostatnim momencie. Zlizana z warg sól zdawała się teraz smakować owocową pomadką do ust. Truskawki. Kiedy jego mama usługiwała sąsiadom, aby zarobić na związanie początku miesiąca z końcem, zabierała go ze sobą do ogródka, on plewił chwasty, a ona zbierała z krzewów owoce - dojrzałe i ponętnie czerwone w skwarnym, letnim słońcu. Jego dłonie w roboczych rękawiczkach nie mogły się równać jej, czerwonym i gładkim, jak wyrobiony w korycie rzeki kamień.

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Krótki, ostrzegawczy szmer poprzedził huk, który rozszedł się w ciemności podziemia, głośny do tego stopnia, że z nadmiarem wypełnił pustą do tej pory przestrzeń zmysłów. Ryk żołądka fabryki jeszcze chwilę kaskadował, a Karol zdał sobie sprawę z tego co właśnie usłyszał - jedna z wielkich gór węgla musiała runąć na ziemię. Odurzony dziecięcą fascynacją, chłopiec z powrotem włączył latarkę, otrzepał spodnie, i ruszył w drogę powrotną. Wszystkie pomieszczenia zdawały się jałowe, ich osnowa tajemniczości leżała poszarpana w strzępach tłustych pajęczyn, lecz kiedy wreszcie Karol skierował wzrok latarki na drzwi pierwszego pokoju, ciemność nie ustąpiła ani kroku. Pierwszy raz dzisiaj jedenastolatka ogarnął prawdziwy strach, nie ten napędzający wolę walki, czy wzniecający pożądanie zakazanego, ale najprostszy, dziecięcy strach, ten sam, który każe chłopcowi bać się wilkołaków lub kosmitów. Przez chwilę, Karol stał wpatrując się w ścianę czerni, nie wiedząc nawet co ze sobą zrobić, aż instynktownie rzucił się ku zaspie wyrzucając z niej pojedynczo kolejne grudki węgla. Każdy wyrzucany kamyczek zdawał się być od razu zastępowany następnym i następnym, a niektóre zwalały do środka jeszcze więcej gruzu, aż rozsypywał się on pod butami chłopca. W panice Karol odrzucił latarkę, nadal żarzącą się w rogu pokoju, aby obiema rękoma wyryć sobie drogę przez zaspę. Kolejnymi, długimi zamachami wyrzucał sprzed siebie garści kamienia, jakby płynął w ciemności, jak niedoświadczony pływak - nieważne ile energii nie wkładający w swe ruchy, zastygły w miejscu. Chłopiec poczuł na sobie ciepły dotyk, a kiedy spojrzał w dół, zobaczył, że wokół jego paznokci zbiera się krew. Karol cierpiał na tę przypadłość, przez którą mdlał na widok własnej krwi. Jej mezalians z węglowym pyłem odbierał mu powoli wzrok. Musiał zrobić sobie przerwę, lecz praktycznie całą posadzkę pokoju pokrywały rozrzucone grudki węgla, przeszedł więc on do następnego pokoju, gdzie padł dopiero na ziemię, wychładzając się z pierwszego przypływu adrenaliny. Próbując racjonalnie myśleć, zdjął z siebie zimową kurtkę, pod którą zdążył się już porządnie spocić, wytarł w jej futro brudne dłonie i ustabilizował oddech. Przez jego gardło przeszedł najbardziej donośny krzyk na który mógł się zdobyć. Wzywał pomocy w regularnych odstępach, a jego ślina gęstniała z każdym kolejnym przełknięciem. Rozpłakał się. Spływające, gorące i ciężkie łzy, wytyczyły ślady w czarnym pyle pokrywającym jego policzki. Nie miał czasu się wstydzić, szlochał prawdziwie rozdzierająco, to znów przechodził w przerywany oddech, mamrotał pod nosem, lub trwał w całkowitej ciszy, gdzie tylko lekkie spazmy oznaczały rozpacz. Rozbolała go głowa, a ciemność przed nim zaczęły wypełniać finezyjne kształty i kolory, przypominające wygaszacz ekranu z domowego komputera - fioletowe i niebieskie wstążki zwijały się wokół Karola, kurczyły i pulsowały, uciekały na chwilę, i wracały z drugiego krańca wizji. Rozłożył się na posadzce, i mógłby przysiąc, że gdzieś w tle rozlega się kolejny szkolny dzwonek. Zatkał uszy palcami, a hałas trwał w najlepsze. Jak alarm przeciwpożarowy, nieprzerwany brzęk wdrążał się w jego mózg, tupot uczniowskich kroków na schodach wybijał marszowny, wojskowy krok, jakiegoś pośpiesznego i niecierpliwego wojska, głodnego krwi i śmierci. Tupot. Tupot. Trupot. Nieprzerwane bębny kołatającego serca. Karol zerwał się na równe nogi, a jego głowa pozostała na ziemi. Formy przed oczami przypominały lany w andrzejki wosk. Świetliste kontury składały się w rude gwiazdozbiory. Rude. Nitki rudych włosów trzepotały na wietrze ciała szklistego. Karol nachylił się, żeby je pocałować, a one odfrunęły pod sam sufit, nęcąc go po kolei swoją bliskością, tylko po to, aby uciec w ostatnim momencie. Zlizana z warg sól zdawała się teraz smakować owocową pomadką do ust. Truskawki. Kiedy jego mama usługiwała sąsiadom, aby zarobić na związanie początku miesiąca z końcem, zabierała go ze sobą do ogródka, on plewił chwasty, a ona zbierała z krzewów owoce - dojrzałe i ponętnie czerwone w skwarnym, letnim słońcu. Jego dłonie w roboczych rękawiczkach nie mogły się równać jej, czerwonym i gładkim, jak wyrobiony w korycie rzeki kamień.
    • @Charismafilos  wiersz nie jest o tym:)) .Zaskakujące skojarzenie ;) Dziękuję  @Marek.zak1

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      Dziękuję, nie znałam tego. Sprawdziłam i rozumiem aluzję . Spokojnej nocki;))  @Mel666 Bardzo trafne odczytanie.  Serdecznie dziękuję.  Uściski.

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @wiedźma nie wiem czy się nie mylę, ale dla mnie jest to wiersz o przemocy. Psychicznej, fizycznej....ale ukrytej. Tak o nim mysle po pierwszym czytaniu. Jest świetny!
    • ?trwałość pamięci*   upłynnij wymowę cz chupa chups w kwiatek czy chmurkę   od lat podnosi  poziom serotoniny staś dla nel zdobyłby chupsa zamiast chininy    logo zbyt  późno powstało avida słodycz salvadora dolar   galowe logo którego nie czupiają się zegary co zostało  osiemdziesiąt dziewięć    przełom zabrał malarza cukierek poszedł do kosza  papierek pozostał  w dłoni   * Nawiązanie do tytułu jednego z obrazów S.Dalego.
    • @Poet Ka i dziękuję za wszystkie lajki i komentarze. Wiele dla mnie znacza
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...