Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Z każdym krokiem jaki stawiał Symeon w towarzystwie Amerykanina opuszczała go żywotność. Czuł się jak Samson, który tracił siły po każdym bukiecie włosów obciętym przez oprawców. Symeon potrafił żyć w skrajnych warunkach, które produkowały czyny oparte na praktycznym działaniu.
- Co on o mnie wie? - zadawał sobie pytanie, powracające jak bumerang do jego wysportowanego umysłu czynu.
- Czyżby, po tylu latach został rozpoznany? - doskonale wiedział, że gdyby Bolszewicy trafili na jego ślad, zginąłby w męczarniach. Tak rozmyślając, popychany przez swego prześladowcę w tłumie zesłańców upchanych jak foki na skrawku plaży, zdążali w ustronne miejsce - dziwne, ale przez nikogo nie zatrzymywani.
- Sala tortur? - błysnęła myśl w głowie Symeona.
Nie domyślał się nawet jak szybko zastanie zaspokojona jego ciekawość.
Jack brutalnie popychał swego jeńca w stronę pustego baraku, którego jedna strona dachu zawaliła się pod naporem śniegu, tworząc księżycowy bałagan artystycznie przysypany białym dywanem.
Obóz znajdował się nieco za Władywostokiem. Ogrodzony niechlujnie kolczastym drutem, a jedyna łączność ze światem, były tory kolejowe biegnące, hen daleko w bezkresną biel syberyjskiego świata. Tory kończyły swój bieg w kopalniach złota w dorzeczu rzeki Kołymy i złotonośnych gór Czerskiego w obwodzie Jakuckim. Symeon wiedział, że jeszcze przed wiosennymi roztopami zesłańcy zostaną przetransportowani w miejsca przeznaczenia. Więźniów pilnowało kilku strażników uzbrojonych w długie karabiny na których lśniły w słońcu bagnety, każdy z nich miał wielkiego syberyjskiego psa. Do obozu przylegał niewielki szpital, a dalej wojskowa baza, skąd na każdy bunt więźniów wyruszała ekspedycja karna zabierająca najbardziej krewkich straceńców, których już nigdy nie widziano. Ale najbardziej skutecznym strażnikiem był mróz, a latem syberyjskie komary.
Dwaj mężczyźni zbliżyli się do baraku. Amerykanin pewnym krokiem podszedł do ściany i odchylając dwie poluzowane deski wpuścił do środka swojego więźnia, dyskretnie rozglądając się wkoło, sprawdzając czy nie są śledzeni. Symeon dostrzegł w jegu ręku rewolwer - zdążył już wyjąć nowy straszak nie będąc ściganym natrętnymi spojrzeniami więźniów. Więzień omiótł wzrokiem ogromne pomieszczenie zagracone starymi pryczami, zgniłą słomą i zawalonym dachem przykrytym brudnym śniegiem. Wsród tego bałaganu, przycupnięte do ściany znajdowało się pomieszczenie, już nie z desek, ale z betonowych bloków, ozdobione mocnymi, metalowymi drzwiami.
Już czas - pomyślał Symeon. Długa lufa rewolweru wbita w jego bok, zachęcała do posłuszeństwa grożąc śmiercią w razie nieposłuszeństwa, lub jakiejkolwiek samowoli. Do jego uszu doszło tęskne zawodzenie akordenu, gdzieś z wojskowej bazy lub szpitala niosące przesłanie daleko po syberyjskim pustkowiu. Było to tak nietypowe, że cały obóz zamarł wschłuchując się w muzykę miłości, o dziewczynie, która czeka. Symeon czuł instynktownie, że piękna, żałosna melodia skierowana jest do niego. Nawet Amerykanin wsłuchiwał się w dziwne zjawisko stając się mniej czujnym.
- Teraz!!! - podjął decyzję Symeon. Odwrócił się błyskawicznie bokiem do swego prześladowcy, schodząc z linii strzału, podbijając jednocześnie kantem lewej dłoni uzbrojoną rękę, a prawą wyłuskując rewolwer, jakby była to dziecinna zabawka.
- Oddaj broń!!! - usłyszał za sobą rozkazujące słowa.
- Wolę zginąć! - powiedziawszy to, skierował rewolwer pod lewym ramieniem w stronę swego nowego przeciwnika naciskając na spust. Usłyszał suchy trzask iglicy....i nic.
- Nie zginiesz.
- Mówiłem ci Jack bądź ostrożny - powiedział do Amerykanina nieznajomy, który stał z wielkimi jak spodki oczami, nie wiedząc co się dzieje. Cała akcja trwała ułamki sekund.
- Dobrze, że wyjąłem kule, bo bylibyśmy już trupami, a nasze ciała odnalezione na wiosnę, napoczęte przez obozowe gryzonie trudno byłoby rozpoznać.
- Nie chcę wymieniać życia na medale - mruknął.

Opublikowano

Lubie historie obozowe.
Całkiem nieźle napisane, naturalnie przyczepię się do kilku rzeczy, bo tak jak jest kilka świetnych opisów, tak też kilka zdań kuleje, a niektóre nawet nie chodzą.

Pojawia się Amerykanin w sowieckim obozie. Powinno być trochę więcej o tym Amerykaninie, bo myślałem, że go prowadzi strażnik, a nie więzień. To nie kryminał, chodzi chyba o sytuację i głównego bohatera, a nie żeby się domyślać i snuć przypuszczenia co się dookoła dzieje.

"Symeon potrafił żyć między sekundami, które produkowały czyny oparte na praktycznym działaniu." Sekundy produkowały czyny? Praktyczne działanie? Nie stary, musisz napisać to zdanie od nowa. Można powiedzieć, że coś w praktyce działa inaczej niż w teorii, ale każde działanie jest praktyczne. No i sekundy nie są fabryką czynów. To zdanie jak dla mnie nie chodzi.

Po tym że najskuteczniejszym strażnikiem jest mróz, powinno być jakieś zdanie, czy są strażnicy, czy nie, czy ich widać, czy nie, czy jest mgła może.
Dlaczego ten Amerykanin tak go prowadzi, bo nie ma strażników, albo ich nie widać, ale to powinno być gdzieś zaznaczone.

"w jegu ręku" chyba w jego ręce

"Wsród tego bałaganu, przycupnięte do ściany znajdowało się pomieszczenie, już nie z desek, ale z betonowych bloków, ozdobione mocnymi, metalowymi drzwiami." - Przycupnąć może człowiek, ale nie pomieszczenie. Poza tym, pomieszczenie nie może się znajdować wśród bałaganu, nawet jeśli jest mowa o ścianie. Do pomieszczenia mogą prowadzić jakieś zdobione drzwi, ale same drzwi nie zdobią pomieszczenia. Drzwi, to nie ozdoba. Bohater wśród bałaganu mógł dostrzec te mocne metalowe drzwi sąsiedniego pomieszczenia.

"...powiedział do Amerykanina nieznajomy, który stał z wielkimi jak spodki oczami, nie wiedząc co się dzieje." Nieznajomy stał z wielkimi oczyma? Wystarczy, że zamienisz Amerykanina z nieznajomym miejscami i zdanie będzie chodziło, bo na razie kuleje.

"a nasze ciała odnalezione na wiosnę, napoczęte przez obozowe gryzonie trudno byłoby rozpoznać." - jaki rozmowny się koleś zrobił, w raczej napiętej sytuacji, która poprzedzona akcją S'a, przeprowadzoną w ułamkach sekundy, jeszcze się przecież nie skończyła.
..i zamarła, zatrzymała się, bo nieznajomy ma kwestię do powiedzenia. A nie wiadomo, czy w ogóle ma broń. A przecież S'a umysł taktuje między sekundami. Ile może trwać żeby odwrócił głowę, ocenił, czy nieznajomy ma broń, czy nie? Myślę, że A niezdążyłby nawet pierdnąć ze strachu. Jeśli nie ma, to ile może trwać combo, kolano w krocze Amerykanina i poprawka rączkom rewolweru? A ma wielkie oczy, nie zdąży zareagować, leży. A nawet lepiej, przecież ma rewolwer pod pachą, więc wali półhakiem w podbródek. Zależy czy cios rękojeścią kładzie A, czy nie, tak czy siak S może poprawić drugą ręką, albo potraktować typa butem, żeby go przewrócić i rzucić się na N'a. Ale czy nieznajomy podejmie jakąś akcję? Czy będzie się starał wypowiedzieć całą tą kwestię. S ma w chuj czasu żeby ich rozwalić i ma przewagę, zaskoczonego A'a i metal w łapie. No, chyba, że N ma broń, no to wtedy lipa, S musi pokornie wysłuchać jego bezsensownej kwestii. W zasadzie S stoi jak baran przez cały czas, gdy N mówi:
- Nie zginiesz.
- Mówiłem ci Jack żebyś uważał.
Co najmniej trzy sekundy S tak stoi, bo tyle mniej więcej się to mówi. A buzuje w nim adrenalina, przecież strzelił, chciał zabić, a tuż przed nim stoi drugi przeciwnik, co chciał z nim zrobić? Musiał już mieć plan jak go położyć, nie mógłby już do niego strzelić, musiałby mu przywalić. W takim stanie, pewnie przywaliłby mu z rozpędu, a potem już instynkt.

Dobra faza, mówię, lubię historie obozowe, to nie może być jakieś tam pierdolenie potłuczonego poety, żeby coś takiego dobrze opowiedzieć, trzeba to przeżyć, albo chociaż pogadać z kimś kto to przeżył, a nie da się przeżyć jak się jest mientkim, zatem i opowiadać należy twardo.
Dobre, dobre, pisz dalej, tylko na boga, zastanawiaj się więcej nad sensem zdaniami, bo czasami wychodzą ci straszne kulfony. Czekam na to co zrobi S, bo musi wykorzystać tą przewagę taktyczną po odebraniu broni. Jeśli jej nie wykorzysta, to wcale mu umysł nie działa między sekundami.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Dziękuję Pawle. Odwaliłes w mojej intencji kawał dobrej roboty wyłuszczając swoje niezależne patrzenie na miniaturkę mego pisania. Może historię tę, za bardzo osnułem mgłą tajemnicy, aż stała się niezbyt zrozumiała. Zastanawiałem sie długo czy nie umiescić wstępu wyjasniając, dlaczego tak, a nie inaczej ją piszę podkreslając moje życiowe przygody, które skłoniły mnie do sięgniecia w mroczną otchłań przeszłosci nawiązując do teraźniejszosci (co w szczątkowej formie jest podkreslone w poprzednich odcinkach). Chcąc Ci wszystko wyjasnić musiałbym zdradzić częsci następne, które jak sądzę na dzień dzisiejszy, nie zamierzam umieszczać na tym portalu.
A teraz może nieco wyjasnień: Syberia to więzienie narodów, gdzie bolszewicy więzili swoich przeciwników. Nie będę wyliczać jakie to narody bo lista byłaby zbyt długa. Byli też tam między innymi Amerykanie, Chińczycy, Japończycy i różnorakie męty. Władywostok był bastonem "białych", którzy długo bronili tego międzynarodowego portu przy pomocy sąsiadów - a niedaleko przecież Alaska. Kim był Amerykanin? - tego jeszcze nie zdradzę. Jak powiadali uczestnicy tego niewolniczego, syberyjskiego spektaklu więźniowie nie mieli dokąd uciec, toż to pustkowie, a kilku strażników nudziło się zbierając tylko informacje od swych szpiegów wewnątrz. Rebelie likwidowało wojsko NKWD, co nadmieniłem w opowiadaniu.
Symeon: To wcale nie Symeon. Czas produkował w jego umysle czyny i odruchy niezrozumiałe dla przeciętnego człowieka, tak jak i niepojęte sztuki walki - nie zdradzę tajemnicy gdzie się tego nauczył. Kim był bolszewicki oficer, który nie chciał zamienić życia na medale? To wielki spisek. Może, zaznaczam "może" zdradzę więcej, skąd wziąłem motyw napisania tej arcyciekawej dla mnie historii. Czy ciekawej w oczach czytelnika? Odpowiedź jest niewiadoma tak jak i c.d.opowiadania. Dzięki Pawle.
Opublikowano

No, ja o Władywostoku nie wiem zbyt wiele, nie możesz zakładać, że odbiorca zna dokładnie historię danego miejsca. Ale wyjaśniasz, ok, tylko, że lepiej by było gdyby to się znalazło gdzieś w teksie.
Aleś się czepił tej produkcji czynu, w umyśle mogą się pojawiać, wrażenia, plany, wizje, ale nie czyny, przynajmniej nie w języku polskim na bazie sensu pojęcia.
Nadal czekam na scenę walki. Spodobał mi się twój bohater i nie zdzierżę jak nie przywali Amerykańcowi. Dawaj stary, ludzie czekają.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Poprawiłem, no bo cóż miałem zrobić? Niektóre wyrażenia mogą brzmieć poetycko, na domysły, porównania niekonwncjonalne, to skutki mojej emigracji z poezji na prozę. To nasz bohater, a nie mój, też dzielnie walczysz, zgodnie z nowoczesną zasadą; w pisaniu powinno uczestniczyć wraz ze swoją wiedzą wiele osób. Amerykaniec to nie zawodnik dla Symeona, to wychowanek pewnego wiecznie wojującego klanu - tam się rodzą generałowie i tajemnice, których nikt nigdy do końca nie rozwiązał. To człowiek, a może więcej.....byłbym się wygadał. Pss.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Widziałam dzisiaj Mickiewicza. Mróz rzeźbił pod cylindrem fale, kołnierz z norek całował mu szyję. Mickiewicz żyje.   Jego lakierki z nosem na błysk, z każdym krokiem recytowały mroczne i czarne „Dziadów” wersy. Mickiewicz dzisiejszy.   Zarzucił na płaszcz aksamitny z lekką nutą nonszalancji, swój plecak sportowy marki Vans. Mickiewicz nie w czas.   Jedni epokę chcą prześcignąć, inni cofają się w dawne lata i swoją elegancką duszę karmią „Panem Tadeuszem”.
    • - Wstawaj natychmiast! - krzyk nieznanego mu głosu wyrwał go ze snu - namiestnik cię wzywa, no już, nie ociągaj się!   Siłą postawiono Seweryna na nogi, wszyscy inni wewnątrz jeszcze spali. Z izby wyciągnęło go dwóch sepentriońskich strażników, ciągnąc go za ramiona. Słońce dopiero wspinało się ponad horyzont, malując szarówkę na śnieżnym płótnie. Rzucono go za próg murowanej chaty i wskazano jedno z pomieszczeń. Seweryn odchylił drzwi, w pomieszczeniu za nimi siedział namiestnik Gorbunow. Strażnicy posadzili kapitana przy stole. Gorbunow przeciągnął się na krześle i stęknął cicho, gdy jego stare kości strzelały jedna po drugiej.    - Mamy sprawę do szanownego pana kapitana.   - Czego mości pułkownik carski może chcieć od prostego, lechickiego żołnierza?   - Nie zgrywaj durnia, wojna jest i lepiej byś waść docenił moją łaskę. Sprawa jest prosta, możemy nieco ulżyć kapitanowi cierpień, jeno języka potrzebujemy. Daj nam świeże informacje o ruchu wojsk lechickich.   - Nie zrobię tego, choćbym miał w kopalniach umęczon paść.   - Nawet u boku swego śmiertelnego wroga?    - O czym pułkownik rzecze? - Pilecki uniósł brew lekko skonsternowany.   - Jegor Dynmo, Krwawy Ataman, przypomniało mi się - rzucił zadowolony namiestnik - od niego słyszałem pierwej twoje nazwisko. Siarczystej mowy przy tym używał. Na twoim miejscu, drogi kapitanie, bałbym się o własne gardło. To jak będzie? Zdradzisz nam to i owo o swoich rodakach?   Seweryn trawił wewnątrz siebie tę informację. Milczał dłuższą chwilę, wpatrując się w blat stołu. Dynmo… Wszystko by się zgadzało…    - Domyślałem się już tego. Odpowiedź brzmi nie.   Gorbunow cmoknął ustami i westchnął głęboko, również i on miotał się z myślami. Palcami wybijał na stołowym drewnie stały rytm. Rzucił w końcu złowrogie spojrzenie na Pileckiego.    - Przetasujcie nieco mości kapitanowi myśli.    Wtedy jeden ze strażników chwycił Seweryna za tył głowy i gwałtownym ruchem przybił jego czoło do stołu.   - I jak teraz? Powiesz coś więcej?   - Idź do Welesa.   - W porządku, ale z naszej dwójki to ty będziesz znacznie bliżej Welesa - odwrócił głowę do strażnika - rzućcie go znów na roboty w kopalni, do następnego ranka zmięknie. Jeśli nie, to rano będziemy naszego gościa przypiekać - Sepentrionowie ruszyli z Sewerynem za próg pokoju, nagle jednak namiestnik zatrzymał ich na jeszcze jedną chwilę - i pamiętaj, że wydobywając dla nas złoto, znacząco przyczyniasz się finansowo do wygranej cara!    Odprowadzono Seweryna do izby. Gdy wepchnięto go za drzwi, więźniowie budzili się już do życia. W powietrzu dało się momentalnie wyczuć, jaka beznadzieja panuje w pomieszczeniu. Ci ludzie doznawali katorgi znacznie dłużej, dla Seweryna wciąż zdawało się nierealne, iż wkrótce cały dzień robót powtórzy się, a potem znowu i znowu, przez miesiące lub lata, nim ciało całkowicie odmówi. Przyglądając się wszystkim, jego wzrok w końcu padł na prycz w ustronnym kącie izby, gdzie pełen sił prostował się nieznajomy kompan. Siedział na krawędzi, gdy Seweryn zbliżył się do niego. Spojrzeli po sobie, jakby obaj już wiedzieli co każdy z nich powie.   - Czemuś mi wczoraj pomógł?   - Tobie? A co miałem zrobić? Postawili cię tuż obok mnie, sypaliśmy złoto do jednej skrzyni. Gdybym przez ciebie nie zdołał jej napełnić do końca dnia, wybatożyli by mnie. Zwyczajnie dbałem o własny interes - spojrzał teraz w górę na Seweryna, jego w włosy rozczesały się, ukazując kapitanowi dobrze znaną mu twarz. Za czupryną nie krył się nikt inny jak Jegor Dynmo.   - Zapomniałeś już chyba jak moi chłopcy musieli cię ongiś połatać. I z jaką wdzięcznością się odpłaciłeś? Gdzie jest Włóczka Doli?   - Nie trudno na stepie znaleźć kupca artefaktów, już pewnie nie jedno może przebyła. Miło było widzieć w jamie jak ucieka z ciebie żywo duch.   - Ostatnim razem to ty skomlałeś jak pies, gdy stanęliśmy do szabli.   - Gdybym nie był wówczas poharatany, skończyłbyś bez gardła.   - Takiś pewien? A rzekomo to w Lechitach jest niezdrowa duma.   Jegor powstał raptownie z pryczy. Jego oczy buchały żywym żarem. Dwójka mężczyzn pożerała się wzrokiem, obaj byli zdeterminowani do wszystkiego.    - Chcesz się przekonać? Wiedz, że tym razem jeno jeden z nas ujdzie żyw.   - Gdybyś tylko ciął tak szablą jak językiem. Pewno znów pierzchniesz jak zając!   Na to Jegor już nie wytrzymał. Krew gotowała się w atamanie, cała para buchnęła w jednym momencie. Szybki wymach ręką i złożona w stalowy uścisk pięść wystrzeliła prosto w żuchwę Lechity.    Seweryn jednak nie dał się zaskoczyć, dobrze wiedział, że prędzej czy później Jegor skoczy mu do gardła, wolał więc sam przyspieszyć ten moment. Odskoczył w tył, choć cios atamana był na tyle szybki, że Seweryn zachwiał się nieco z pośpiechu na nogach. Kolejne ciosy leciały w jego stronę, a on póki co mógł się tylko wycofywać.   Tłum począł zbierać się wokół nich, wynudzeni własnym żywotem skazańcy wyczuli krew. Jak hieny na żer, nakreślili wkrótce własnymi ciałami krąg, tworząc granicę ringu dla tego baletu śmierci. Seweryn nie miał już miejsca na ucieczkę, musiał wnieść gardę i kontratakować.   Kapitan Lechitów dobrze wiedział, że Jegor góruje nad nim czystą, brutalną, stepową siłą. Nie byłoby to problemem w walce na szable, gdzie od siły ważniejsza jest finezja. Tutaj jednak nie był pewien swojego wyszkolenia. Nie walczył ze zwykłym człowiekiem, walczył z ucieleśnieniem najdzikszego żywiołu, które stało się jednocześnie jego śmiertelnym nemesis.   Przyją w końcu cios na przedramię, oddał w bark atamana, ten nie czekał i grzmotnął w bok torsu. Cios za ciosem, wymieniali się jak w kantorze. Seweryn odczuwał to oczywiście bardziej, musiał się dotkliwiej naprzykrzyć przeciwnikowi.   Udało mu się w końcu przebić i zetrzeć knykcie o zarośnięty policzek Dynmo, ten splunął naonczas krwią. Jucha spływała mu z warg grubymi kroplami, ten cios wyraźnie Halyjczyka rozsiarczył.   Zaraz obaj się splątali, jeden drugiego próbując obalić na ziemię lub przydusić. Seweryn przy tym przyjął kilka kopniaków w brzuch, czuł już, że słabnie i jego wygrana miała coraz to niklejsze szanse. Zamroczyło go gdy Jegor rozkwasił mu prawym prostym nos. Ponownie się splątali, gdy całe zajście przerwało przybycie strażników.   Sepentrionowie widząc co się dzieje, ustawili się w dwa rzędy. Strażnicy na tyłach wystrzelili z arkebuzów w sufit, na przedzie z wyrachowaną gotowością czekali na rozwój sytuacji. Więźniowie, którzy wiwatowali w kole podczas walki, teraz się rozstąpili. Czwórka strażników wyskoczyła naprzod, by rozdzielić zwaśnionych więźniów, obaj szamotali się jak dziki w sidłach. Jegor dostał kolbą przez głowę, Seweryn oberwał w brzuch. Obaj rzuceni zostali przed izbę i zakuci w łańcuchy. Dzień wracał do normy, po jakichś dwudziestu minutach cały obóz ruszył w marszu do kopalni z linami ciągnącymi sanie w dłoniach.   * * *   Huk i trzask niósł się echem po wilgotnych korytarzach. Tylko huk i trzask, gdyby nawet mogli to nie pisnęliby do siebie słowem. Jeden drugiemu mógłby teraz rozłupać czaszkę kilofem, żadnemu jednak nie przeszło to przez myśl. Obaj mieli ambicję, by pokonać oponenta w uczciwym pojedynku, cała więc energia płynąca z nienawiści, skupić się musiała na ryciu w skale. Grudy złota padały wokół stóp, mieszając się wśród pyłu i kamieni. Co jakiś czas wynosili pod dźwig skrzynię pełną odpadów, a w międzyczasie rosło również bogadztwo drugiej skrzyni, połyskującej złotą zawartością.   Niejeden chichot Doli splątywał już ku sobie losy na pozór nieodpowiednich ludzi, zawsze zdawała się ona boginią nadwyraz cyniczną. Mało kto jednak potrafił dostrzec w tych figlach szersze znaczenie.   Z dali zdawało się dobiegać nagminne wołanie, dochodziło bodaj z jamy po drugiej stronie dna. Kilku sepentriońskich strażników potruchtało w tamtą stronę, będąc wyraźnie zaalarmowani. Rytmiczne grzmoty kilofów ustały w tamtych okolicach, zamiast tego między ścianami odbijał się gwar. Coraz więcej chaotycznych głosów, coraz więcej skonsternowania, coraz więcej niewiadomych i niepewności. Zeszło jeszcze trochę strażnikow, każdy tym razem niósł ze sobą rozżażoną pochodnię. Zaaferowane głosy nasilały się.   Skrzynia Jegora i Seweryna była już po brzegi wypełniona złotem. Strażnik, któremu kazano zostać na stanowisku zezwolił na wyniesienie skrzyni. Odpiął ich od reszty górników.   Zataszczyli skrzynię tuż pod dźwig, skorzystali wtedy z okazji, by sięgnąć wzrokiem do drugiej jamy. Nie ujrzeli jednak zbyt wiele, poza tym czego mogli się domyślić z dochodzących dźwięków. Duże skupisko ludu skotłowało się w jednym punkcie korytarza, strażnicy przepchnęli się przez gawiedź i rzucili nieco światła, przychylając pochodnie do ściany. Ciche tykanie przebijało się przez głosy górników, jakby ktoś kijkami stukał o skałę. Kilkoro górników przepchnęło się ma zewnątrz zgromadzenia. Ich twarze były wykrzywione w groteskowy grymas, który mógł zaistnieć tylko u człowieka oszalałego z przerażenia. Ci ludzie uciekali, lecz nie tyle biegli, co raczej miotali się między skalnym pyłem. Do uciekinierów dołączali kolejni, aż w końcu górników ogłuszył nagły huk wypalonego arkebuza.   Wszyscy poczęli wycofywać się z tunelu, w prześwitach między ludźmi Seweryn zauważył głęboką szczelinę w ścianie, zaraz wybiegło z niej kilku strażników. Rozległ się kolejny huk, Sepentrionowie, którzy wyłonili się ze szczeliny, nieśli rannego towarzysza, z jego gardła wyzierał się agonalny wrzask.   Ktoś padł na ziemię, wybiegając ze skalnej wyrwy. Tykanie patyków zmieszało się z dudniemem obijających się obcasów baczmagów, ale to tykanie zdawało się coraz bliżej. Wtedy po truchle zalegającym w szczelinie przepierzchło stworzenie, o'ciemnym obliczu, więc zlewało się z mrokiem jamy, ale z dala wyglądało na rosłego psa. Zaraz za nim wyłoniło się drugie, potem trzecie, a za nimi wylazło ich tyle, że każdy stracił już rachubę.   Jegor i Seweryn porzucili skrzynię, pierzchli wspinać się po spirali głównej jamy. Strażnicy wrzeszczeli, by się nie zatrzymywać, wskakiwali jak najszybciej na spiralę, ponaglając górników. Jeden ze strażników został na dnie, wbiegł do przeciwnej jamy, by ostrzec tamtejszych górników, lecz było już za późno. Stwory wbiegły do głównej groty, ukazały się wtedy w pełni swojej okazałości. To były ogromne mrówki, które przebierały patyczkowymi nóżkami z potworną prędkością. Zalały one całą główną jamę i gdy górnicy z niedawnego stanowiska Jegora i Seweryna chcieli ratować swe życie, zostali w trymiga odcięci od jakiejkolwiek drogi ucieczki.   Żuwaczki mrówek rozszarpywały kończyny, ich smukłe ciała obalały górników na ziemię. Pogrom był już nieunikniony. Ku zaskoczeniu uciekinierów, kończyny poległych kompletnie znikały, gdy mrówki dorwały już nieszczęśnika. Zdawało się również, że niektórym brakowało sporych połaci ubrań i skóry. Czy owady tak szybko ich pożerały?   Wraz z wznoszeniem się spirali, strażnicy alarmowali kolejno pomniejsze jamy, tłok na pochyłej powierzchni utrudniał coraz bardziej poruszanie się. Mrówki w tym czasie poczęły wspinać się po pionowych ścianach, błyskawicznie doganiając górników. Seweryn i Jegor biegli na przedzie, nagle się jednak zatrzymali, gdy kilka stworów stanęło tuż przed nimi. Garstka górników wyprzedziła zwaśnionych wojowników, jednak również i oni stanęli jak wryci na widok zagrożenia. Nie zdążyli już jednak uniknąć śmierci, mrówki rzuciły się na nich. Teraz z bliska Seweryn widział, jak z między żuwaczek mrówki spluwały osobliwym gęstym płynem. Struga mrówczej śliny oblepiła przedramię jednego z górników, nagle płyn zaczął się przepalać przez jego ubrania, a gdy zabrakło już tkaniny i wełny, skóra ofiary odzielała się od ścięgien. Warstwa po warstwie, żywa tkanka rozpuszczała się, aż o ziemię stuknęło kilka wygładzonych fragmentów kości. Pozbawiony ręki górnik padł jak rażony piorunem, wrzeszcząc z bólu przez cały proces topnienia ręki.   Jegor skorzystał z okazji, wyrwał kilof z drugiej, zdrowej ręki górnika. Mrówkia wspinała się po jeszcze wijącym się ciele swojej ofiary, wtedy ataman zamachnął się ponad swoim barkiem, roztrzaskując jednocześnie mrówcze cielsko i klatkę piersiowę nieszczęśnika, zamykając w ten sposób mu rozdartą gębę.   Dziób kilofa ugrzązł w ciele. Gdy Jegor szarpał za trzonek, próbował go wznieść, głowica wkrótce jednak się ułamała, była cała przepalona i narzędzie stało się bezużyteczne. W końcu w przód wyskoczyli strażnicy. Próbowali przebić się przez potwory pałaszami, chwilami dochodziło to do skutku, lecz szable po paru ciosach poczęły się gwałtownie tępić i szczerbić.    Małej grupce przetrwańców, złożonej ze straży, udało się jednak przebić. Dwóm więźniom operującym dźwig kazali wciągnąć zebrane dotychczas złoto. Kilku z nich stanęło przy kołowrocie, by pomóc wynieść skrzynie, większość jednak pobiegła od razu do wyjścia.   Kołowrót turkotał, a masy ludzkie zagęszczone na spirali powoli topniały. Jegor rozglądał się za ratunkiem, mrówki były już coraz bliżej niego, aż nagle coś sobie uświadomił. Dał susa ku krawędzi spirali, sięgnął wzrokiem w dół, platforma ze złotem niezgrabnie gramoliła się wzyż, to była ostania szansa ma zachowanie życia. Cofnął się o parę kroków, chciał już wziąć rozpęd i dać następnego susa, jednak nagły doraźny dźwięk powstrzymał go. Uświadomił sobie, że przez ten cały czas przykuty był do Seweryna, a po całym tym zamieszaniu nic nie zmieniło się w tej kwestii. Szarpnął gwałtownie za łańcuch, wyrywając swojego nemesis z oszalałego tłumu. Stety bądź niestety Seweryn jeszcze dychał i był szarpnięciem łańcucha bardzo zaaferowany.    - W takim momencie porachunków ci się zachciało? - wybuchnął Pilecki do Jegora.   - Słuchaj mnie teraz szlachetko - odszczekał dosadnie ataman - martwy będziesz dla mnie tylko większym obciążeniem, a ja mam sposób, by się z tego zamieszania wykaraskać. Dźwig się wznosi, a my jesteśmy do siebie przywiązani. Na mój znak skaczemy na tamtą w dole platformę. Musimy tylko skoczyć w ostatniej chwili, by nikt za nami nie podążył, inaczej lina nie wytrzyma i wszyscy polecimy na żer mrówkom. Skaczemy na mój znak.   Seweryn skinął tylko głową porozumiewawczo. Stanęli obok siebie, gdy śmierć kroczyła tykając na patyczkowatych nogach. Cierpienie rozsiane było po wszystkich stronach, swąd palonego przez kwas mięsa uderzał do nozdrzy. Tylna krawędź platformy ze skrzyniami wyłoniła się już przed ich oczami. Jegor odliczył, “Na trzy!” i skoczyli niemal w równym czasie.   Podeszwy baczmagów uderzyły o drewno platformy, całość zachybotała się na linie, dwie skrzynie wypadły i rozbiły się o chitynowe, mrówcze cielska. Seweryn złapał się chyżo liny, Jegor jednak wylądował bliżej krawędzi, chwiał się na nogach, a platforma uchylała się zdeczka pod jego ciężarem. Seweryn wciąż ściskając linę w dłoni, wyciągnął wolną dłoń w kierunku przymusowego towarzysza. Tym razem to on szarpnął za łańcuch i postawił Jegora na nogi,  stali tuż obok siebie. Razem wznosili się ponad głowy całej reszty, ponad panujący w lejku chaos. Żywoty rzedły na ich oczach, wszyscy pozostawieni w beznadziei i tylko oni, samotni na platformie.   Turkot ucich, gdy byli już na szczycie. Operatorzy dźwigu zdawali się być skonfundowani niespodziewanymi pasażerami. Owi wyskoczyli jak rysie na stały grunt, ponownie wprawiając platformę w dygotanie. Wtem Sepentriońscy strażnicy wymierzyli do nich zimnymi lufami arkebuzów.    - Brać się za skrzynie! - krzyknęli do kapitana i atamana.   Jegor jednak nie zamierzał słuchać. W mig skoczył za plecy jednego z dźwigowych i pchał go w przód, by skrócić dystans. Sepentrionowie odpowiedzieli na to ogniem. Cztery lufy buchnęły żywym ogniem, wypluwając z siebie rozgrzany ołów. Dźwigowy nieszczęśnik posłużył atamanowi za żywą tarczę. Nim z ciała uleciał jeszcze duch, Jegor rzucił dźwigowego wprost na jednego ze strażników. Sepentrion padł przygnieciony nagłym ciężarem. Reszta zaczęła uciekać, spostrzegli nowe zagrożenie, mrówki wspinały się już na szczyt jamy.   Powalony Sepentrion próbował się wygramolić spod trupa i gdy już wstał i chwiejnym krokiem zwócił się do wyjściowego korytarza, Jegor oplątał jego szyję łańcuchem. Szli tak wzdłuż korytarza, Sepentrion wierzgał się, bił gryzł, ale nie potrafił uwolnić się z uścisku, nie ważne jak się starał. W końcu siły go opuściły, ciało zwiotczało.   Ataman chwycił w dłonie arkebuz pokonanego, rzucił szybko pałasz Sewerynowi i obaj biegem ruszyli do wyjścia. Biegnąc tunelem usłyszeli jednak przed sobą następny turkot. Śnieżny blask oślepiał ich przyzwyczajone do półmroku pochodni oczy. Nie widzieli co dokładnie, ale byli pewni, że coś przed nimi stoi. Wzrok się na chwilę wyostrzył. Jegor zauważył na wylocie rząd Sepentrionów z wzniesionymi lufami. Tuż przed nimi biegli jednak jeszcze strażnicy, którzy porzucili swego pobratymca.    - Padnij! - wrzasnął Jegor.   I obaj z Sewerynem rzucili się płasko na ziemię. Słyszeli tylko salwę arkebuzów i ciche jęki rozstrzelanych wartowników. Nie przesłaniali już widoku, Jegor przyzwyczaił się do bieli świata zewnętrznego. Widział jak strażnicy u wylotu ściągają płachtę z tajemniczego urządzenia. To armata!    - Strzelać w sufit! Zawalić tunel! - krzyczał ktoś na końcu tunelu.   I ryknęła ognista bestia, a po ryku zapanowała głuchota. Jegor i Seweryn leżeli oszołomieni, trzymając się za głowy, chroniąc je przed spadającymi kamieniami. Pył uderzył ich po oczach, prawie nic nie było widać. Czuli tylko jak podłoga się trzęsie, cyklicznie coś wibrowało tuż obok ich ciał. Gdy wszystko ustało i przetarli powieki, jasność śnieżnej bieli już zniknęła, tunel był zatkany gruzami.    Słuch powoli wracał, znów tykanie patyczków narastało zza ich pleców. Zguba nadchodziła w nadwyraz szybkim tempie. Stanęli obaj na nogi, by śmierć przyszła z godnością, twarzą w twarz z potwornościami z głębin podziemi. Nim jednak Jegor się odwrócił, zauważył, że pogrzebane zostały z nimi ciała rozstrzelanych wartowników. Dał susa do jednego z nich, rozpiął mu kożuch, szukał czegoś za pazuchą. W głowie modlił się do Doli, by stereotyp okazał się prawdziwy. Jest! Butelka pełna gorzałki. Parę metrów dalej leżała niedopalona pochodnia.   - Chwyć w rękę łuczywo i rzuć je na mój znak! - zakomendował Sewerynowi.   W tym czasie rzucił gorzałę w głąb tunelu, butelka roztrzaskała się, obryzgując ściany i podłogę płynem o ostrym i otrzeźwiającym zapachu. Skoczył jeszcze do drugiego trupa i trzeciego, rozpinał kożuchy. Pusto! Mrówki tykały nóżkami coraz głośniej. Czarna chmara wyłaniała się z ciemności, niemal zlewając się ze wszystkim wokół. Seweryn podbiegł do Jegora z łuczywem w ręku.    - Widzisz te odłamki szkła? Rzucaj ogień! No już, teraz!   I sprężystym zamachem ramienia, kapitan cisnął tlące się łuczywo w otchłań. Nagła fala ciepła buchnęła przetrwańcom w twarze, czoła spłynęły im potem. Ogień tlił się w ich oczach, wypełniając przestrzeń, a kopalniane potwory kwiliły trawione przez pląsające jęzory żaru. Reszta mrówek wycofała się, wyczuwając wyraźnie podwyższoną temperaturę. Zagrożenie oddalało się, a Jegor wraz z Sewerynem siedli zdyszani na ziemi.
    • Kolejne rozstanie  I pytanie    Czy było warto?   Jak z ulubioną kartą  Tacy samotni w tłumie 
    • Menu karby: brak u Nemo.    
    • Aby... błoto lubi bibul: oto łby - ba.  
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...