Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Tak jak duch materializujący się na seansie spirytystycznym, w mojej wyobraźni powstał elektryczny błękit w stylu Maxfielda Parvisha. Dionaea muscipula otwarł swój kielich wypuszczając na wolność przetrawione przez czas wspomnienia, którymi żywił się długie lata.
Po przeszło dwugodzinnej piwnej psychoanalizie, Siergiej wstał z parkowej ławki i z trudem utrzymując balast swym chudym tyłkiem, zniknął mi z oczu w jednej z tych ocienionych drzewami pustych ulic, naznaczonych śmierdzącymi sikami okolicznych mętów.
To była nasza ostatnia pogawędka. Jak ten czas leci, minęło dwa lata, a wydaje się, że było to wczoraj.
Pamiętając, że czas jest najcenniejszą chwilą jaką posiadam, postanowiłem uhonorować pamięć dziadka wspomnieniami wg. jego własnej beletrystyki. Ten wiejski osiłek słynął z niezwykłej tężyzny fizycznej i buntowniczej postawy społecznej. Po zajęciu wschodnich rubieży Polski przez Sowietów, Symeon czyli mój dziadek wskazany palcem przez tajemniczego przyjaciela, jako jeden z pierwszych "wylądował" w obozie we Władywostoku czekając na transport w głąb Syberii, zgodnie z zasadą; "Od fałszywych przyjaciół strzeż mnie Panie, bo z wrogami jakoś sobie radzę". Przy okazji wspólnej niedoli zaprzyjaźnił się z dwójką młodych ludzi z sąsiedniej gminy. Wszyscy pochodzili z nadgranicznych wschodnich wiosek, a więc doskonale znali język najeźdźców. Obaj byli jeszcze kawalerami. Schwytani w zwykłej łapance jakie urzadzali Sowieci w podejrzanych o niesubordynację wsiach, uczyli się rzemiosła przetrwania w skrajnych, syberyjskich warunkach. Olek i Tolek, jak kazali siebie nazywać, wspierali dzielnie czterdziestoletniego Symeona, który zaprzestał dokładnych obserwacji domniemanych przyjaciół - wierzył im. Potężnie zbudowany Symeon, który bez wysiłku podnosił za dyszel załadowany ziemniakami wóz, był doskonałym zapaśnikiem w zmaganiach z obozowymi mętami. Ledwie żywi międzynarodowi, wycieńczeni zesłańcy, w których szeregach było mnóstwo pospolitych przestępców różnorakiej maści, kradli co się dało, a w szególności koce,
odzież i żywność - był to towar deficytowy, który dawał znikomą szansę przetrwania. Pewnego bezczynnego dnia po porannym liczeniu stanu osobowego obozu, do Symeona podszedł starszy mężczyzna, mówiąc, że jest Amerykaninem - na imię miał Jack. Nie zatrzymując się szepnął:
- Chcę z tobą pogadać! - powiedział i oddalił się niespiesznie, nie zwracajac uwagi miejscowych kapusiów, których było pełno w przejściowym obozie.
Zima, mróz trzymał na uwięzi wyprawę do kołyńskich kopalń złota, gdzie mieli pracować zesłańcy, nieświadomi co ich czeka, uzbrojeni tylko w nadzieję, która potrzebna jest ludziom słabym. Silne osobowości jej nie potrzebują. We Władywostoku względnie bezpieczni pod nikłą kontrolą międzynarodowych organizacji, żyli w nieświadomości, co ich czeka. Był marzec 1941 roku.
Jak na ironię losu niebo przystrojone w biskupi fiolet, kpiło swym pięknem z losu nieszczęśników, którzy z krążących po obozie wieści wiedzieli wszystko o kopalniach śmierci na nieludzkiej ziemi. To plotki - pocieszali się nawzajem.
- Mówicie jak stare, żałosne baby ulegajace losowi!!! - beształ Symeon swych dwóch towarzyszy niedoli, bezsilnie narzekających na obozowe warunki.
- Głód, smród, nędza i ubóstwo - bici za byle przewinienia zesłańcy mają
wiecej sińców niż pcheł na głowie, czy wam oczy dupą zarosły? - będziecie narzekać, to zastrzelą was i wrzucą do przerębli jak padlinę, a tam dorodne syberyjskie ryby zatrą wszelkie ślady po Olku i Tolku - pocieszał rodaków swoim niekonwencjalnym językiem Symeon.
- Tobie to dobrze jesteś silny jak Tur i wszyscy ciebie się boją, a nas biją i gwałcą nawet nie możemy spać w obawie przed kradzieżą - skarżyli się współplemieńcy niedoli.
- Radzę nauczyć się wam mnisiej umiejętności, słyszeć i rozumieć przez sen - trzeba być czujnym - dodał konspiracyjnym szeptem, widząc w pobliżu kręcącego się Amerykanina.
- Co on chce, czyżby pracował dla NKWD?
Symeon nie miał w zwyczaju czekać, aż gówno wypłynie na wierzch, znał tylko siłowe rozwiązania. Jego chłopska, wrodzona podejrzliwość sygnalizowała niebezpieczeństwo. Stary kłusownik i "zakrapior" znany i ścigany przez ludzi hrabiego Ciecierskiego za "leśne przestępstwa", był czujny jak dzikie zwierzę. Hrabia rezydował w letnim dworku we wsi Baciki - Srednie. Od tegoż hrabiego mój dziadek dzierżawił 3 ha. pola, za które musiał płacić dziesięciną i harować od świtu do nocy na rozległych pańskich włościach, ale to już opowiadała moja babcia. Cóż, musiał wyżywić siedmioro dzieci i żonę. Ale to było w kraju. Wielodzietna rodzina i niewyobrażalna bieda, której i ja miałem "zaszczyt" doświadczyć wiele lat później na poczatku mego skromnego żywota.
Pewnego słonecznego dnia, kiedy wiosenne słońce zaczęło nieśmiało penetrować obozowe śniegi, tabuny zesłańców wyległo z prowizorycznych, zimnych szop grzejąc swe niedożywione ciała. Symeon wmieszał się w ten tłum łachmaniarzy, przymknął oczy i wchłaniał zachłannie ciepło, zapominając o Bożym świecie. Gwałcony przez wszechwłady smród w przepełnionych ludzkich budach łapał teraz odżywczą energię, jakby magazynował ją na całe życie. Ta chwila beztroski go zgubiła.
- Rób co ci każę, bo inaczej zginiesz! - usłyszał tchnienie głosu przy swoim uchu - jakby na potwierdzenie tych słów, poczuł ostry przedmiot w okolicy lewej łopatki.

Opublikowano

Cyt! Lucek to Ty? Tekst zaliczam do ligi "oldboyów", jako przedstawiciel "kojotów" mam uwag kilka:
- Bardzo dobrze, że autor nagle i szybko skończył ( ile czasu człowiekiem przy czytaniu mogą wstrząsac torsje?)
- Ani to mądre ani odkrywcze.
- Jedyny wniosek jaki nasunął sie po dotarciu do oazy ( ostatniej kropki) na tej intelektualnej pustyni: lepiej było siedzieć w Polskim Sanacyjnym Obozie Koncentracyjnym w Berezie Kartuskiej za Piłsudskiego, który ma teraz pomniki, place i ulice...
- Straszni byli ci sowieci i ich NKWD... brrr...
- Dla myślących, młodych i chętnych wiedzy podaję link na odtrucie:
www.eioba.pl/a86034/bereza_kartuska_polski_sanacyjny_oboz_koncentracyjny
- nie wiedziałem, że śmierć prof. Wieczorkiewicza spowoduje taki atak "oldboyów".

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


..."W niektórych wierzeniach indiańskich kojot przedstawiany był jako stworzyciel świata..." Pani Wando, proszę nie robić ze mnie kolejnego bożka, nie zasługuję, serio... co sobie jedna tona pomyśli... taka adoracja Damy, proszę się opamiętać! ( trzynasta scena egzorcysty).
www.tichyphoto.com/foto-savci/kojot/
... zrobili fotkę z zaskoczenia...trochę wiało, sorki za nieuczesanie...
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Nie, to musiała być hiena, cioteczna siostra ze strony wujka Dingo po matce lisicy z siódmej nory za dziewiątą wydmą ( oni tam wszyscy mają alergię). Pani Wando! Proszę mnie nie adorować, kokietować i ten, no... zabacułem. Na inym portalu świetna zresztą poetka od wierszy sado-macho uraczyła mię dzisiaj nowym dziełem z dedykacją... "dla jełopa i drania". Kategorycznie stwierdzam: " Nic z tego nie będzie", nie,nie,nie... chociaż miło mi pod kojocią sierścią...
www.pl.wikipedia.org/w/index.php?title=Plik:Hyena_690V1212.jpg&filetimestamp=20081029185629
...po wizycie w gabinecie kosmetycznym, gdzie nastąpiło zwarcie instalacji elektrycznej podczas seansu odmładzania...
Opublikowano

www.youtube.com/watch?v=b0MaZ1rdwwU
A to mój chrześniak: lemur Wagner. Szaman w miejscowym plemieniu w trakcie seansu hipnotyzowania świata. Ostrzegam! Zdjęcia drastyczne i niebezpieczne. Nikt po seansie nie był dalej takim samym...

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Dziękuję bardzo panie Jacku. Czy będzie ciąg dalszy? - jeszcze nie wiem, zależy to od wielu osobistych wydarzeń. Pozdrawiam.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


"Ja o zupie, a Ty o dupie" Marcin.
łał, skoro jesteśmy w laboratorium, i przedstawiamy tu swoje próbki odniosę się do całokształtu badań pewnej ekipy: Na poezji.org jest kilka osób piszących, minus jeden, co dał dyla o przeszłości. Nawiążę pokrótce do Wiecha, Piaseckiego czy Grzesiuka ( z tych bardziej znanych), im, w przeciwieństwie do Was udało się przedstawić "tamte czasy" w sposób ciekawy, nieco sarkastyczny i z " jajem". Dlatego czyta ich dalej młodzież pijąca tanie wino, paląca i klnąca niczym szewc. " Wasze" nekrologii ( bez obrazy) są za to dla szczególnej grupy czytelników. Brak im wszystkiego, a jedno mają wspólne: Polskie Kroniki Filmowe po latach, w kolorze i z przerwami na współczesne reklamy. " wasze" prawo tak pisać, reprezentować styl jakiś, klepać się i pławać w zachwycie, a moje pisać co o tym sądzę, bo w końcu wystawiacie to na pokaz.Jedno trzeba " Wam" przyznać: wybraliście działkę literatury, gdzie poprzeczka jest w niebie i długo będziecie musieli czekać, aż ktoś po przeczytaniu : młody, przystojny i mądry jak ja: odłoży Twoją książkę i powie do siebie" Kurwa, co za gość, nie tylko zafundował mi powrót w czasie, ale do tego jeszcze nie chce mi się wracać w teraźniejszość..." Subtelna różnica - wiesz co to jest subtelność? To odwrotnie proporcjonalna sytuacja, do tej, gdzie przez drogę przechodzi srające spod ogonów stado krów pędzone wiejskim pachołem za pomocą gwizdów i kopnięć - więc subtelna różnica między tekstem dobrym a do dupy jest taka, że norma - wiesz co to jest norma? - to ilość i kształt plam na ciele krowy, ich brak świadczy, że możesz mieć do czynienia z bykiem i raczej go nie wydoisz, no chyba, że ich ilość i kształt wskazuje, że masz do czynienia z biedronką, której też nie wydoisz, ale najwyższy czas na wizytę u okulisty - wracając do tematu... Ja Ciebie też... ( nie uciekaj czasem z portalu, bo komuś nie podoba się Twoja twórczość, mnie wywalano już wiele razy za:
- głupotę do sześcianu.
- miłość adminki i moją odmowę spotkania się w Białymstoku pod pomnikiem Amora o szesnastej dwadzieścia w drugą niedzielę miesiąca.
- zawiść admina, psiej juchy, że nie został zaproszony,
- i ten, no... całokształt.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


"Ja o zupie, a Ty o dupie" Marcin.
łał, skoro jesteśmy w laboratorium, i przedstawiamy tu swoje próbki odniosę się do całokształtu badań pewnej ekipy: Na poezji.org jest kilka osób piszących, minus jeden, co dał dyla o przeszłości. Nawiążę pokrótce do Wiecha, Piaseckiego czy Grzesiuka ( z tych bardziej znanych), im, w przeciwieństwie do Was udało się przedstawić "tamte czasy" w sposób ciekawy, nieco sarkastyczny i z " jajem". Dlatego czyta ich dalej młodzież pijąca tanie wino, paląca i klnąca niczym szewc. " Wasze" nekrologii ( bez obrazy) są za to dla szczególnej grupy czytelników. Brak im wszystkiego, a jedno mają wspólne: Polskie Kroniki Filmowe po latach, w kolorze i z przerwami na współczesne reklamy. " wasze" prawo tak pisać, reprezentować styl jakiś, klepać się i pławać w zachwycie, a moje pisać co o tym sądzę, bo w końcu wystawiacie to na pokaz.Jedno trzeba " Wam" przyznać: wybraliście działkę literatury, gdzie poprzeczka jest w niebie i długo będziecie musieli czekać, aż ktoś po przeczytaniu : młody, przystojny i mądry jak ja: odłoży Twoją książkę i powie do siebie" Kurwa, co za gość, nie tylko zafundował mi powrót w czasie, ale do tego jeszcze nie chce mi się wracać w teraźniejszość..." Subtelna różnica - wiesz co to jest subtelność? To odwrotnie proporcjonalna sytuacja, do tej, gdzie przez drogę przechodzi srające spod ogonów stado krów pędzone wiejskim pachołem za pomocą gwizdów i kopnięć - więc subtelna różnica między tekstem dobrym a do dupy jest taka, że norma - wiesz co to jest norma? - to ilość i kształt plam na ciele krowy, ich brak świadczy, że możesz mieć do czynienia z bykiem i raczej go nie wydoisz, no chyba, że ich ilość i kształt wskazuje, że masz do czynienia z biedronką, której też nie wydoisz, ale najwyższy czas na wizytę u okulisty - wracając do tematu... Ja Ciebie też... ( nie uciekaj czasem z portalu, bo komuś nie podoba się Twoja twórczość, mnie wywalano już wiele razy za:
- głupotę do sześcianu.
- miłość adminki i moją odmowę spotkania się w Białymstoku pod pomnikiem Amora o szesnastej dwadzieścia w drugą niedzielę miesiąca.
- zawiść admina, psiej juchy, że nie został zaproszony,
- i ten, no... całokształt.
....i znów ja "o chlebie, a Ty o tym czym się j.....Podejrzewam, że mój swiat jest dla Ciebie w formie zasłyszanego panegieryku. Twoja kokofonia wdzięków nie robi na mnie żadnego wrażenia. Znam bardzo dobrze wies, ale też jeszcze lepiej stres w miejskim wydaniu. Nie wytykasz nosa poza własny sposób odniesienia, wytykając mi nieufnosć do młodzieży, co sugerujesz, jest oznaką starosci. Tak na marginesie, piszę też dla dzieci i młodzieży, a czy robię to dobrze?...naprawdę nie wiem Marcinie, wiem, że starać się to za mało. Ale to już z perspektywy wielokolorowej, wieloetnicznej metropolii, ale znów dla Ciebie będzie złe, bo nie zrozumiesz... pozdrawiam z wyrazami szacunku.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Piszę i czytam, bo jest to moją pasją. Ale nic więcej, dalszy ciąg zależny od okolicznosci. Tyle na dzień dzisiejszy.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


łał, skoro jesteśmy w laboratorium, i przedstawiamy tu swoje próbki odniosę się do całokształtu badań pewnej ekipy: Na poezji.org jest kilka osób piszących, minus jeden, co dał dyla o przeszłości. Nawiążę pokrótce do Wiecha, Piaseckiego czy Grzesiuka ( z tych bardziej znanych), im, w przeciwieństwie do Was udało się przedstawić "tamte czasy" w sposób ciekawy, nieco sarkastyczny i z " jajem". Dlatego czyta ich dalej młodzież pijąca tanie wino, paląca i klnąca niczym szewc. " Wasze" nekrologii ( bez obrazy) są za to dla szczególnej grupy czytelników. Brak im wszystkiego, a jedno mają wspólne: Polskie Kroniki Filmowe po latach, w kolorze i z przerwami na współczesne reklamy. " wasze" prawo tak pisać, reprezentować styl jakiś, klepać się i pławać w zachwycie, a moje pisać co o tym sądzę, bo w końcu wystawiacie to na pokaz.Jedno trzeba " Wam" przyznać: wybraliście działkę literatury, gdzie poprzeczka jest w niebie i długo będziecie musieli czekać, aż ktoś po przeczytaniu : młody, przystojny i mądry jak ja: odłoży Twoją książkę i powie do siebie" Kurwa, co za gość, nie tylko zafundował mi powrót w czasie, ale do tego jeszcze nie chce mi się wracać w teraźniejszość..." Subtelna różnica - wiesz co to jest subtelność? To odwrotnie proporcjonalna sytuacja, do tej, gdzie przez drogę przechodzi srające spod ogonów stado krów pędzone wiejskim pachołem za pomocą gwizdów i kopnięć - więc subtelna różnica między tekstem dobrym a do dupy jest taka, że norma - wiesz co to jest norma? - to ilość i kształt plam na ciele krowy, ich brak świadczy, że możesz mieć do czynienia z bykiem i raczej go nie wydoisz, no chyba, że ich ilość i kształt wskazuje, że masz do czynienia z biedronką, której też nie wydoisz, ale najwyższy czas na wizytę u okulisty - wracając do tematu... Ja Ciebie też... ( nie uciekaj czasem z portalu, bo komuś nie podoba się Twoja twórczość, mnie wywalano już wiele razy za:
- głupotę do sześcianu.
- miłość adminki i moją odmowę spotkania się w Białymstoku pod pomnikiem Amora o szesnastej dwadzieścia w drugą niedzielę miesiąca.
- zawiść admina, psiej juchy, że nie został zaproszony,
- i ten, no... całokształt.
....i znów ja "o chlebie, a Ty o tym czym się j.....Podejrzewam, że mój swiat jest dla Ciebie w formie zasłyszanego panegieryku. Twoja kokofonia wdzięków nie robi na mnie żadnego wrażenia. Znam bardzo dobrze wies, ale też jeszcze lepiej stres w miejskim wydaniu. Nie wytykasz nosa poza własny sposób odniesienia, wytykając mi nieufnosć do młodzieży, co sugerujesz, jest oznaką starosci. Tak na marginesie, piszę też dla dzieci i młodzieży, a czy robię to dobrze?...naprawdę nie wiem Marcinie, wiem, że starać się to za mało. Ale to już z perspektywy wielokolorowej, wieloetnicznej metropolii, ale znów dla Ciebie będzie złe, bo nie zrozumiesz... pozdrawiam z wyrazami szacunku.
Następny diagnosta, taka jego mać...nie interesuje mnie Twoja wrażliwość i elokwencja, pochwały co robisz i ile możesz zostaw sobie dla kogoś tam...wieloetniczna metropolia... to znaczy, że co...? New York? Boston? Chicago? A może Teheran? I nie szpanuj mi tu " swoim światem" bo na poezji.org publikujesz dobrowolnie więc chyba Cię troszkę rozsadza...
Cyt! Lucek! Kiedy wyjechałeś? Masz robotę? Taką prawdziwą, z ubezpieczeniem i kartą czasową? Ja cię kręcę... nic nie mówiłeś...Ściągniesz mnie? Ale wiesz, ja tylko obijać się umiem...Twoja erudycja też mnie nie rozwala, coś w stylu Walentynowicz, mówiącej Jaruzelskiemu... na kolana za krzywdy dokonane!
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


....i znów ja "o chlebie, a Ty o tym czym się j.....Podejrzewam, że mój swiat jest dla Ciebie w formie zasłyszanego panegieryku. Twoja kokofonia wdzięków nie robi na mnie żadnego wrażenia. Znam bardzo dobrze wies, ale też jeszcze lepiej stres w miejskim wydaniu. Nie wytykasz nosa poza własny sposób odniesienia, wytykając mi nieufnosć do młodzieży, co sugerujesz, jest oznaką starosci. Tak na marginesie, piszę też dla dzieci i młodzieży, a czy robię to dobrze?...naprawdę nie wiem Marcinie, wiem, że starać się to za mało. Ale to już z perspektywy wielokolorowej, wieloetnicznej metropolii, ale znów dla Ciebie będzie złe, bo nie zrozumiesz... pozdrawiam z wyrazami szacunku.
Następny diagnosta, taka jego mać...nie interesuje mnie Twoja wrażliwość i elokwencja, pochwały co robisz i ile możesz zostaw sobie dla kogoś tam...wieloetniczna metropolia... to znaczy, że co...? New York? Boston? Chicago? A może Teheran? I nie szpanuj mi tu " swoim światem" bo na poezji.org publikujesz dobrowolnie więc chyba Cię troszkę rozsadza...
Cyt! Lucek! Kiedy wyjechałeś? Masz robotę? Taką prawdziwą, z ubezpieczeniem i kartą czasową? Ja cię kręcę... nic nie mówiłeś...Ściągniesz mnie? Ale wiesz, ja tylko obijać się umiem...Twoja erudycja też mnie nie rozwala, coś w stylu Walentynowicz, mówiącej Jaruzelskiemu... na kolana za krzywdy dokonane!
....może to, a może tamto.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Widziałam dzisiaj Mickiewicza. Mróz rzeźbił pod cylindrem fale, kołnierz z norek całował mu szyję. Mickiewicz żyje.   Jego lakierki z nosem na błysk, z każdym krokiem recytowały mroczne i czarne „Dziadów” wersy. Mickiewicz dzisiejszy.   Zarzucił na płaszcz aksamitny z lekką nutą nonszalancji, swój plecak sportowy marki Vans. Mickiewicz nie w czas.   Jedni epokę chcą prześcignąć, inni cofają się w dawne lata i swoją elegancką duszę karmią „Panem Tadeuszem”.
    • - Wstawaj natychmiast! - krzyk nieznanego mu głosu wyrwał go ze snu - namiestnik cię wzywa, no już, nie ociągaj się!   Siłą postawiono Seweryna na nogi, wszyscy inni wewnątrz jeszcze spali. Z izby wyciągnęło go dwóch sepentriońskich strażników, ciągnąc go za ramiona. Słońce dopiero wspinało się ponad horyzont, malując szarówkę na śnieżnym płótnie. Rzucono go za próg murowanej chaty i wskazano jedno z pomieszczeń. Seweryn odchylił drzwi, w pomieszczeniu za nimi siedział namiestnik Gorbunow. Strażnicy posadzili kapitana przy stole. Gorbunow przeciągnął się na krześle i stęknął cicho, gdy jego stare kości strzelały jedna po drugiej.    - Mamy sprawę do szanownego pana kapitana.   - Czego mości pułkownik carski może chcieć od prostego, lechickiego żołnierza?   - Nie zgrywaj durnia, wojna jest i lepiej byś waść docenił moją łaskę. Sprawa jest prosta, możemy nieco ulżyć kapitanowi cierpień, jeno języka potrzebujemy. Daj nam świeże informacje o ruchu wojsk lechickich.   - Nie zrobię tego, choćbym miał w kopalniach umęczon paść.   - Nawet u boku swego śmiertelnego wroga?    - O czym pułkownik rzecze? - Pilecki uniósł brew lekko skonsternowany.   - Jegor Dynmo, Krwawy Ataman, przypomniało mi się - rzucił zadowolony namiestnik - od niego słyszałem pierwej twoje nazwisko. Siarczystej mowy przy tym używał. Na twoim miejscu, drogi kapitanie, bałbym się o własne gardło. To jak będzie? Zdradzisz nam to i owo o swoich rodakach?   Seweryn trawił wewnątrz siebie tę informację. Milczał dłuższą chwilę, wpatrując się w blat stołu. Dynmo… Wszystko by się zgadzało…    - Domyślałem się już tego. Odpowiedź brzmi nie.   Gorbunow cmoknął ustami i westchnął głęboko, również i on miotał się z myślami. Palcami wybijał na stołowym drewnie stały rytm. Rzucił w końcu złowrogie spojrzenie na Pileckiego.    - Przetasujcie nieco mości kapitanowi myśli.    Wtedy jeden ze strażników chwycił Seweryna za tył głowy i gwałtownym ruchem przybił jego czoło do stołu.   - I jak teraz? Powiesz coś więcej?   - Idź do Welesa.   - W porządku, ale z naszej dwójki to ty będziesz znacznie bliżej Welesa - odwrócił głowę do strażnika - rzućcie go znów na roboty w kopalni, do następnego ranka zmięknie. Jeśli nie, to rano będziemy naszego gościa przypiekać - Sepentrionowie ruszyli z Sewerynem za próg pokoju, nagle jednak namiestnik zatrzymał ich na jeszcze jedną chwilę - i pamiętaj, że wydobywając dla nas złoto, znacząco przyczyniasz się finansowo do wygranej cara!    Odprowadzono Seweryna do izby. Gdy wepchnięto go za drzwi, więźniowie budzili się już do życia. W powietrzu dało się momentalnie wyczuć, jaka beznadzieja panuje w pomieszczeniu. Ci ludzie doznawali katorgi znacznie dłużej, dla Seweryna wciąż zdawało się nierealne, iż wkrótce cały dzień robót powtórzy się, a potem znowu i znowu, przez miesiące lub lata, nim ciało całkowicie odmówi. Przyglądając się wszystkim, jego wzrok w końcu padł na prycz w ustronnym kącie izby, gdzie pełen sił prostował się nieznajomy kompan. Siedział na krawędzi, gdy Seweryn zbliżył się do niego. Spojrzeli po sobie, jakby obaj już wiedzieli co każdy z nich powie.   - Czemuś mi wczoraj pomógł?   - Tobie? A co miałem zrobić? Postawili cię tuż obok mnie, sypaliśmy złoto do jednej skrzyni. Gdybym przez ciebie nie zdołał jej napełnić do końca dnia, wybatożyli by mnie. Zwyczajnie dbałem o własny interes - spojrzał teraz w górę na Seweryna, jego w włosy rozczesały się, ukazując kapitanowi dobrze znaną mu twarz. Za czupryną nie krył się nikt inny jak Jegor Dynmo.   - Zapomniałeś już chyba jak moi chłopcy musieli cię ongiś połatać. I z jaką wdzięcznością się odpłaciłeś? Gdzie jest Włóczka Doli?   - Nie trudno na stepie znaleźć kupca artefaktów, już pewnie nie jedno może przebyła. Miło było widzieć w jamie jak ucieka z ciebie żywo duch.   - Ostatnim razem to ty skomlałeś jak pies, gdy stanęliśmy do szabli.   - Gdybym nie był wówczas poharatany, skończyłbyś bez gardła.   - Takiś pewien? A rzekomo to w Lechitach jest niezdrowa duma.   Jegor powstał raptownie z pryczy. Jego oczy buchały żywym żarem. Dwójka mężczyzn pożerała się wzrokiem, obaj byli zdeterminowani do wszystkiego.    - Chcesz się przekonać? Wiedz, że tym razem jeno jeden z nas ujdzie żyw.   - Gdybyś tylko ciął tak szablą jak językiem. Pewno znów pierzchniesz jak zając!   Na to Jegor już nie wytrzymał. Krew gotowała się w atamanie, cała para buchnęła w jednym momencie. Szybki wymach ręką i złożona w stalowy uścisk pięść wystrzeliła prosto w żuchwę Lechity.    Seweryn jednak nie dał się zaskoczyć, dobrze wiedział, że prędzej czy później Jegor skoczy mu do gardła, wolał więc sam przyspieszyć ten moment. Odskoczył w tył, choć cios atamana był na tyle szybki, że Seweryn zachwiał się nieco z pośpiechu na nogach. Kolejne ciosy leciały w jego stronę, a on póki co mógł się tylko wycofywać.   Tłum począł zbierać się wokół nich, wynudzeni własnym żywotem skazańcy wyczuli krew. Jak hieny na żer, nakreślili wkrótce własnymi ciałami krąg, tworząc granicę ringu dla tego baletu śmierci. Seweryn nie miał już miejsca na ucieczkę, musiał wnieść gardę i kontratakować.   Kapitan Lechitów dobrze wiedział, że Jegor góruje nad nim czystą, brutalną, stepową siłą. Nie byłoby to problemem w walce na szable, gdzie od siły ważniejsza jest finezja. Tutaj jednak nie był pewien swojego wyszkolenia. Nie walczył ze zwykłym człowiekiem, walczył z ucieleśnieniem najdzikszego żywiołu, które stało się jednocześnie jego śmiertelnym nemesis.   Przyją w końcu cios na przedramię, oddał w bark atamana, ten nie czekał i grzmotnął w bok torsu. Cios za ciosem, wymieniali się jak w kantorze. Seweryn odczuwał to oczywiście bardziej, musiał się dotkliwiej naprzykrzyć przeciwnikowi.   Udało mu się w końcu przebić i zetrzeć knykcie o zarośnięty policzek Dynmo, ten splunął naonczas krwią. Jucha spływała mu z warg grubymi kroplami, ten cios wyraźnie Halyjczyka rozsiarczył.   Zaraz obaj się splątali, jeden drugiego próbując obalić na ziemię lub przydusić. Seweryn przy tym przyjął kilka kopniaków w brzuch, czuł już, że słabnie i jego wygrana miała coraz to niklejsze szanse. Zamroczyło go gdy Jegor rozkwasił mu prawym prostym nos. Ponownie się splątali, gdy całe zajście przerwało przybycie strażników.   Sepentrionowie widząc co się dzieje, ustawili się w dwa rzędy. Strażnicy na tyłach wystrzelili z arkebuzów w sufit, na przedzie z wyrachowaną gotowością czekali na rozwój sytuacji. Więźniowie, którzy wiwatowali w kole podczas walki, teraz się rozstąpili. Czwórka strażników wyskoczyła naprzod, by rozdzielić zwaśnionych więźniów, obaj szamotali się jak dziki w sidłach. Jegor dostał kolbą przez głowę, Seweryn oberwał w brzuch. Obaj rzuceni zostali przed izbę i zakuci w łańcuchy. Dzień wracał do normy, po jakichś dwudziestu minutach cały obóz ruszył w marszu do kopalni z linami ciągnącymi sanie w dłoniach.   * * *   Huk i trzask niósł się echem po wilgotnych korytarzach. Tylko huk i trzask, gdyby nawet mogli to nie pisnęliby do siebie słowem. Jeden drugiemu mógłby teraz rozłupać czaszkę kilofem, żadnemu jednak nie przeszło to przez myśl. Obaj mieli ambicję, by pokonać oponenta w uczciwym pojedynku, cała więc energia płynąca z nienawiści, skupić się musiała na ryciu w skale. Grudy złota padały wokół stóp, mieszając się wśród pyłu i kamieni. Co jakiś czas wynosili pod dźwig skrzynię pełną odpadów, a w międzyczasie rosło również bogadztwo drugiej skrzyni, połyskującej złotą zawartością.   Niejeden chichot Doli splątywał już ku sobie losy na pozór nieodpowiednich ludzi, zawsze zdawała się ona boginią nadwyraz cyniczną. Mało kto jednak potrafił dostrzec w tych figlach szersze znaczenie.   Z dali zdawało się dobiegać nagminne wołanie, dochodziło bodaj z jamy po drugiej stronie dna. Kilku sepentriońskich strażników potruchtało w tamtą stronę, będąc wyraźnie zaalarmowani. Rytmiczne grzmoty kilofów ustały w tamtych okolicach, zamiast tego między ścianami odbijał się gwar. Coraz więcej chaotycznych głosów, coraz więcej skonsternowania, coraz więcej niewiadomych i niepewności. Zeszło jeszcze trochę strażnikow, każdy tym razem niósł ze sobą rozżażoną pochodnię. Zaaferowane głosy nasilały się.   Skrzynia Jegora i Seweryna była już po brzegi wypełniona złotem. Strażnik, któremu kazano zostać na stanowisku zezwolił na wyniesienie skrzyni. Odpiął ich od reszty górników.   Zataszczyli skrzynię tuż pod dźwig, skorzystali wtedy z okazji, by sięgnąć wzrokiem do drugiej jamy. Nie ujrzeli jednak zbyt wiele, poza tym czego mogli się domyślić z dochodzących dźwięków. Duże skupisko ludu skotłowało się w jednym punkcie korytarza, strażnicy przepchnęli się przez gawiedź i rzucili nieco światła, przychylając pochodnie do ściany. Ciche tykanie przebijało się przez głosy górników, jakby ktoś kijkami stukał o skałę. Kilkoro górników przepchnęło się ma zewnątrz zgromadzenia. Ich twarze były wykrzywione w groteskowy grymas, który mógł zaistnieć tylko u człowieka oszalałego z przerażenia. Ci ludzie uciekali, lecz nie tyle biegli, co raczej miotali się między skalnym pyłem. Do uciekinierów dołączali kolejni, aż w końcu górników ogłuszył nagły huk wypalonego arkebuza.   Wszyscy poczęli wycofywać się z tunelu, w prześwitach między ludźmi Seweryn zauważył głęboką szczelinę w ścianie, zaraz wybiegło z niej kilku strażników. Rozległ się kolejny huk, Sepentrionowie, którzy wyłonili się ze szczeliny, nieśli rannego towarzysza, z jego gardła wyzierał się agonalny wrzask.   Ktoś padł na ziemię, wybiegając ze skalnej wyrwy. Tykanie patyków zmieszało się z dudniemem obijających się obcasów baczmagów, ale to tykanie zdawało się coraz bliżej. Wtedy po truchle zalegającym w szczelinie przepierzchło stworzenie, o'ciemnym obliczu, więc zlewało się z mrokiem jamy, ale z dala wyglądało na rosłego psa. Zaraz za nim wyłoniło się drugie, potem trzecie, a za nimi wylazło ich tyle, że każdy stracił już rachubę.   Jegor i Seweryn porzucili skrzynię, pierzchli wspinać się po spirali głównej jamy. Strażnicy wrzeszczeli, by się nie zatrzymywać, wskakiwali jak najszybciej na spiralę, ponaglając górników. Jeden ze strażników został na dnie, wbiegł do przeciwnej jamy, by ostrzec tamtejszych górników, lecz było już za późno. Stwory wbiegły do głównej groty, ukazały się wtedy w pełni swojej okazałości. To były ogromne mrówki, które przebierały patyczkowymi nóżkami z potworną prędkością. Zalały one całą główną jamę i gdy górnicy z niedawnego stanowiska Jegora i Seweryna chcieli ratować swe życie, zostali w trymiga odcięci od jakiejkolwiek drogi ucieczki.   Żuwaczki mrówek rozszarpywały kończyny, ich smukłe ciała obalały górników na ziemię. Pogrom był już nieunikniony. Ku zaskoczeniu uciekinierów, kończyny poległych kompletnie znikały, gdy mrówki dorwały już nieszczęśnika. Zdawało się również, że niektórym brakowało sporych połaci ubrań i skóry. Czy owady tak szybko ich pożerały?   Wraz z wznoszeniem się spirali, strażnicy alarmowali kolejno pomniejsze jamy, tłok na pochyłej powierzchni utrudniał coraz bardziej poruszanie się. Mrówki w tym czasie poczęły wspinać się po pionowych ścianach, błyskawicznie doganiając górników. Seweryn i Jegor biegli na przedzie, nagle się jednak zatrzymali, gdy kilka stworów stanęło tuż przed nimi. Garstka górników wyprzedziła zwaśnionych wojowników, jednak również i oni stanęli jak wryci na widok zagrożenia. Nie zdążyli już jednak uniknąć śmierci, mrówki rzuciły się na nich. Teraz z bliska Seweryn widział, jak z między żuwaczek mrówki spluwały osobliwym gęstym płynem. Struga mrówczej śliny oblepiła przedramię jednego z górników, nagle płyn zaczął się przepalać przez jego ubrania, a gdy zabrakło już tkaniny i wełny, skóra ofiary odzielała się od ścięgien. Warstwa po warstwie, żywa tkanka rozpuszczała się, aż o ziemię stuknęło kilka wygładzonych fragmentów kości. Pozbawiony ręki górnik padł jak rażony piorunem, wrzeszcząc z bólu przez cały proces topnienia ręki.   Jegor skorzystał z okazji, wyrwał kilof z drugiej, zdrowej ręki górnika. Mrówkia wspinała się po jeszcze wijącym się ciele swojej ofiary, wtedy ataman zamachnął się ponad swoim barkiem, roztrzaskując jednocześnie mrówcze cielsko i klatkę piersiowę nieszczęśnika, zamykając w ten sposób mu rozdartą gębę.   Dziób kilofa ugrzązł w ciele. Gdy Jegor szarpał za trzonek, próbował go wznieść, głowica wkrótce jednak się ułamała, była cała przepalona i narzędzie stało się bezużyteczne. W końcu w przód wyskoczyli strażnicy. Próbowali przebić się przez potwory pałaszami, chwilami dochodziło to do skutku, lecz szable po paru ciosach poczęły się gwałtownie tępić i szczerbić.    Małej grupce przetrwańców, złożonej ze straży, udało się jednak przebić. Dwóm więźniom operującym dźwig kazali wciągnąć zebrane dotychczas złoto. Kilku z nich stanęło przy kołowrocie, by pomóc wynieść skrzynie, większość jednak pobiegła od razu do wyjścia.   Kołowrót turkotał, a masy ludzkie zagęszczone na spirali powoli topniały. Jegor rozglądał się za ratunkiem, mrówki były już coraz bliżej niego, aż nagle coś sobie uświadomił. Dał susa ku krawędzi spirali, sięgnął wzrokiem w dół, platforma ze złotem niezgrabnie gramoliła się wzyż, to była ostania szansa ma zachowanie życia. Cofnął się o parę kroków, chciał już wziąć rozpęd i dać następnego susa, jednak nagły doraźny dźwięk powstrzymał go. Uświadomił sobie, że przez ten cały czas przykuty był do Seweryna, a po całym tym zamieszaniu nic nie zmieniło się w tej kwestii. Szarpnął gwałtownie za łańcuch, wyrywając swojego nemesis z oszalałego tłumu. Stety bądź niestety Seweryn jeszcze dychał i był szarpnięciem łańcucha bardzo zaaferowany.    - W takim momencie porachunków ci się zachciało? - wybuchnął Pilecki do Jegora.   - Słuchaj mnie teraz szlachetko - odszczekał dosadnie ataman - martwy będziesz dla mnie tylko większym obciążeniem, a ja mam sposób, by się z tego zamieszania wykaraskać. Dźwig się wznosi, a my jesteśmy do siebie przywiązani. Na mój znak skaczemy na tamtą w dole platformę. Musimy tylko skoczyć w ostatniej chwili, by nikt za nami nie podążył, inaczej lina nie wytrzyma i wszyscy polecimy na żer mrówkom. Skaczemy na mój znak.   Seweryn skinął tylko głową porozumiewawczo. Stanęli obok siebie, gdy śmierć kroczyła tykając na patyczkowatych nogach. Cierpienie rozsiane było po wszystkich stronach, swąd palonego przez kwas mięsa uderzał do nozdrzy. Tylna krawędź platformy ze skrzyniami wyłoniła się już przed ich oczami. Jegor odliczył, “Na trzy!” i skoczyli niemal w równym czasie.   Podeszwy baczmagów uderzyły o drewno platformy, całość zachybotała się na linie, dwie skrzynie wypadły i rozbiły się o chitynowe, mrówcze cielska. Seweryn złapał się chyżo liny, Jegor jednak wylądował bliżej krawędzi, chwiał się na nogach, a platforma uchylała się zdeczka pod jego ciężarem. Seweryn wciąż ściskając linę w dłoni, wyciągnął wolną dłoń w kierunku przymusowego towarzysza. Tym razem to on szarpnął za łańcuch i postawił Jegora na nogi,  stali tuż obok siebie. Razem wznosili się ponad głowy całej reszty, ponad panujący w lejku chaos. Żywoty rzedły na ich oczach, wszyscy pozostawieni w beznadziei i tylko oni, samotni na platformie.   Turkot ucich, gdy byli już na szczycie. Operatorzy dźwigu zdawali się być skonfundowani niespodziewanymi pasażerami. Owi wyskoczyli jak rysie na stały grunt, ponownie wprawiając platformę w dygotanie. Wtem Sepentriońscy strażnicy wymierzyli do nich zimnymi lufami arkebuzów.    - Brać się za skrzynie! - krzyknęli do kapitana i atamana.   Jegor jednak nie zamierzał słuchać. W mig skoczył za plecy jednego z dźwigowych i pchał go w przód, by skrócić dystans. Sepentrionowie odpowiedzieli na to ogniem. Cztery lufy buchnęły żywym ogniem, wypluwając z siebie rozgrzany ołów. Dźwigowy nieszczęśnik posłużył atamanowi za żywą tarczę. Nim z ciała uleciał jeszcze duch, Jegor rzucił dźwigowego wprost na jednego ze strażników. Sepentrion padł przygnieciony nagłym ciężarem. Reszta zaczęła uciekać, spostrzegli nowe zagrożenie, mrówki wspinały się już na szczyt jamy.   Powalony Sepentrion próbował się wygramolić spod trupa i gdy już wstał i chwiejnym krokiem zwócił się do wyjściowego korytarza, Jegor oplątał jego szyję łańcuchem. Szli tak wzdłuż korytarza, Sepentrion wierzgał się, bił gryzł, ale nie potrafił uwolnić się z uścisku, nie ważne jak się starał. W końcu siły go opuściły, ciało zwiotczało.   Ataman chwycił w dłonie arkebuz pokonanego, rzucił szybko pałasz Sewerynowi i obaj biegem ruszyli do wyjścia. Biegnąc tunelem usłyszeli jednak przed sobą następny turkot. Śnieżny blask oślepiał ich przyzwyczajone do półmroku pochodni oczy. Nie widzieli co dokładnie, ale byli pewni, że coś przed nimi stoi. Wzrok się na chwilę wyostrzył. Jegor zauważył na wylocie rząd Sepentrionów z wzniesionymi lufami. Tuż przed nimi biegli jednak jeszcze strażnicy, którzy porzucili swego pobratymca.    - Padnij! - wrzasnął Jegor.   I obaj z Sewerynem rzucili się płasko na ziemię. Słyszeli tylko salwę arkebuzów i ciche jęki rozstrzelanych wartowników. Nie przesłaniali już widoku, Jegor przyzwyczaił się do bieli świata zewnętrznego. Widział jak strażnicy u wylotu ściągają płachtę z tajemniczego urządzenia. To armata!    - Strzelać w sufit! Zawalić tunel! - krzyczał ktoś na końcu tunelu.   I ryknęła ognista bestia, a po ryku zapanowała głuchota. Jegor i Seweryn leżeli oszołomieni, trzymając się za głowy, chroniąc je przed spadającymi kamieniami. Pył uderzył ich po oczach, prawie nic nie było widać. Czuli tylko jak podłoga się trzęsie, cyklicznie coś wibrowało tuż obok ich ciał. Gdy wszystko ustało i przetarli powieki, jasność śnieżnej bieli już zniknęła, tunel był zatkany gruzami.    Słuch powoli wracał, znów tykanie patyczków narastało zza ich pleców. Zguba nadchodziła w nadwyraz szybkim tempie. Stanęli obaj na nogi, by śmierć przyszła z godnością, twarzą w twarz z potwornościami z głębin podziemi. Nim jednak Jegor się odwrócił, zauważył, że pogrzebane zostały z nimi ciała rozstrzelanych wartowników. Dał susa do jednego z nich, rozpiął mu kożuch, szukał czegoś za pazuchą. W głowie modlił się do Doli, by stereotyp okazał się prawdziwy. Jest! Butelka pełna gorzałki. Parę metrów dalej leżała niedopalona pochodnia.   - Chwyć w rękę łuczywo i rzuć je na mój znak! - zakomendował Sewerynowi.   W tym czasie rzucił gorzałę w głąb tunelu, butelka roztrzaskała się, obryzgując ściany i podłogę płynem o ostrym i otrzeźwiającym zapachu. Skoczył jeszcze do drugiego trupa i trzeciego, rozpinał kożuchy. Pusto! Mrówki tykały nóżkami coraz głośniej. Czarna chmara wyłaniała się z ciemności, niemal zlewając się ze wszystkim wokół. Seweryn podbiegł do Jegora z łuczywem w ręku.    - Widzisz te odłamki szkła? Rzucaj ogień! No już, teraz!   I sprężystym zamachem ramienia, kapitan cisnął tlące się łuczywo w otchłań. Nagła fala ciepła buchnęła przetrwańcom w twarze, czoła spłynęły im potem. Ogień tlił się w ich oczach, wypełniając przestrzeń, a kopalniane potwory kwiliły trawione przez pląsające jęzory żaru. Reszta mrówek wycofała się, wyczuwając wyraźnie podwyższoną temperaturę. Zagrożenie oddalało się, a Jegor wraz z Sewerynem siedli zdyszani na ziemi.
    • Kolejne rozstanie  I pytanie    Czy było warto?   Jak z ulubioną kartą  Tacy samotni w tłumie 
    • Menu karby: brak u Nemo.    
    • Aby... błoto lubi bibul: oto łby - ba.  
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...