Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Smutna półdeszczowa pogoda, a może to w moich oczach kędzierzawe chmury wyglądały jak krowy z wymionami napęczniałymi kwaśną, wodną mieszanką wielkiej metropolii. Był dzień pierwszego listopada 2009 roku. Mieszkam na Środkowym Brooklynie w Nowym Jorku, a dokładniej blisko skrzyżowania dwóch głównych arterii - Fort Hamilton Pkwy i McDonald Av. No właśnie, dokładnie po drugiej stronie zatłoczonego przez samochody skrzyżowania na wielkim, wypielęgnowanym cmentarzu ukołysani spokojem i pamięcią najbliższych, śpią ci co odeszli. Ten niedzielny negatywną energią naładowany poranek, jakby na potwierdzenie moich myśli, wypluł z pobliskich domów czynszowych i kamienic "smutnych złamasów", którzy snuli się jak cienie pobliską handlową ulicą Church.
Moje wspomnienia odradzały się jak wszy na tyłku bezdomnego psa, sięgając hen daleko w przeszłość, jak przystało na ten szczególny ze swych racji dzień. Jakby na potwierdzenie moich myśli, słoneczny promyk przedarł się przez kłębiaste chmury, oświetlając jasną plamą część ulicy, gdzie byłem centralną postacią. - O, o pomyślałem - dziadek Sybirak przypomina o sobie w Dzień Zaduszny, wywlekając poszarpane zegarem czasu strzępy wspomnień i tworząc tym legendę w mojej wybujałej wyobraźni. Zgodnie z zasadą, że przypadki, czy zbiegi okoliczności nie istnieją, postanowiłem odświeżyć wspomnienia o swoim familijnym poprzedniku, który słynął z wielkiej fantazji i wigoru.

........................................................................................................................

- Poza własnym układem odniesienia człowiek głupieje - twierdził Siergiej swoim "filozoficznym dialektem" - tak było na Syberi i jest wszędzie na całym świecie.
Siergiej 32-letni młody człowiek z wykrzywionymi lekko od nadmiaru alkoholu ustami uważał się za Krymskiego Tatara. Naród ten rozpędzili bolszewicy po całym swoim olbrzymim terytorialnie imperium. Jego przodkowie trafili na Syberię.
- To tam gdzie tubylcy zmieniają skarpetki, tylko z prawej nogi na lewą i odwrotnie - mawiał, przy każdej okazji ze śmiechem. Był szczupłym, niskim białasem, tylko lekko skośne oczy zdradzały mieszańca. Trzeba przyznać, że mój znajomy umiał opowiadać, krasząc obficie zdania tłustymi przekleństwami z całego, dawnego ZSRR. Najlepiej wychodziło mu narzekanie na komunistyczny reżim, który wypędził Tatarów Krymskich z ich odwiecznych ziem. Gdyby nie on, nigdy bym nie słyszał o jakichś tam Krymskich Tatarach; bo i skąd? Tymczasem siedziałem na ławeczce w Washington Square Park na Manhattanie i wdychałem nowojorskie brudy przefiltrowane niechlujnie przez otaczjące je wody Atlantyku. Malutki skrawek ziemi zwany parkiem, był ozdobiony kilkoma drzewami, a pośrodku królowała trzystopniowa fontanna, odgłosem spadajacej wody kojarząca się mi z leniwym, małym wodospadem. Aby ten skrawek nosił nazwę parku wstawiono kilkanaście ławek, na których gnieździli się liczni konsumenci okolicznych slumsów, mieszając się z krawaciarzami z biznesowych biur oszustów zajadających swoje kanapki kupione w niechlujnych barach i zalecając się do koleżanek z pracy. Tak to wyglądało z mojego punktu widzenia.
- A to co? - obserwacje kobiecych wdzięków przerwało mi głuche klapnięcie w daszek czapki, obryzgując spodnie i kurtkę nie odkrytą jeszcze substancją. Spojrzałem w górę, ale niebo bylo czyste; winowajcy brak. Poczęstowany ptasim gów...m, byłem wściekły jak tajlandzki, dziki pies.
- Cześć Walter - przerwał moją pracę nad ptasim gó...m Siergiej. Jego smutna mina znów wróży kłopoty z żoną - pomyślałem.
Poradziłem mu tylko, aby przestał nadużywać alkoholu, a wszystko będzie dobrze.
- Żal mi córki, ona mnie tak kocha - dodał.
Od słowa do słowa pokrzepieni irlandzkim piwem z sąsiedniego baru, wróciliśmy do parku gdzie fontanna ogrodzona metalowym płotem wydawała się piękniejsza, a jesienne przywiędniętne róże w koło fontanny królewskimi.
- Siergiej, to ty Sybirak? - mój dziadek też tam kopał złoto - prowokowałem podstępnie gadułę, chciałbym kiedyś tam pojechać - dodałem obojetnym tonem.
- Latem zjadłyby ciebie komary, a zimą odmarzł fiut, umarłbyś z głodu, gdybyś jakimś cudem wyszedł żywy ze zmaganiem z przyrodą - dodał filozoficznie.
- Powiadasz Walter, że twój dziadek kopał złoto? - a, może wiesz gdzie ? - dodał, obserwując jednocześnie sasiednią ławkę, gdzie dwie ładne, o długich, aż do samego tyłka nogach, jak sądziłem urzędniczki z pobliskiego biurowca objadały się pizzą. Raptem niedopowiedziane słowa ugrzęzły w ustach mego rozmówcy - szeroko otwartymi oczami patrzył na niedojedzoną pizzę jednej z dziewcząt, ozdobioną gołębimi odchodami, która zagadana z koleżanką, nawet tego nie zauważyła, odruchowo kierując pożywienie do buzi. Ostrzeżona przez Siergieja cofnęła rękę.....
Po niewielkim zamieszaniu i podziękowaniach wróciliśmy do poprzedniej rozmowy.
- Walter, mój dziadek był strażnikiem, a jednocześnie tropicielem w kopalni złota na Syberi, był miejscowym i ożenił się z moją babką Tatarką - dodał.
- Aaaa - zdołałem wydukać.
Opowiadał o ucieczkach Polaków, z których jedna się udała - uciekinierzy ukradli też sporo złota w gotowych wyrobach jubilerskich.
- Jak to uciekli, przecież wkoło góry, a dalej śnieżne pustkowie, latem zaś komary - zwątpiłem nieśmiało, aby nie zapeszyć opowiadającego.
- Byli w zmowie z tubylcami, którzy dostarczali żywność do "Osady zesłańców"- wymknęła się nazwa Siergiejowi, ale to chyba za sprawą wypitego piwa - pomyślałem.
Głośno zaś spytałem: to tam przerabiano złoto?
- Tylko małą ilość na biżuterię, część jej zabrali uciekinierzy. Tyle, ile zdołali unieść, aby nie przeszkadzała w ucieczce - dodał mój rozmówca.
Raptem przyszła mi do głowy pewna myśl: pierścień mojej babki. Trybiki rodzinnej sagi wskoczyły na swoje miejsca, aby kontynuować ciąg dalszy wiary w świat obietnic i w niewidzialne.

Opublikowano

"nidopowiedziane" - literówka ;)
"ozdobioną gołębia odchodami" - nie lepiej, na przykład: gołębimi odchodami? Bo to tak nie brzmi trochę.
"Tylko małą ilość na biżuterię, część jej zabrali uciekinierzy, tyle, ile zdołali unieść, aby nie przeszkadzała w ucieczce." - Myślę, że między "uciekinierzy" i "tyle", śmiało można postawic kropeczkę, ale to tylko taka drobna sugestia.
Ogólnie chyba nie zaszkodziłaby mała korekta; można nad tym jeszcze troszeczkę posiedzieć.

Wstęp ładny. Potrafisz zaciekawić, a to "Moje wspomnienia odradzały się jak wszy na tyłku bezdomnego psa" - świetne :). Końcówka jakby urwana. Można trochę dopracować ;)

cieplutko
zuzka ;)

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Poprawiłem wg. Twoich sugestii. Zakończenie zostawiłem takie jakie jest ze względu na to, że być może będzie ciąg dalszy w bliższej lub dalszej perspektywie. Pięknie dziękuję, że chciałas zauważyć moje niedociągnięcia. Wieloletnie rozstanie z krajem jednak przypomina od czasu do czasu "literackim reumatyzmem". Pozdrawiam piękną, jesienną pogodą.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Wieloletnie rozstanie z krajem? To chyba jeszcze nie jest tak źle, znajomy z Londynu pisze "stanol", zamiast stanął. A reumatyzm to nie problem, naprawdę. Kapustę ubić, przyłożyć, becie dopsz! Literki same się poskładają w zdania, bo Ci to idzie, i już :).
Będzie ciąg dalszy? No i gra. Czekam zatem.

dygam wymachując bukiecikiem kolorowych liści ;)
zuzka
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Wieloletnie rozstanie z krajem? To chyba jeszcze nie jest tak źle, znajomy z Londynu pisze "stanol", zamiast stanął. A reumatyzm to nie problem, naprawdę. Kapustę ubić, przyłożyć, becie dopsz! Literki same się poskładają w zdania, bo Ci to idzie, i już :).
Będzie ciąg dalszy? No i gra. Czekam zatem.

dygam wymachując bukiecikiem kolorowych liści ;)
zuzka
Dziękuję za cenne rady, ale to życie pisze dla mnie scenariusze, a nie odwrotnie. Oczywiscie, że cos z tym pisaniem powinienem zrobić. Pozdrawiam, ale już nie chwaląc się przewrotną pogodą.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Jacek_Suchowicz

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      To przykre,ale tacy jesteśmy.  Od do.   Pozdrawiam serdecznie Miłego dnia 
    • Widziałam dzisiaj Mickiewicza. Mróz rzeźbił pod cylindrem fale, kołnierz z norek całował mu szyję. Mickiewicz żyje.   Jego lakierki z nosem na błysk, z każdym krokiem recytowały mroczne i czarne „Dziadów” wersy. Mickiewicz dzisiejszy.   Zarzucił na płaszcz aksamitny z lekką nutą nonszalancji, swój plecak sportowy marki Vans. Mickiewicz nie w czas.   Jedni epokę chcą prześcignąć, inni cofają się w dawne lata i swoją elegancką duszę karmią „Panem Tadeuszem”.
    • - Wstawaj natychmiast! - krzyk nieznanego mu głosu wyrwał go ze snu - namiestnik cię wzywa, no już, nie ociągaj się!   Siłą postawiono Seweryna na nogi, wszyscy inni wewnątrz jeszcze spali. Z izby wyciągnęło go dwóch sepentriońskich strażników, ciągnąc go za ramiona. Słońce dopiero wspinało się ponad horyzont, malując szarówkę na śnieżnym płótnie. Rzucono go za próg murowanej chaty i wskazano jedno z pomieszczeń. Seweryn odchylił drzwi, w pomieszczeniu za nimi siedział namiestnik Gorbunow. Strażnicy posadzili kapitana przy stole. Gorbunow przeciągnął się na krześle i stęknął cicho, gdy jego stare kości strzelały jedna po drugiej.    - Mamy sprawę do szanownego pana kapitana.   - Czego mości pułkownik carski może chcieć od prostego, lechickiego żołnierza?   - Nie zgrywaj durnia, wojna jest i lepiej byś waść docenił moją łaskę. Sprawa jest prosta, możemy nieco ulżyć kapitanowi cierpień, jeno języka potrzebujemy. Daj nam świeże informacje o ruchu wojsk lechickich.   - Nie zrobię tego, choćbym miał w kopalniach umęczon paść.   - Nawet u boku swego śmiertelnego wroga?    - O czym pułkownik rzecze? - Pilecki uniósł brew lekko skonsternowany.   - Jegor Dynmo, Krwawy Ataman, przypomniało mi się - rzucił zadowolony namiestnik - od niego słyszałem pierwej twoje nazwisko. Siarczystej mowy przy tym używał. Na twoim miejscu, drogi kapitanie, bałbym się o własne gardło. To jak będzie? Zdradzisz nam to i owo o swoich rodakach?   Seweryn trawił wewnątrz siebie tę informację. Milczał dłuższą chwilę, wpatrując się w blat stołu. Dynmo… Wszystko by się zgadzało…    - Domyślałem się już tego. Odpowiedź brzmi nie.   Gorbunow cmoknął ustami i westchnął głęboko, również i on miotał się z myślami. Palcami wybijał na stołowym drewnie stały rytm. Rzucił w końcu złowrogie spojrzenie na Pileckiego.    - Przetasujcie nieco mości kapitanowi myśli.    Wtedy jeden ze strażników chwycił Seweryna za tył głowy i gwałtownym ruchem przybił jego czoło do stołu.   - I jak teraz? Powiesz coś więcej?   - Idź do Welesa.   - W porządku, ale z naszej dwójki to ty będziesz znacznie bliżej Welesa - odwrócił głowę do strażnika - rzućcie go znów na roboty w kopalni, do następnego ranka zmięknie. Jeśli nie, to rano będziemy naszego gościa przypiekać - Sepentrionowie ruszyli z Sewerynem za próg pokoju, nagle jednak namiestnik zatrzymał ich na jeszcze jedną chwilę - i pamiętaj, że wydobywając dla nas złoto, znacząco przyczyniasz się finansowo do wygranej cara!    Odprowadzono Seweryna do izby. Gdy wepchnięto go za drzwi, więźniowie budzili się już do życia. W powietrzu dało się momentalnie wyczuć, jaka beznadzieja panuje w pomieszczeniu. Ci ludzie doznawali katorgi znacznie dłużej, dla Seweryna wciąż zdawało się nierealne, iż wkrótce cały dzień robót powtórzy się, a potem znowu i znowu, przez miesiące lub lata, nim ciało całkowicie odmówi. Przyglądając się wszystkim, jego wzrok w końcu padł na prycz w ustronnym kącie izby, gdzie pełen sił prostował się nieznajomy kompan. Siedział na krawędzi, gdy Seweryn zbliżył się do niego. Spojrzeli po sobie, jakby obaj już wiedzieli co każdy z nich powie.   - Czemuś mi wczoraj pomógł?   - Tobie? A co miałem zrobić? Postawili cię tuż obok mnie, sypaliśmy złoto do jednej skrzyni. Gdybym przez ciebie nie zdołał jej napełnić do końca dnia, wybatożyli by mnie. Zwyczajnie dbałem o własny interes - spojrzał teraz w górę na Seweryna, jego w włosy rozczesały się, ukazując kapitanowi dobrze znaną mu twarz. Za czupryną nie krył się nikt inny jak Jegor Dynmo.   - Zapomniałeś już chyba jak moi chłopcy musieli cię ongiś połatać. I z jaką wdzięcznością się odpłaciłeś? Gdzie jest Włóczka Doli?   - Nie trudno na stepie znaleźć kupca artefaktów, już pewnie nie jedno może przebyła. Miło było widzieć w jamie jak ucieka z ciebie żywo duch.   - Ostatnim razem to ty skomlałeś jak pies, gdy stanęliśmy do szabli.   - Gdybym nie był wówczas poharatany, skończyłbyś bez gardła.   - Takiś pewien? A rzekomo to w Lechitach jest niezdrowa duma.   Jegor powstał raptownie z pryczy. Jego oczy buchały żywym żarem. Dwójka mężczyzn pożerała się wzrokiem, obaj byli zdeterminowani do wszystkiego.    - Chcesz się przekonać? Wiedz, że tym razem jeno jeden z nas ujdzie żyw.   - Gdybyś tylko ciął tak szablą jak językiem. Pewno znów pierzchniesz jak zając!   Na to Jegor już nie wytrzymał. Krew gotowała się w atamanie, cała para buchnęła w jednym momencie. Szybki wymach ręką i złożona w stalowy uścisk pięść wystrzeliła prosto w żuchwę Lechity.    Seweryn jednak nie dał się zaskoczyć, dobrze wiedział, że prędzej czy później Jegor skoczy mu do gardła, wolał więc sam przyspieszyć ten moment. Odskoczył w tył, choć cios atamana był na tyle szybki, że Seweryn zachwiał się nieco z pośpiechu na nogach. Kolejne ciosy leciały w jego stronę, a on póki co mógł się tylko wycofywać.   Tłum począł zbierać się wokół nich, wynudzeni własnym żywotem skazańcy wyczuli krew. Jak hieny na żer, nakreślili wkrótce własnymi ciałami krąg, tworząc granicę ringu dla tego baletu śmierci. Seweryn nie miał już miejsca na ucieczkę, musiał wnieść gardę i kontratakować.   Kapitan Lechitów dobrze wiedział, że Jegor góruje nad nim czystą, brutalną, stepową siłą. Nie byłoby to problemem w walce na szable, gdzie od siły ważniejsza jest finezja. Tutaj jednak nie był pewien swojego wyszkolenia. Nie walczył ze zwykłym człowiekiem, walczył z ucieleśnieniem najdzikszego żywiołu, które stało się jednocześnie jego śmiertelnym nemesis.   Przyją w końcu cios na przedramię, oddał w bark atamana, ten nie czekał i grzmotnął w bok torsu. Cios za ciosem, wymieniali się jak w kantorze. Seweryn odczuwał to oczywiście bardziej, musiał się dotkliwiej naprzykrzyć przeciwnikowi.   Udało mu się w końcu przebić i zetrzeć knykcie o zarośnięty policzek Dynmo, ten splunął naonczas krwią. Jucha spływała mu z warg grubymi kroplami, ten cios wyraźnie Halyjczyka rozsiarczył.   Zaraz obaj się splątali, jeden drugiego próbując obalić na ziemię lub przydusić. Seweryn przy tym przyjął kilka kopniaków w brzuch, czuł już, że słabnie i jego wygrana miała coraz to niklejsze szanse. Zamroczyło go gdy Jegor rozkwasił mu prawym prostym nos. Ponownie się splątali, gdy całe zajście przerwało przybycie strażników.   Sepentrionowie widząc co się dzieje, ustawili się w dwa rzędy. Strażnicy na tyłach wystrzelili z arkebuzów w sufit, na przedzie z wyrachowaną gotowością czekali na rozwój sytuacji. Więźniowie, którzy wiwatowali w kole podczas walki, teraz się rozstąpili. Czwórka strażników wyskoczyła naprzod, by rozdzielić zwaśnionych więźniów, obaj szamotali się jak dziki w sidłach. Jegor dostał kolbą przez głowę, Seweryn oberwał w brzuch. Obaj rzuceni zostali przed izbę i zakuci w łańcuchy. Dzień wracał do normy, po jakichś dwudziestu minutach cały obóz ruszył w marszu do kopalni z linami ciągnącymi sanie w dłoniach.   * * *   Huk i trzask niósł się echem po wilgotnych korytarzach. Tylko huk i trzask, gdyby nawet mogli to nie pisnęliby do siebie słowem. Jeden drugiemu mógłby teraz rozłupać czaszkę kilofem, żadnemu jednak nie przeszło to przez myśl. Obaj mieli ambicję, by pokonać oponenta w uczciwym pojedynku, cała więc energia płynąca z nienawiści, skupić się musiała na ryciu w skale. Grudy złota padały wokół stóp, mieszając się wśród pyłu i kamieni. Co jakiś czas wynosili pod dźwig skrzynię pełną odpadów, a w międzyczasie rosło również bogadztwo drugiej skrzyni, połyskującej złotą zawartością.   Niejeden chichot Doli splątywał już ku sobie losy na pozór nieodpowiednich ludzi, zawsze zdawała się ona boginią nadwyraz cyniczną. Mało kto jednak potrafił dostrzec w tych figlach szersze znaczenie.   Z dali zdawało się dobiegać nagminne wołanie, dochodziło bodaj z jamy po drugiej stronie dna. Kilku sepentriońskich strażników potruchtało w tamtą stronę, będąc wyraźnie zaalarmowani. Rytmiczne grzmoty kilofów ustały w tamtych okolicach, zamiast tego między ścianami odbijał się gwar. Coraz więcej chaotycznych głosów, coraz więcej skonsternowania, coraz więcej niewiadomych i niepewności. Zeszło jeszcze trochę strażnikow, każdy tym razem niósł ze sobą rozżażoną pochodnię. Zaaferowane głosy nasilały się.   Skrzynia Jegora i Seweryna była już po brzegi wypełniona złotem. Strażnik, któremu kazano zostać na stanowisku zezwolił na wyniesienie skrzyni. Odpiął ich od reszty górników.   Zataszczyli skrzynię tuż pod dźwig, skorzystali wtedy z okazji, by sięgnąć wzrokiem do drugiej jamy. Nie ujrzeli jednak zbyt wiele, poza tym czego mogli się domyślić z dochodzących dźwięków. Duże skupisko ludu skotłowało się w jednym punkcie korytarza, strażnicy przepchnęli się przez gawiedź i rzucili nieco światła, przychylając pochodnie do ściany. Ciche tykanie przebijało się przez głosy górników, jakby ktoś kijkami stukał o skałę. Kilkoro górników przepchnęło się ma zewnątrz zgromadzenia. Ich twarze były wykrzywione w groteskowy grymas, który mógł zaistnieć tylko u człowieka oszalałego z przerażenia. Ci ludzie uciekali, lecz nie tyle biegli, co raczej miotali się między skalnym pyłem. Do uciekinierów dołączali kolejni, aż w końcu górników ogłuszył nagły huk wypalonego arkebuza.   Wszyscy poczęli wycofywać się z tunelu, w prześwitach między ludźmi Seweryn zauważył głęboką szczelinę w ścianie, zaraz wybiegło z niej kilku strażników. Rozległ się kolejny huk, Sepentrionowie, którzy wyłonili się ze szczeliny, nieśli rannego towarzysza, z jego gardła wyzierał się agonalny wrzask.   Ktoś padł na ziemię, wybiegając ze skalnej wyrwy. Tykanie patyków zmieszało się z dudniemem obijających się obcasów baczmagów, ale to tykanie zdawało się coraz bliżej. Wtedy po truchle zalegającym w szczelinie przepierzchło stworzenie, o'ciemnym obliczu, więc zlewało się z mrokiem jamy, ale z dala wyglądało na rosłego psa. Zaraz za nim wyłoniło się drugie, potem trzecie, a za nimi wylazło ich tyle, że każdy stracił już rachubę.   Jegor i Seweryn porzucili skrzynię, pierzchli wspinać się po spirali głównej jamy. Strażnicy wrzeszczeli, by się nie zatrzymywać, wskakiwali jak najszybciej na spiralę, ponaglając górników. Jeden ze strażników został na dnie, wbiegł do przeciwnej jamy, by ostrzec tamtejszych górników, lecz było już za późno. Stwory wbiegły do głównej groty, ukazały się wtedy w pełni swojej okazałości. To były ogromne mrówki, które przebierały patyczkowymi nóżkami z potworną prędkością. Zalały one całą główną jamę i gdy górnicy z niedawnego stanowiska Jegora i Seweryna chcieli ratować swe życie, zostali w trymiga odcięci od jakiejkolwiek drogi ucieczki.   Żuwaczki mrówek rozszarpywały kończyny, ich smukłe ciała obalały górników na ziemię. Pogrom był już nieunikniony. Ku zaskoczeniu uciekinierów, kończyny poległych kompletnie znikały, gdy mrówki dorwały już nieszczęśnika. Zdawało się również, że niektórym brakowało sporych połaci ubrań i skóry. Czy owady tak szybko ich pożerały?   Wraz z wznoszeniem się spirali, strażnicy alarmowali kolejno pomniejsze jamy, tłok na pochyłej powierzchni utrudniał coraz bardziej poruszanie się. Mrówki w tym czasie poczęły wspinać się po pionowych ścianach, błyskawicznie doganiając górników. Seweryn i Jegor biegli na przedzie, nagle się jednak zatrzymali, gdy kilka stworów stanęło tuż przed nimi. Garstka górników wyprzedziła zwaśnionych wojowników, jednak również i oni stanęli jak wryci na widok zagrożenia. Nie zdążyli już jednak uniknąć śmierci, mrówki rzuciły się na nich. Teraz z bliska Seweryn widział, jak z między żuwaczek mrówki spluwały osobliwym gęstym płynem. Struga mrówczej śliny oblepiła przedramię jednego z górników, nagle płyn zaczął się przepalać przez jego ubrania, a gdy zabrakło już tkaniny i wełny, skóra ofiary odzielała się od ścięgien. Warstwa po warstwie, żywa tkanka rozpuszczała się, aż o ziemię stuknęło kilka wygładzonych fragmentów kości. Pozbawiony ręki górnik padł jak rażony piorunem, wrzeszcząc z bólu przez cały proces topnienia ręki.   Jegor skorzystał z okazji, wyrwał kilof z drugiej, zdrowej ręki górnika. Mrówkia wspinała się po jeszcze wijącym się ciele swojej ofiary, wtedy ataman zamachnął się ponad swoim barkiem, roztrzaskując jednocześnie mrówcze cielsko i klatkę piersiowę nieszczęśnika, zamykając w ten sposób mu rozdartą gębę.   Dziób kilofa ugrzązł w ciele. Gdy Jegor szarpał za trzonek, próbował go wznieść, głowica wkrótce jednak się ułamała, była cała przepalona i narzędzie stało się bezużyteczne. W końcu w przód wyskoczyli strażnicy. Próbowali przebić się przez potwory pałaszami, chwilami dochodziło to do skutku, lecz szable po paru ciosach poczęły się gwałtownie tępić i szczerbić.    Małej grupce przetrwańców, złożonej ze straży, udało się jednak przebić. Dwóm więźniom operującym dźwig kazali wciągnąć zebrane dotychczas złoto. Kilku z nich stanęło przy kołowrocie, by pomóc wynieść skrzynie, większość jednak pobiegła od razu do wyjścia.   Kołowrót turkotał, a masy ludzkie zagęszczone na spirali powoli topniały. Jegor rozglądał się za ratunkiem, mrówki były już coraz bliżej niego, aż nagle coś sobie uświadomił. Dał susa ku krawędzi spirali, sięgnął wzrokiem w dół, platforma ze złotem niezgrabnie gramoliła się wzyż, to była ostania szansa ma zachowanie życia. Cofnął się o parę kroków, chciał już wziąć rozpęd i dać następnego susa, jednak nagły doraźny dźwięk powstrzymał go. Uświadomił sobie, że przez ten cały czas przykuty był do Seweryna, a po całym tym zamieszaniu nic nie zmieniło się w tej kwestii. Szarpnął gwałtownie za łańcuch, wyrywając swojego nemesis z oszalałego tłumu. Stety bądź niestety Seweryn jeszcze dychał i był szarpnięciem łańcucha bardzo zaaferowany.    - W takim momencie porachunków ci się zachciało? - wybuchnął Pilecki do Jegora.   - Słuchaj mnie teraz szlachetko - odszczekał dosadnie ataman - martwy będziesz dla mnie tylko większym obciążeniem, a ja mam sposób, by się z tego zamieszania wykaraskać. Dźwig się wznosi, a my jesteśmy do siebie przywiązani. Na mój znak skaczemy na tamtą w dole platformę. Musimy tylko skoczyć w ostatniej chwili, by nikt za nami nie podążył, inaczej lina nie wytrzyma i wszyscy polecimy na żer mrówkom. Skaczemy na mój znak.   Seweryn skinął tylko głową porozumiewawczo. Stanęli obok siebie, gdy śmierć kroczyła tykając na patyczkowatych nogach. Cierpienie rozsiane było po wszystkich stronach, swąd palonego przez kwas mięsa uderzał do nozdrzy. Tylna krawędź platformy ze skrzyniami wyłoniła się już przed ich oczami. Jegor odliczył, “Na trzy!” i skoczyli niemal w równym czasie.   Podeszwy baczmagów uderzyły o drewno platformy, całość zachybotała się na linie, dwie skrzynie wypadły i rozbiły się o chitynowe, mrówcze cielska. Seweryn złapał się chyżo liny, Jegor jednak wylądował bliżej krawędzi, chwiał się na nogach, a platforma uchylała się zdeczka pod jego ciężarem. Seweryn wciąż ściskając linę w dłoni, wyciągnął wolną dłoń w kierunku przymusowego towarzysza. Tym razem to on szarpnął za łańcuch i postawił Jegora na nogi,  stali tuż obok siebie. Razem wznosili się ponad głowy całej reszty, ponad panujący w lejku chaos. Żywoty rzedły na ich oczach, wszyscy pozostawieni w beznadziei i tylko oni, samotni na platformie.   Turkot ucich, gdy byli już na szczycie. Operatorzy dźwigu zdawali się być skonfundowani niespodziewanymi pasażerami. Owi wyskoczyli jak rysie na stały grunt, ponownie wprawiając platformę w dygotanie. Wtem Sepentriońscy strażnicy wymierzyli do nich zimnymi lufami arkebuzów.    - Brać się za skrzynie! - krzyknęli do kapitana i atamana.   Jegor jednak nie zamierzał słuchać. W mig skoczył za plecy jednego z dźwigowych i pchał go w przód, by skrócić dystans. Sepentrionowie odpowiedzieli na to ogniem. Cztery lufy buchnęły żywym ogniem, wypluwając z siebie rozgrzany ołów. Dźwigowy nieszczęśnik posłużył atamanowi za żywą tarczę. Nim z ciała uleciał jeszcze duch, Jegor rzucił dźwigowego wprost na jednego ze strażników. Sepentrion padł przygnieciony nagłym ciężarem. Reszta zaczęła uciekać, spostrzegli nowe zagrożenie, mrówki wspinały się już na szczyt jamy.   Powalony Sepentrion próbował się wygramolić spod trupa i gdy już wstał i chwiejnym krokiem zwócił się do wyjściowego korytarza, Jegor oplątał jego szyję łańcuchem. Szli tak wzdłuż korytarza, Sepentrion wierzgał się, bił gryzł, ale nie potrafił uwolnić się z uścisku, nie ważne jak się starał. W końcu siły go opuściły, ciało zwiotczało.   Ataman chwycił w dłonie arkebuz pokonanego, rzucił szybko pałasz Sewerynowi i obaj biegem ruszyli do wyjścia. Biegnąc tunelem usłyszeli jednak przed sobą następny turkot. Śnieżny blask oślepiał ich przyzwyczajone do półmroku pochodni oczy. Nie widzieli co dokładnie, ale byli pewni, że coś przed nimi stoi. Wzrok się na chwilę wyostrzył. Jegor zauważył na wylocie rząd Sepentrionów z wzniesionymi lufami. Tuż przed nimi biegli jednak jeszcze strażnicy, którzy porzucili swego pobratymca.    - Padnij! - wrzasnął Jegor.   I obaj z Sewerynem rzucili się płasko na ziemię. Słyszeli tylko salwę arkebuzów i ciche jęki rozstrzelanych wartowników. Nie przesłaniali już widoku, Jegor przyzwyczaił się do bieli świata zewnętrznego. Widział jak strażnicy u wylotu ściągają płachtę z tajemniczego urządzenia. To armata!    - Strzelać w sufit! Zawalić tunel! - krzyczał ktoś na końcu tunelu.   I ryknęła ognista bestia, a po ryku zapanowała głuchota. Jegor i Seweryn leżeli oszołomieni, trzymając się za głowy, chroniąc je przed spadającymi kamieniami. Pył uderzył ich po oczach, prawie nic nie było widać. Czuli tylko jak podłoga się trzęsie, cyklicznie coś wibrowało tuż obok ich ciał. Gdy wszystko ustało i przetarli powieki, jasność śnieżnej bieli już zniknęła, tunel był zatkany gruzami.    Słuch powoli wracał, znów tykanie patyczków narastało zza ich pleców. Zguba nadchodziła w nadwyraz szybkim tempie. Stanęli obaj na nogi, by śmierć przyszła z godnością, twarzą w twarz z potwornościami z głębin podziemi. Nim jednak Jegor się odwrócił, zauważył, że pogrzebane zostały z nimi ciała rozstrzelanych wartowników. Dał susa do jednego z nich, rozpiął mu kożuch, szukał czegoś za pazuchą. W głowie modlił się do Doli, by stereotyp okazał się prawdziwy. Jest! Butelka pełna gorzałki. Parę metrów dalej leżała niedopalona pochodnia.   - Chwyć w rękę łuczywo i rzuć je na mój znak! - zakomendował Sewerynowi.   W tym czasie rzucił gorzałę w głąb tunelu, butelka roztrzaskała się, obryzgując ściany i podłogę płynem o ostrym i otrzeźwiającym zapachu. Skoczył jeszcze do drugiego trupa i trzeciego, rozpinał kożuchy. Pusto! Mrówki tykały nóżkami coraz głośniej. Czarna chmara wyłaniała się z ciemności, niemal zlewając się ze wszystkim wokół. Seweryn podbiegł do Jegora z łuczywem w ręku.    - Widzisz te odłamki szkła? Rzucaj ogień! No już, teraz!   I sprężystym zamachem ramienia, kapitan cisnął tlące się łuczywo w otchłań. Nagła fala ciepła buchnęła przetrwańcom w twarze, czoła spłynęły im potem. Ogień tlił się w ich oczach, wypełniając przestrzeń, a kopalniane potwory kwiliły trawione przez pląsające jęzory żaru. Reszta mrówek wycofała się, wyczuwając wyraźnie podwyższoną temperaturę. Zagrożenie oddalało się, a Jegor wraz z Sewerynem siedli zdyszani na ziemi.
    • Kolejne rozstanie  I pytanie    Czy było warto?   Jak z ulubioną kartą  Tacy samotni w tłumie 
    • Menu karby: brak u Nemo.    
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...