Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Simon Tracy

Użytkownicy
  • Postów

    618
  • Dołączył

  • Ostatnia wizyta

  • Wygrane w rankingu

    1

Treść opublikowana przez Simon Tracy

  1. @Lenore Grey @Lenore Grey @Berenika97 @Lenore Grey Dziękuję Wam za dobre słowo :) Dziś mam zamiar napisać dalszy ciąg tej opowieści. Do opowiadania z drogą też wrócę bo opowiada o jednej z moich ukochanych legend. Mam nadzieję jedynie w tym, że moje prace nie przepadną i ktoś kiedyś je wyda
  2. @Berenika97 Czyli zaostrzam swoją obecnością tutaj, Twój styl pisarski. :) nie taki miałem cel publikując tu
  3. @Berenika97 Nie każdy naturalnie rodzi się i wychodzi z gotyckiego mroku jak ja. :) Uznaj to za lekki skręt od dotychczasowej twórczości jak ja swoje erotyki.
  4. @Berenika97 Myślę, że jest na tyle dobry byś mogła go zaprezentować na portalu. W wydaniu gotyckim jeszcze Cię nie czytałem. Umieram z ciekawości.
  5. @Berenika97 Natchnęłaś mnie tym wierszem dziś i właśnie dodałem coś z mitologii Lovecrafta. :)
  6. Był na nogach już całe dwie doby. Nie zmrużył nawet oka po poprzedniej nocnej zmianie. A dotąd myślał, że nic nie może zszargać mu nerwów tak skutecznie. Pracował jako strażnik już kilka lat. Nie była to praca z gatunku ekskluzywnych, dobrze płatnych czy przystępnych godzinowo. Ale miała ten jeden plus, który odrzucał głęboko w niebyt wszelkie inne i bardziej przyziemne niedogodności. Był tutaj sam na sam ze sobą. Mógł odpocząć od życia. Zalany falą depresyjnej melancholii, przemierzał sale i korytarze miejskiego muzeum. Kochał mrok i samotność, do tego stopnia, że gdy zmuszony był ku temu by zabierać na każdy nocny patrol długą, nieporęczną latarkę, która zalewała eksponaty i okna, ostrym ledowym światłem, przepraszał wtedy w duchu mieszkańców gablot. Nie czuł się jak złodziej a jak intruz i włamywacz, do świata do którego ludzie nie powinni mieć już wstępu ani wglądu. Czuł w kościach i napiętych mięśniach, pulsującą energię przestrzeni. Chłodne nawiewy klimatyzacji, sunęły wręcz wbrew prawom fizyki zaraz nad ziemią. Zimno i nagłe drętwienie, pętało mu kostki. Szedł powoli naprzód. Z sali do sali. Były wielkie niczym zamki i pałace tych, których skarby i kosztowności leżały teraz na kaszmirowych i jedwabnych poduszkach za pancernymi szybami omiotane dodatkowo, ledwie dostrzegalnymi wiązkami laserów. Jedynym odgłosem były jego kroki i przyspieszony znacznie oddech. Musiał dwukrotnie w ciągu nocy obejść cały kompleks muzeum. Wszystkie pokoje, sale, komnaty, potem wracał za biurko usytuowane zaraz obok wejściowych bramek. I walcząc z nadchodzącym snem, skupiał zaczerwienione oczy na podglądzie z dziesiątek kamer. Budynek miał już swoje najlepsze lata za sobą. Ciągle coś się psuło, skrzypiało, ciekło lub alarmy załączały się samoistnie przez zwarcia w instalacji. Czasami te pospolite odgłosy nocne, wydawane przez puste i ciche mury wybudzały go z chwilowych drzemek, a alarm stawiał go na równe nogi. Mimo tego, że miał doskonałą świadomość, wadliwości osprzętu to i tak zawsze biegł w dane miejsce jak najszybciej mógł. By mieć całkowitą pewność tego, że to jedynie fałszywy alarm. Jedna z sal, usytuowana na pierwszym piętrze zachodniego skrzydła, była tą jedną jedyną salą w której czuł coś więcej niż dojmujący smutek, depresję czy samotność. Bał się w duchu tego miejsca. Czuł obecność czegoś czego nie potrafił nazwać inaczej niż gęsty mrok. Nie chciano go tam z pewnością a z drugiej strony to tam właśnie alarmy rozbrzmiewały najczęściej. Tak było i poprzedniej nocy. Był to pierwszy alarm, który rozległ się ledwie chwilę po północy a zarazem ostatni na którego wezwanie odpowiedział. Nie najgorsze było jednak to co wywołało alarm a to co stało się wczesnym świtem gdy miał już na tyle śmiałości by spojrzeć okiem kamery na wnętrze sali. Upewniło go to jedynie w tym, że wszystko wróciło do akceptowalnej normy, choć nie miało ku temu żadnego racjonalnego prawa. By ożywać nocą a rankiem wracać na swoje miejsce i zastygać w martwocie materiału i szlachetnych kamieni. Dlatego miał ochotę porzucić dziś swój posterunek. Dlatego nie zmrużył oka. Zbliżała się północ a on był o krok od tej sali. I był przekonany o tym, że ta noc będzie bliźniacza do tej ostatniej. W tej sali i w tym eksponacie mieszkał demon. I on był tego bardziej niż pewny. Sala była niższa i bardziej owalna w kształcie od reszty pomieszczeń. Marmurowa posadzka o barwie pustynnego piasku lśniła w niej aż do przesady. Czarne zasłony w oknach były szczepione olbrzymimi spinaczami, tak by nie można było dostrzec spoza budynku, jaką tajemnicę skrywa sala. Wszelkich czujek i alarmów też było w niej znacznie więcej niż gdzie indziej. A na wstępnym szkoleniu strażników, każdy z nich dowiadywał się by zwracać na nią i jej skarby baczniejszą uwagę. Sam niewiele o niej wiedział i nawet nie dopytywał o szczegóły pracowników muzeum i przewodników wycieczek. A o dziwo jeśli już była przedmiotem rozmów to mówiono o niej chętnie i wcale nie półgębkiem a jawnie i głośno. Lecz częściej poruszano się w tematach plotek i legendy niż faktów historycznych. Może dlatego, że dorobek spoczywający w gablotach był nad wyraz osobliwy i nie pasujący jakby do żadnej znanej ludzkości epoki czy kultury. Wszystkie eksponaty pochodziły, choć to też jedynie domysły, z terytorium mórz południowych, a dostarczył je do miasta na pokładzie swej fregaty kapitan Valentin Quarrie w roku pańskim tysiąc siedemset trzydziestym czwartym. Quarrie pływał w te dzikie zupełnie rejony, przez wiele lat. Najpierw do spółki z Bensonem a potem po tajemniczej śmierci tego drugiego, samotnie pod protektoratem Kompanii Wschodnioindyjskiej aż wreszcie nawet samego dworu królewskiego. Miał łeb na karku I nos do najlepszych interesów. Zgadał się podobno z wodzem jednego z plemion. Obaj lubili przepych i bogactwo. Przemoc również. Kiedy Quarrie pytał wodza o to skąd mają tyle bogactw na wyspie, ten odpowiadał mu jedynie bajeczką o istotach z głębin co za ofiary z ludzi zostawiają im na brzegu oceanu te wszystkie świecidełka i złoto. I że jeśli kapitan skory ku temu to może przezimować na zatoce a wiosną zobaczy na własne oczy obrzędy ku czci istot. Przy okazji może zabrać część błyskotek do Europy w zamian za towary na statku. I Quarry został a jakże. I podobno skumał się z wodzem tak mocno do tego czasu, że dopuścili go nawet do rady. Nauczyli pieśni i inwokacji i ochrzcili jeśli tak można to nazwać w nowej wierze. Kto tam dziś już wie czy Quarry w cokolwiek oprócz potęgi złota wierzył ale wziął udział w obrzędzie. Legenda głosi, że złożył w ofierze Bensona z którym popadł w ostry konflikt, który miała rozstrzygnąć komisja admiralicji po powrocie do Anglii. I widział istoty, które wręczyły mu nagrodę. Złote monety i puchary, diademy, korony i tiary całe w szlachetnych kamieniach. Dziwnie jednak lekkie i o fantazyjnych kształtach, które były sprzeczne ze znaną geometrią. Pod szmaragdami i agatami, krył się czarny jak smoła metal o równej i czystej powłoce niczym lustro. Nie pochodził z ziemskich warstw ani skał. Przybył z gwiazd jak i oni. Lubili oni spółkować z ziemianami. Szczególnie z tym plemieniem. Podobno mieszali się z nimi a kobiety nosiły ich potomstwo. Quarry obiecał wrócić za rok lub dwa. Wyprosił datki na kolejną wyprawę u króla. Dając do skarbca te niesamowite kosztowności. A potem wracał jeszcze nieraz. Sam wreszcie przywiózł sobie stamtąd żonę. Hybrydę o rybich, wyłupiastych oczach i skrzelach. Oliwkowej, tłustej cerze i króciutkim haczykowatym nosie. Była szpetna i okrutnie tępa, lecz niezbędna. Quarry zwiedziony opisami wspaniałych, bogatych miast pod powierzchnią, zgodził się iść pod wodę gdy tylko spłodzi potomka ze świeżo upieczoną żonką. Zmienił nawet nazwę swojej krypy na Dagon. Gdy żeglarze pytali go co ona oznacza. Śmiał się w głos i odpowiadał, to Diabeł moi kochani. Mój nowy przyjaciel, który obsypuję mnie złotem. Wszyscy zgodnie orzekli. I jego zastraszona załoga,admiralicja, stare pijaki w tawernach a nawet jego brat. Quarry oszalał lub oddał duszę temu Dagonowi.
  7. @Lenore Grey Dziękuję. Wiersz pisałem naprawdę w mękach bo nie mam ostatnio głowy do pisania. Miał to być początkowo dużo mniej mroczny i krwawy poemat ale opisy same mnie niosły ku temu finałowi
  8. @Lenore Grey Nie znam inspiracji do wiersza ale już on sam jest wystarczającą inspiracją dla tych co tworzą w podobnym duchu co Ty.
  9. @Berenika97 Bohatera wiersza rozumie jedynie ten kto podpisuję się zawsze pod zdaniem
  10. @Berenika97 Tak mnie coś wczoraj wzięło na mroczne i gęste opisy rodem z grozy Grabińskiego. Na tym mi najbardziej zależało, by to przestrzeń wokół żyła i osaczała Czytelnika. Myślę, że nie ma tak spaczonej nawet moralności by zrozumieć taką bestię.
  11. Dla mnie pluton i tak zawsze będzie tożsamy z Yuggoth, gdzie żyją byty starsze niż wszystko co wokół istnieje Ten fragment jest cudownie tajemniczy.
  12. @Waldemar_Talar_Talar Dziękuję za przeczytanie i komentarz. Pozdrawiam serdecznie. @Stary_Kredens Ja nazywam to metafizycznym buntownikiem. Nie ma Boga który mógłby go osądzić. Nie ma czyśćca w którym mógłby odkupić winę. I wreszcie nie ma wystarczająco strasznego piekła, które mogłoby przyjąć tak idealnie okrutną i zimnie obojetną bestię do siebie
  13. @Stary_Kredens W kolejną rocznicę duch znów nawiedzi to miejsce i w kolejną również. Będzie tam gdy zostaną już tylko zawalone ruiny. Będzie wtedy gdy zostaną jedynie ślady fundamentów. U mnie zbrodnia i jej konsekwencje mają wymiar wieczny. Klątwy nie da się odkupić, zdjąć ani żałować. Nie ma katharsis, nie ma czyśćca ani żalu. Jest byt który woli być demonem niż nikim tak jak za życia. On nie pragnie zbawienia. On pragnie trwania. Jest dumny ze swojej zbrodni i wiecznego potępienia.
  14. @Nata_Kruk Zawsze będę rad widzieć ślad w komentarzach od Ciebie.
  15. @Nata_Kruk Bardzo dziękuję. U mnie chyba już tak jest, że im dłuższy utwór tym większe ma powodzenie. Więc chyba warto zawsze czytać do końca.
  16. @Stary_Kredens Całkowicie się podpisuję pod puentą utworu.
  17. Mieszkanie było do cna splądrowane. Bezdusznym czasem. Gnilnym postępem wilgoci. Fantazyjnymi formami surrealistycznych pejzaży, czarnych, cuchnących grzybem ścian, tak głęboko pochylonych ku zagładzie, że zdać by się mogło, dźwigają cały ciężar świata i nieboskłonu a nie ciężki, skruszały i śmierdzący nagrzanym w słońcu eternitem dach tej pozbawionej nawet duszy ruiny. Zajęte koloniami kurzu i roztoczy zasłony, niegdyś szczerozłote, zdobione kwiatami róż, teraz spały spokojnie, stróżując dostępu do tej samotni. Każdy blask czy nieśmiały promień słońca, natychmiast śniedział w zetknięciu z atmosferą grozy tego miejsca. Groza biła zewsząd. Kryła się w rozklekotanej, trzydrzwiowej, dębowej szafie z wyrwanymi dolnymi szufladami, jak zarażonymi próchnicą zębami. Przeglądała się w brudnych, zarysowanych lustrach o miedzianych ramach, Wyglądała za płócien porzuconych na pastwę zapomnienia obrazów. Niegdyś malowane ręką mistrzów, teraz postacie na nich umierały w niemym krzyku, rozlane w pigmencie koloru zagłady. Łoże małżeńskie konało w rogu. Ustawione tam celowo, czy zawleczone siłą nieczystą? Wybebeszone z trocinowo, gąbczastych trzewi. Sprężyny wystawały jak strzaskane obuchami kości, lub jak nagie, objęte ostatecznym rozkładem dłonie, morowym, ożywionych trupów, wystające z zapomnianych mogił, gdzieś pośród przeklętych uroczysk. Zapleśniała narzuta, zwisała grubymi fałdami ku klepkom podłogowej mozaiki. Przypominała porzuconą chorągiew na polu bitwy. Nie było już nikogo kto by w jej imię walczył z honorem. Nie było nikogo kto by ją podźwignął i zasadził z powrotem na drzewiec. Nie było już barykad miłości. Nie było żołnierzy wolności. Narzuta nosiła na sobie stygmaty wżartych w materiał plam. Burgundowych, dojrzałych, jak najprzedniejsze wino. Ślady krwi. Przelanej tu do ostatniej kropli. Do ostatniego, rzężącego spazmem, wydechu zaróżowionych ledwie ust. Ciała co oczywiste już dawno nie było tutaj. Rozpadło się w cień. W dusznym mroku jesionowej trumny. Przepadło. Jak przyjaźń i uczucie. Jej upiór nie nawiedzał tych murów. Nawet dziś w rocznicę zbrodni. Podłoga ugięła się, skrzypiąc donośnie. Przechadzał się po domu. Tak samo jak rok temu. Dziesięć lat. Sto. Oddychał spokojnie, wzbudzając ekspresyjny taniec sypiących się z dachu cząstek w powietrzu. Miał nawet przez chwilę ochotę ku temu by wyjrzeć przez okno. Dla niego wszystko zastygło z dniem ostatecznym. Lecz świat z pewnością biegł nieprzerwanie naprzód. Nie sądził nigdy, że spełni swoje najskrytsze marzenie i będzie nieśmiertelny. Przeklęty na wieki. Ale jednak nieusuwalny. Zbrodnia zaciera się w przestrzeni fizycznej doczesności, jednak wyrok piekielny jest trwalszy niż granit. Będzie tutaj, nawet wtedy gdy ich dawny dom skruszeje do cna. Fundamenty znikną oddane na powrót napierającej naturze. A jego klątwa przetrwa. Bo jej fundamentem jest zbrodnia. Celem nadrzędnym zemsta. A odkupienie i rozgrzeszenie jest mżonką. Nie zabił człowieka. Zabił przyczynę. I dlatego po stu nawet latach, mógł podejść bez strachu i zawahania do lustra. Spojrzeć sobie i prawdzie w oczy z uśmiechem, dobrze i solidnie wykonanej pracy. Siekiera, która dotąd lewitowała w przestrzeni pokoju spadła w głuchym brzękiem na podłogę a przestrzeń wypełnił, męski i przeraźliwie zimny śmiech.
  18. @Lenore Grey Bardzo lubię wszelkie wiersze i piosenki z motywem nocnego okna.
  19. @Lenore Grey Za Bereniką... onirycznie,surrealistycznie... wspaniale.
  20. @Berenika97 Takie rzeczy to nie u mnie w poezji. :)
  21. @Berenika97 I to jest przewrotna analiza Bereniko ponieważ kruk zsyła różę w trwały niebyt i skazuje na śmierć w pustce. Lecz gdyby została na planecie czekałby ją dokładnie taki sam los. Zapomnienie a potem śmierć w cichej pustce. Oba założenia są nieuchronne i prowadzą do śmierci, jednak można zadać pytanie czy kruk nie jest posłańcem miłosierdzia?
  22. @Lenore Grey No tak to faktycznie "Mały Książe" choć nigdy nie lubiłem tej książki, wydawała mi się zawsze dziecinnie małostkowa i naiwna. U mnie jest mały książe dekadent pielegnujący poetycką różę choć wie że nie ma to sensu bo będzie ona skazana na zagładę po jego śmierci. Parafrazując Horacego - nieśmiertelność jest niemożliwa nawet gdy pomnik sobie stawiam. Ale dla mnie sztuka to i tak cały świat. Moja samotna planeta.
  23. „Największym luksusem śmiertelności jest tworzyć coś, co również umrze.” Czas płynie nieubłaganie. Przypominacie mi o tym ciągle, niczym natrętne mechaniczne zegary, prędkie stopery czy piaskowe, szklane klepsydry. Macie obsesję na jego punkcie, ponieważ jesteście ostatnim pokoleniem. Cywilizacją końca. Za dnia wyrzymacie każdą sekundę, z mokrych od niewolniczego potu koszul. Nocami patrzycie bezsennie na cienie sufitowe w sypialni. I wracacie utrudzonymi myślami do czasów błogiego dzieciństwa, nie przynosi Wam to ulgi a strach. Obłęd nieuniknionego widma śmierci, która w każdej chwili może wyjść z szafy i zabrać Was do siebie. Znacie dobrze smak, depresyjnej niemocy. Porażki planów i zawodu otoczenia. Kto chciałby brać udział w walce o byt, gdyby wiedział, że zawsze kolejka jest równa długości ludzkiego istnienia. A jedynym wolnym miejscem jest to w ogonie stawki. Na samym jej końcu. Czas odliczam w gonitwie gwiazd. W koniunkcjach i przesileniach. W miesiącach winy. W latach kary. W wiekach przekleństwa. W erach prędkich i jasnych jak błysk świetlny. W galaktykach zimnych i martwych jak bezdenne oczy czarnych dziur. Jestem poza horyzontem czasu i zdarzeń. Nie podlegam prawom natury. Jestem wolną cząstką. Rzucaną na linię zdarzeń. Czasami wydaję mi się, że pędzę naprzód a potem okazuję się, że nigdy nie ruszyłem się z punktu zero. Lub przytomnieje w dalekiej przeszłości, otoczony gotyckimi aniołami, wiktoriańskimi balami i przepychem śmietanki salonu. Mówicie, że straciłem już wszystko. Nie zyskałem nic. Bo w życiu nie można nic zyskać. Mam swoją samotną planetę i różę o którą pieczołowicie dbam. Ona nawet nie kwitnie. Rośnie z każdym rokiem mocniej. Nie rozmawiam z nią bo ona nie potrzebuję moich słów by mnie zrozumieć. Wie wszystko. Jest najcenniejsza. Choć dla każdego innego nie ma żadnej wartości. Tylko ja widzę jej piękno i powab. Inni gorszą się jej osobliwym wyglądem. Jej ciernie ranią duszę do głębi, korzenie nie pozwalają zapomnieć, łodygi zniewalają przeguby i więżą w okowach szaleństwa. Gnilny swąd otępia zmysły. Blizny krwawią trucizną nektaru. Liście opadają zanim się w pełni rozwiną. Ta róża będzie strażnikiem mojego grobu. Ostatnimi słowami poety. Króla ulicy i nędzy. Wyklętego karalucha, literackiego ścieku. Planeta leżała daleko poza najodlejszymi rubieżami. Tam naprawdę kończył się świat. A zaczynały zaświaty. Już z wysoka widział wszystko jak na dłoni. Poeta leżał bez życia na wznak. Rażony gromem nagłego zgonu. Oczy miał czarne i duże, lico spokojne, przypominało maskę. Na planecie nie miał kompletnie niczego. Schronienia, jedzenia czy wody. Była na niej jedynie usypana rękoma mogiła. A na jej kopczyku krzak dzikiej róży. Kruk wylądował zaraz obok niej. Wiedział, że była ona jedyną miłością poety. Jego całym skarbem i dorobkiem. Lecz nikt nigdy nie uważał ją za piękna ani nawet właściwą. Przeżyła twórcę i to było jego celem. Lecz teraz jej los był przesądzony. Nie mogła liczyć na innego opiekuna. Kruk wyrwał krzak z mogiły i uniósł się z nim w przestwór kosmosu. Leciał tak przez świetlne eony. Bez odpoczynku i przystanku. Wleciał wreszcie do jednej z czarnych dziur, Jej tunel zaprowadził go do innego wymiaru. Wypuścił z dzioba krzak róży z ukrytą w nim duszą poety. Poza horyzont czasu, przestrzeni i wszelkich, przeszłych i przyszłych zdarzeń
  24. @Berenika97 Tak pięknie dziś u Ciebie Bereniko. Mocno filozoficznie.
  25. @Dark_Apostle_ Ten wiersz byłby świetnym wstępem do mrocznego opowiadania grozy.
×
×
  • Dodaj nową pozycję...