Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Migrena

Użytkownicy
  • Postów

    2 837
  • Dołączył

  • Ostatnia wizyta

  • Wygrane w rankingu

    30

Treść opublikowana przez Migrena

  1. @Christine wiesz co Chrissy, nawet nie wiem co powiedzieć. więc odpowiem jednym z trzech najpiękniejszych słów świata. te slowa to mama, kocham, dziękuję. to ja Chrissy - dziękuję :) bardzo dziękuję :)
  2. @Christine z dialogami to mam zawsze kłopot. wolę je opisywać niż tworzyć. odrzucają mnie nawet powieści z licznymi dialogami. taki dziwak jestem :) dziękuję Christi za Twoje cudne słowa. dodają mi siły :) wszystkiego dobrego dla Ciebie :)
  3. @Christine głupio mi :) ale to naprawdę sen. tylko sen. dewastujący śniącego. a ja tylko wierszokleta co udramatyzował to jak umiał :) dziękuję , że jesteś. dziękuję za Twoje słowa. piękna Ci życzę :)
  4. @Alicja_Wysocka Alu. ten wiersz nosi w sobie rys surrealistyczny !!! to nie jest surrealizm w sensie Dalí’ego czy Magritte’a z wyraźnie wizualnymi, absurdalnymi obrazami , ale raczej surrealizm emocjonalny i duchowy . połączenie tego, co codzienne i namacalne (lęk, pył, bezbronnosć) z tym, co absolutne i niemal metafizyczne (miłosć silniejsza niż śmierć, modlitwa, nadzieja ) arcyciekawy.
  5. @viola arvensis Wioluś. to przejmująca medytacja nad kruchością istnienia, w której miłosć staje się silniejsza niż lęk przed śmiercia i końcem świata. cicha, czuwająca,absolutna. w tej prostocie i szczerości jest ogromna siła : z pyłu rodzi się zachwyt, a z bezbronności modlitwa. ostatnie "wróć do mnie, moja Nadziejo ” brzmi jak najczystsza definicja miłosci. to jest POEZJA . najpiękniejsza.
  6. @viola arvensis dziękuję Wioluś. za przeżywanie i bardzo miłe słowa. @Alicja_Wysocka Alu. tak. to jest sen. nie mój. ale sen. dziękuję Ci bardzo.
  7. @Berenika97 Bereniko. te dwa wersy czytam jak gest radykalny. "nie ma mowy " to nie tylko sprzeciw, to odmowa uczestnictwa w hałasie, który wszystko rozprasza. przypo mina mi się to, co Martin Heidegger nazywał "gadaniną" , mową, która krąży po powierzchni i niczego nie odsłania. a Twoje "nie ma mowy' brzmi jak zamknięcie drzwi przed tą powierzchownoscią . a potem : 'więc milczę i piszę”. i tu zaczyna się prawdziwe wydarzenie. milczenie nie jest brakiem, lecz oczyszczeniem przestrzeni. jakbyś najpierw wygasiła światło rynku, żeby w ciszy mogło zapalić się jedno, skupione słowo. reflektor, laser ? to bardzo bliskie temu, co Heidegger rozumiał jako powrót do autentyczności . a więc do języka, który nie zagaduje bycia, lecz pozwala mu wybrzmiec . kiedy czytam te dwa wersy, mam wrażenie kamienia wrzuconego do studni. na powierzchni prawie nic się nie dzieje ale jest tylko grawitacyjny ruch w dół. i to właśnie ten ruch w dół, w głąb, robi największe wrazenie. bo ten kamień nie robi fontanny. on idzie w ciemność, w ciszę, w głębię !!! i ja, czytający, pochylam się nad tą studnią, probując dosłyszeć odległy dźwiek uderzenia. mogę tutaj przywołać takze Wittgensteina i jego zdanie o milczeniu wobec tego, czego nie da się powiedzieć. ale Ty Nika robisz coś więcej bo pokazujesz, że milczenie nie kończy się kropką . ono staje się początkiem pisania !!! jakbyś sugerowała, że prawdziwe słowo rodzi się dopiero wtedy, gdy odmowisz udziału w pustej mowie. dlatego nie widzę w tym miniatury. widzę kondensację postawy. esencję . wybór trudniejszej drogi. wybór ciszy, która nie jest ucieczką, lecz odpowiedzialnoscią za każde zapisane zdanie . i powiem Ci, że ja bardzo cenię ten gest w swiecie w którym wszyscy mówią a to Twoje "milczę i piszę " brzmi jak akt odwagi !!! i to byłoby na tyle .
  8. @Berenika97 Bereniko, dziękuję Ci za to czytanie , które nie tylko analizuje, ale naprawdę wchodzi w strukturę tekstu i zostaje w nim na chwilę dłużej. Twoja uważnosć jest czyms rzadkim : nie zatrzymujesz się na powierzchni obrazu, tylko dotykasz jego nerwu. bardzo cenię to, że potrafisz zobaczyć w wierszu przestrzeń, w której lęk ma własną biologię, a metafora oddycha jak realne ciało . to dla mnie ogromny przywilej być czytanym w ten sposób - bez pospiechu, bez uproszczeń, z intelektualną precyzją i wrażliwością. Twoja interpretacja nie domyka tekstu, lecz go otwiera, a to jest najwyższa forma rozmowy z wierszem. dziękuję Ci za ten wysiłek i obecność. bardzo Ci dziękuję Nika.
  9. @Berenika97 Bereniko, u Ciebie prawda nie jest odpowiedzią, jest lustrem i oceanem zarazem. zachwyca jasnoscią, ale prawdziwie porusza wtedy, gdy pokazujesz jej głębinę. czytam Twój wiersz jak medytację nad czyms, co przekracza słowa, a jednak właśnie w słowach znajduje swój najczystszy kształt . jest w tym coś platońskiego, jakby prawda była cieniem idei , który tylko na chwilę pozwala się dotknąć, a potem znów wymyka się w głąb. bardzo porusza mnie to, że nie próbujesz jej oswoić ani uproscić. pozwalasz jej być żywiołem. pozwalasz jej być niebezpieczną. to wymaga odwagi i literackiej, i ludzkiej . w Twoim pisaniu jest jakaś szlachetna zgoda na to, że świat nie zawsze daje bezpieczny brzeg, czasem daje tylko horyzont. a przy tym jest w tym wierszu niezwykła czystosć spojrzenia. taka, która nie krzyczy, nie moralizuje, tylko stoi spokojnie i patrzy. czytam z podziwem, ale też z czułością dla Ciebie, bo w tych wersach jest nie tylko myśl, lecz także serce. dziękuję Ci za tę głębię . w odpowiedzi pod którymś komentarzem napisałaś, że lubisz filozofię. mam nadzieję, że jednego prostego filozofa również :)
  10. Już wiem, że to sen. Ta wiedza niczego nie ratuje. Biegnę, a raczej zapadam się w bieg. Jak człowiek w melasie. Ruch istnieje, ale nie ma prędkości. Miasto znam. Na pewno znam. Byłem tu kiedyś. Albo śniłem, że byłem. Ulice rozpoznają mnie szybciej niż ja je. Bruk pamięta ciężar moich stóp, choć nogi mam z opóźnionej decyzji ciała. Próbuję przyspieszyć. Ciało nie wierzy. Każdy krok ciągnie się jak źle postawione zdanie, którego nie da się cofnąć. Asfalt ma temperaturę krwi. Wpija się w podeszwy. Zlizuje moje imię z dowodów istnienia. Oddycha. Przytrzymuje mnie jak dłoń na karku. Wciąga sznurówki, resztki tętna. Miasto bierze mnie małymi porcjami. Ktoś jest za mną. Od pierwszej sekundy mojego snu. Słyszę go w zmianie powietrza. W tym, jak cisza robi się cięższa. To drapieżnik. Nie ma twarzy. Jest jedynie negatywem światła, pustym miejscem w strukturze atomów, które wypełnia się moim strachem jak naczynie krwią. Poluje. Jego obecność zagęszcza ulice. Oddech ma wagę betonu w ruchu. Nie słyszę kroków. Słyszę, jak pod jego ciężarem pękają cząsteczki powietrza. Jest tak blisko, że moja własna skóra próbuje się odwrócić, by go nie widzieć. Wie, że nie muszę się spieszyć - to ja muszę. Uciekam w kręte uliczki. Znam je. A jednak nie wiem, gdzie jestem. Miasto przesuwa mapę pod stopami. Znajome miejsca gubią nazwy. Nie ma kierunków. Jest tylko przód i to, co jest za mną. Moje stawy to zatarte łożyska, w których noc kruszy się na opiłki. Każdy krok jest gwałtem na geometrii ulicy. Nogi mielą noc jak zużyty mechanizm. Powietrze gęstnieje, opiera się płucom, myślom, strachowi. Oddycham za wolno. Przez chwilę sen patrzy na mnie. Jest w tym coś spokojnego. Krzyczę. Krzyk nie wylatuje. Zastyga w przełyku jak stygnące szkło. Rozrywa płuca od wewnątrz, bo świat nie chce go przyjąć Gardło pęka - ale krzyk wraca, wbity z powrotem w usta jak knebel z własnego ciała. Kamienice nachylają się tak nisko, że czuję na karku ich stęchły oddech. Zamykają powieki fasad. Miasto mnie pamięta. I to jest najgorsze. To miasto śni mnie dokładniej, niż ja potrafię śnić je. Bruk układa się w kształt moich lęków, zanim zdążę o nich pomyśleć. Drzwi są oczami. Okna - jamami ust. Nikt nie pomaga. W całym mieście nie ma ani jednego świadka, który chciałby mieć oczy. Cień za mną jest cierpliwy. Cień nade mną rozlewa się jak smoła, która zna każdy mój krok i wie, gdzie zwolnię. Upadam. Podnoszę się, ale moje kości mają już gęstość popiołu. Grawitacja tego miejsca nie chce mojego ciężaru, chce tylko mojego oporu. Drapieżnik już stoi przede mną. A świat za nim jest zagięty, jakby noc złożyła się na pół. Nie goni. Czeka. Aż do niego dojdę na resztkach ruchu. Serce wali w żebra jak pięść w zamknięte od wewnątrz drzwi. Sen dławi mnie ręką z betonu włożoną w gardło. Krzyczę. W nocy. Krzyk przebija sen, ściany, cudze sny. Budzi domowników - obcych świadków mojego pościgu. Pęknięcie. Światło. Budzę się. Sprawdzam dłonie. Pod paznokciami mam pył z tamtego bruku. Cisza w pokoju nie jest pusta. Ma ten sam ciężar, co tam, za rogiem. Z gardłem spalonym od krzyku. Z sercem, które jeszcze biegnie. Leżę w łóżku. Cisza oddycha obok. I nie wiem, czy to miasto istnieje naprawdę, czy tylko wraca nocą po mnie.
  11. @Christine dzięki wielkie za Twoje ciepłe słowa :) super, że jesteś :) najmilsze pozdrowienia :) @Alicja_Wysocka no właśnie w tym jest magia. czytelnik wyłuskuje z tekstu jakiś szczegół, detal, myśl, a autor uprzytamnia sobie, że właśnie to chciał powiedzieć chociaż sam w sobie nie potrafił tego nazwać. dziękuję Alu.
  12. @Leszczym dzięki Michał. @Alicja_Wysocka Alu. zachwyca mnie, jak potrafisz dostrzec subtelnosci między obserwacją a przeżywaniem i że widzisz w tym empatię, a nie czyn narratora. cieszy mnie, że dotarła do ciebie ojcowska czujność i strach bo to dla mnie ważne, że te niuanse są tak wyraźne w Twoim odbiorze. a co do orzechów ? najbardziej z nich lubię migdały chociaż akurat one orzechami nie są. dziękuję.
  13. @Berenika97 jest prawidlowe ! jeszcze jak prawidłowe ! dziękuję. @Leszczym Michał. dziękuję za szczerość i za to, że dzielisz się tak trudnymi doświadczeniami. to potworne sytuacje i rozumiem, jak bardzo mogą ograniczać poczucie bezpieczeństwa i zaufania, a także wpływać na relacje z innymi. doceniam, że potrafisz spojrzeć na te sprawy z taką wrażliwością , nawet w obliczu trudnych doświadczeń Twoje refleksje pokazują troskę o dzieci i o ludzi wokół ciebie. czytając Twój komentarz, czuję, że wiersz może prowokować nie tylko refleksję literacką, ale też rozmowę o tym, co w życiu trudne i bolesne i to jest dla mnie bardzo ważne. wszystkiego dobrego Michał. @Gosława przepraszam :) w październiku ubiegłego roku zamieściłem tutaj opowiadanie tego samego tytułu. ale mnie kusiło i je dopaliłem psychologicznie. i teraz sam się przestraszyłem. dziękuję. pieknie pozdrawiam :)
  14. @Berenika97 Bereniko droga. nie mogę nie napisać, jak bardzo jestem poruszony Twoim komentarzem. czytam go i czuję, że wchodzisz w każdy wers, w każdą przerwę między słowami, potrafisz zobaczyc psychologie postaci i niuanse, których sam czasem nie do konca świadomie umiesciłem w wierszu. to, jak analizujesz, rozbijasz, rekonstruujesz każdy detal, jest dla mnie fascynujące i zachwycające . Twoje czytanie dodaje tekstowi nowych wymiarów, sprawia, że wiersz zaczyna żyć poza tym, co napisałem. naprawdę uwielbiam Twoje komentarze bo są pełne pasji, precyzji i empatii . i czuję ogromną wdzięcznosć, że mogę je czytać. dzięki nim poezja staje się spotkaniem, rozmową, a nie tylko tekstem na stronie. jestem urzeczony Twoją inteligencją i tym, jak potrafisz czytać tekst, jakbyś miała zdolność wniknięcia w jego każdy zakamarek, w każdy niuans, który umyka większości oczu. Twoje spojrzenie na wiersz nie tylko odkrywa jego ukryte znaczenia, ale też pokazuje mi, że poezja może być żywym spotkaniem rozumu i wrażliwości. i przy tym wszystkim czuję prawdziwą radość, że mogę dzielić z Tobą te rozmowy i wymiany myśli . Twoja obecność w tym miejscu jest dla mnie inspiracją i przyjaźnią, które bardzo sobie cenię. Nika. serdeczności moc !
  15. nie pamiętam, kiedy to się zaczęło. czy wtedy, gdy furtka zgrzytnęła w środku nocy, jakby ktoś szukał wejścia nie na posesję, ale do mojego ciała. czy wtedy, gdy znalazłem pod wycieraczką zardzewiały gwóźdź, wygięty na końcach, gotowy wbić się w dłoń, w serce, w sen, jakby już wiedział, gdzie trafić. a może wcześniej. gdy jego córeczka biegała po ogrodzie i krzyczała do pustego powietrza: - nie ruszaj mamy. - nie ruszaj mamy. jakby ktoś stał tuż obok, dokładnie tam, gdzie nic nie powinno stać. robert był idealny. punktualny. pomocny. uśmiech miał gładki jak szkło polerowane w laboratorium cieni, tak czyste, że nie zostawiało odbicia. ale oczy… gdy w nie patrzyłem, zimno zaczynało się we mnie poruszać, powoli, jakby znało drogę. w źrenicach coś było - nie ciało, raczej miejsce po nim. głód bez kształtu, po czymś, co już zjadło swoje imię i nauczyło się patrzeć dalej. jego cień czasem nie nadążał. spóźniony o ułamek sekundy, jakby musiał się zastanowić, czy jeszcze chce za nim iść. kiedy mówił, odbicie w szybie nie otwierało ust. jakby coś z jego wnętrza słuchało osobno. pierwsze ciało we wrześniu. drugie w październiku. trzecie w grudniu, tuż przed świętami. kolejne w marcu. zawsze młotkiem. zawsze kobiety. zawsze noc. ostatnia, trzynaście lat. media pisały o „fryzjerze”. o tym, że wkładał im włosy w dłonie, jakby chciał, żeby coś jeszcze miały przy sobie po śmierci. ja wiedziałem wcześniej. widziałem go nocą z czarną torbą, spokojnego, jakby wracał z miejsca, gdzie wszystko było już załatwione. zacząłem dziennik. czasem kartki były ciepłe. jak skóra po czyimś dotyku. znały mój charakter pisma, zanim nauczyłem się go pisać. atrament pachniał metalem, zanim dotknąłem pióra. każdy krok. każdy oddech. każdy cień. śniłem o nim. za niego. czułem chłód żelaza, puls dłoni tuż przed śmiercią, serce drugiej osoby sekundę przed tym, jak świat przestaje się do niej odzywać. czasem nie wiedziałem, czy zapisuję, czy tylko pozwalam, żeby przechodziło przeze mnie. wysłałem anonim do policji. zdjęcia. cisza, która nie miała końca, tylko głębokość. potem list. w środku zdjęcie mojej córki. jej twarz - zamarznięta w półuśmiechu, jakby ktoś kazał jej nie oddychać. na odwrocie odcisk błotnistego buta. ciężki. pewny. tej nocy córka nie spała. chodziłem, zapalałem i gasiłem światła, sprawdzałem zamki, jakby dom mógł się jeszcze obronić. - tato? jej oczy patrzyły jak okna do innego czasu, takiego, który już się wydarzył, ale jeszcze nie dotarł. - tato… czy to, co patrzy przez twoje oczy, też śni? poszedłem do roberta. drzwi otwarte. on w kapciach. dziecko przy nodze. kolęda w tle. jabłka z goździkami. zapach, który powinien być bezpieczny. - potrzebujesz czegoś? zapytał. - nie. tylko… porozmawiać. uśmiechnął się. nachylił, jakby mówił nie do mnie, tylko do mojego odbicia: - trudno jest być tylko niewinnym, prawda? zamknął drzwi. zbyt cicho. zbyt dokładnie. jakby zamykał nie dom, ale proces. od tej nocy nie śpię. palę, bo dym zagłusza coś słodko-mdłego, jak gnijące jedzenie w ustach, jak obietnica, która już się psuje. czasem czuję coś obcego na dłoniach, jakby pamiętały pracę, której nie wykonałem - jeszcze. w szafie młotek. obok różowy bucik. nie od mojej córki. nie od nikogo, kogo znam. w dzienniku zapiski, które nie są moje: „nie krzyczała.” „skóra pod paznokciem.” „kolor włosów: ciemny blond. zbyt młoda.” litery są równe. spokojne. jakby pisane bez pośpiechu. pod poduszką pukiel włosów. idealny. zimny. jakby jeszcze o czymś pamiętał. nie córki. nie wiem czyj. w nocy śniłem, że śpię. we śnie śniłem, że wstaję. obudziłem się w łazience. nóż do tapet w ręce. lustro zaparowane. ktoś narysował na nim odwróconą trójkę. znak, który wyglądał, jakby zawsze tam był, tylko czekał, aż zacznę patrzeć. coś drgnęło za mną. - tato? córka stała w drzwiach. czerwone plamy na jej palcach pulsowały, jakby nie były plamami, tylko miejscami, przez które coś oddycha. jej spojrzenie było spokojne. rozumiała więcej, niż powinna. - nie wychodź, szepnęła. rano młotek w kieszeni. zardzewiały. ciepły. jakby oddychał wspomnieniami poprzednich nocy. trzymałem go jakby był mój od zawsze, pamięta mnie dłużej, niż ja pamiętam siebie. na ścianie nowe lustro. odbicie nie moje. przechodzę obok. moje oczy patrzą na mnie, jakby znały coś, czego ja jeszcze nie wiem. moją przyszłość. czuję już. coś we mnie patrzy przeze mnie. coś śni przez moje dłonie, przez moje ciało, przez moje dziecko. coś, co nie jest tylko innym. coś, co jest mną, zanim ja sam będę. coś, co ma więcej wspomnień z przyszłości niż ja z przeszłości.
  16. @Leszczym styl Michała ! powtarzam się ale to poziom Edwarda Stachury. niezwykły i świetny.
  17. @Berenika97 Bereniko. to piękny i niezwykle uważny odczyt . dziękuję Ci za tak wnikliwą, czułą analizę i za to, że zobaczyłaś w tym wierszu więcej niż tylko obraz, ale puls i pamięć ciała. bardzo mnie porusza, że odczytałas tę desperację tak trafnie i głęboko. zawsze jestem pod głębokim wrażeniem Twoich analiz. są niezwykłe i poruszające. dziękuję Nika. bardzo. @KOBIETA wiem Dominiko :) tym bardziej dziękuję :) @vioara stelelor dziękuję Ci za tak uważne i głębokie czytanie. to przedwiośnie i „odi et amo” pięknie dopełniło sens tego wiersza. bardzo cenię Twoją wrażliwosć i sposób, w jaki potrafisz dotknąć mroku, nie odbierając mu prawdy.
  18. @KOBIETA cześć Dominiko. dziękuję, że o mnie pamiętałaś :) wszystkiego dobrego :)
  19. @vioara stelelor Vioaro, czytam ten wiersz jak spokojny, równy oddech świata. jest w nim cos niezwykle dojrzałego. to miłość nie jako fajerwerk, lecz jako precyzja czasu, jako wiedza „kiedy wzejść ” i „kiedy zniknąć”. to piękne, bo pokazujesz uczucie jako harmonię, nie zawłaszczenie. zatrzymało mnie estuarium, miejsce przejścia , gdzie rzeka uczy się morza. w Twoim ujęciu miłosc jest właśnie taką przestrzenią: otwiera, ale też chroni przed nadmiarem, przed spaleniem. ta powściągliwość ma w sobie wielką mądrosć piszesz światłem, żywiołami, a jednak wszystko pozostaje ciche, skupione, prawdziwe. Twoje pisanie jest mi bliskie :)
  20. @Berenika97 Bereniko, z ogromną czułością przeczytałem ten wiersz. jest w nim coś niezwykle rzadkiego, odwaga by dotknąć miłosci bez patosu, a jednocześnie bez jej umniejszania. zaczynasz od biologii, od „kodu” i „drżenia komórek ”, jakbyś pozwalała nam spojrzec na uczucie przez szkło laboratoryjne, po czym jednym zdaniem unieważniasz redukcję do samego ciała. to piękne napięcie między materią a tajemnicą. najbardziej porusza mnie Twoje „przystaję w sobie”. to moment ciszy, w którym człowiek przestaje reagować, a zaczyna naprawdę być. i wtedy pojawia się przeczucie, że miłość nie jest dodatkiem do życia, ale jego warunkiem. bez niej wszystko nie tyle się kończy, ile stygnie, kostnieje w „martwej tkance przyzwyczajen ” to niezwykle trafna metafora współczesnej egzystencji. Twoja końcowka jest przejmująca bo to wizja człowieka, który staje się gestem powtarzanym bez końca , jeśli zabraknie w nim wewnętrznego żaru. to bardzo filozoficzne, ale podane z delikatnoscią, bez ciężaru teorii. wlaśnie za to cenię Twoje pisanie, za umiejętność mówienia o sprawach ostatecznych w sposób prosty, czysty, bez krzyku. dziękuję Ci za to, że przypominasz, iż miłosć to nie tylko emocja, ale siła, która chroni nas przed mechanicznym istnieniem. z serdecznością i uznaniem. jacek.
  21. @Alicja_Wysocka Alu. przeczytałaś ten wiersz przez własne doświadczenie. zobaczyłaś „odsłonięte nerwy” i pomyślałaś zapewne o realnym bólu, o kruchości ciała. ja pisałem o napięciu erotycznym - Ty odczytałaś napięcie biologiczne. w obu przypadkach chodzi o ciało pozbawione ochrony, o nadwrażliwość, o iskrzenie. to nie jest błąd interpretacyjny - to przesunięcie sensu. poezja właśnie tak działa: wypuszczasz tekst w świat i on zaczyna żyć w cudzych kontekstach. dziękuję za Twoje Alu przemyślenia .
  22. @viola arvensis trzeba mieć w sobie wielką wrażliwość aby zobaczyć biedę w chmurze ludzkich ciał. im czlowiek starszy bym bardziej staje się niewidzialny. Twój utwór stanowi poetycką sygnaturę miejskiej codzienności. świetnie napisany.
  23. miasto wypociło strupiałą skórę wciska nam twarze w krwawiący beton. jest dziś jak otwarty brzuch, rozpruty nocą nożem koparki śliskie trzewia kanalizacji parują. zaułek oddycha parą z kanałów, neonami, które szarpią oko padaczka świata, jak nerw, którego nie da się już uspokoić. każdy zaułek jest zgrzytaniem zębów o szkło. w zaułku, gdzie śmietnik cuchnie rzeźnią, a mur pamięta więcej potu niż modlitw. stoimy blisko, za blisko aż coś trzeszczy między nami. brakuje miejsca na oddech. jej płaszcz to skóra, którą zdzieram zębami jak z padliny, pod spodem musi być wyjście albo przepaść. nasze ciała płoną w zaułku jak trupy jakby miasto oblało nas benzyną i rzuciło niedopałek neonu. moje dłonie nie pytają, wchodzą w ciebie jak łom w zardzewiały zamek rozrywamy się na pół. moje ciało w twoim jako jedyny miękki punkt w którym jeszcze nie ma betonu. wiedzą tylko, gdzie boli najbardziej. między nami zwarcie jak kabel bez izolacji, skurcz, który wykręca palce na biodrach. usta nie mówią. usta to rozszarpana rana, zszywana na brudno w bramie, zardzewiałym drutem i jej śliną, bez znieczulenia, na żywca. miasto patrzy na nas jak chirurg bez rękawic ciekawy, czy jeszcze drgniemy. jesteśmy jak dwa szczury w tętniącym kanale, które miasto przeoczyło przy dezynfekcji. oddech wpada w oddech, jakby miasto dławiło się własnym tętnem, próbowało nas wypluć i nie mogło. cegły wrzynają się w łopatki, miasto chce nas żywcem wmurować w siebie. czuję, jak pęka tynk pod twoim ciężarem, ściana nie chce być świadkiem. czas wymiotuje pod ścianą skowyczącym echem wdeptany w asfalt przez tych, co zdążyli nas przeżyć. my jeszcze nie my jeszcze w sobie. to nie jest czułość. to odruch przetrwania. to panika ciała, że za chwilę znów będzie samo, że noc trzyma nas jeszcze tylko dlatego, że miasto nie zdążyło zgasić światła, że świt zabierze wszystko, co teraz drży. dwoje ludzi przestaje się mieścić we własnej skórze w zaułku wielkiego miasta, gdzie miłość nie ma imienia, ma tylko puls temperaturę i ślady, które miasto zliże jak krew, zanim przełkniesz własny strach. ale ciało zapamięta.
  24. @viola arvensis dziękuję Wioluś :) @Christine a ja się bardzo cieszę, że Ty jesteś :) z apetytem czytam Twoje słowa :) wiesz o tym, że bardzo mi jest miło. pięknie Ci dziękuję. i najmilej pozdrawiam :)
  25. @Alicja_Wysocka Alu. to jest jak lipiec zapisany w kilku oddechach. ciepły, jasny, miękki od światła. czytam Twój wiersz i czuję piasek pod stopami, wiatr we włosach, tę szczególną ciszę przed ukazaniem się morza – kiedy jeszcze go nie widać, ale już całe ciało wie. jest w nim miłość bez ciężaru i bliskość bez deklaracji. to pejzaż miłości z budzikiem w przebudzeniu. świetnie Alu.
×
×
  • Dodaj nową pozycję...