-
Postów
2 878 -
Dołączył
-
Ostatnia wizyta
-
Wygrane w rankingu
3
Treść opublikowana przez Dekaos Dondi
-
? To miał być zwyczajowy koncert, w malowniczo położonym miasteczku, u podnóża góry. Ośnieżone okolice, pięknie zdobiły wigilię Bożego Narodzenia. Zgodnie z tradycją, rozpoczęcie nastąpiło w obszernej, acz przytulnej sali, w drewnianej chacie ozdobionej lampkami i słonikami. Symbolami szczęścia. Początkowo nic nie zapowiadało zdarzeń, które miały niebawem nastąpić. Zasłuchana publiczność, płynąca muzyka, a za oknem spadające srebrzyste gwiazdki. Nagle światła pogasły, a śnieg na zewnątrz zastygł w czasie. Gdy sala pojaśniała, trąbki zaczęły grać pierwsze skrzypce. W tej samej chwili umarli pierwsi słuchacze. Zgodnie z rytmem muzyki, w dziwnych tanecznych konwulsjach, padali martwi na podłogę. Tylko nieliczne zwłoki zostały na swoich miejscach. Orkiestra nie mogła przerwać koncertu, a żywi nie mogli wyjść. Jakby jakaś siła tym wszystkim sterowała. Coś niewidzialnego, nie pozwalało wstać z krzeseł. Mogli tylko siedzieć, słuchać i myśleć, kto następny. Gdy dźwięk trąbek trochę przygasł, pierwsze skrzypce, zaczęły grać skrzypce. Umarła następna część publiczności. * Wtem zauważono niewielkie, raczkujące. Weszło po schodach na scenę, trzymając malutkie cymbałki. Zagrało swoją melodyjkę i momentalnie zapadła oślepiająca cisza. Żywi odetchnęli z ulgą. Martwi, nie. * Członkowie orkiestry nic nie pamiętali. Łącznie z dyrygentem. Nigdy nie zdołano wyjaśnić owych zdarzeń, a wielu zadawało sobie pytanie, dlaczego nie postukało wcześniej. Cymbałków także nie odnaleziono. ?
-
Bielszy odcień Błękitu
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Waldemar_Talar_Talar Waldemar_Talar_Talar↔Dzięki:)↔To tak właśnie miało być, aczkolwiek na końcu, aż tak pesymistycznie nie jest. To zależy, jak rozumieć:)↔Pozdrawiam:) @Deonix_ Deonix↔Dzięki:) Może nie tyle "sięzapętlliłsię" co często↔jestem całościowoumysłowo↔zapętlony, cokolwiek piszę. Dlatego nie zawsze, warto mnie czytać:)↔Pozdrawiam:) -
słuchasz pieśni o miłości a za oknem życie zacina deszczem cierpienia roztrzaskanych ozdób choinkowych malujesz na powierzchni szyby niech chociaż w niej zalśni przebłyski światła oświetlają strumyczek kolejny już raz nie wie w którą stronę popłynie pech chciał jak zwykle dla ciebie obraz ten ty w nim wiesz? wiem wychodzisz małe jeziorko pośród ośnieżonych choinek nad nimi księżyc zanim zniknie o brzasku za chwilę też utopiony przy nim ciało swoje na dnie pochłoniesz będzie udręk koniec w porządku ostatni już raz zanim przegapisz decyzji czas rysujesz palcem na wodzie dziwny kształt tym razem nie zniknął zwielokrotniony został cały skrawkami diamentów w jezioro zaklęty lśnieniem błękitu zatrzymany
-
Blisko dziury zasłoniętej wodą, siedziała na leśnym poszyciu↔jak ten wróbel na dachu, co nie odleciał nawet po wystrzale, chociaż wcale nie dlatego, że był odważny↔ urodziwe dziewczę, a ściślej – księżniczka. Popatrywała nie samotnie, bo z tęsknotą, na owe rozlewisko rozłożyste, zielonkawą wodę, krążącą niedbale po obwodzie, by udawać rwącą rzekę↔co prawda, bez żadnego wyjścia ale zawsze. Pewnego razu, o szarym świtaniu, przechodziła tamtędy: zielona, mała żabka. Roztropne dziewczę ujrzawszy gościa, nie krzyknęło z obrzydzenia jak jakaś inna, tylko radośnie zarechotała całą gębą. Żabsko zdziwione nieco, zamarło w pół skoku – słupiejąc. A to dlatego, iż żabka poczuła nie tylko mdlący zapach stawu, lecz przede wszystkim: bratnią duszę, patrzącą na nią z uśmiechem. – Jam kontent. Naprawdę! Uciecha w mym serduszku zaiwania – zakumkała żaba, zamieniona w Księżniczkę. – Chociaż po prawdzie, mam powody po temu, aby nie tylko radość okazywać, ale i smutek wpuszczać do jaźni mej. Poradź coś prędko, miła żabko, rodaczko ty moja! –– To fakt. Wyglądam jak żaba, lecz naprawdę, to jestem z dziada pradziada, pięknym młodzieńcem, co niestety muszę ukrywać. A to wszystko przez tą głupią czarownicę, która podobna do wiedźmy, jak dwie krople krwi. Ona ze mnie uczyniła: pokraczną, przebrzydłą, oślizgłą żabę. Spójrz jak wyglądam! Jak głupi płaz! – Smutna to historia wielce, ale wrzasnąć muszę! Jak śmiesz obrażać moją czcigodną rodzinę, moich kochanych protopłazów. Nie wspomnę o mnie, bo słów szkoda, na takiego… och doprawdy, nie wiem co powiedzieć, w okowach stresu. Jam żabą wewnątrz. –– Niech tylko twoi rodzice cię zobaczą. Mniemam, że padną ze wstydu na same dno bajora. – Jesteś okropny! Wstrętny. I taki idiotycznie suchy! A miejsce na rozum, to ty w ogóle masz? A może jeno, tam gdzie spozieram? –– Pyskaty z ciebie płaz, dziewucho. Na dodatek świntuszek. – Jaki tam płaz! Oczu nie masz, głupolu?! Wyglądam durnowato. Przejrzałam ciało w stawie. Od takiego widoku, nawet ryba przemówiła. No cóż… miałeś rację z rodzicami. Rzeczywiście, gdyby mnie zobaczyli… chociaż z drugiej strony, mam do nich trochę żalu. –– O co? Mówże! – No wiesz… zmuszali mnie do okropnych rzeczy. Strasznie nudnych i baz sensu. Jednym słowem, badziewiastych. –– Doprawdy? Do jakich? Bom ciekaw. – Wstyd mi mówić. –– Ale mnie nie wstyd słuchać. A poza tym – studnia! – Co?…. aha, no więc powiem. Otóż przez całe noce musiałam rechotać jak ta głupia. A z czego tu kumkać radośnie, w takim nędznym stawie. Stare żaby nawet nie pomyślały, żeby nam jakieś rozrywki zorganizować. –– Nie pluj w swoje gniazdo. Nawet ja tego nie czynię. Jak już, to obok. – Co mi tam po pluciu! Myślisz, że ktoś by zauważył moją symbolikę. W wodzie? Chociaż tak po prawdzie, chciałabym wrócić do swoich. Nawet do starych ropuch. Trochę marudzą, ale cóż… to zawsze ojczyzna, kochani moi. –– No tak. Wiesz co ci powiem. Na początku byłem trochę niegrzeczny, ale w sumie... – Sumy są niedobre, bo nas atakują. –– To zawsze jakaś rozrywka. – Chwilowa. –– Zeszliśmy z tematu. Ja też mam kłopot. – Ty? Jesteś śliczną żabką! –– Nie zaczynaj znowu, bo… aczkolwiek nieszkodliwe waśnie, miłość wspomagają. – Miłość? A niby jak? Nieważne pókim dobra. No słucham. Jaki kłopot? A tak a propos, jak to jest, że mówisz po ludzku, a ja ciebie rozumiem, chociaż rechocę po żabiemu, a ty rozumiesz mnie. –– Wiedźma zawaliła sprawę. – To znaczy? –– To znaczy, zostawiła nam po dwa języki. – Nie zauważyłam. Co prawda, nie liczyłam. Przyznaję. –– Nie o to biega. To znaczy, jeden rodzony, a drugi ten drugi. Rozumiesz? Inne sprawy dopilnowała. – To znaczy? –– Co ciebie napadło, z tym: nie znaczy? Pomyśl trochę! – To znaczy. Powiedziałeś: nie znaczy. –– To znaczy, mogę skakać tylko tak daleko, jakby skoczył człowiek. Proporcjonalnie. – Za to ja mogę skakać tak daleko, jak skacze żaba. Proporcjonalnie. To mi zresztą życie uratowało. –– Chwila… wiedziałaś? To po co zgrywasz głupią? – Bo jesteś taki zielono – kochany. –– Rozumiem. No i co z tym ratowaniem życia? – Wyobraź sobie. Siedzę przy stawie, jakby nigdy nic, aż nagle podchodzi do mnie… masz ty masz pojęcie… podchodzi! … tfu… człowiek, bodajże płci męskiej. Taki pokraka jak ty. Mówi do mnie, tym swoim słodkim głosem, ociekającym durnowatością, że jestem ślicznym kwiatem w jego sercu, śpiewem słowika, a nie rechotaniem oślizgłych żab. To ja na niego nakumkałam, z naganą w głosie. Masz pojęcie? Nie rechotaniem oślizgłych żab, że powtórzę. Tak mnie obraził, głupi ludź! I mówię, że jestem żabą i wyrządził mi przykrość. Suchy palant człowieczy. –– A on co? – Nie uwierzył! Uwierzyłbyś? –– Tak. To znaczy w co? Że suchy palant? – Nie. Że jestem żabą. –– No tak. – Co no tak? Głupi ludź. Zresztą nie ważne. Chciał mnie dotknąć ludzkim łapskiem. Wtedy skoczyłam kilka kilometrów i jestem tutaj. A poza tym wychwalał bociany, bęcwał jeden! –– Bociany? Nie wspominaj o bocianach! – To we mnie powinien być strach, z racji tradycji. I jest. –– Głupiaś. Nie widzisz, że jestem żabą, chociażby z wyglądu. – Widzę. To mi dodaje otuchy. –– Otuchy!? Czy nie rozumiesz płazie jeden, że moich kochanych rodziców, ta głupia wiedźma zamieniła w... – W bociany? –– Skąd wiesz? – Bystra jestem! Nie człowiek. –– I co mi po tym, przemądrzała... żabko. – No tak. To rzeczywiście problem. Czy mogłabym ci jakoś pomóc, dopóki jestem takim straszydłem. –– Owszem, możesz. Tylko jak? – Nic mi nie grozi, z wyglądu. –– Doprawdy? Mogą wyczuć w Tobie żabę i rozerwać własną córkę na strzępy, w celu łatwiejszego połykania. Rozumiesz? To zadziorne, fałszywe bestie, wiecznie klekocące o swoim głodzie. Na dodatek z jedną nogą. Widocznie pożerają się nawzajem. – Bez przesady. Chyba, aż takie bęcwały nie są? –– No tak. Masz racje. Ale klekotać i narzekać lubią, na wszystko wokół. Czyli mi pomożesz? – A co! Pomogę! –– Tylko jest mały problem. Naszą poczciwą krowę, ta bezrozumna czarownica, zamieniła w bezskrzydlatego smoka, co wszystko pożera, gdy jest mu wesoło. A poczucie humoru to on ma. Trzeba mu przyznać. Bocianów nie dostał, bo ciągle krążą. Kochani, wredni, starzy. Tylko jak długo można tak krążyć? No powiedz sama. – Hmm. To trochę zmienia postać rzeczy. Muszę ci jednak wyznać, że moją cioteczną babkę, ze strony kuzyna, ta głupia wiedźma zamieniła w groźnego szewca… co prawda bez butów, ale za to, z pomysłami, które potrafi wprowadzić w czyn. –– A gdzie on? – Skoczę i go dostarczę. –– Poczekam. – Już jesteśmy. To mój szewc – to znaczy – cioteczna babka. –– Nic z tego. Nie znacie bociańskiego. – Wiedźma zapewne spartoliła robotę. –– Strasznie mi głupio, że tak was wykorzystuję. Ale sami rozumiecie. Z jednej strony by mnie kochali, a z drugiej, obżerali. – Rozumiemy. Spoko. Co mamy im przekazać od ciebie – zapytał rozważnie szewc ciotkowy – kiedy już zarżnę smoka? –– Chcesz naszą jałówkę życia pozbawić? A mleko skąd będziemy brać? – Wolisz doić smoka? –– No cóż. W zasadzie jest to trochę niebezpieczne. Zarżnijcie. Przekażcie ode mnie, że bardzo ich kocham i jak tylko powrócę do ludzi, a oni wylądują jako… też ludzie… – Ja też bym chciała do swoich – zarechotało dziewczę. – Rodziców zapewne gnębi tęsknota za mną. I wszystkie inne kumy. No… może nie wszystkie? –– Nie są w cokolwiek zamienieni? – Mam nadzieję. Chyba nie. Po tym uroczym wyznaniu prześlicznej księżniczki, wyszło jednak na jaw, że jej kochanych rodziców, mądra – w tej sytuacji – wiedźma, zamieniła w litościwych dla czytelników: pożeraczy pisarzy, którzy przynudzają.
-
zapytaj rzeki zanim popłyniesz wodospad wskaże byś nie zleciał nagle niepodzianie przeszkód wbrew woli co wzmocnią jeśli pozwolisz a tam popatrz płyną ryby możesz sił nabrać się pożywić oby nie wyschła nim ujrzysz przystań ~ trudne to ciężki tłok wciąż spycha na dno może wreszcie wytłoczy prawdziwą wersję
-
Powróciłem tekst. jesteś podła i wstrętna to szmato zapamiętaj z nienawiści te słowa bo chcesz mnie zamordować lecz w nocy przedziwny sen pozmieniał wszystko i wiem nie płakać już lecz chętnie śpiewać tobie piosenkę zabij mnie mamo zabij nie chcę bólu ci sprawić jeśli nie umrę to życie trudne będziesz mieć łatwiej beze mnie zrób to gdy jestem w tobie inaczej wnet się dowiesz oskarżą z groźną miną ona dzieciobójczynią wypatrosz łono śmiało jestem wstrętną zakałą miłuje cię tak bardzo dla ciebie umrzeć warto pokrakę nosisz w sobie w sumieniu pomyśl powiedz niech tak nie wrzeszczą oni że musisz mnie urodzić zabij mnie mamo zabij nie chcę bólu ci sprawić jeśli nie umrę to życie trudne będziesz mieć łatwiej beze mnie chcesz zrezygnować z marzeń bo los cię mną pokarze sensu z takiego tyle spaskudzę cenne chwile trochę to jedno smuci martwić się tym nie musisz kocham cię duszą całą lecz nie przytulisz mamo nie martw się nie rozmyślaj widzę dla siebie przystań o tym też śpiewam tobie więc żegnaj dziecko powiedz zabij mnie mamo zabij nie chcę bólu ci sprawić jeśli nie umrę to życie trudne będziesz mieć łatwiej beze mnie może w tej tajemnicy znowu mój głos usłyszysz czekać tam będę zdrowe o swoim życiu opowiesz
-
–– Proszę! –– Dzień dobry. Przeczytaliśmy pana zaproszenie i tak żeśmy pomyśleli, że wpadniemy na małą chwilkę. –– Och! Jestem bardzo zobowiązany i ogromnie się cieszę. Proszę, niech państwo spoczną... tylko lepiej na podłodze, bo krzesełka są ostatnio na śmierć załamane. –– Niech pana głowa nie boli. Z przyjemnością usiądziemy na podłodze.. –– To w rzeczy samej dobra wiadomość, ale miałbym do panów jeszcze taką małą prośbę. –– Może być duża. My twarde chłopy. –– Nie wiem jak się wyrazić, żeby nie ubliżyć wielce... jednak wolałbym, żeby panowie wytarli swoje szanowne tyłki, ściereczką do tego przeznaczoną. Rozumieją panowie. Podłoga może ulec zabrudzeniu. –– Pan się za dużo przejmuję. Pan głupi czy co? My proste chłopy. –– Niestety nie za bardzo. –– Co pan mówi? Nie ważne. Usiądziemy na gazecie i po sprawie. –– A czy druk nie przejdzie na moje lastryko ? –– Ależ gdzie tam. Przytrzymamy, żeby nie przeszedł. –– Nie wiem jak to panom powiedzieć, jednak wolałbym, żeby się panowie powiesili u sufitu. Wtedy wasze bułeczki tzn: dupki, już na pewno nic nie pobrudzą. W łaskawości swojej poczekajcie cierpliwie. Zaraz przyniosę powróz. –– My wolimy na pasku. Tradycyjnie. –– Na pasku? Jak sobie panowie chcecie. Chciałem być tylko uprzejmy. –– Będziemy dozgonnie wdzięczni. –– W rzeczy samej, na pewno. Dziękuję. Zaczynajcie. Śmiało. Wieszajcie się jak u siebie w domu. –– W domu nie mamy sufitu. Mieszkamy w lesie. My twarde chłopy. –– To już chyba kiedyś słyszałem. No zaczynajcie na litość boską. Chcecie, żeby zwierzątka robiły z was podśmiechujki. –– Jakie zwierzątka? No nie. Nie chcemy. W żadnym przypadku. * –– Panie szanowny. My już nie możemy w pozycji zwisu wytrzymać. –– Ubikacja prosto i na lewo. –– Ale nam zaczyna brakkkkować... –– Ciekawe czego? Przepraszam. Nie musicie odpowiadać. Szczególnie, że coś was niewyraźnie słyszę. * –– Edwardzie. Odwiąż panów. Jutro ich wypchamy.
-
1
-
Inny Anioł Stróż
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Proza - opowiadania i nie tylko
@ais Aisiu↔Dzięki za obrazek:))↔Doprawdy anielski widok:)↔Może warto, jak mnie coś napadnie:) Pozdrawiam:) -
Życie Covidowe
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@befana_di_campi Befana_di_campi↔Dzięki:)↔Tyś tu też:)↔Jaki świat jest mały:))↔Pozdrawiam:) @Natuskaa Natuskaa↔Dzięki:)→Lepiej maseczkę ponosić troszeczkę, niż nagle leżeć wiecznie:)) Pozdrawiam:) -
@Waldemar_Talar_Talar Waldemar_Talar_Talar↔Dzięki:)↔Też tak sądzę, jak rzekłaś.↔Pozdrawiam:)
-
Maleńki, samotny liść, ześlizguje się po zabrudzonych piórach. Postać siedzi nieruchomo. I tak już od wielu pokoleń, broni nas i naszej wioski, przykucnięta na skraju lasu, nieopodal głównej bramy. Większość postrzępionych skrzydeł, leży na ziemi, zwisając po bokach. Wielu wyglądem odstrasza. Dla nas natomiast, jego obecność jest tak oczywista, jak powietrze, którym oddychamy. Posiada też inną przydatną cechę: nieśmiertelność. Ponadto nie musi się żywić i kości go chyba nie bolą, od ciągłego siedzenia, wciąż w tym samym miejscu. Natomiast twarz – gdyby się dokładnie przyjrzeć – budzi w nas, nie dające się sprecyzować obawy. Kryje w sobie pewną tajemnicę. W ciągu dziesiątków lat, niektórzy śmiałkowie podchodzili bliżej, by porozmawiać z tym prawie posągiem, obleczonym w pióra. Problem polegał na tym, że gdy wracali, to nic nie pamiętali, co też wyzwalało pewien niepokój. Chociaż trzeba uczciwie przyznać, że nikt naszej wioski, nigdy nie zaatakował. Przypuszczamy, że właśnie dlatego, że mamy takiego dziwnego anioła stróża. Podobno kiedyś, jeszcze nie za moich czasów, kilku złych ludzi, chciało go zabić. Widzimy jednak cały czas, że widocznie nie podołali. Dzisiaj od rana, chodzimy bardzo podekscytowani. Pierwszy raz, jak tylko wioska istnieje, przybiegł do nas jeden z naszych, który z nim rozmawiał i pamiętał co usłyszał. Jesteśmy w prawdziwym szoku, będąc świadkami czegoś, co się nigdy nie wydarzyło. Ów wybraniec, ledwo dysząc z przejęcia, powiedział, że wreszcie anioł zdecydował się wyjawić, przed jakim zagrożeniem, cały czas nas broni. Bo trzeba uczciwie przyznać, że wielu się nad tym zastanawiało i nadal zastanawia. Często o to w myślach pytaliśmy. Może w jakiś sposób słyszał. Tego nie wiemy. Stoimy całym tłumem wokół niego. Postać po chwili wstaje. Kolejny szok. Nie przypuszczaliśmy, że jest taki wielki. Większy od każdego z nas. Pióra nie są już białe, tylko brudno szare. Rozwija i zwija skrzydła. Robi to wielokrotnie, złowieszczo szumiąc, na tle zachodzącego słońca. Nawet bardzo wielokrotnie, bo na tle wschodzącego, też. Jakby chciał rozprostować kości, po dłuższym czasie. Aż czujemy lekki podmuch na rozdziawionych z ciekawości twarzach. Jaką odpowiedź usłyszymy? W tym momencie, tylko to jest dla nas ważne. Wtem przestaje ruszać skrzydłami. Cisza, jak makiem zasiał. Nagle ni stąd ni zowąd, słyszymy słowa: –– Szkoda, żeście mi w pełni nie zaufali. Te wasze wieczne myśli, domagające się odpowiedzi. W końcu straciłem cierpliwość. –– Chcemy tylko wiedzieć, przed czym nas bronisz. –– Naprawdę przez tyle czasu, nie przyszło wam do głowy, przed czym… to znaczy… przed kim was bronię. Dlaczego cały czas się stąd nie ruszam? –– No nie przyszło, szczerze mówiąc. –– Przed wami samymi was bronię.
-
teraz są czasy wszak covidowe nie tylko panny fajne morowe także powietrze bywa w ten deseń małe covidki ono nam niesie maseczki niby chronią nam twarze lecz czy na pewno to się okaże chwila jest jeszcze społeczny dystans żadne zawołać daj brachu pyska durny człowieku nie cenisz życia łazisz bez maski wciąż po ulicach pragniesz usłyszeć piosnkę covida zanuci w urnie salve regina teraz to taka wielka loteria ten co los wygrał to może przegrać miarkuj się człeku co z twoim smakiem bo mały czeka aż kogoś złapie czy jesteś z prawa z lewa ze środka każdego może gościu napotkać wszakże nie widzi on żadnych różnic gdyż wobec śmierci wszyscy są równi po co te swary wrzaski i kłótnie skoro to życie może być krótkie z panem covidem kostucha przyjdzie żebyś mógł przeżyć ostatnią chwilę trzymaj kalendarz przyduszaj mocniej bo nigdy nie wiesz kiedy go kopniesz
-
znowu jestem z tym pragnieniem w sytuacji sam na sam chcę dla siebie dużo ściany wszakże wciąż za mało mam jestem tutaj tylko zdany na swój rozum psychotwór nie wiem wszakże czy podołam podziurawić chociaż mur z wielkim trudem słodką cegłę zachłannością szarpię tu lecz wyciągam słabiutenko brak mi siły oraz tchu aż tu nagle co się dzieje czyżby jakaś wielki cud w łeb dostaję złotą cegłą spłynął na mnie miód * stoją ludzie patrzą smutno na mamony ciężką kupę rączkę nóżkę wystającą i spłaszczoną złotą dupę
-
Samotny Piedestał
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Fraszki i miniatury poetyckie
@Konrad Koper Konrad Koper↔Dzięki:)↔No tak już jest. Każdy ma swoje ''gałęzie'' i coś ''więcej, lub nie'' ... Pozdrawiam:) -
Za trzynastoma górami i tyleż samo morzami, Królestwo Smoków Poczciwych istniało. Stworzenia były nadzwyczaj łagodne, chociaż rozumne, skore do niesienia pomocy wszystkim potrzebującym gadom, a nawet płazom. A że świadomi posiadania takiego króla, królowej oraz ich córki byli, egzystowali radośnie i szczęśliwie, by nie powiedzieć jak pączek w jaju. Aczkolwiek wypalanie cegieł, największe profity w handlu przynosiło, gdyż cegły nie były im do czegokolwiek przydatne, lecz innym tak, gdyż budowali z nich domki nad głowy. Życie upływało w błogiej sielance, gdyż powodów do narzekania, nawet w najdziwniejszych kątach znaleźć nie mogli. Chociaż trzeba uczciwie przyznać, że wcale nie szukali, gdyż byli deczko leniwi i nawet gdyby coś znaleźli, to milczeli niczym płyta nagrobna, by przykrości rodakom nie sprawić, a co gorsza, do płaczu zachęcić. Tak sobie tłumaczyli niechęć do gadania. Aż pewnego razu, wielka skaza na firmamencie rajskiego życia zajaśniała, niczym ciemna zakrwawiona jutrzenka. Niebawem zakłóciła z dziada pradziada od wieków ustalony porządek. Ogromny Szewczyk, na jeszcze większym baranie wypełnionym siarką, do Królestwa wjechał i zaczął nie tylko domostwa pustoszyć, lecz także niektóre smoki, a szczególnie smoczyce, swawolnie poniewierać. Ponadto wielu tubylcom kawałki skóry wycinał ostrym narzędziem, rechocząc przy tym radośnie, prosto w zatrwożone dziury ogniowe. Krzyczał bezczelnie, że buciki będzie miał z czego robić, które z wielkim przebiciem na jarmarkach sprzeda, a przez to fortunę zyska i poważanie wśród innych szewców z okolic wszelakich, lub z jakichkolwiek nadejdą. Biedne smoki, mimo że wykazywały przemożną chęć ziajać ogniem na barbarzyńce, to jednak kładły wszystkie trzy głowy w kubeł, gdyż mógłby wierzchowiec w powietrze wylecieć, rozpizdrzając wszystko wokół, na cztery strony świata. Gdyby jeno członki Szewczyka, to pies mu mordę lizał, a kot mysz do tyłka wcisnął. Dzień w dzień nawiedzał i nękał, chciwością napędzając ludzkie serce. Wiele smoczyc truchlało w zgrozie. Nie chciały, by skóra z ich dziatek została doszczętnie wyszarpnięta jako budulec do sandałków. Błagały trzema głowami jednocześnie, klęcząc na styranych życiem rogowych kolanach, o całkowite najazdów zaprzestanie. Lecz on, swoją podłość na tłustym, lecz jurnym baranie dźwigając, nic sobie z owych błagań zatroskanych matek nie robił, jeno jeszcze bardziej ze skór obdzierał, chociaż przyznać trzeba, że żadnego nie do golasa tak zupełnie. Smoczy Król, widząc bajzel w państwie, wielu śmiałków zwołać postanowić. Obiecał każdemu, że jak bestie pokona, to tchnienie ognia królewskiej córki oraz jej rękę i całą resztę otrzyma. Teraz dopiero przybiegły różne napalone smoki, młode i stare, z umiejętnościami i bez, te co jeszcze mogły lub tylko tak myślały, lecz żaden wojak nachalnego do przesady szewczyka pokonać nie zdołał. Aż pewnego razu, stanął przed królem smok: mizerny, koślawy, prawie bez skóry i ognistego oddechu oraz z jedną głową na karku. Król ujrzawszy takie indywiduum, z powrotem do rodziny postanowił go odesłać, albowiem nie chciał mieć na królewskim sumieniu siedzącego, jak gdyby był gadającą papugą. Ochotnik jednak z uporem wariata, niczym stado osłów na jutrzejszy obiad, nie miał zamiaru tak łatwo zejść z oblicza króla, myśląc zapewne o napalonym oddechu królewskiej córki i nie tylko o tym. W końcu władca machnął ogonem, dając do zrozumienia, że zezwala Mizernemu... Jadącego na Baranie pokonać. Szewczyk, gdy takiego lichego rycerzyka obaczył, zarechotał w głos, aż mu sztuczna szczęka wyleciała i pospieszając do rzeki na wieki utonęła. Poszkodowany ujrzawszy to, struchlał dogłębnie, gdyż pomyślał, czym będzie gryźć jadło wszelkie, żuć smoczą skórę, lub chrupać zardzewiałe gwoździe, gdyż taką umiejętnością. przed innymi szewcami szpanował. Przeto machnął przednim ogonkiem i do rzeki skoczył, razem ze tym swoim baranem, który nie chciał, ale musiał i już nigdy nie wypłynęli. Może jakiś konik morski, walnął go w łeb z kopyta, a siarkę z wierzchowca wyjadły diabły morskie. Od tego czasu, spokój zapanował w Smoczym Królestwie. Mizerny, koślawy smok, dyplomatycznie zrezygnował z obietnicy, gdyż zauważył, że nie ładniejsza od niego, a nawet w niektórych szczegółach, prześcignęła w wizerunku, takim a nie innym. Może to i dobrze, bo ów bohater w swojej przyszłości, aż takim balsamem na rany nie był. Nawet budowę pomnika na jego cześć przerwano, gdy usłyszano jak mu dekiel zaczyna odbijać, w jednej głowie równocześnie, aż echo brzmiało do późnych godzin nocnych. Sława umysł czochrając, zmieniła go na tyle, że aż nie sprzedano wszystkich cegieł, budując z nich w tym miejscu Wesołe Miasteczko, w którym to małe smoczki, pluły ogniem na ogniotrwałą figurkę Tańczącego z Deklem. Po jakimś czasie w owej krainie, zaczęła krążyć z paszczy do paszczy legenda, o wystającej z rzeki gałęzi, co powieszonego Szewczyka na smoczej skórze unosi. Podobno z gardła zardzewiałe gwoździe wystają, a na jednym z nich, sztuczna szczęka ukojenie w dyndaniu znajduje, pogryziona przez piranie.
-
skakałeś z gałęzi na gałąź obskoczyłeś dżunglę całą wszystko co obok nie było twoją drogą gdy wreszcie wszedłeś na piedestał to agregat działać przestał
-
Dialog z Drzewami
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Proza - opowiadania i nie tylko
@Jacek_K Jacek_K↔Dzięki:)↔Mnie też to rozbawiło:)) Ze wszystkich rodzajów tekstów, najbardziej lubię pisać dialogi, (ok.90%→bez narracji→która moim zdaniem, tylko zawadza:))↔Pozdrawiam:) -
Między Sceną a Kurtyną
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Jacek_K Jacek_K↔Dzięki:)↔Moja wersja mnie się bardziej podoba:)) Co nie zmienia faktu, że gdyby Twoja, to bym zmienił, albowiem zmieniam, gdy ktoś wysłowi zmianę. która bardziej mi leży, ale o której nie pomyślałem. Wiem↔4 x wersja zmiany→zamierzone:))↔Pozdrawiam:) @w kropki bordo W kropki bordo↔Dzięki:)↔Kilka razy stałem między sceną a kurtyną:)) Jednakowoż, w sensie metaforycznym, gdy spadnie mi kurtyna na głowę, to wtedy widzę gwiazdy, które mnie inspirują , do pisania wierszy. Dlatego są, jakie są:))↔Pozdrawiam:) @Jacek_K Jacek_K↔Przeczytałem wiersz. Warto było, zdaniem mym:) -
Nie pamiętam, czy kiedyś wrzuciłem. Chyba, że pod innym tytułem. <<<<<>>>>><<<<<>>>>> – Cześć Dąb. Kawał drewna z ciebie. – Wypraszam sobie. Nie jestem drewnem jeno drzewem. – Sorry…przyłóż konar. – I proszę mi tu w polskim lesie zagranicą nie wyjeżdżać. Bo z wywiadu nici. – Taki wielki a taki przewrażliwiony. Chyba nie będziesz mnie gonić? – A ty byś chciał, żeby na ciebie mówiono: ludź? Na pewno byś nie chciał? – Mogę być ludziem. A co… nie mogę… bo tak kręcisz konarami. – To przez wiewiórki. Mam łaskotki gdy po mnie łażą. – Nie możesz je... strząsnąć? – Próbowałem, ale liście spadły a nie one. – Ruszaj dalej. Jak żółędzie pospadają, to skoczą za nimi. – A wiesz… nie pomyślałem... żółędzie? – Lubię ten kolor i czasami gadam na żółto. No dosyć tej gry wstępnej. Pora na poważne pytania. A swoją drogę… trochę odwagi ze mnie wycieka. – To dobrze. Susza jest. Będziemy odważniej rosnąć. – Chodzi o to, żeś wielki jak góra. Gdybym chciał cię obejść, to musiałbym wziąć jedzenie na drogę. – Rzucę ci trochę żołędzi albo się deczko: wstąpię... chociaż o jeden słój. Wybieraj. Co wolisz? – Nie dzięki. Nigdzie się nie wybieram. – Ja też. – Znowu gadamy głupoty, jak na poważne stworzenia przystało. – Gadasz. Uściślijmy. Gdybyś zadawał mądre pytania, to bym mądrze odpowiadał. – Ja nie mogę – zaśmiała się Pani Brzoza. – Ty chyba Dąb z dębu spadłeś. Tyle czasu rosnę przy tobie i jakoś przez ciebie nie zmądrzałam… to znaczy… – To znaczy, że jesteś głupia… sama przyznajesz. – Przekręcasz moje słowa. Nie to miałam na myśli. A tak w ogóle, to pod moimi konarami człowieka pochowano. Miej do mnie szacunek. – Chyba żeby wcześniej zmartwychwstał. Byle dalej od ciebie. – No sam widzisz. Jestem chociaż przydatna. A ty jesteś tylko: wielki. – Cicho drzewostan. Spokój mi tu. Gałązki blisko pnia i baczność! Ze wszystkimi mogę pokonwersować. Ale jak będziecie gadać między sobą, to mi zostanie gadanie ze samym sobą. – Jestem już tyle lat brzozą, ale takiego cudaka drzewa jeszcze nie słyszałam. O widoku nie wspomnę. Okropieństwo. Co to za pokraczne konary? A ten baniak na czubku. Czy w nim coś w ogóle jest, skoro nawijasz jak spróchniały? – Nie jestem drzewem, tylko: ludziem! Trochę szacunku, bom najbardziej rozwinięty. Wywiad chce z wami zrobić, a wy zamiast mi dziękować, to ubliżacie i pierdaczycie jak połamane gałęzie. – Nie widzę, żebyś kwitł – zauważył Dąb. – Cały czas tu kwitnę i jeszcze mądrego pytania nie zadałem. – A to nasza wina? – wtrącił Świerk. – Zjedz moją szyszkę, to zmądrzejesz. – Nie chcę waszych szyszek!! – Ja mam żołędzie. Mnie nie wygaduj. – Pozwólcie mi zadać pytanie. Cały las was słucha, co powiecie. – Cicho tam na dole – wrzasnęła Sosna. – Nie dosyć, że dzięcioł mnie stuka, to jeszcze mieszanka zwierzęco-drzewna nie daje spokoju. Chwili wytchnienia we własnym lesie. – Własnym? – zahuczał Dąb. – To jest mój las. Jestem tu królem i tu wzrasta moja władza! – Panie Dąb. Co panu. Choryś pan. – Cicho Ludziu. Tyś nie nasz. Nawet nie masz korony. – O właśnie – dodała Lipa. – Lipny z niego gość. – Gość? – dodał Krzak Jeżyn. – Raczej nie douczone: coś. – Drzewa! Co z wami. Tak ładnie wszystko szło na początku. Chciałem po prostu z wami pogadać. O sensie życia, kornikach, słojach… o żywicy. Tylko sęk w tym, że wy jak głupie deski macie zagrania. – Nas? Od głupich desek wyzywać? – To taka… metafora. – Fora ze dwora to najlepsza metafora! – zapiszczały Żółędzie. – Ja też umiem mówić – pisnęła Wiewiórka. – On ssak, ja ssak. Stoję za nim murem. – Obrończyni się znalazła – zagrzmiała Wierzba w przerwie płaczu. – Uważaj żeby ciebie nie wypchał. I gdzie tu widzisz mur? Chyba w twoim myśleniu... na drodze synaps. – Siedź cicho, głupia. Pusta w środku a wypełnioną udaje, nazywając to: myśleniem. – Ja nie jestem pusty w środku i też się wymądrzam… i co z tego... jak mnie nikt nie słucha. – Cholera jasna. Z wami ogłupieć można – warknął Niski Pinek. – Co ja mam powiedzieć. Spójrzcie, ile ze mnie zostało. Resztę przerobiono na dechy. – Głupie dechy. Tak powiedział Ludź – zadenuncjowało Igliwie. – Walnij go koroną! – Koroną? Ja? To chyba Dąb niech walnie. – Dąb gada od rzeczy, bo mu robale mózg ze słojów wyjadają – dodała Brzoza. – Przestańcie wreszcie bijatycko konwersować. Wstyd na cały las. To ja wam mówię: Ludź. – Raczej chwałą nas otoczą, że nie chcemy z tobą gadać. Przypałętał się taki i zamiast kulturalnie rozmowę zagaić to sobie wyobraża, że jest zagajnikiem z którego wyrośnie dżungla. Chrust z ciebie zakwitnie połamany. – Dąb na początku miał chęć na rozmowę. – Bo stary i nie dowidzi. Myślał, że gada z nieznanym gatunkiem drzewa. – Panie Dąb. To prawda? – Rośnij synu, rośnij. A ich nie słuchaj. Nie wiedzą, co szumią… chwila… a gdzie masz: koronę? – Nigdy nie miałem: korony. – No i dobrze. Za bardzo przygniata do ziemi. – Do ziemi? Chyba odwrotnie. Powiedziałeś, że jesteś Królem Lasu. – Zaszumiało w konarach. Muchomora wąchałem wystającym korzeniem. – No coś ty, Dąb! Nie było ci wstyd? – No masz go! Oczywiście, że było mi wstyd. Aż dziewicze listki spąsowiały. Ale cóż. Robale chciałem przepłoszyć. – I co? Przepłoszyłeś? – A gdzie tam. Oblazły mnie bardziej. – Biednyś. – A wiesz Ludziu, kto jest królem lasu? – A skąd mam wiedzieć. Nie jestem drzewem. – Chyba żartujesz? – No patrz. A on wierzy…. co tak cicho. – Boją się – powiedział Zwiędły Liść. – Czego? – Zębatego Warczącego Króla. On dzierży prawdziwą władzę. Być lub być jeszcze chwilę. Na dodatek ma doczepioną obsługę. – Zwiewajmy stąd!! – Ale śmieszne – dodały Wiórki Drzewne.
-
to tylko gra pogięty czas chciałbyś uwierzyć że na łzach popłyniesz w strumieniu lepszych dni ty splugawiłeś teatr ten czego naprawdę chcesz wyzwolić się za mało mnie za dużo też
-
jesień tyś dobra słoneczkiem pomogłaś włożyłaś mnie dziś do koszyczka powiedz tej zimie niech później tu przyjdzie z tobą cieplutko przytulnie wiem co mi powiesz że ważne me zdrowie nie mogę wciąż siedzieć chroniony lecz powiedz zimie niech później tu przyjdzie nadal mi z tobą tak dobrze wiatr dmuchnął nagle ja z gniazdka wypadłem na gwiazdki zmrożone na sopel cały się trzęsę choć wokół jest pięknie jesień zniknęła pod śniegiem ledwo już zipię szypułkę mróz szczypię wtem mała podchodzi dziewczynka z ziemi mnie bierze otrząsa wnet śnieżek wkłada pod czapkę na głowie przez to że zmarzłem też psikam i kaszle doceniam że trochę inaczej wełna nie murek choć zimno wciąż czuję szeleszczę dziecku wesoło skryła ją zima znów jesień wspominam te słowa co rzekła mi kiedyś spadłem z koszyczka by stracić lecz zyskać o tym wciąż będę pamiętać w dziewczynki domku kłaniamy się słonku na oknie mróz tworzy obrazki leżę w książeczce prawdziwie mi cieplej dziękuję za to codziennie kiedyś z książeczki zgubiło mnie dziewczę słoneczko już wyżej świeciło jestem nawozem zakwitnę być może we wnętrzu innych na wiosnę
-
zabij mnie proszę wypatrosz łono wstrętny potwór ze mnie ponoć jeśli urodzisz ciężko ci będzie stanę się zakałą a tak cię kocham nie pragnę tego duszą całą przecież wiesz nie chcę by na świecie było ci źle byś dźwigała ułomności mej ciężary chociaż nigdy nie będę mieć mamy
-
1
-
to żenujące stół chybotliwy choć trzy nogi niby dusza jakby podłożyć trza radę dać zaradzić coś popadam w złość stoję pewnie chociaż dwie nie gramy w tę samą grę wiem zrównoważyć problem owszem wtykam podkładkę między podłogę a drewno no fajnie znów normalnie jak poprzednio stół w stabilność wreszcie powrócił lecz teraz ja się kiwam jak głupi ዕቿጕልዐነ ዕዐክዕጎ
-
1
-
Ale skrajnym to nie jestem...
Dekaos Dondi opublikował(a) utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
czekoladę mam głęboko bez niej żyję całkiem spoko zaraz zmuszę wszystkich wokół żeby także mieli spokój lecz cukiernik to nie jestem choć uważa ktoś tak pewnie nie narzucam czegokolwiek co jest modne lub niemodne dla mnie rzeka jest walnięta więc o rybach wciąż pamiętam powyciągam biedne na wierzch z męki strasznej wnet wybawię lecz rybakiem to nie jestem choć uważa ktoś tak pewnie nie narzucam czegokolwiek co jest modne lub niemodne nie uznaję innych nacji bo tam sami wariaci każda czaszka durna pusta tylko wizja ma jest słuszna zadufanym to nie jestem choć uważa ktoś tak pewnie nie narzucam czegokolwiek co jest modne lub niemodne zamieszanie jest w tym jaju ptaszek gnije tam pomału wyciągniemy wnet zarazę będzie zwierzak miał obiadek ale skrajnym to nie jestem choć uważa ktoś tak pewnie nie narzucam czegokolwiek co jest modne lub niemodne czemu oni mają lepiej a mnie los po dupie trzepie niech dokopie im na amen dla mnie będzie to balsamem lecz zawistnym to nie jestem choć uważa ktoś tak pewnie nie narzucam czegokolwiek co jest modne lub niemodne robię dzisiaj straszne proce by odmieńcom bój wytoczyć kiedy zacznę z groźną miną strzelać prawdą w nich jedyną ale skrajnym to nie jestem choć uważa ktoś tak pewnie nie narzucam czegokolwiek co jest modne lub niemodne itd... *** słońce masz życia miliardy cztery chyba więc zdążysz pomóc coś zmienić promieniem oświeć umysły ludzkie by lepiej było choć nawet trudniej *** lecz póki co tak czasem mamy że trza się wyzwolić od nas samych -
Ɗяzєωηє Ƥσżєgηαηιє
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Proza - opowiadania i nie tylko
@Jacek_K Jacek_K↔Dzięki:))↔No tak... hmm... tego tam... no nie... a jeśli tak... skoro wodolejstwo, to chyba przydatne dla drzew?↔Pozdrawiam:))