Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Dekaos Dondi

Użytkownicy
  • Postów

    2 878
  • Dołączył

  • Ostatnia wizyta

  • Wygrane w rankingu

    3

Treść opublikowana przez Dekaos Dondi

  1. @Wątpiciel Wątpiciel↔Dzięki:)↔W pewnym sensie, jest o pewnej tęsknocie jakby:)↔Pozdrawiam:)
  2. zauroczone mgły namiętnością zimną dobrocią świtu nie bardzo wiedzą jutrzenkę zachować na drgającym pąku wody czy szarością otulić dla współistnienia całości doznań w pryzmacie rozszczepionych spójnych promieni często niespełnionych po obu stronach światłocienia gdzie marzenie i tęsknota w diamentach migoczą daleko rozbudzą źródło staną się rzeką?
  3. na skraju lasu chatka samotna co domem była pod jasnym niebem teraz to tylko wiatr wierny został zamknięte okna dawnym wspomnieniem tam u podnóża wśród horyzontów okrągła łąka całuny śnieżne i ślady ludzkie słabo widoczne w oku stęsknionym zakrytym bielmem gdy echo wróci w szumie listowia wiosna zakwitnie kwiatów spojrzeniem to znów się wszystko do życia zbudzi słońcem wysoko i w ptaków śpiewie
  4. Jak to bywa przed zachodem Słońca, cały ogród tonął w czerwonawej poświacie. Takie ciepłe kolory, były jakby odzwierciedleniem: gorącego, prawie minionego dnia. Wszechobecnej ciszy, nie zakłócało cokolwiek. Może jedynie cichy oddech gipsowego krasnalka. Oddech? No tak, oddech. Ale nie gipsowy, tylko żywy. Prawdziwie gipsowy leżał w krzakach. Ani myślał oddychać. Martwy od zawsze na zawsze. A ten umiał. Jemu podobni też. Porozrzucani w tysiącach ogrodów w całym państwie. Musieli się upodobnić do czegoś ziemskiego, by nie wzbudzać podejrzeń. Lecz i tak wzbudzali. Bo było ich dwóch. No chyba, że żywy sobowtór opuścił ogród, atakować tubylców. Albo raczej uprzykrzać życie. Żeby się sami wynieśli, robiąc im miejsce. Przybyli w niewidocznych dla oczu mieszkańców osłonach. Zadomowili się przede wszystkim w przydomowych ogródkach. Tubylcy dziwili się, skąd ten drugi, ten trzeci, czwarty i tysięczny. Mogli być kilkukrotną kopią, jednego osobnika. Wyglądali dokładnie tak samo. A nawet lepiej, bo oczami ruszali. Spokój w państwie został zaniepokojony. Bardzo nawet. Całe chmary krasnali pałętało się po ulicach. Niektóre osobniki umiały fruwać. I to bez ruszania skrzydłami. Bo ich nie mieli. Atakowali bardzo różnie. Na przykład te małe, zaglądały dziewczynom pod spódnice. Guzik ich obchodziło, co tam zobaczą. Na ich planecie, wszystko było inaczej. Ale takim kukaniem, wprowadzali zamieszanie. Inne znowu szybowały nisko nad ziemią, porywając idącym czapki, w które następnie pluli gipsem. To się wielu mieszkańcom nie podobało. Też na nich pluli, lecz nigdy nie trafili, bo tamci zdążyli odlecieć. Trafiały się bardziej wredne. Wlatywały do marketów, robiąc zamęt przy kasach. Mieszali towary, by nikt w końcu nie wiedział, co jest kogo. Trzy latające sztuki, przeprowadziły szturm na kościelną wieżę. Nawet wleciały do środka. Obijały się o dzwony, robiąc spore zamieszanie na dole. Można powiedzieć, że bimbały na wszystko. Nawet kościelnego. Z racji swej tuszy, ledwo dyszał, ale na czubek się wdrapał, by je stamtąd wygonić. Nic nie wskórał. Dzwoniły nadal. Jeden notorycznie był dzwonem rozbijany i momentalnie na nowo się składał. Kościelnego na ten widok zamurowało. Dopiero po kilku dniach go wypuszczono. Nie wszystkie jednak fruwały. Ale za to umiały szybko biegać. Wyprzedzały nawet samochody. Nie tylko stojące, ale też jadące. Skakały na nie, zarysowując lakier. Długo by można pisać, co te paskudy wyczyniali. Najgorsze było to, że byli niezniszczalni. Można było takiego złapać, potrzaskać na drobne kawałki, a one za chwile stanowiły całość. Jedyna różnica była taka, że w ten sposób, zwiększała się ich upierdliwość oraz chęć zemsty. A zatem im więcej ich rozbijano – a co gorsza tych samych - tym gorszy los, mieszkańcy sobie gotowali, gdyż radykalność atakujących pieruńsko wzrastała. Wreszcie tubylcy powiedzieli: dość. Postanowiono wykombinować, jak się pozbyć intruzów. Wygnać ich tam, skąd przylecieli. Propozycji było wiele. W końcu jedna z nich zaczęła przeważać: tak ich rozśmieszyć, żeby się rozlecieli i już nie poskładali. Łatwo powiedzieć, ale czym? Co ich ubawi, do upadłego na wieki? A poza tym, jest ich setki tysięcy. Gdyby z każdego z osobna chciano w ten sposób unicestwić, to śmiech by trzeba importować z innego państwa. Fama głosiła, że gdzieś tam, w tajemniczym miejscu, stoi sobie ich słynny wódz: Don Alabaster i wszystkimi kieruje. Są z nim połączeni, w jakiś niewyobrażalny sposób. Domniemano, że zapewne wystarczy rozśmieszyć ich wodza, a wszystkie pozostałe padną ze śmiechu razem z nim. Dziw nad dziwy, ale szybko go znaleziono, ukrytego na polu, między stogami. Z obiektów otaczających jego figurę, można było wnioskować, że pędzi bimber. Cała reszta nie mogła nic pić. Nie miała odpowiednich ust. Ale wódz miał. I mógł. Na dodatek chciał. Nic dziwnego, że jego myślowi inwazjaci, tak dziczeli. Don Alabaster wlewał w siebie dość dużo. Miał około siedmiu metrów wzrostu. Ale jak go rozśmieszyć? W końcu postanowiono, że mu się pokaże, w czym u nas takie krasnalki, zgodnie z tradycją mieszkają. Zbudowano wielką ruinę koślawego grzyba. Większego niż wódz. Dostarczono ją maszyną latającą, na zajęte pole. Postawiono, przed jego oczami i mu oznajmiono, że w takim czymś, u nas tacy jak oni mieszkają. Przywódca obcych jako jedyny, potrafił wytwarzać nad swoją brodą, zdanie w tubylczym języku. Można się było z nim jako tako porozumieć. Czy akurat z tym, było rzeczą niewiadomą, z uwagi na stan, w jakim się znajdował. Lecz na grzyba spojrzał. Po chwili wyświetlił się brodaty napis: – To to co? – W takich domkach, u nas krasnoludki mieszkają – Ja pierdzielę. No nie, za chwilę jasny gips mnie zasypie. W tym? – No w tym. – Co to u dołu? To cienkie? A ta pierdoła u góry? – Ściany, Don Alabaster. – Nawet po pijaku.W takim czymś. W żadnym razie. – Śmieszny! Co? – Cholernie tak. Za chwilę pęknę ze śmiechu. – Oby. – Co oby? – Nic nic. Spoko. Pękaj paskudzie. Rzeczywiście pękł. Rozleciał się na drobne kawałeczki, rozganiając wokół, tak silną woń alkoholu, że biedny zając nie wiedział, czy jest zającem, czy innym ptakiem. Wszyscy jego wojownicy też się rozpadli. Stracili kolory. Cząstki były białe. Każda odrobinka. Setki ton walało się na ulicach, polach i gdziekolwiek. Zrobiono z nich wielkie jaja. Poustawiano w parkach, ogrodach, przed marketami. Pomalowano pięknie i ślicznie. Pisanki zdobiły miasta i wsie, ale nie atakowały. Tylko spokojnie tkwiły w miejscu. Podziwiano je i kochano. Były obłym symbolem zwycięstwa. Przypominały o pokonaniu wroga. Lecz po jakimś czasie, tak się przyzwyczajono do ich widoku, że stanowiły prawie niedostrzegalne tło. Widziano je tylko wtedy, gdy idący się zamyślił i w nie walnął. * Po kilku miesiącach. – Mamusiu. Pisanka w naszym ogrodzie… – Co pisanka? – Przyłożyłem do niej ucho. – No, no, to rzeczywiście wydarzenie. Jestem pełna podziwu. – Ale ona jest dziwna. – Dziwna? Biega zapewne po ogródku. – Nie biega… ale oddycha.
  5. Dekaos Dondi

    Sięsiew

    nie lubię się nie lubię się ani w nocy oraz w dzień śniłem kiedyś o sięsiewie on się sięsił gdzieś na niebie że przejmuję się wciąż się jam się wsięsił przez to też a dyć słuszna to jest prawda sięsiolandia mnie dospadła nie wypieram przecież się więc nie cierpię nadal się to nazywa się odchyłką że się tak wyrażę brzydko a na jakim to jest tle? po co pytasz durniu się oczywiście na tle się kiedyś sięsiew się wysłowił tylko wariat się się boi się tak nie męcz swoje wiem że nie znoszę nadal się śniło mi się dzisiaj się cały sięsiew śnił się też że wybrałem się ja gdzieś by się tarzać w stadzie się się na lewo się na prawo i na środku wielkie się z psychologi coś się wie że terapia tak jest sięsiew sięsi mnie sięsiewem gdzie się budzę w sięsioniebie? mniej już cierpię znośnie jest może przez to zdarzy się tolerować będę się
  6. @Wątpiciel Wątpiciel↔Dzięki:)↔Hmm... oby doskonałość nie istniała, bo do czego później dążyć:)? Pozdrawiam:) @Antoine W Antoine W↔Dzięki:)↔Słuszna uwaga:)↔Może?↔Pozdrawiam:)
  7. @Dag Dag↔Dzięki:)↔Zmieniłem jedno szumią, na owiewane, bo była powtórka:) Staram się być pozytywnie nastawiony, ale bywa, że tylko... staram:))↔Pozdrawiam:)
  8. słońce złotymi promieniami obejmuje koślawe drzewka tęsknią za ognikami życia blaskiem złocistej tarczy owiewane ciepłym wiatrem przytulone zbawczą nadzieją dalszego istnienia i całunem z delikatnej koronki błękitu wiewiórki szumią groźnie może odstraszą burzę skacząc z pioruna na piorun łaskocząc świetliste zygzaki poprzez liściastą krainę prześwitującym migotaniem raz po raz kwiecie ukazane to bogini lasu małe chochliki poświatą do snu kołysze szyszki lecą w przepaść w smudze światło-cieni mijają drobinki kurzu oraz długość drzewa * głosy ptaków ślizgają się po liściach niczym ręce pianisty po klawiaturze przyrody czas płynie w nurcie po lustrzanym niebie zostaje w rzece las miniony aż w końcu odpływa wspomnienie
  9. na skrawku ciszy przysiadł dźwięk chce ją pokochać wie ona też że do miłości pragnie go skłonić lecz nie pasują do symfonii
  10. A wtedy zupełnie niespodziewanie, wędrowcy dotarli do tajemniczej krainy, by im uśmiechów na ustach nie brakowało, gdyż strudzeni drogą i zgłodniali byli. Przeto ujrzeli połacie krzaczków różnorodnych, a owoców na nich kiście całe, jakby ich ktoś do stołu szwedzkiego zapraszał. Cudowny zapach (nie przybyłych, gdyż spoceni byli) zakrywał całunem ich nozdrza, aż większego apetytu zyskali. Nieliczni szemrać zaczęli, czy aby nie trujące z uwagi na to, iż ta śliczna woń za bardzo przyciągająca im była. Jednakowoż głód swój scenariusz dopisywał, nie bacząc na to, co może nadejść kiedyś i o co w tym wszystkim tak naprawdę biega. Zatem większość przykucnęła wygodnie, dary treściwe pałaszując. Chociaż niektórzy nie stali samotnie, lecz z szacunkiem soczyste kęsy trawili. Część spożywała dzięki myślom, które się w głowie kołowały, mimo wszystko pragnąc sens zrozumieć. Jeszcze inni, biegali jak te płoche zające na polu, wyżerając przysłowiowe głąby z kapusty. Byli też tacy, którzy zmysłom ufali, pół na całość. Kiedy już wszyscy najedli się do syta, to pomarli. Wtedy Istoty Skrzydlate na tle nieba poczęły szybować. Gdy słońce kryło się za horyzont, wśród najedzonych wylądowały, by zwłoki pogrzebać. A stało się, że jedne ciała śmierdziały, drugie wcale, a pozostałe pachniały, mimo że wszyscy te same owoce spożywali.
  11. tonący odcina pięć palców z zaciśniętej dłoni krople krwi proszą na obiad tkają szkarłatne nitki na szczęście rekin nie głodny zjada tylko cztery odpływa daje szansę zostawia najgrubszego człowiek tonie w bezdechu brzytwy kciuk wypływa na powierzchnię dryfując wskazuje niebo
  12. rozpęd cukierków w gorzkiej czekoladzie cukiernia szybuje nad łąką wata białych obłoków łamie niejeden patyk wbity twardo w zieloność zniża lot złudnych deserów pragnie wciąż i więcej zakręt horyzontu wypada z roli na kleistym polu tam umierają echa rozbitych talerzyków ruiny cukierni sączą sok truskawkowy niczym gęstą krew między szczątki ciastek i karmelowych szkieletów * teraz tylko proch pozostał kakao gdzie zostawiasz ślady masz trudności z oddychaniem pęcznieją cząsteczki powietrza od nadmiaru pożądania smaku spadając tworzą mgiełki szarego pyłu dostrzegasz ocalałą cukierniczkę oblepioną brudnym lukrem może cię cudownie uratuje * lecz słodki bezdech rani przełyk kryształkami cukru
  13. Mam niecodzienny sen. Widzę w nim przepiękną gilotynę. Powierzchnia lśni, wyrzeźbiona z przezroczystego lodu, w którym migoczą promienie słońca. Sprawia wrażenie przeistoczonej w tajemnicę. Nagle, będąc nicością, dostrzegam siebie. Położono mnie normalnie, jak na ścięcie. Nie mam głowy. Przylepiona do srebrzystej skośnej wskazówki, spoziera z góry otwartymi oczami. Ostrze zaczyna spadać, a kiedy jest na wysokości samotnej szyi, oddaje resztę ciału, a ono wstaję i podchodzi do łóżka. Kładzie się... ....i zasypiam. Widzę klepsydrę. Szybuje równolegle do ziemi. Piasek po obu stronach, leży niczym w trumnach. Postanawiam jakoś zrozumieć ów sen, lecz najpierw macam głowę, by sprawdzić, czy faktycznie powróciła na swoje miejsce.
  14. gdy umrzesz... hmm... możliwe, że brak śmierci ciebie pochłonie więc nie marudź, że to już koniec a jak żyć będziesz bez końca? hmm... tego nikt nie wie to przypuszczalnie zależy już od ciebie
  15. Światło Księżyca pędzi z niebywałą prędkością poprzez otchłań kosmosu, wpada przez okno i siada na przezroczystym szyber dachu okazałej trumny. — Puk puk, czas wstawać –– puka paluszkiem promiennym w szklany daszek, budząc tym samym starego Wampira, męża nie całkiem świętej pamięci, Hemoglobinki oraz dziadka rezolutnej wnuczki: Białokrwinki. Właściciel łóżeczka zgodnie z tradycją, otwiera najpierw pierwsze oko, by widział które otworzyć jako drugie, po czym odchyla wieko przyczepione na zawiasach i wyłazi na zewnątrz. Pech chce, że przy zamykaniu, przyskrzynia palec, co sprawia, iż od razu złazi paznokieć z opuszka. Teraz ma nie tylko jeden kieł, ale także popsuty środkowy. Jednak delektowanie psychiki smutkiem i ciućkaniem krwi z rannej kwaterki w kształcie trumienki, zostaje brutalnie przerwane. Fałdy piżamy, śmiesznie acz stanowczo, tarmosi Białokrwinka, wspomniana wyżej ukochana wnuczka, gdyż nie ma innej. –– Dziadku. Przestań w tej chwili ciućkać i mlaskać, bo wiesz że tego nienawidzę oraz nie znoszę! –– wysławia kwestię naglącą. –– A poza tym –– dodaje –– przyprowadziłam gościa. To taki biedny, dzieckowy Wilkołaczek, który zostanie z nami, bo nie może powrócić do stanu ludzia. –– Ludzia? Po jakiemu ty gadasz, moja ty ob. To nie jest prawidłowy język człowiekowy. I przestań szarpać za mą szatę, bo przez ciebie kilka kropel krwi uroniłem. –– No cóż… przepraszam. Przyznaje, że słyszałam stukanie skrzepów o podłogę. –– No co? Zazdrościsz mi cukierków na stare lata? Nieznośna jesteś i tyle. A pamiętasz jak… –– Tak pamiętam, ale teraz choć. Chyba słyszysz jak cicho wyje, bo samotny. Jeszcze kupę zrobi z tej rozpaczy. –– Co? Kupę? W moim domu? No jazda. Idziemy. Przestań się guzdrać. –– Dziadku. Kto tu się guzdra. –– No ja. Mówię przecież. –– Dziadku… ech. Ta krew była przeterminowana, tak? –– Może. Nie spojrzałem na termin przydatności, na wieczku. Tymczasem niewielki, włochaty gość, z tej całej zgryzoty i głodu, pożera wszystkie myszy, hodowane na specjalną krew, do specjalnych drinków, które Stary Wampir tak uwielbia sączyć w tajemnicy przed wnuczką. A zatem teraz nie może udzielić Wilkołaczkowi reprymendy tęsknej, gdyż ciekawa świata Białokrwinka, by natychmiast zapytała: „Czemu”? –– Dziadku. Zobacz jaki fajny. Gdy dorośnie… –– Pokręcona dziewucho. Dorośnie? To jak długo masz zamiar owe maleństwo gościć w naszym domku? –– No… to znaczy, gdy powróci do stanu ludzia, to raczej sam ucieknie. Nieprawdaż? Przynajmniej ja bym tak uczyniła, by nie zostać ze zramolałym wampirem, który mnie wyciućka do suchości. –– Zramolałym? –– O jejku! Żartowałam przecież. –– Fajnie tu –– przyjaźnie zawył obgadywany. –– Przepraszam Wać Wampira za te myszy, ale były takie apetyczne, a ja głodny… no i tak, tego tam. –– Dziadku? O jakich myszach on mówi? Znowu kombinowałeś zakazane drinki, pod moją nieobecność. Przyznaj się w tej chwili. –– A niby do czego? Co ci przyszło do głowy, kochana Tętniczko. –– Ja już dziadka dobrze znam. Babcia Hemoglobinka, też miała problemy z mężem. –– Znaczy ze mną? Kto by pomyślał. –– Dziadku… ech. Po tych słowach, Białokrwinka i Wilkołaczek, zaczynają wspaniałą zabawę. Polega na wyganianiu wszystkich zaległych myszy, poza domostwo, by dziadek częściej mówił do rzeczy, a rzadziej: od. Oczywiście, bez przesady. Wnuczka tak naprawdę bardzo kocha figlarnego dziadka, całym tętniącym sercem i pajęczyną żył. Jednak zabawę zakłóca niespodziewany gość. Po prostu puka i wchodzi, chociaż nie wie, czy proszony. –– Dzień dobry. Wszedłem. –– Właśnie widzę –– zaskrzeczał groźnie właściciel, błyskając jedynym kłem. –– Ktoś ty? –– Puchajtek jestem. Szukam małe co nieco. Miodu znaczy. –– Masz szczęście, że tylko groźnie wyglądam. –– Pan wygląda jak wygląda. Tak jest z każdym, co sobie wygląda, jak wygląda. –– Co? Nieważne. Miodu nie mamy, jeno trochę gęstej krwi w beczułce zostało. Możesz wziąć i wyjeść. –– A słodka? –– Puchajtku –– wtrąca Białokrwinka –– ależ oczywiście. Wyciśnięta ze słodkich pszczółek. –– Mogę zjeść tłustego misia? –– pyta Wilkołaczek. –– Nie możesz zjeść słodkiego misia –– wrzeszczy Wilciu, co też akurat przyszedł. –– Nie jesteś u siebie. –– A ty niby jesteś? –– warczy Wampir kłem. –– Co tu robisz? –– Babci szukam? –– Hemoglobinki? Dawno nie żyje. Widzisz łezkę w mym oku. –– Chyba jednak zjem tłustego misia. –– Tej babci, co ma duże uszy, wielkie kły i ogon? –– To ty siebie szukasz? Mieszasz w bajce –– dodaje poważnie Puchajtek, nabierając łapą gęstą krew z pysznymi grudkami. –– Dobry miodzik. Miodzio –– po tych słowach wali beczułką chętnego na jego ciało. –– A łaj –– jęczy maleństwo wilkołakowe. –– Obiad mnie bije. –– Dzień dobry. Królcia Śnieżek jestem. Dziwnie mi jakoś. Jabłko wiedźmowe spożyłam. Chyba zasnę. I zasypia. Stary Wampir widząc coraz większe zamieszanie, jest coraz bardziej nerwowy, aczkolwiek przyjaźnie nastawiony. Dlatego każdego gościa –– oprócz wnuczki –– gryzie jeno w ucho, by ich trochę przystopować, lecz nie odgryźć. Przez to Królcie Śnieżek budzi ze snu. Lecz nagle wpada siedmiu i pół krasnala, robiąc wielki bałagan. Po chwili dołącza urodziwe dziewczę i kopie swój ciuszek, a za moment młodzieniec z pantofelkiem. Wilciu wychodzi, bo nie znalazł babci. Za to przyfruwa szara kaczuszka, co mówi, że ma w sobie pięknego łabędzia. –– Nie chce misia. Zjem łabędzia –– mówi wiadomo kto. –– Byś już przestał –– też umie wyć Piotruś Palusznik. –– Popieram –– dodaje Jędzosia. –– Ja też. Ja też –– kwili Celininiteczka W międzyczasie Białokrwinka wyjada z beczułki Puchajtkowi, lecz ten jej krzywdy nie robi, bo to jednak krewna groźnego wampira, który siedzi zrezygnowany w kącie, ciućkjąc szkarłatne cukierki, popijając myszowym drinkiem. Po namyśle idzie zrezygnowany do swojego pokoju, wchodzi do trumny, zamyka wieko oraz oczy, by wreszcie spokoju zaznać. * Ktoś puka w szyberdach. * –– No co… kto tam? –– To ja. Promień księżyca. Dosyć spania. Czas wstawać. –– Chcesz powiedzieć, że ta cała heca… –– Nie wiem i nie chce powiedzieć? Promieniem jestem, a te nie mówią. –– No tak… nie mówią.
  16. w łódce z tęsknoty na morzu wspomnień pływał bez przerwy nie mógł zapomnieć
  17. przytulić ciszę choć nie rozbrzmiewa spękaną ziemią gdzie pada deszcz i to co rani fałszywym niebem schować do lustra pokochać też chronić od śmierci myśli zbłąkane chociaż w zaułkach koszuli śnią po tak naprawdę to co kochamy bywa że w cieniu zostaje wciąż nucić piosenkę lecz nie zaśpiewać dłoń ranić brzytwą na morzu łez bo czasem smutkiem ogacić trzeba drzewko nadziei gdzie uśmiech jest
  18. powiedz poranku jak długo lśnić będziesz mgłą na łąkami kroplami rosy ktoś łzy porzucił cierpienia miał dosyć tylko zgliszcza drogowskazów czy jeszcze wierzyć że drogę wskażą czy kiedyś znowu samotna jutrzenka zaświeci jasno przestanie się lękać bo horyzont przecięty skalpelem zakrwawił kwiaty odebrał tak wiele ze wszystkich ścieżek ślady wyrzucił by już nie wiedzieć jak powrócić
  19. różne są blaski tego świata w tym wiele złudnych co umysł przytłacza błyszczą skrzywioną swą aureolą i tak metodycznie ego nam biorą jaskrawość każe wyć w zachwycie lecz wrzącą obłudą wypala źrenice przesadna jasność do oczu się wlewa aż człowiek ślepnie nie tam gdzie trzeba bo w takim blasku klaun na zboczu uśmiech szyderczy to chichot losu nie każde lśnienie miłością spowite gdy ciemność schronieniem ratuje nam życie * gdyby latarkę mieć z czarnym światłem smugę skierowaćw jaskrawość właśnie w szarości zadać pytanie sobie czy tu właściwą dostrzegam drogę?
  20. {Prolog} Leżę sobie. Co mi innego pozostało. Siłą woli przerzucam, raz na lewo raz na prawo i patrzę ciekawie. Doprawdy nie wiem jak to możliwe. ------------------------------------------------- Jestem w bibliotece. Biorę upragnioną książkę. Poprzednik tak ją oświnił, że przykleja się do rąk. –– Pani szanowana. Książka mnie molestuje. Żądam ratunku! * Zorganizowano salę operacyjną. Nic nie dało. Czuję wewnątrz ciała: kartki, literki i treść. * –– Drodzy studenci. To pierwszy taki przypadek w historii medycyny. –– Ooo… tam… zakładka mu wystaje. * Spoczywam w domu. Brak perspektyw na wyleczenie. * –– Poczytaj mi mamo tatusia. Na pewno jest książeczką z bajkami. –– Niestety dziecko. Atlasem anatomii.
  21. jednemu człowiekowi ziści się ładnie innego nagle raptem zabraknie bo życie takie ano właśnie to miało być na sto procent akurat durniu jam chichot losu ciebie zaskoczę a to co zdarzyć nie miało się wcale radości przynosi i to nie małe bo wolna wolna kurde molek ma czasami wolną wolę a zatem Wam życzę by w przyszłym roku jak będzie to czas pokażę wolna wola wolnej woli nie miała za wiele w przesadnym nadmiarze
  22. Szare mgły snują się leniwie nad poranną łąką. Całość sprawia wrażenie niewielkiej zatoczki, otoczonej zewsząd gęstym lasem. Jest tym, który musi wyzwolić i wskazać drogę. Czeka, aż się pojawią. Cierpliwość to jego szczególna cecha. Są. Najpierw jedna, później następna. Przebijają mgłę w różnych miejscach. Przestały kurczowo trzymać ziemię. Zwrócone ku niebu, uwierzyły, że mogą odkleić ręce od lepkich, ziemskich powinności. Nie mogą już czegokolwiek naprawić lub zepsuć. Teraz wszystko zależy od niewiadomej. Dotyka każdej. Zamienia w błękitną, jasną poświatę. Ostatnie brakujące części, szybują do swego przeznaczenia. * Odpoczywa. Czeka. Jakiś czas temu, spełnił swoją misję. Czy jego dłoń przebije mgłę?
  23. @Karina Westfall Karina Westfall↔Ano. W rzeczy samej:))↔Pozdrawiam:)
  24. @ais Aisiu↔Ojejku. Kto mnie tu odwiedził. Mogłaś śpiewać nieco głośniej, by zagłuszyć petardy. Sąsiedzi by wystrzelili, a słyszeli by gromki, anielski śpiew:))) To nie podobne do petard↔pomyśleli by zdziwieni:)↔Pozdrawiam i też Zdrowia:)
  25. Na ile potrafiłem, tekst prawie zgodny z linią melodyczną→''Catch The Rainbow'' - Rainbow ∞ kołysze wiatr gdzieś pośród gwiazd pyta o sens czy świat go ma powróci tu w uśpiony czas rozbudzi sen o brzasku dnia ∞ czy ten klucz otworzy diament w nim odpowiedź lśnieniem we mgle choć ufałeś tajemnym cieniom lecz wiesz wciąż śnisz sen ten otwórz drzwi by szukać tu w ciszy słów witać dzień zgłębić sens w sobie świt
×
×
  • Dodaj nową pozycję...