-
Postów
2 878 -
Dołączył
-
Ostatnia wizyta
-
Wygrane w rankingu
3
Treść opublikowana przez Dekaos Dondi
-
wyrzeźbić w ciepłym zapachu smak pomarańczy wycisnąć miąższ pytania na talerzyk odpowiedzi z pogniecionych skórkochwil wyłuskać ślady apetytu supełkami polukrowanego wiatru ozdobić widok na przyszłość spojrzeniem pochłonąć cierniowe źrenice szybowaniem w skrzydłach czasem aniołów gdzie muzyka otwarta wytrychem wiolinowym nie zdradza pięciolinii fałszywą nutą w czekoladowej trumnie słodki rozkład bakali lub w kubeczku sproszkowane kakao kusi tajemnicą deseru
-
Inna wersja, oraz bez: się. Nie lubię tego wyrazu:) Słonecznego popołudnia w samym środku leśnej krainy, uformowani zostali: Liścianka, z samych liści, oraz Gałązek, z gałązek. Wzajemna miłość od pierwszego potknięcia o wystający korzonek, rozkwitała niczym kwiaty na przyleśnej łące. Robili to często, bo cóż innego czynić w takim miejscu. Tyle drzew, że tylko las zasłaniały dla wspólnego podziwiania. W czasie miłosnych figielków w podmuchach wiatru, tańczyli bez opamiętania namiętnie pomieszani, tworząc jedną, wirującą całość. Zwierzęta z uwagi na letnie rozleniwienie, a niektóre z nudów, przychodziły i stawali wokół, z zaciekawieniem obserwując całą kotłowaninę. Niejeden roślinożerca, chętnie by trochę zakochanych podjadł, lecz był doszczętnie skołowaciały wiercącą plamą. Pewien rogacz tak głową kiwał, że poroże sobie zaplątał, w przeróżne supełki. Obiad ochoczo wirował, trącał drzewa w kawałeczkach spojrzeń przybyłej publiczności, czyli jednym słowem do grzecznego zefirka było raczej daleko. Zresztą dziwne odgłosy też odstraszały. Szczególnie o dziwo mięsożerców. Chociaż tych akurat guzik obchodziła roślinność przed nosem, co piruety wyprawiała. Ale z daleka spoglądali. Szczególnie gdy zziajani po polowaniu, ledwo dyszeli. Dodatkowy wicher powstający w wyniku szalejącej miłości, przyjemnie chłodził spocone ciało. A zatem wszyscy byli zadowoleni. Do czasu. Razu pewnego, Liścianka i Gałazek, stali trochę oddaleni od siebie, szeleszcąc czule. W ogólnej wesołości, fruwały: źdźbła trawy, szyszki, liście oraz żywe myszy. Sympatyczne gryzonie, tak przyjemnie łaskotały miękkimi futerkami. To zależało oczywiście od tego, w które miejsce gryzoń szybował po rzuceniu. Właśnie najbardziej śmieszna mysz, odwalała kawał dobrej roboty, gdy nagle złowieszczo runo zadrgało i co tam jeszcze nie wiadomo. MegaMech przybył. Ogromny, złośliwy walec. Wielka trwoga zaszumiała w mieszkańcach leśnej krainy. Tak wielka, że wychodziła poza granice bajki. Cielsko zgniło zielone, złowieszczo lepiące, a mech ostry na końcach. Można by rzec: kłębowisko giętkich brzytew. Uciążliwa podłość polegała w dużej mierze, na wiecznym zatykaniu. Zwierzakom zapaskudzał uszy, kwiatom oblepiał łodygi, a ptaszki przerabiał w locie na zatrwożone, piszczące kulki. Niektóre spadały na ziemię, a wiele pierzastych kamieni, bez resztek wszelkiego życia. Ponadto przetaczał cielsko między drzewami, zdzierając pomarszczone kubraczki, gdyż posiadał też inny rodzaj mchu. Twardy, większy i zaczepliwy, jak stalowe druty. Nie było to przyjemne i nieuciążliwe, gdy takie łajdactwo obierało pnie do gołej okrągłej gładkości. A biedne grzyby z zatkanymi rurkami i sklejonymi blaszkami, mogły jedynie pokiwać w udręce kapeluszami, wytrzepując wnerwione robaki z ocalałych dziurek. Był bezlitosną bestią, podobny do trąby powietrznej, bez zwężenia dolnej części. Czasami przystawał i tylko szyderczo patrzył włochatymi źrenicami, na skutki swoich poczynań. Złowieszczy mechaty rechot, rozbrzmiewał pod mechatym wąsem. Lecz Liściankę i Gałązka przegapił. A niby taki lump spostrzegawczy. Zakochani postanowili zniszczyć uciążliwego potwora. Szeleścili wzajemne propozycje, aż nagle przypomnieli sobie o wkładaniu korzonka w dziurawy listkek. Już wiedzieli w jaki sposób pokonać wstrętnego rozbujnika. Zaczęli wirować w szalonym pędzie, naładowani akumulatorami miłości, spotęgowanej wytyczoną misją. Szybciej i szybciej. Raźniej i raźniej. Aż wiórki leciały zupełnie skołowane. Dzięcioły przestawały stukać, by posłuchać roztańczonej kanonady. Zwierzęta nie przyszły. Widocznie coś przeczuwały. Taniec szalony i diabelnie rytmiczny, dudnił bez lęku i trwogi pod sklepieniem koron. Zarówno pod względem wykonywanych czynności, wydawanych dźwięków i wzajemnych uczuć. MegaMech takie wygibasy, to już musiał zauważyć i go normalnie zamurowało i jeno ciało pulsowało cuchnącą zielenią. Miłość? Wariactwo? Epidemia jakaś czy co? Co to w ogóle jest? Dlaczego nie kochana, przydatna złośliwa nienawiść? Aż zielone kłaki stępił z obrzydzenia, takim niesmacznym widokiem. Wtem nastąpiło apogeum. Euforia bezlitosna. Wlecieli prosto w obrzydłe, zielonkawe, bezduszne cielsko. Zaczęli wewnątrz wirować, jak zakochani porąbani. Wpadli w rezonans. Roztańczona, witalna miłość, rozrywała od środka upierdliwe ciało. Wir trojański czynił spustoszenie. Rozrzucał wokół strzępki potwora, uderzając dodatkowo o pnie, wystające korzenie i ogłupiałe krasnoludki, jeżeli akurat ktoś w nie uwierzył. Porąbaniec wył jak pijany wilk do stada księżyców. Szumiał udręką przeraźliwą. Walc, który mu zafundowali, był jego łabędzim śpiewem. Ostre jak brzytwy kawałki mchu, fruwały po kniejach. Niejednemu zwierzęciu wleciały do oka lub w inną część ciała. Wiele gałęzi i liści zostało odciętych, agonalnymi, latającymi drgawkami. Straty były widoczne na ściółkowej dłoni. ### Liścianka i Gałązek nie przeżyli. Zmieleni zupełnie, wylecieli na zewnątrz. Zapewne gdzieś tam są. Nie w takiej postaci jak dotychczas. Posłużą jako użyźnienie ziemi, Może kiedyś wyrośnie z niej: nowa ta sama miłość.
-
Wszyscy Jesteśmy Wierzącymi
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Proza - opowiadania i nie tylko
@Annie Annie↔Dzięki:)↔No właśnie jak rzekłaś. Tak to jest→zdaniem mym. Zresztą od zarania dziejów, ludzie w coś wierzą. To widocznie człowiekowi jest potrzebne. Metaforycznie, dla komputera człowiek jest bogiem, którego nigdy nie pojmie. Chociażby jego uczuć:)↔Pozdrawiam:) -
czas między palcami jak wiatr przelatuje czuję minut dni godzin miarowe łaskotanie wolno gdy czekam szybko gdy spieszę się lecz nic nie zwojuję pięść zaciskam do bólu nie zdołam nie umiem zatrzymać opływanie
-
Wszyscy Jesteśmy Wierzącymi
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Proza - opowiadania i nie tylko
@Marek.zak1 Marej zak1↔Dzięki za właśnie taki komet:)↔Wiara polega na braku namacalnego dowodu. Bo gdyby takowy był, to by nie była wiarą. I oczywiście wiedzieć nie mogą. Nikt nie wie. Ale na takie tematy, to można pisać i pisać, każdy inaczej, a i tak człowiek ''głupim umrze":)↔Pozdrawiam:) -
Subiektywne spojrzenie me. Wierzę, więc jestem. Tak nagle pomyślałem piątego lutego, oczkowego roku. Gdyby nad tym podumać kawałek dłużej, to coś w tym istotnie tkwi, albowiem każdy żywy i świadomy mieszkaniec planety Ziemia, w coś wierzy i basta. Oczywiście istnieje potoczne domniemanie, że człek wierzący to jeno taki, co wierzy w Boga, przez duże: B. A przecież wierzyć można w setki innych możliwości różnorakich, albo nawet w same „setki.’’ Nawet czasami dogłębnie wewnętrznie. Nie chodzi rzecz jasna o jakieś „złote cielce’’ i pozostałe bydło rogate, które mają zastąpić coś, czymś. Po prostu zdaniem mym, człowiek niewierzący to zaiste zajebisty mit, bo nawet gdyby w nic nie wierzył, to wierzy że w nic nie wierzy, a zatem jednak wierzy. Zresztą od zarania dziejów jest to wpisane w ludzką naturę człowieka. Istnieje zasadnicza różnica między tym, czy ktoś wierzy, że nie wierzy w istnienie Boga, czy wierzy, lecz nie jest mu do czegokolwiek potrzebny, lub z innych powodów wynikających z własnych doświadczeń, bywa że przykrych, nie chce o Nim słyszeć. Mam także na myśli, wszelakie: Tajemne Byty Nieokreślone, Siły Nadprzyrodzone, „Kosmiczną Świadomość” i tym podobne „obiekty.” Wszak bywają sytuacje dziwne. Zjawiska niewyjaśnione lub wręcz człowiek ma poczucie czyjeś obecności, albo czegoś w tym stylu, jakby wszystko było odgrywane w niedostępnym teatrze. Wie, że coś jest… poza, ale nie wie co. Blisko i daleko równocześnie. I nawet gdy nie wierzy, to szybuje nad tematem niczym skołowana owieczka i nie bardzo wie, gdzie ma wylądować i czy w ogóle. Lecz z drugiej strony wiara poparta wiarygodnym dowodem, przestaje być wiarą i wbrew pozorom, wcale ją nie wzmocnia, tylko raczej osłabia, będąc na tym samym poziomie co człowiek. To rzecz jasna nic złego, ale jednak takiego „boga,” co można dotknąć, zmierzyć, zważyć, poklepać po ramieniu i zaprosić na piwo, byłoby trudniej szanować. Przynajmniej mnie. Osobiście wolę wierzyć w tajemnicę do końca nie zgłębioną, o której możliwościach nie mam zielonego pojęcia. Nie mówiąc już o wyglądzie. Mogę jedynie ogarnąć rzeczywistość jeno na tyle, ile mózg pozwala, a cała reszta jest poza mim pojmowaniem. * Tak wtrącę dygresyjnie, że człek raczej samemu sobie szkodzi, kiedy widzi jeden słuszny punkt, jak ten koń z klapkami na oczach i na przykład ze wszystkich doniesień medialnych i różnych innych, wyłuskuje wyłącznie takie informacje, co umocnią go w przekonaniu, że ma rację. Nic innego nie dostrzega. A żeby coś określić w miarę obiektywnie, to trza brać z różnych źródeł i wyciągać średnią. W przeciwnym wypadku, we wszystkim widzimy jeno to co chcemy widzieć i dla nas wygodne. Metaforycznie, gdy lubimy cukier, to nawet w kupce soli zobaczymy słodycz. * Natomiast niewątpliwie człek niewierzący w istnienie Boga, trochę podcina gałąź na której siedzi od strony życiowego pnia, także z całkiem prozaicznej, terapeutycznej przyczyny. A mianowicie, że w razie przeciwności życiowych, nawet nie może mieć do Niego żadnych żali obfitych, obwiniać o cokolwiek, gdyż paradoksem jest, wysławiać pretensje do Istoty, której nie ma. Nawet w sensie duchowym. To znaczy na upartego, owszem można, ale z rachunku prawdopodobieństwa prawdopodobnie wynika, że raczej nie podejmie tematu, gdyż nic to nic i nic więcej. Zgodnie z zasadą: trzeba najpierw uwierzyć, że jakaś Nadistota istnieje, by rościć do do niej naglące roszczenia. W przeciwnym wypadku, pozostają ewentualnie narzekania na samego siebie, innych bliźnich, chichot losu, przeznaczenie, pech i co tam jeszcze durnego przyszłość przyniesie. W odczuciu mym i bez urazy, człowiekowi prawdziwie od serca niewierzącemu w istnienie Boga i wszystkie tematy pokrewne, Ów jest totalnie obojętny. Nie świadczy przeciwko Niemu, nie krytykuje i nie wychwala, mając to wszystko kompletnie gdzieś. A zatem jest prawdziwy i postępuje zgodne ze swoją tożsamością. Pełen szacun. Jako user „potocznie wierzący” mimo wszystko uważam, że Bóg bardziej szanuje tych, którzy w niego prawdziwie i z przekonania nie wierzą, niż takich, co wierzą obłudnie, na pokaz i jeżeli akurat jest im to na rękę. Ważne, by człowiekiem przyzwoitym być i z dwojga złego, lepiej „prawdziwie rozbitym”, niż „nieprawdziwie całym.” Reasumując, można nie wierzyć w powyższej kwestii, a jednocześnie wierzyć, lecz nie uznawać. Lub nie wierzyć i nie uznawać, ale to jest absurd. To już lepiej uwierzyć, że po co w ogóle wierzyć lub nie wierzyć, w coś czego nie ma? Konkluzja↔każdy człowiek, świadomy swych działań, to osoba wierząca.
-
@wrotycz Wrotycz↔Dzięki:)↔ Miło czytać taki komet. Jam zażenowany nieco nawet:)) Tak mnie różnie coś napadnie:)↔Pozdrawiam:)
-
Konrad Koper↔Dzięki:)↔Twój komet, jest wręcz tajemniczy:D:)↔Pozdrawiam:)
-
Siekiera
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Waldemar_Talar_Talar Waldemar_Talar_Talar↔Dzięki:)↔Ano. Słusznie prawisz:) Miejmy nadzieję, że na rysunku, berbeć poprzestanie:)↔Pozdrawiam:)) @Johny Johny↔Dzięki:)↔Nie. To żadne wydawanie. Też miał być humorystyczny. Mnie w ogóle najtrudniej pisać, całkiem poważnie. Chyba, że na karawanie:)↔Pozdrawiam:) -
pytam dziś wiatru czemu owiewa czasem za mało albo zbyt wiele chichotem losu kiedyś i teraz gdy klauny mielą by znów zabierać to nawet wiara bywa zwątpieniem nadal mam błądzić w twoich powiewach poza horyzont gdzie wciąż pytanie może jak dziecko uwierzyć trzeba w życiu o bajce nie zawsze śpiewać dopóki chwile zaklęte w taniec gdyby tak spłoszyć myśli niechciane niech poszybują w bezgłośne echa lecz czy to warto złudnym balsamem gdy pąki słabe chociaż wciąż całe to jakoś trudniej kwiatów doczekać
-
Tekst satyryczny↔zdaniem mym. Mogę nie mieć racji ↔też zdaniem my. ---------------------------------------- Przed ozdobionym girlandami budynkiem, stoi tłum kobiet w myślach domagających. Nad drzwiami wisi narzędzie, z którego symbolicznie kapie. Miarowe odgłosy spadających kropli, odmierzają czas oczekiwania. Gdy wychodzi Wódz, prowokuje powitanie. Mówi: –– Zapewne ucieszy was zapowiadania ustawa o Białym Obrusie, jednogłośnie przeze mnie przyjęta i od dzisiaj stanowiąca prawo. *O tak! – nagła erupcja radosnego tumultu, płoszy gołębie chodnikowe. Ustawodawca podnosi łaskawie rękę w geście uciszenia. Ponawia: –– Od dzisiaj każda chciana i niecierpliwie wyczekiwana aborcja jest legalna... *O fajnie – rozbrzmiewa dubel wrzasku aprobaty. –– … ale wyłącznie zewnętrzna. Kobieta, która urodzi i po przewidzianym w paragrafie czasie, własnoręcznie potrzaska siekierą, zrodzoną część siebie na maciupeńkie kawałeczki, zgarnie na łopatkę i wyrzuci do kubełka z obrazkami ślicznych aniołków, odejdzie bez żadnej kary i 500+. Rzecz jasna obowiązują maseczki na usta i nos, dezynfekcja rąk oraz dystans społeczny. *A tomahawka kto sfinansuję – dociera głos sprzeciwu? Mamy ze swoich? To rozbój w biały dzień. –– Wiem, że wspomniana kwestia budzi określone emocje ekonomiczne, tudzież logistyczne, lecz proszę nie panikować i zachować pokój. Za symboliczną opłatę w wysokości jednego grosza, będzie można wynająć stosowną siekierę w przytulnej kafejce „Aborcjoland.” Miejscu skonsumowania ustawy. Oczywiście rozczłonkowanie musi nastąpić na oczach szanownej komisji, po wypełnieniu odpowiedniego wniosku i wniesieniu opłaty skarbowej. *Nie łatwiej na stole? – dociera skromna sugestia ułatwiająca. –– Oczywiście, że tak. I to na białym jedwabnym obrusie, wśród pachnących kwiatów i przy nastrojowej melodii: „Il silenzio.” Koniecznie w wykonaniu Nini Rosso z 1965 roku. Co zresztą jest zapisane w jednym z ustępów. *Uderzenia będą zakłócać. Do dupy z takim nastrojem – rozgoryczony tłum kiwa zawiedzionymi uszami. –– Niekoniecznie. Im mniejsze tym mniejsze zakłócenia. Nagle powstaje potworne zamieszanie wśród zgromadzonych. Słychać przyciszone szepty i tłumione niewiadomą oddechy. A to zwiastuje tylko jedno. Że coś jest na rzeczy i za chwile zostanie zadane kluczowe pytanie w rozpatrywanej kwestii. Faktycznie. Zostaje zadane: *Czy dajmy na to pięcioraczki, można pociachać jedną, czy trzeba wynajmować cztery dodatkowe i być do tyłu cztery grosze? Wódz odpowiada całkiem spokojnie: –– No cóż. Można jedną. Ustawa tego nie zakazuje, chociaż narazi to skarb państwa, na dotkliwe finansowe straty. Nie wiadomo, czy przewidziany budżet udźwignie tego typu znaczne dofinansowania. A zatem przykładnym obywatelkom, co noszą w sobie dobro ojczyzny, wypada wynajmować stosowną ilość i płacić składki w proporcji↔na jedno, tylko jedna przynależna. *A nie można po prostu rozszarpać lub przynieść własne narzędzie? — W żadnym wypadku. Siekiera musi być ustawodawcza, nieduża, poręczna, z przyczepioną dziecięcą gruchawką i wyprodukowana przy zachowaniu wspomnianego dystansu społecznego. Jedynie wtedy spełnia określone warunki twórcze. *A co z kawałkami? Chyba nie każecie zabierać w pojemniczku na wynos i szukać innych pojemniczków na odpadki biologiczne? * O właśnie. Gdybym zatachała nieopacznie do domku, to moja słodka świnka morska, gdyby wyszperała w kubełku, to mogłaby ulec udławieniu drobnymi kostkami. –– Ależ skąd. Kafejka sąsiaduje ze schroniskiem dla bezdomnych piesków. Są wiecznie głodne, a o pieski należy dbać. A o kotki i inne chomiki, to już nie? Zgroza. Do czego to w tym państwie dochodzi.
-
czyści szczotką sztuczną szczękę, co ma gęste włosy * zwiewa przed cukiernikiem, z pianą na ustach * liże lizaka językiem, przedziurawionym patyczkiem * lękliwy dzik ucieka przed zajączkiem z wystającymi szablami * tatuś pomaga wykręcić śrubkę mamie, z popsutym gwintem * siedzi przyklejony na ławce z dziewczyną, na której wisi kartka→świeżo malowana * wyciera chusteczką głowę teściowej, z postrzępionymi rogami * gra na flecie śwince morskiej, z pękniętym ustnikiem * babcia zakłada dziadkowi bandaż, a później go rozetnie * Zuzia daje potrzymać szczura braciszkowi, z białym futerkiem, wąsami i ostrym zgryzem * jedzie na hulajnodze z górki, która ma hamulec * tatuś przyniósł nutrię mamusi i obdziera ją ze skóry * wali czajnikiem w męża, co jest do cna okopcony, zakamieniały i z felernym gwizdkiem * do trumny wkładane są zwłoki, z otwieranym na zawiasach, wierzchem. * siedzi suczka w budzie, która głośno szczeka * pieści dłońmi jej piersi, z nieobciętymi paznokciami * nie chce dać jabłka kochankowi, z urwanym ogonkiem * Itd...
-
pytasz wiatr dlaczego owiewa nie zawsze co trzeba wierzysz że odpowie a nawet gdyby to właśnie tobie no cóż może pomiędzy spojrzeniem a okiem wyjawi trochę
-
wielka siekiera na nieboskłonie no co to co to czy to już koniec właśnie wróciła w potężnej dłoni by cios znów zadać krwawo pokroić zamach wnet bierze ginie w obłokach i jeb w stworzenie cieknie posoka rzeki czerwone w nich szczątki różne srebrzyste ostrze nie ma już później znowu wysoko w ręce potężnej i zaraz zamach następny weźmie kochane dziecko co ty malujesz mojego tatę w rzeźni pracuje
-
Skrzydła Płaskowyż niebezpiecznie oblodzony. Srebrzysta poświata, uchyla niewidoczne drzwi, na szaro odblaskowym świecie. Blisko przepaści idzie człowiek. Ominął dostateczną ilość drogowskazów, by nie zgubić drogi. Dlaczego jednak blisko swego upadku? Podeszwy podtrzymują resztę butów, a buty ciało. Ślizgają się niebezpiecznie, kołysząc wędrowcem. Gwiazdki śniegu osiadają na oczy. On na nicości. Łapią go dwa białe skrzydła. Dźwigają ku górze. Podąża dalej, wlokąc je za sobą. Upada znowu. Wisi na rękach w prześwicie przeznaczenia, a dłonie suną w jego kierunku. A tam daleko w dole, na zamrożonym stosie zwłok, leży kolejne ciało anioła. Błyszczące czernią kikuty skrzydeł, chłoną obraz ciemnej strony księżyca. Upadki Zuzię coś budzi w nocy. Jakby miękko dźwięczne uderzenia. Dzisiaj zasnęła nie tam gdzie zawsze. Patrzy zlękniona w kierunku uchylonych drzwi. To stamtąd słychać. Z jej magicznego królestwa. W końcu monotonne odgłosy, niczym tykanie zegara, kołyszą dziecko do snu. Rano matka słyszy wołanie. Wchodzi do pokoju córki. Zuzia ma łzy w oczach. –– Mamusiu! Gdy weszłam to zobaczyłam. Szklane, delikatne aniołki, które dla mnie kupiłaś, pospadały na podłogę. Widzisz? Potrzaskane na małe kawałeczki. –– Widzę i też mi przykro, ale pomyśl… one są chociaż prawdziwie rozbite. –– Ale ten wyjątkowy… nie. –– Bo z tworzywa. Jest nieprawdziwie cały… byłam kiedyś jednym z nich. –– Którym?
-
namalowany smakiem samotnych jabłek pusty koszyczek ciastko jak ciastko polukrowanym ludziom słodyczą kwaśną za horyzontem cisza zaklęta w echa krzyku zakątkiem na drzewach mroźno trzeba nam tańczyć twista w słojach czuć wiosną
-
Mieliśmy u nas takiego Jasia, co koniecznie chciał być ptakiem i fruwanie było mu w głowie, przez tego typu myśli, może nie z gałęzi na gałąź, ale ogólnie wysoko mierzył w swoich lotnych marzeniach, w przeciwieństwie do rozumu, o którym pociesznie zapominał. Nikt go nie traktował poważnie mówiąc zazwyczaj głupi Jasiu i tyle, ale wszyscy nawet go lubili, jak akurat mieli humor, w przeciwieństwie do Jasia. Bo Jasiu zawsze miał humor na twarzy i gdziekolwiek by na niego nie spojrzeć i o każdej porze dnia, a nawet o zmierzchu, bo w nocy Jasiu spał, śniąc o lataniu. Zbierał wszystko, co mogło posłużyć za skrzydła. Kiedyś nawet chciał indykowi wyrwać, ale ten gulgotał na Jasia i Jasiu na niego, lecz w końcu uciekał, próbując mimo wszystko ze strachu wzlecieć, ale nie wzleciał, tylko walnął w drzewo, a te wystraszyło ptactwo i Jasiu tęsknie patrzył szybującym wzrokiem. A kiedyś z kartonów posklejał cudaczne skrzydła i skoczył z niskiego dachu i złamał rękę krajanowi i ten mu sprawił manto, ale nie złamaną, bo zwisała w dół, tylko tą na chodzie. Jasiu chodził też w temblaku, a kiedy przestał, to zrobił znowu skrzydła z puszek po piwie i tym razem skoczył z wieży strażackiej, aż nawet syrenę włączył, tylko nikt nie wiedział, którym członkiem i w jaki sposób, a wylądował w grajdołku pełnym wody i różnych kaczek, co szybko wyskoczyły, widząc to co zobaczyły ze strachu. Między próbami latania, Jasiu miał jeszcze inne, jasiowe zamiłowanie. Lubił torturować obiekty nieożywione. Takim niby sadystą był, na szczęście dla różnych niepotrzebnych rupieci. Kiedyś wszyscy jak jeden mąż, obserwowali z wesołą zgrozą w oczach naszego Jasia, co to staremu krzesłu, nogę tępą piłką ucinał. Widzieliśmy uśmiech na jego rozanielonej twarzy, bo podobno słyszał, jak krzesełko wyję, jęczy i błaga o litość. Innym razem, miażdżył starą lampę gołymi rękami. I znowu słyszał żarówkowe jęki i narzekania. Powiedział nam w tajemnicy i z radosnym przejęciem, że zmiażdżył lampie światło w żarówce z szybkością dźwięku. Ktoś zakrzyknął, ej Jasiu. To odleć na niej. Ogólnie mieliśmy z niego straszny ubaw. Aż kiedyś znalazł zwłoki na polu ornym, w rajce leżały bez ruchu, bo jeden z nas umarł na śmierć, ale dla Jasia to był obiekt nieożywiony i pociął komuś z rodziny członka, na wiele części, słuchają jęków torturowanych zwłok. Rodzina nieożywionego obiektu, miała za złe Jasiowi profanacyjne usia siusia, a Jasiu w międzyczasie przyczepił sobie skrzydła z różnych badyli i kończyn zmarłego i uciekał na skraj, nie chcąc sobie robić kłopotów, a jednocześnie skorzystać z rozpędu galopującego stresu i pofrunąć. I poleciał prosto do przepaści, bo nasze domostwa, wyżej jakoś tak są. Aż niektórzy złowieszczo wesoło klaskali, że wreszcie poleciał, a później poszliśmy na dno, by zeskrobać ciało Jasiowe ze skał i powyciągać resztę z rzeki nieco czerwonej z połamaną kością piszczelową i mokrą gałką oczną. Włożono Jasia do worka i zakopano u nas, w trumnie ze skrzydłami i beznożnym krzesłem i lampą ze zmiażdżonym światłem. Było nam w sumie szkoda Jasia. Bo jakoś nikt inny nie miał ochoty wzlecieć wyżej. Już nie mówiąc o obiektach nieożywionych. Leżały niechciane, bez żadnego zainteresowania naszej społeczności. Kiedy wiało i wiatraczek wirował na grobie Jasia, to było nam tak jakoś nostalgicznie, że aż łzy z oczu wzlatywały do nieba, jakby chciały dogonić i przytulić Jasiową duszę.
-
spójrz widzę ciebie ubraną w błękitną sukienkę oraz niechciane łzy ciepły wiatr właśnie je osusza między pytaniem a niebem nasze papierowe ślady dawno rozmoczył deszcz kroplami zadanych ran najtrudniejszych na wiecznie skośnej za gładkiej powierzchni wewnątrz lśnienie zawinięte w szary papier z lekka prześwituje poprzez smukłe postrzępione wąwozy a wystające odłamki skał są niebezpiecznie blisko może jednak zdołamy uciec łódką z wielu możliwości zrozumieć uchylone drzwi w szybującym chaotycznie kurzu smudze zamglonego horyzontu nad wyjściowejściem a futryną gdzie niekiedy migoczą zamglone świetliki kwadratury koła jeżeli on nie zauważy chichot losu co nas śni
-
Wzruszenie Grabarza
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Proza - opowiadania i nie tylko
@Gosława Gosława↔Dzięki:)↔No w sumie... tekst szkodliwy dla profesji grabarza nie jest. Rzekłbym, że wręcz przeciwnie:D:)↔Pozdrawiam:) -
"Wielu widzi, to co chce widzieć" °°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°° Często wracam myślami do zabaw z czasów dzieciństwa, kiedy to żeśmy piaskownice w cmentarz zamieniali. W wykopane dołki, wkładaliśmy różne rzeczy: popsute niewielkie zabawki, lizaki oraz inne wszelkiej maści rupiecie. Raz nawet zdechłą mysz Jasiu przyniósł, a Zuzia na wpół żywego pająka. Te wieczne kłótnie o to, kto ma być księdzem, organistą, a które dzieci pogrążonymi w żalu żałobnikami, dodawały specyficznego uroku, które z łezką w oku często wspominam. Szczególnie przy kopaniu grobu. Pamiętam, że zawsze ich tak przegadałem, że robiłem za grabarza. Coś mnie od małego ciągnęło do tej profesji. I tak mi zostało. Kocham moją pracę. Jedno mnie jak dziecko dogłębnie martwiło. Nikt nie doceniał tych prostokątnych dziurek, które tak dokładnie plastikową łopatką kopałem, kładąc piasek do wiaderka, żeby wrzucić dokładnie ten sam, na nieżywego lizaka. Byłem po prostu pedantem w tym zakresie. Po dziś dzień dbam o narzędzie. Musi lśnić, niczym srebrzysta tarcza księżyca w pełni. Dlatego po zakończonej pracy, dokładnie i z należytym namaszczeniem przysługującym łopacie, czyszczę prostokątną powierzchnię na lśniący połysk. Dopóki nie zobaczę swojego odbicia na jej tle, to czyszczę dalej. Tylko trupów ostatnio coś mało. Wszyscy zdrowi, w wypadkach nie giną, nikt nikogo nie morduje, a i śmierć naturalna jakaś dla nich ospała. Ale w sumie nie narzekam. Ktoś jednak czasami w proch zaczyna obracanie. Wspomniałem już, że nikt nie doceniał mojego zaangażowania, gdy byłem niewielkim. A przecież dokładałem wszelkich starań, by dołek w piaskownicy, wyglądał pięknie i powabnie, a mysz odpowiednio ozdobiona zielonymi listkami i skrawkami cukierków. Co dopiero teraz, gdy jestem dorosłym, wykwalifikowanym panem grabarzem. Chociaż kiedyś o mało co, bym w portki ze strachu narobił. Oczodół na mnie spoglądał całym okiem. Szklane było, więc przetrwało. No cóż. Nie będę dłużej przeciągać mych zwierzeń. W ten oto sposób doszedłem do meritum sprawy, podtrzymującej na duchu i która nie pozwala zwątpić w sens moich poczynań. W czasie pogrzebów mam wspaniałe samopoczucie. Przeżywam prawdziwą ekstazę. Wreszcie ludzie doceniają mój wysiłek i fachowość, w konsekwentnym wypełnianiu tego, co najbardziej kocham. Doły są po prostu idealnie prostokątne. Trumna wchodzi jak po maśle. Zwłoki nie narzekają. Rozkład jest niezakłócony, nierównym, korzennym dnem. Jednak nie to sprawia największą radość, tylko twarze żałobników. Wielu zerka w moim kierunku, z poważaniem i uznaniem, że aż widzę wdzięczność i szacunek dla mojej osoby, w doceniających wysiłek oczach. Są i tacy, co nawet płaczą ze wzruszenia z tegoż powodu. Lecz moje wzruszenie jest o niebo większe. Jestem im za to dozgonnie wdzięczny i taki… dowartościowany.
-
Inna wersja tekstu. ------------------ Chłopiec odczuwa nieokreślony lęk. Nie wie czy uciekać, czy zaspokoić ciekawość. Przykucnięte w ciemnawym kącie, w smugach światła z odrobinkami kurzu, faktycznie grzeszy obrzydliwością. Na dodatek patrzy na niego, jakby chciało przeniknąć wzrokiem. Wyzwala zatrzymującą myśl. Szybuje pod sklepieniem umysłu i nie pozwala odejść. Maszkara cuchnie niemiłosiernie, a poza tym taka wstrętna, że nawet dziecięca wyobraźnia, nie pozwala oczom zrozumieć, na co właściwie patrzą. *** Wszedł do starego, opuszczonego domu, do którego nikt oprócz niego nie zaglądał. Przychodził dość często, tylko po to, żeby połazić, popatrzeć po kątach i wyjść. Coś go pchało w to miejsce. Lubił niepokojącą atmosferę, niczym rozlaną tajemnicę, którą ktoś zapomniał wytrzeć. Brudne skrawki szyb, stada pajęczyn i rdza na wszelkiej maści metalowych rupieciach, dodawały jeszcze większej niesamowitości. Czasami jakiś zabłąkany gołąb wlatywał do środka, ale nie fruwał wewnątrz za długo. Tylko echo trzepotu skrzydeł zostawało trochę dłużej. Kiedyś widział, jak krążył nisko nad zardzewiałym prętem, ale w ostatniej chwili zrezygnował. Nie chciał na nim siadać. Chłopiec nigdy nie spotkał tutaj kogokolwiek. Aż do dzisiaj. Zauważył to, jak tylko wszedł. Siedziało przy stercie powyginanych drutów. Chciał od razu uciekać, ale coś przykuło uwagę. Zastanowiło. Obrzydlistwo miało oczy. I te oczy były smutne. Takie przynajmniej sprawiały wrażenie. Zupełnie nie pasowały do reszty. Wstrętnej i paskudnej. Pomyślał, że gdyby podjęło atak, to nie miałby żadnych szans, przeżuty i wchłonięty do środka. Może jedynie kupka niestrawionych kości, by została. A jednak siedział na metalowej, zardzewiałej skrzynce i nie próbował uciekać, nieustannie obserwowany. Czasami chłopiec schylał głowę, by na maszkarę nie patrzeć, lecz cały czas czuł świdrujący wzrok, jakby myślało, co z nim zrobić. Gdy tylko spojrzał przed siebie, widział nieruchome, prawie ludzkie oczy. I ta niepokojąca cisza. *** – Pamiętasz matkę? Chłopiec w pierwszej chwili nie wie, kto zadał pytanie. Po prostu usłyszał w głowie. Dopiero po chwili kojarzy, że nie jest sam. Tylko ono mogło zapytać. – Mamę prawie nie pamiętam. Umarła jak byłem zupełnie małym. – A wiesz w jaki sposób? – ... – Chcesz wiedzieć? – A muszę? – Nie… ale wolałbym, żeby tak. – Czy mnie… straszysz? – Jeżeli naprawdę nie chcesz, to ci nie powiem. Zupełnie nie wie, o co w tym wszystkim chodzi. Czyżby mama umarła jakoś dziwnie. Nie tak normalnie jak wszyscy. – No i co. Chcesz wiedzieć ? – No dobrze. Chcę. – Tylko uprzedzam… to nie będzie dla ciebie przyjemne. – A co od ciebie może by przyjemne. Wystarczy spojrzeć. Mimo wszystko… powiedz. – Została strasznie pobita metalowym prętem. Tamtym, co wystaje z rupieci. Widzisz go? – Tak. – Teraz siedzą za kratkami. Twojej matki, nie zdołano uratować. – To straszne. Nie mogę nawet płakać. Może dlatego, że jak wspomniałem na wstępie, mamę niewiele pamiętam. Życzę tym paskudnym ludziom wszystkich najgorszych rzeczy. Jak oni mogli pomyśleć, żeby zrobić coś takiego. – Nienaturalnie zabrzmiała twoja reakcja. Jakbyś musiał wygłosić odpowiednią kwestię, pasującą do sytuacji. – To z nerwów. – Czyżby? No właśnie. Myśleli w tym czasie. Niestety. – Po co to mówisz? Tyle sam wiem. Ja bym im głowy poucinał. – Dlaczego nie pytasz, kim jestem? – Nie chcę teraz pytać. Myślę o tym co powiedziałeś. – Możesz mi pomóc, jeżeli zechcesz? – Pomóc? Takiej szkaradzie? Przecież nie wiem nawet kim jesteś. Może do końca nie przeżyje rozmowy. A jeśli kłamiesz i to ty zabiłeś moją matkę. Takie obrzydlistwo do wszystkiego jest zdolne. Chyba rzygnę na ciebie. – No cóż. Rzygaj. Już gorzej wyglądać nie będę. Rozumiem. – To dobrze. – Jestem ich myślami i ciemną stroną sumienia. Tylko oczy są moje. – Ciemną stroną? – To takie, które dręczy, ale człowiek ma to w dupie. – Nie dosyć, że maszkara, to jeszcze wulgaryzuje. Chłopiec nie wie, co robić. Przecież może w każdej chwili uciec. Ciało szkarady takie… rozlazłe, że raczej ścigać nie będzie. Bo niby w jaki sposób? Dlaczego wcześniej o tym nie pomyślał. Co za głupoty mu wciska! Pan gadka brudna szmatka. – Wiem, że trudno to zrozumieć, ale to prawda. Jestem zlepkiem myśli, które mieli w głowie, kiedy bili twoją matkę, a na które nie miałem żadnego wpływu. Były naprawdę paskudne. Dlatego wyglądam jak wyglądam. Ciało jest jakie jest. Obrzydliwe. Na dodatek bardzo męczące. Codziennie przeżywam ten sam koszmar. Siedziałem długo w ukryciu. Widziałem, że przychodzisz, lecz nie chciałem straszyć. Jednak nie mogłem dłużej wytrzymać. Pomyślałem, że może ten chłopiec mi pomoże. – Pomoże? Chyba wierzę, że jakoś tam cierpisz, lecz jak mógłbym pomóc? No jak? – Odpowiedź jest prosta, lecz realizacja trudna. Bardzo. – Trudna? Czy możesz nawijać jaśniej? – Nie w sensie fizycznym. – A w jakim? – W sensie umysłu, uczuć, duszy… jak zwał tak zwał. – Nadal nie rozumiem. Po prostu powiedz, co musiałbym zrobić? – Naprawdę nie wiesz? – Nie. – Wybaczyć. – Niby komu? – Im. – Co… im? – Wybaczyć, że zabili twoją matkę. – No nie! Pogięło ciebie, czy co? – Uprzedzałem, że trudna. – A mama wybaczyła? – Nie jestem myślami twojej mamy. A nawet gdyby, to odeszły razem z nią. Jej nie wskrzesisz, lecz ze mnie możesz zdjąć cierpienie. – Czego ty ode mnie żądasz? Odbiło ci tym śmierdzącym ciałem? – Nie żądam, tylko proszę. Zrozumiem, jeżeli odmówisz. W końcu kim jestem dla ciebie. Nikim. Cuchnącym brzydactwem. Gdybyś jednak zechciał pomóc, to musisz tak… naprawdę. – Tak naprawdę? – Jeżeli to uczynisz… częściowo, a nie całym sobą, to próżny trud. Nie możesz przebaczyć trochę, bo tylko pogorszysz sprawę. To już lepiej wcale. Rozumiesz? – Nie. Pokrętnie gadasz. To znaczy sam nie wiem. – Jest jeszcze coś, o czym musisz wiedzieć. Czasami, w takich sytuacjach, dochodzi do… przeniknięcia. – Co to znaczy? – Lepiej dla ciebie, żebyś nie wiedział. – A jednak straszysz. – Nie. Mówię jak jest. No więc co? – Z czym? – Wybaczysz? *** Jeszcze wiele razy, chłopiec odwiedzał to dziwne miejsce. Nawet wtedy, kiedy był dorosłym mężczyzną, lecz nigdy więcej nie spotkał obrzydlistwa. Aż pewnego razu, zobaczył białego gołębia. Fruwał jakiś czas, by po chwili długo odpoczywać, na metalowym pręcie.
-
w źrenicach twoich oczu widziałem nasze dni zamknęły się na zawsze teraz dziwnie mi pękło niespodzianie ciała twego lustro miłość wszak została choć cholernie trudno w tęsknocie wielu myśli widzę obraz ten zaproszę cię do siebie będziesz w moim śnie tam gdzie brak zegarów lśnią kawałki cudne światłem połączone w całym znowu lustrze
-
1
-
jurny balonik kochał się w szpilce pęczniał od tego dłużej niż chwilkę ona srebrzysta lśniąca jak słońce też go z uczuciem dźgnęła swym końcem żwawo z miłością zanadto deczko teraz figluje z mokrą ściereczką lecz dobra z tego chociażby tyle nie ma w niej obaw że znów przebije balonik także przestał wymiękać czy źle czy gorzej nigdy nie pęka
-
3
-
... zahaczył głową o niebo kilka aniołków spadło na niego widziały przed nim ostatnią przeszkodę lecz już nie mogły kolizji zapobiec
-
Krople Rosy
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Gosława Gosława↔Dzięki:)↔Ja też, ja też:))↔Pozdrawiam:)