Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Dekaos Dondi

Użytkownicy
  • Postów

    2 822
  • Dołączył

  • Ostatnia wizyta

  • Wygrane w rankingu

    3

Treść opublikowana przez Dekaos Dondi

  1. W niewielkim lesie, w małej norce, obok niedużego świerka, mieszkała Zielona Myszka. Ktoś może zapytać: „Dlaczego zielona”? Już odpowiadam: nie wiadomo. Po prostu tak było i bęc. Owa barwa nie martwiła ją nic a nic. Przeciwnie, cieszyła, gdyż dzięki temu, mogła się niepostrzeżenie skradać, prawie niewidoczna wśród trawy i różnych opadniętych liści. Byłaby całkiem miłym zwierzątkiem, do rany bolesnej przyłóż, gdyby nie paskudna wada, którą pielęgnowała w serduszku: lubiła dokuczać innym mieszkańcom lasu. Kiedyś, w księżycową jasną noc, wyszedł ze swojej norki: Dżdżowniczy Wiedźm, z czerwonymi rogami na czubku i z żółtymi ślepiami, usytuowanymi w szarej, pomarszczonej twarzy. Kiwając pionowo ciałem na przyrośniętym kopycie, odwiedził Zieloną Myszkę, po czym zaczął ją namawiać do różnych figlarnych niecności, które by mogła ofiarować innym. A ona, zamiast przegonić kusiciela na cztery strony polanki, zaczęła niezwłocznie czynić to, do czego długaśny obleśny dupek, przymilnie zachęcał. Na początku psotnej działalności, wszystko wyglądało bardzo niewinnie. Żadnemu zwierzątku tak naprawdę nie zaszkodziła. Dlatego razu pewnego, pisnęła sama do siebie: a co mi szkodzi podokuczać bardziej. A juści – przytaknęło szare flaczysko, zacierając z uciechy dłonie, których nigdy nie miał. Wszelkie nowe psikusy, sprawiały Myszce coraz więcej niebywałej radości. Z każdym dniem, były bardziej wredne i męczące, a wielu niewielkich mieszkańców lasu, popłakało się nawet. Niektóre zwierzaczki próbowały ją powstrzymać, ale ona im więcej dokuczała, tym większą siłę zyskiwała do dalszych działań, nakręcając spiralę podłych czynów. Tym bardziej, że dzięki temu, była na świeczniku i chociaż bardzo zardzewiałym, to jednak. A Dżdżowniczy Wiedźm patrzył na to wszystko brudnożółtymi oczkami, tuptając wesoło kopytkiem o runo. Razu pewnego, gdy zadowolona Zielonka wróciła do swojej norki, spostrzegła w kąciku: tyci białą chusteczkę. Zrazu nie zauważyła, że coś pod nią było. A było. Niewielkiego. Chociaż niby taka odważna, to jakoś nie chciała spojrzeć, co tam sobie jest. I bardzo dobrze. To znaczy: dla niej. Po każdej wyrządzonej krzywdzie, zakryta rzecz się powiększyła. Nawet zaczęła podejrzewać, co to może być, lecz nadal nie miała odwagi odsłonić, by zajrzeć. W końcu tajemniczy podarunek tak wyrósł, że już nie miała wątpliwości, na co zdziwiona patrzy. A patrzyła na okulary, prześlicznie przyozdobione białymi piórkami. Nie namyślając się długo, założyła natychmiast na swój wąsiasty nosek. Od tego czasu nie miała łatwego życia. Oj nie miała! Okularów nie można było zdjąć, czymkolwiek zasłonić, a co gorsza, nie potrafiła zamknąć oczu, w ustanowionym przez okulary, przedziale czasowym. Musiała patrzeć i już. Co prawda tylko od godziny: szóstej po południu, przez sześć godzin i sześć sekund (w tym czasie najbardziej dokuczała wszystkim wokół), ale to i tak było dla niej, kolokwialnie mówiąc, męczące. Chociaż trzeba uczciwie przyznać, że najpierw ją to rajcowało, że hej! Ale dzień w dzień te same obrazy? Oszaleć można! W końcu było tego za wiele. O wiele za wiele. Wprost nie do zniesienia. Lecz cóż mogła poradzić? Nic! Jak już wspomniałem, nawet oczu w tym czasie, nie dała rady zamknąć lub czymkolwiek okularów zasłonić. Codziennie od wspomnianej godziny, musiała oglądać siebie, jak krzywdzi inne zwierzątka. Mimo wszystko, to jeszcze nie było dla niej – z wiadomych względów – aż takie nielubiane. Po prostu fajne powtórki. Ponadto z nią, w pierwszoplanowej roli. I dodatkowo, bez reklam. O wiele bardziej ją dołował fakt, iż widziała dalsze skutki swoich uczynków. Ciąg zdarzeń, które rozpoczęła. Wiele wylanych łez i trudnych do wyleczenia ran. Dostrzegała to wszystko, czego nie była tak naprawdę świadoma, lub nie chciała być. Dokuczała wytrwale, ale co się działo później i jakie były tego konsekwencje, to już nie było jej broszką. Teraz czuła to samo co oni, gdy ich krzywdziła. Nawet ciało bolało w tych samych miejscach. A jeszcze bardziej umysł. Docierało do niej, jaka była wstrętna oraz ile zła wyrządziła. Odczuwała owe podłe uczynki na sobie. Wróciły do niej jak bumerang, w zupełnie innym, szerszym świetle, z podwojoną siłą, raniąc ją tak samo, jak ona raniła. Zatem powzięła postanowienie, by za wszelką cenę naprawić zło, którego stała się przyczyną. Błagać o przebaczenie. O dziwo, nie miała z tym większego problemu. Jedni ją wyrzucali na zbitą mordkę, inni ową mordkę dotkliwie pobili, lecz ona tylko stała i nie miała nic przeciwko. Byli też i tacy, co od łapki przebaczyli. Będąc nadal silną i zawziętą, biegała wiele razy do tych, co w ogóle nie chcieli jej widzieć i wciąż wyrażała skruchę. Pytała też, jak może naprawić wszelkie krzywdy z jej powodu zaistniałe. Niestety, niektórych już nie można było naprawić. Stały się na zawsze rozbitym kryształem. Pomimo tego wszyscy poszkodowani, doceniali dobre chęci. Nawet niektórzy pochwalili ładne okulary, mówiąc: – No, no, no! Co za oksy! Ja nie mogę! Pożyczysz na trochę? – Jak zdejmiesz z mego nosa, to z miłą chęcią oddam – odpowiadała rezolutnie. I tak Zielona Myszka nadal musiała oglądać te wszystkie obrazy… ale teraz trwały krócej. Początek jak zwykle o: szóstej, ale widziała je: sześć godzin i pięć sekund, a nie sześć. I tak każdego następnego dnia, długość transmisji była krótsza o jedną sekundę więcej, a nawet co dwa dni, o dwie. W końcu, pewnego słonecznego popołudnia, mogła okulary zdjąć. Momentalnie stały się bardziej piękniejsze. Odetchnęła z ulgą. Owinęła białą chusteczką i poprzez delikatność lnu, roztrzaskała zawartość, na drobne kawałeczki, tak samo ciężko sapiąc, jak ciężki był kamień, którym dokonała... ...zemsty. W tym samym czasie, usłyszała za sobą, cichy szelest. Spojrzała za siebie. Dżdżowniczy Wiedźm falował ciało na kopytku. Żółte ślepia, obserwowały ją intensywnie. — Dobrze zrobiłaś, niszcząc te wstrętne okulary. Pomyśl, ile musiałaś przez nie wycierpieć, aż tyle godzin dziennie, oglądając te głupawe zwierzaczki, rodem z filmów klasy: b. Ech, tfu, co ja mówię. Z. Zielona Myszka podjęła decyzję, jeszcze mocniej ściskając w łapce, zimny kamień.
  2. Rafael Marius↔Dzięki:)↔No nie tak strasznie straszne. To jeno przecie, metafory:) Pozdrawiam:))
  3. Cor-et-anima↔Dzięki:)↔Właśnie. Wszystkie prawidłowe. A może być więcej:) Pozdrawiam:)) * AnnalraM↔Dzięki:)↔Słusznie prawisz, w takich okolicznościach. A jeśli przed drugą, to za drugą, może jeszcze iść nieskończenie wiele:)↔Pozdrawiam:))
  4. rozcinasz wzrokiem horyzont źrenic ze wzgórza tęczówki ściekają sekundy w cieniu powiek na czerwonej posoce z rozciętych tętnic minut płyną pomiędzy pytaniami obok wbitej igły co nie powstrzyma łez czy zdążą zanim kurtyna opadnie w ostatnim zmierzchu do podnóża nieskończoności gdzie zegar bimba kołysankę łabędzi trawiąc ścierwo pobudki a jednak słychać trzepot skrzydeł szybuje do wnętrza upływu stuka kroplą rosy w okrągłe drzwiczki ciemnej plamki może zdąży ją rozwodnić do samego świtu jeszcze trochę czasu darowane zanim skrzepnie w godzinę
  5. ∞-ˋˏ ༻✿༺ ˎˊ-∞ W otulonej przez drzewa krainie, tańczą luzem gałązki w sukienkach z puszystego mchu i czterolistnych koniczynek. Dęby z wiszącymi zębami w czapeczkach, szumią w rytm pluskającego czasu w płynnych zegarach napędzanych rybami. Z falującej zieloności wznoszą się kropelki muzyki. Przezroczyste oczy ciekawskich motyli. Zatopione w rozkołysanym wzroku szypułki dzikich truskawek, jeszcze bardziej czerwienią krągłe ciała. W naciągniętych włosach wirujących harf, poganiane wiatrem klonowe nosy, katarowym psikaniem wygrywają naturalną melodię. Buszują w kwitnących przypomnieniach o zmurszałych pniach i bolących sękach. Starą dziuplę zraszają wirujące tęsknoty nieuniknionej przeszłości. Niedawno gościły hałaśliwe cząstki życia. Wesoło trzepotały gołymi piórkami, domagając się robaczywych sił. Zmęczone konary drzew z trudem kołyszą czubate czubki. Taniec jeszcze trwa pod batutą rozbudzonej jutrzenki. Rozłożyste górne czapki, ocierają gałęzie o drgający obraz rozgrzany niezłomnością nieba. Potrącają niewyspane baranki, czochrając pierzyny na poduszkach z wiatru. Niektóre wyrwane z zakątków snów, stukają kopytkami o cumulusy, płosząc niewinne skrawki błękitu. Szybują ku ziemi, otwierając kluczem gęsi, fruwające domki z marzeń i kwiatów paproci. W cieniu zaplecionych w ciszę piosenek, spoczywają na stoliku, przykryte okruszkami przyrody, strzępkami złotych liści, zapachem słodkiego poranka, przyklejone do miodowego strumyczka z cierniowymi łodygami róży. Wiklinowy fotel lekko przegniły, podtrzymywany siłą woli własnego skrzypienia, dźwiga na sobie zmartwychwstałą marzannę, w gustownym kapeluszu z wodorostów oraz łusek rybich i marchewek z morskich bałwanów. Uśmiecha się falującymi ustami, w kształcie splecionych triskeli, od przypływu do odpływu po horyzont nieznanych rytmów, przemijania i powrotów oraz chcianych i niechcianych plaż, gdzie kawałki ostrych śmieci, ranią boleśnie stopy, wysączając z nich czerwone nitki. Przebłyski słonecznych promieni i splecionego z czasem echa, tańczą w rozczochranych włosach uplecionych z kryształków lodu. Każdy w inną stronę się ustawia, wskazując kierunek ziarnom z ogrodu, zasłanym koronkową ściółką tajemnicy. Wiele już ptaków odleciało, by wreszcie zrozumieć swoje własne pieśni, ostatnie takty muzyki. Niektóre jeszcze dźwięczą cichutko, lecz porywisty ciepły wiatr rozwiewa je w niewidoczną obecność. Milkną odgłosy trzepotu skrzydeł. Ulatują schowane w piórach. Za chwilę ucichną tutaj niesłyszalne. Kropla rosy przygniata pasikonika, z której za chwilę się napije. Ślady nieskończenie puste czekają na okręgu. Gdy czas zatoczy koło, to pewnie znowu się wypełnią ∞-ˋˏ ༻✿༺ ˎˊ-∞
  6. powiedz dlaczego posłuchałeś twoim splątaniem to prawda zawiść lub podziw zyskałeś pośród sznurków i wstążeczek rozwinąłeś siebie przecież tak słusznie modnie bardzo że przestałeś być kłębuszkiem czy było warto?
  7. Glorgio Alani↔Dzięki:)↔Szczerze gdy pisałem, miał... lecz teraz, już nie ma. W sensie ogólnym jest. Zmieniłem początek i dodałem zwrotkę:)↔Pozdrawiam:)
  8. Tekst satyryczny ----------------- witaj sarkaźmie skarbnicą jesteś turbo empatii i zalet wszystkich mało kochany byłeś ty pewnie przeto szanujesz człowieczych bliźnich my tu maluczcy biada nam biada gdy mądrość tekstów gdzieś mamy nieraz wtedy iloraz ci tekst odsłania bezmiłość w sercu może uwierać dziś w nas jest troska o twoje zdrowie aż łzy plumplają a oczy pieką ty się puknąłeś w leciutką głowę by wyjątkowe usłyszeć echo wszelakie troski nie pragniesz wcale odreagować na innych złotko gdy w zamyśleniu kwitnie zakalec by ego ciasto znowu urosło twój cudny sarkazm nas opromienia inteligencją poza pojęcie więc nie ustawaj w słodyczy pieniach wszak spójrz czytamy księgi namiętnie kiedyś zapewne staniesz przed Bogiem bądź przeto sobą żwawo przepięknie otrzymasz godną wieczną nagrodę a my tablicę damy na grobie tyś przecudownym był naszym wieszczem
  9. Rolek↔Dzięki:)↔Nie miałem na myśli, kogokolwiek personalnie, jeno spojrzenie ogólne na ludzką naturę. Swoją własną, także:)↔Pozdrawiam:)
  10. Tekst satyryczny. Nie bardzo wiedziałem, czy wrzucić jako rymowaną prozę, czy jako wiersz" --------------- Prawdopiewco, prawdopiewco ucieczki od ciebie nas nie łechcą. Pragniemy cię wielbić, modły zanosić ku tobie, każdy rozsądny powie to człowiek. Na twój widok, z miłością szaleć, a słowa jak ciepłe bułki, łykać wytrwale. Uwielbienie nasze, coraz szersze kręgi zatacza. Twoja racja, twoja racja, twoja bardzo wielka racja. W mordę. Aż tak? O tak! Wychwalać i czcić cię będziemy, przez całe wieki nie możesz zaprzeczyć. Drodzy wyznawcy, jak zapewne wiecie jedyną słuszną prawdą wciąż się chlubię. Bądźcie roztropni, chłońcie wszystko, co mówię. Bo kiedy umrę, umrze też prawda. Zostanie nienawiść i ludzka pogarda . Cały świat w chaosie i gruzach legnie. Życie się skończy, tak wszystkim potrzebne. Kto wam powie gdzie miłość, gdzie nie. Kto wam objawi prawdy filary, Żal was ogarnie i zamęt cały. Nie pytajcie o moje wady, wszak każdego, rzucić mogę kamieniem. W dupę nie trafię, to chociaż w ciemię. Prawdopiewco, prawdopiewco. Nas twoje prawdy już nie łechcą. Od dziś co gadałeś, to mamy w dupie. Cieszy nas bardzo, że o tym wiesz, przygłupie! A to czemu? Jam w udręce. Nasze umysły są strute wielce, twoją nauką jakże złudną. Nam doprawdy uwierzyć trudno, gdyż dane nam było, ujrzeć twoje wnętrze. One brudne, tym bardziej nie święte. A wasze to niby czyste jest? Ha ha ha !!! A gdzie tam !!! Sto razy gorsze niż twoje, tylko wiesz… Niby co? Cóż. Widzimy, że zrozumieć tobie nie łatwo. I ty chciałeś zostać naszym zbawcą. --------------------------------------- Należę do tych, co jak te bałwany, wierzyli w jego prawdę. A my głupki słuchali. Stoperów w uszach, nie miał żaden. To nam się już nie opłaca. Teraz słuchajcie mnie. Skarbnicę prawdziwych prawd. Tak powiadam wam. O tak! Tyś prawdopiewcą naszym umiłowanym. Ku tobie ślemy wielbiące peany! Roztropnie czynicie, skoro wielu z was, na moją prawdę się nawraca. Moja racja, moja racja, moja bardzo wielka racja.
  11. Aff↔Dzięki:)↔A wiesz, że o filmie pomyślałem też:)↔Animowanym, by łatwiej ukazać niektóre sceny. Chociażby wylot motyli i przeobrażenia grobów. No i finał. Kropla spada na cmentarz, a zaś ujęcie... dłoni z czerwoną różą, co różnobarwną się staje... dziewczę idzie przez pryzmat... przeistacza się w kwiat w biały... i rzuca płatki ku niebu... a reszta, to już jak kto zrozumie. Pozdrawiam:))
  12. Trochę inna wersja dawnego tekstu Zaistnieli razem. Ona i on. We własnym świecie, którego wybrali. Obiektywnie rzecz biorąc, szałas przez nich zbudowany, był bardzo brzydki, sklecony z gałęzi oraz z różnych innych osobliwości, będącymi skrawkami wyspy. Mimo tego, stanowił dla nich: wspaniały pałac. Piękny w swojej prostocie i urzekającym, niespiesznym wyglądzie. Kiedy padał deszcz, przeciekał niemiłosiernie. Gdy świeciło słońce, było w nim za gorąco. Wychodzili więc na zewnątrz przytuleni do siebie. Zdawali sobie sprawę, że właśnie tutaj są naprawdę szczęśliwi. Spacerowali po żółtej plaży, słuchali plusku fal, za każdym razem podziwiając wszystko wokół, jakby na nowo. A kiedy słońce stukało na okrągło w horyzont, wytwarzając ciepłą poświatę o barwie pomarańcz, siadywali na trawę, by obserwować różnokolorowe iskierki, tańczące wśród srebrzystej toni. Słowa leżały leniwie obok, w kołysce zdań, tyle razy wypowiedzianych, by za chwilę zasnąć cichutko w krainie potrzebnego milczenia. To że byli blisko siebie, w zupełności wystarczało. Niemilczenie mogłoby podciąć eteryczne skrzydełka myślowych doznań i uczuć, fruwających między nimi. Tam gdzieś daleko, ludzie zupełnie powariowali, zmieniając świat na podobno lepszy. Soczyste owoce, uśmiechem zdobiły smak, gdy je spożywali. Ślady wilgotnych zębów, tworzyły specyficzny wzorek, niepodobny do żadnych tworów, będący w otoczeniu. Wyspa stanowiła ostatni bastion czystego powietrza, a oni mieli wielkie szczęście tutaj przebywać, gdzie wszystko było takie prawdziwe i takie niezastąpione. Krzywe zwierciadła z fałszywymi odbiciami, zostawili po tamtej stronie. Nie zakłócali trwania wyspy. Ona im też. Żyli we wzajemnym poszanowaniu i symbiozie. Prawdziwie się: radowali, kłócili, kochali i smucili. Niekiedy, mimo wszystko, nostalgia tęsknoty za tamtym światem, którego znienawidzili, a nie mogli zapomnieć, sączyła w umysły, nadprogramowe doznania. A kiedy słońce chowało łagodny blask, za odległą linię horyzontu, powracali do szałasu. Do kolebki nowej, jak im się wydawało i w co wierzyli, historii. Leżała na zielonych liściach, wśród ziarenek piasku, a echa w muszelkach, taktownie nuciły miłosne piosenki. Całował ją delikatnie, muskał lekko – jak koliber skrzydełkami, słodki od owoców wiatr – żeby za chwilę rękami błądzić po zielonej łące, między wilgotnymi wzniesieniami rozkosznej krainy. Ona czyniła to samo, lecz trochę inaczej. Marzyła o jaskini, do której wchodzi ukochany z wielką maczugą. Obija ściany, robi małe dziurki, z którego tryskają rześkie strumyczki. A później jest rzeka, wodospad, morze i grzmiące bałwany, których nie trzeba się bać, tylko sobie odpocząć. Pocałunki trwały naprawdę długo. Jej usta pachnące bananami, a jego świeżo przypaloną dziczyzną, jeszcze długo były fort pocztą, dalszych rozkosznych działań. Nawet języki trzy grosze z opery wrzuciły, do sklepienia sali koncertowej, gdzie dyrygent poruszał batutą. Za nic w świecie nie chciały się oderwać, z uroczym cmoknięciem. Kropelki spoconego potu, bombardowały chodzące owady, po poszczególnych zaułkach wtopionych w jedno drugie, ciał. Wilgotne pociaki tańcowały na pofałdowanych krajobrazach, tudzież wzniesieniach i dolinach, z gęstą roślinnością. Muchy bzykały miłosną uwerturę, a trzmiele: arie. Pasikoniki podskakiwały, dostosowując się do rytmu, takiej czy innej gimnastyki. Namiętnie chłonęła ich wyspa. Była dziewicza. Ale tylko ona. Stanowili jedno. Lecz wystającą ziemię otaczało morze. Pragnęli nie zapomnieć żadnej chwili i żadnego odgłosu, przerywanego świergotem ptaków i małp. Ciała nadal przytulone do miłości, jak skórka do banana, wyrażały właściwie wszystko. Szczególnie tutaj, na tej właśnie wyspie, gdzie odrobinki przemijania, niczym poduszkowiec, szybowały nad piaszczystą plażą, omijając taktownie zajętą przestrzeń. A zatem czas ich nie gonił. Za leniwy i zauroczony, smęcił jeno uroczo. Wymagania czaso-przestrzeni na własne życzenie, zakopał w piasku. Tak jak: Ona i On. Też byli wygnańcami, samych siebie. Na wyspę spełnień. Tylko jedno zakłócało im świat. Wszechobecne i nachalne reklamy na niebie. I to, co ewentualnie mogło wyjść z morskich głębin.
  13. *~Uwierzyć w skowronka~* zatańcz skowronku w błękitnej piosnce póki wzlatywać możesz pod niebem fruwaj wysoko później odpoczniesz tak jakoś raźniej gdy słychać ciebie słońca promienie zaczaruj trelem jak w struny harfy muskaj skrzydłami wszak jeszcze kwiatów zostanie wiele gdy podmuch wiatru barwy ocali w strumieniu ryby nie spłycą słowa śniegi zakwitną wnet na zielono a zatem warto chociaż spróbować choć krew zostanie zawsze czerwoną
  14. Ana↔Dzięki:)↔Zaiste wierzę, w nieśmiertelność:)↔ Miałem jednak na myśli "ziemski czas" Przykładowo: wiesz, że ma Cię nie być za powiedzmy↔pól roku, a za pół roku→klepsydra odwrócona i sobie nadal żyjesz jeszcze.... i cieszysz się:)) Oczywiście w Wieczności czas nie istnieje. Bo bez względu ile minie i tak zostanie nieskończenie wiele. A czas jest od→do:)↔Pozdrawiam:) * Kwiatuszek↔Dzięki:)↔Za bardzo ładną wizję czasu. Czas jak rzeka. Płynie i płynie. Raz lepiej, raz gorzej. I wodospady bywają. Ale na drugim brzegu, czas umiera, a my żyjemy nadal. Tak jak wyżej rzekłem. Jeno to są moje odczucia. inni człeki, mogą mieć inne:) Pozdrawiam:))
  15. wewnątrz stukają ziarenka drobinki czasu na szklanych ściankach malują echa kap kap sączą się chwile jak wrzące skrawki szkła na dnie zastygłe puk puk coraz więcej spadają nieczułe obojętne tam bliżej nieba wciąż nieprzerwanie dół górę zmienia i nie wiadomo czy los śmierci wyrwie by jeszcze darować odwrócić klepsydrę
  16. Na cmentarzu o zmierzchu, panuje zazwyczaj grobowa cisza. Ma to zapewne związek z faktem, iż z krtani nieboszczyków, plecionek kości lub kupek prochu, raczej żadne dźwięki między grobami, rozkładać się nie mogą. A jednak dzisiaj, w ten ciepły, przytulny podwieczorek, jest deczko inaczej. Może nie tyle dotyczy to dźwięków, lecz dziwnej, błękitnej poświaty, prześwitującej od jakiegoś czasu, przez niewielkie okna kostnicy, oraz trzepotu czarnych skrzydeł, dźwigających ciała kruków. Nadlatują ze wszystkich stron, siadają w ciężkiej bezgłośni, na zarośniętym mchem dachu, oraz okolicznych drzewach i żaden nawet dzioba nie otworzy, by zakrakać. Jakby zlęknione na coś czekały, przyklejone póki co, musowym zaproszeniem na tajemne spotkanie, przez biesiadników wpół drogi, pomiędzy światami. Którzy będą się przeciskać, na drugą stronę cmentarnej rzeki, gdzie czas już nie płynie, chociaż piranie owszem. Niektórych nie przepuszczą, by rozszarpać szczęśliwe zmartwychwstanie. Nagle okna kostnicy, samoczynnie otwierają szklane okowy. Czarne smugi w poświacie księżyca, obleczone w skrzydła, noszone podmuchem wiatru, zaczynają wlatywać do środka. Tłoczą się niemiłosiernie, czarnym kłębowiskiem ocierając ściany. Ranią siebie nawzajem, lecz i tak nie wszystkim ptakom jest dane wlecieć. Wiele ciał, jako obłoki pierzastego pyłu, osiada na gałęziach, tworząc podłużne całuny mrocznego śniegu, przyozdobione strzępkami skrzepłej krwi, przez które gdzieniegdzie prześwituje zieloność. Na obrzeżu cmentarza, starzec wyplata koszyki, lecz wiatr je nieustannie rozwiewa. Wtapia w gałęzie drzew, nierozpoznane. Niewielka dziewczynka w białej sukience, pojawia się jak spod ziemi. Każdy mijany przez nią grób, zmienia swoją strukturę. Niektóre migoczą ciepłym blaskiem, inne płoną jak pochodnie lub pozostają bez zmian. Z kostnicy wychodzi inna postać, w czerwono zielonej szacie. Jako że błękitne światło pada od tyłu, widać wielki cień, na kurtynie z mgły, która sama siebie zaistniała. Lecz postać nie idzie w tym kierunku, tylko w przeciwnym. Patrzy w stronę Księżyca. Z żółtej pełni zwisa kropla krwi. Zaczyna spadać w kierunku ziemi. W tym samym czasie, dziewczynka wchodzi do wnętrza budynku. Zamyka za sobą drzwi. Z okien wylatują biało szare motyle. Szybują nad cmentarzem. Siadają na grobach. Wiele na tych co płoną. Jakby musiały. Ogień ich jednak nie spala, tylko zwęgla skrzydła. Spadająca kropla tworzy okrągły cień. Większy i większy. W końcu pochłania cały cmentarz, gęstą, pachnącą czerwienią... ... o brzasku, na oszronionej łące, spowitej migoczącą, wielobarwną mgłą, po drugiej stronie pryzmatu, dziecko przytula pąk białej róży. Rozkwita w trzymających dłoniach, nieskończonością płatków. Gdy pierwszy promień słońca, opromienia jej twarz, rzuca go w kierunku nieba.
  17. Na podstawie fragmentu nieukończonego, dawnego opka. ------------------------------------------------------------------- idę nad przepaścią po zielonym promieniu dostrzegam kołyskę jest ogromna stoję blisko słyszę głośne chlupotanie i gęsty szum krew przelewa się przez brzegi ścieka po nieruchomej łodydze cienkie pasemka ciepłej czerwieni znikają na dole we mgle bez żadnego echa bo martwe patrzę na zakrwawione dłonie w końcu jestem przedstawicielem homo – nie zawsze – sapiens z wnętrza wystaje czarny sztylet na nim postrzępione początki kwiatów przyklejone do ostrza zamordowaną szansą mimo wszystko pragną uciec by dalej rosnąć nic z tego srebrna krawędź ostatnich chwil jest przeszkodą nie do przejścia nie zaglądam do środka brakuje odwagi i możliwości wejścia ostre pasemka świadomości przenikają do czeluści umysłu a właściwie jaka to różnica rzeczywistość czy halucynacja tak samo boli a jednak pod prześwitującą drogą przelatuje zielona kukułka kołuje w dół szybuje nisko nad zwiędłymi przebiśniegami
  18. Waldemar_Talar_Talar↔Dzięki:)↔To miło mi. Nie przeczę:))↔Pozdrawiam:)
  19. [Prolog] Gdy byłem małym chłopcem, rodzice często powtarzali, żebym pamiętał to co ważne, a to co nieważne, odrzucał. Teraz gdy jestem dorosłym, nadal nie wiem, o czym warto, a o czym nie. Na szczęście istnieje Pałac Pamięci. Paradoksalnie żaden z nas nie pamięta, kiedy go wybudowano i z czyjej inicjatywy. Mogłem o wiele wcześniej odwiedzić to miejsce, ale krążyły – i nadal krążą – pogłoski, że jego mury, skrywają pewną tajemnicę. Kolejnym paradoksem jest fakt, że wielu tych, co stamtąd wróciło, niewiele pamięta ze swoich przeżyć, a jednocześnie zachowują się jakoś dziwnie. Niby ci sami, lecz trochę inni. Wiele razy spoglądałem na ten Pałac z daleka, aż wreszcie ciekawość, osiągnęła punkt kulminacyjny. Postanowiłem tam się wybrać i obadać sprawę, a moje spostrzeżenia zapisywać. ------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------ Pałac znajduje się na tle pustego horyzontu. Pozostałą część ogromnej łąki, która go otacza, zajmuje las, z przerwą na nasze niewielkie miasteczko. Nie zabieram ze sobą prowiantu na drogę. Niby po co? To w końcu nie aż tak daleko. Ziemia dźwiga ślady początku wędrówki. Nie dostrzegam go dokładnie. Zakryty woalką z mgły, wygląda jak przyczajone zwierzę, szykujące się do skoku. Szczerze mówiąc, boję się trochę. Wiem dokąd zmierzam, ale nie wiem, co tam zastanę. Właściwie nie jest to żaden Pałac. Niewielka budowla o nieokreślonym kształcie, z jednym oknem, z którego wydobywa się nikłe światło. Skąd o tym wiem? Przecież jestem jeszcze daleko od niego. No właśnie. Od ''niego''. Dlaczego tak pomyślałem Przecież to nie jest żywa istota. Smuga światła, niczym zorza snująca się przy ziemi, zbliża się do mnie. Zaczynam sobie przypominać sytuacje z życia, o których już dawno zapomniałem lub chciałem zapomnieć. Rozumiem wiele spraw, których nie rozumiałem. Co zrobiłem źle, a co dobrze. Ile wyrządziłem krzywd, a ile dałem radości. Im jestem bliżej, tym więcej tego we mnie. Uświadamiam sobie relacje z ludźmi... tylko z mojej strony, bez uwzględnienia.. jej odczuć i pragnień... gdy mój egoizm, był mieczem obusiecznym. Dziwne. Pałac jest mniej widoczny. A przecież zbliżam się do celu. Powinienem widzieć wyraźniej i dokładniej. Jakby się rozmywał... jakby go ubywało. Czyżby wnikał we mnie... zbudowany z myśli, których starałem się pozbyć, jeżeli nie mogłem zapomnieć. Jedno jest pewne. Odmienia mnie. Mam nadzieję, że na lepsze, a nie na gorsze. Kawałek po kawałku, jednocześnie płacąc za to, swoim znikaniem. Zorza nadal krąży wokół mnie. Jestem już bardzo blisko. Mgła dawno zniknęła. Mimo to, niewiele widzę z tego, co chciałem ujrzeć. Widocznie już teraz mam spojrzeć w zakamarki umysłu. Tam jest większa część Pałacu. Stoję przed prawie przezroczystą ścianą. Nadal nie potrafię określić wyglądu. Zresztą niewiele z niego zostało. Czyżbym aż od tylu spraw... aż tak uciekał? Z okna jeszcze się wylewa mały strumyczek przytłumionego światła. Obmywa moje stopy. Dziwnie się czuję. Nie chcę tego. Nie jestem tego godny. Inni tak, ale nie ja. Dotykam resztki ściany. Znika pod moją dłonią. Widzę pustkę przed sobą, lecz nie w sobie. Odchodzę z tego miejsca. Nie wiem, jaki jestem. Muszę to wszystko przemyśleć. Z jednej strony czuję się... podbudowany, a z drugiej mam wrażenie... jakby część mnie zniknęła na zawsze. Jestem blisko miasteczka. Spoglądam do tyłu. Pałac powrócił. Znajduje się dokładnie w tym samym miejscu, co na początku wędrówki. Cierpliwie oczekuje następnego wędrowca. Cicho, skromnie, na uboczu. Nikogo nie przywołuje na siłę. Daje wybór. Skąd o tym wiem? Nie wiem. Teraz rozumiem tych wszystkich, którzy wrócili... i byli jacyś inni. Wiele zlekceważyli lub chcieli zapomnieć, lecz pałac im o tym przypomniał. Chcę wierzyć, że zmienił lub będzie zmieniał nas na lepsze. Ile jest takich budowli na świecie oraz ilu podejmie taką podróż? Tylko jak długo będą się pojawiać na nowo? A może w końcu znikną na dobre?
  20. Sylwester Lasota↔Dzięki za wiersz nawiązujący. Wiele prawdy w tym, zaiste:) Ciebie zawsze pamiętam jako pierwszego, komentującego mój tekst↔ "Wybór":)) Pozdrawiam:))
  21. Rafale Marius↔Dotknąłeś słowem komentarza, istoty problemu. Trza dać coś z siebie, a nie jeno leżeć na plaży i mieć nadzieje, że piasek na plaży urośnie i ktoś za mnie, skleci wymarzone zamki z piasku. Nie piję do kogokolwiek. To jeno metafora, która też moje wady zawiera:) Pozdrawiam:))
  22. skrzypi na dachu skrzypi tam wciąż kiedy skrzypiący pójdzie wnet stąd skrzypi chrobocze niczym w piekle kiedy zakończy skrzypieć wiecznie oj jakie ładne skrzypienie och! chyba posłucham zostanę o! kocie kociuniu to mysza zła zawału dostanę zjedz ją raz dwa gnaty ci skrzypią stare już są lecz proszę kotku skończ z myszą tą przepiękna piosnka słowicza jest lecz przy skrzypieniu to tylko jęk chociaż poskrzypisz na daszek wejdź przestanie skrzypieć gryzonia zjedz * miau miau zgroza miau poeta popadł w transoszał skrzypi on piórem kaczym na desce wariat nas straszy przedurnym wierszem
  23. kapią gorące krople wątpliwości skwierczą niby oczywiste prawdy nie wszystkie dania dostępne dla mózgu trzeba się obyć smakiem a obiad stygnie niezrozumiały
  24. łąka ukwiecona wiatr wyplata wianki z kwiatów zwiędłych nawet z nimi właśnie tańczy gwiazdy pod sklepieniem świecą mrokiem dali może chociaż jedna potrafi ocalić na zielonej między zając uszedł łowcom biegł on wszakże krzywo a nie łatwo prosto gdzieś na białej kartce wyraz myśli w kratkę żeby być początkiem zdania tego właśnie łódka wciąż dziurawa lecz jakoś nie tonę palec w dno wciśnięty powstrzymuje wodę chciałbym podziękować choć nie widzę reszty jednak mnie owiewa jakiś podmuch rześki przesypana plaża poza morza krawędź podłamane żagle i bałwany nawet a na horyzoncie dal jest mgłą spowita żebym chociaż umiał ów wierszyk odczytać
  25. Dekaos Dondi

    Ile szło gęsi?

    To taka głupota jeno. Są pytania, gdzie odpowiedź zależy od tego, co autor miał na myśli, a paskud nie doprecyzował. A zatem zawsze może powiedzieć, że odpowiedź jest błędna, jak ów rycerz. Na przykład pytanie: Przed drugą, szła pierwsza gęś. Ile szło gęsi? Możliwe odpowiedzi 1)→Banalnie oczywista↔Skoro pierwsza szła przed drugą, to szły↔dwie. 2)↔Szła jedna, bo ta druga, była kurą. 3)↔Szła jedna, bo ta druga stała. A pytanie zawiera↔ile szło? 4)↔Szła jedna, bo chodzi o godzinę: przed drugą w nocy. 5)↔... Rzecz jasna, wszystkie są prawidłowe:)
×
×
  • Dodaj nową pozycję...