Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Dekaos Dondi

Użytkownicy
  • Postów

    2 877
  • Dołączył

  • Ostatnia wizyta

  • Wygrane w rankingu

    3

Treść opublikowana przez Dekaos Dondi

  1. Violetta↔Dzięki:)↔ Aż mi apetytu narobiłaś Swoim komentarze. Też je. A co!:)↔Pozdrawiam:) * Wiesław J.K↔Dzięki:)↔Też zaiste plastycznie napisałem. Kiedyś, też miałem okazję, być w podobnej sytuacji zapachowej i tego co wokół:)↔Pozdrawiam * Jacek_Suchowicz↔Dzięki za uroczy, apetyczny wierszyk. Uzupełnia mój, zaiste odpowiednio. Można by napisać wiersz↔O miłości Franka do Frani:)↔Pozdrawiam:)
  2. Milczeć, nie milczeć, sam już nie wiem, czy skończę w piekle, a jeśli… w niebie. Ha ha. W niebie? Zważać muszę, co nawijam do siebie. Sumienie przecież nie milczy wcale, umysł duszny ponagla nawet. I cóż mi z tego, że piewcą będę To wszystko marność, tak niewiele, gdy potok słów, tylko brzmieniem, Gdy na wędrówce, co w nocy ja wyśnił, śladów głębokich, niewiele ujrzałem, a dużo płytkich, kałuż brudnych, śmieci plugawych. A któż je zostawił? Pytam sam siebie. Spętany głupcze! Nie wiesz? * Choć białą łódkę, ugniotę z papieru. Oczyści bagno z bardzo wielu... Popłynie przeze mnie, zacznę od nowa. Lecz czy to pewne? A jeśli utonie w pustych słowach?
  3. zamilkłaś w ciszę zaklęta a jednak cię słyszę pragnę pamiętać
  4. Asia Rukmini↔Dzięki:)↔Oczywiście, że kaflowy. Jakby inaczej:)↔Pozdrawiam:) * MIROSŁAW C↔Dzięki:)↔Ano szkoda:)↔Zapewne miał swój swoisty urok:)↔Pozdrawiam:)
  5. * Jan_komułzykant↔Dzięki:)↔ Teraz też taki możliwy. A co nie niemożliwe, to możliwe, chociaż fakt... nie koniecznie do realizacji. Inne "nosy" teraz:)↔ Obejrzałem, przeczytałem. Jak sytuacja będzie się nasilać w tym kierunku, to my kiedyś będziemy dodatkiem, do menu↔owadów:) Pozdrawiam:)
  6. Aff↔Dzięki za "fajny"↔Co do famuły, to ten wyraz, nie jest mi obcy. tak samo jak zapach chleba, i np: deczko:)↔Lubię się czasami wczuwać:)↔Pozdrawiam:) * Sylwester Lasota↔Dzięki:)↔Podobno nadzieja umiera ostatnia. To kto wie, jak jeszcze ów świat, zostanie "upieczony" Oby się za bardzo "ciasto nie przypaliło"↔Pozdrawiam:)
  7. Aff↔Dzięki:)↔Ciekawy komentarz Twój, w owym spostrzeżeniu. Coś jest na rzeczy:)↔Pozdrawiam:)
  8. babcia wytrwale ciasto ugniata dzieciaki patrzą z kąta gdzieś w tyle formuje śpiewnie zarysy chleba w gorącą paszczę włoży za chwilę w ciepłym już świecie rumiana skórka ciasto raduje się swym wzrastaniem kromki chrupiące wciąż połączone w kształty bochenka jeszcze schowane między szparami zapach wypłoszył odwiedzi wszelkie nosy stęsknione mleko leniwie kapie w kubeczek jak białej rosy krople łąkowe śmietana tańczy na wszystkie strony rodzi się masło pachnące gładkie na ciepłej skibce rozmazywane za srebrnym nożem wędruje zgrabnie piec tak spocony jak dziadek stary co mu włożono coś do ogrzania za chwilę babcia z niego wyciągnie famuła przyjdzie zgłodniała zaraz kochana wnuczka pajdę już wcina buzię ozdabia pysznym masełkiem popija mleczkiem siorbie uroczo zajada smacznie a nawet chętnie słychać chrupanie oraz mlaskanie biesiada w pełni jest rozpoczęta tylko wujkowi co był zachłanny z chęci na kromkę wypadła szczęka
  9. zranił czas ostrą krawędzią wypływa z oczu brudzisz buty w cuchnącej kałuży skleja chwile niechcianych wspomnień z tym co teraz stalową kolczatką miażdży gardło stoisz przy oknie zamknięte nie zdążysz otworzyć ostatni oddech budzi ze snu kolorowego motyla
  10. Rafael Marius↔To faktycznie taki ciurkiem ciąg myśli, nieznacznie zmieniony, po napisaniu. Ech... gdzie mi tam do nieba. Raczej w kotły ze smołą:))↔Pozdrawiam:)
  11. pomiędzy szubienicą a powieszeniem pod nieboskłonem tańczę gdzie skowronki fruwają do tyłu fałszując w prawdzie przedwiosenne pieśni lecz sączą brzmienia w skalne echa powtórzeń pośród zawirowań deszczowych ścieżek wyrytych w drogowskazach dłutem wykutym w kierunku wskażą drzewa z tożsamością słojów w poświacie sęków wrośniętych w przeznaczenie spełnień pił mechanicznych żółtej krwi której przesłanie coraz bardziej zapętla zacieśnia martwym powietrzem aż w końcu ostatni akord ostatnia pomyłka kroków budzi łabędzi śpiew rozsądne nuty wysysają z kołysania ostatnie chwile pakują w nową przestrzeń związują czasem wstążeczką nieodwołalnie przedartą w zapętleniu przemijanie niepotrzebne będą dla innych z pomiędzy powieki a źrenicy wycieka wzrok szeleści wgranymi obrazami kruki wydziobują ostatnie spojrzenie w kierunku łąki gdzie ktoś oderwał cień szubienicy zmiął w kulkę i rzucił ku niebu chyba
  12. Wiesław J.K.↔Dzięki:)↔Zerkłem:)↔W pewien sposób nawiązuje:)↔Pozdrawiam:)
  13. ᖇ૦২ɱ૦ωค ૦ ᑎɿ૯ς੮คცɿՆՈ૦ś८ɿ ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~ –– A proszę powiedzieć, jak to wszystko się zaczęło, bo podobno pan jako pierwszy zauważył, że coś nie tak, a ktoś inny zauważył pana i stąd ten wywiad. –– No wie pan… nasze miasteczko jest niewielkie i prędzej czy później, ktoś kogoś zauważy. –– Mniemam jednak, iż pana zauważono w szczególnej sytuacji, zważywszy na okoliczności, w których obserwujący nie był, bo gdyby był, to by nie musiał spozierać w pana kierunku, skoro mógłby patrzeć na siebie, nieprawdaż? –– Hmm… raczej odczuwać, że coś nie tak, nie mając lustra przed sobą –– Elastyczną miękkość, że podpowiem, gdyż pan z długo kluczy wokół tematu, a widzowie ciekawi. –– Pan też był kluczył, po takim sprężystym stresie. –– No przecież wszystko, tak samo szybko się skończyło, jak zaczęło i nikt nie zginął, tylko trochę się pobujał. –– Nieprawda. Taka prawda. Owszem, krótko trwało, lecz owe bujanie, dla nerwowych ludzi, wcale nie było takie zabawne. A poza tym, pewne straty są. Chociażby poobijane meble i ciała chybotliwe chodzące, potrzaskane zastawy kuchenne, przetrącone duperelki ozdobne na szafach i tym podobne. –– Ale zdaje sobie pan sprawę, że mogło być o wiele gorzej, gdyby nie tylko budynków, owe krótkotrwałe zjawisko dotyczyło, tylko na przykład gratis: samochodów w czasie jazdy, roślinności, żywności, zwierzątek, a co gorsza, ludzi. –– Przestań pan, gdyż mnie się nogi psychicznie – od tej wyliczanki – uginają. Chociaż przyznaję, iż patrząc od tej strony, którą łaskawy pan raczył wyłuszczyć, to faktycznie mogło być gorzej. Gdy się wtedy oparłem o ścianę, to uległa plastycznemu ugięciu niczym guma, po czym momentalnie wróciła do pierwotnego stanu. Aż mnie deczko odrzuciło. –– Czyli taka była premiera. A później… –– …później to wielkie zamieszanie powstało. Gumowe, sprężyste domy, trzęsące się jak galaretka, gdy ludzie w nich chodzili na trampolinowych podłogach, macając sprężyste ściany. Lecz jak już wspomniałem, za każdym razem po ugięciu, wszystko wracało do początkowego kształtu, a odchyłki nie były, aż tak znaczne. –– Myśli pan, że jakaś… hmm… obca cywilizacja, chciała coś przekazać, że jesteśmy – dajmy na to – niekiedy za bardzo plastyczni, naginamy sytuacje… –– Aleś pan bzdurę wymyślił, niczym gumowym mózgiem. Było minęło. Nagina pan fakty. –– Teoryzuję tylko. A może to zaledwie… preludium. –– Oby. –– Oby? –– Oby dotyczyło pierwszej części pańskiej wypowiedzi, a nie preludium. –– Rozumiem. Jednak te kołyszące się z lekka wieżowce, robiły zapewne wrażenie. Szczęście w nieszczęściu, że wiatru silnego nie było. Gdyby takiego przygiął do ziemi, a ów by momentalnie powrócił do... –– Przestań pan. U nas nie ma wieżowców. No chyba, że leżące. Szeregowa zabudowa. –– No tak. Nie zauważyłem… chwila, co z panem.. jakiś pan taki… i ze mną.
  14. Rafael Marius↔Dzięki:)↔O to też mi chodziło, z tym uwierzeniem. Chociażby w... w melodię. To już zawsze jakaś trampolina do odbicia, by poszybować ku marzeniom... :)↔Pozdrawiam:)
  15. Wiesław J.K↔Dzięki:)↔Nie zawsze zapewne reaguję na komentarze, z mojej winy, ale Dzięki... światy klaunów, bywają nieznośne:)↔Pozdrawiam:)
  16. wyśpiewane na ciszy pięciolinii wewnątrz wiolinowych trumien raniły nuty fałszując sens krzyżyków teraz zimne obojętne w bezgłośne zaklęte brzmienie mówisz że w piosence umarły słowa a może jeszcze warto choć nucić melodię próbować
  17. solennie obiecuję nadejdzie taki czas gdy udowodnię wszystkim że nie potrafię rozwiązać problemu *** niejedna dziurka durszlak czyni
  18. Uwaga, uwaga. To ja! Z czerwoną piłką na nosie, białą twarzą i zajebistym uśmiechem. Mam dla was wspaniałą, z dawna oczekiwaną nowinę. Karnawał czas zacząć. Wesoło być musi. Panie i panowie, nie ociągać się w roztańczonych śmiechach. Wypełniajcie moje instrukcje. Grube, wielkie babsko. Nadmiar tłuszczu zero rozumu. Tak o niej złośliwie mówimy. Większość tubylców osady. Patrząc obiektywnie na wygląd, trzeba uczciwie przyznać: co racja, to racja. Szczególnie dla niej: racja żywnościowa. Nawet jak mówią wszechwiedzące kumy, do swojej chałupy musi wchodzić na dwa razy. Podobno widziały. Najpierw jedna, a zaś druga. Aż dzisiaj o poranku zauważyliśmy z przerażeniem, że schudła nie wiadomo z jakiej przyczyny. Istna wiotka gałązka. No jak tak można – grzmimy zniesmaczeni. – Na kogo będziemy taneczne psy wieszać. Przecież nie na samych siebie lub osobach, które były nam przychylne, w podśmiechujkach. Przyznacie, że to profanacja wieloletniej tradycji. Jeszcze nic straconego. To znowu ja. Uwaga, uwaga. A jednak. Głowy do góry, tylko nie dosłownie, w oderwaniu ku niebu. Powtarzam wśród niepowtarzalnych uśmiechów. Jeszcze nic straconego. Wariactwo rozkręcone. Tylko śrubek nie szukajcie. Wesoło być musi. Panowie proszą panów lub jakoś tak. Ktoś podrzucił pomysł racjonalizatorski, jakże wspaniały: a pośmiać się z cienkiej jak włos na dupie, to nie łaska. Ha ha ha, co za chudzina. No doprawdy. Nawet cienia nie rzuca – podchwyciliśmy wspólną roześmianą gębą, my stęsknieni jakże ludzkich wrażeń, buszując w tańcu, popatrując na chodzącą wiotkość. Do jasnej za ciasnej! Doszło do nieszczęścia. Wiatr ją połamał. Poszybował martwe części śmiechorodne po całej okolicy, tak że niektóre na dachach wiszą, trzepocząc niczym krwawe flagi, jakby proroctwo głosząc zmian istotnych. No nie! Naprawdę zaistniały. Albowiem zanim dla porządku bałagan pozbieraliśmy z zaciętymi w złości minami, to owe wybuchły, by członki porozrzucać i tu i tam, lub gdziekolwiek trafiły. Uwaga, uwaga. Jakoś przeżyłem. A przynajmniej moje słowa, mój śmiech i szata pajaca. Karnawał czas zacząć. Nie mylić z kar–nawał. Nic wam nie grozi, dopóki dzierżę opiekę nad wami. Wesoło być musi, pomimo przeciwności biologicznych, w których trzeba przeżytym brodzić. Zaraz dołączą inne ludy i śmiechu będzie co niemiara. A niech to, ale fajowy bajzel – chichoczemy tak gromko, że aż echo umilkło, bez powtórzeń cichnących. Normalnie boki zrywać. Jeden drugiemu oraz jedna drugiej. Mixy też dozwolone. A co! Aż odgłosy wilgotnych mlaskań i oderwań, słychać nam przyszło. Tańczmy i weselmy się. To nic takiego. Pokonamy martwe przeciwności. Zabawa trwa nadal, pośród jelit i tego tam. Spójrzcie kochani! Na horyzoncie dostrzec można następne ludy, drgające w rozgrzanym powietrzu. Jednak przewrażliwione nieco, migiem założyli maseczki, nie chcąc zarazy w trzewiach, ale i tak furgoczą na twarzach, bo ich spazmy radosne tak bardzo ogarnęły, że wszyscy jak jeden mąż, zachłysnęli się radośnie nieżywą śmierć, rzygając wnętrzem, aż puste skorupy porozrzucane, tu i ówdzie. • Epilog trwający... –– Mamusiu! –– wrzasnęła latorośl. –– Co syneczku? –– zapytała rodzicielka. –– Spójrz! Ale spoko purchawki w gęstym sosie, przyprawionymi kościami. Zatańczę na jednej. Mogę? –– Tylko nóżki sobie nie złam na miednicy –– odpowiedziała matka z czułością w napęczniałych humorem nozdrzach. –– Hi ha hu –– zachichotał werbalnie ojciec po usłyszeniu huku. –– Pamiętam, że jako dziecko, tak z nadmuchanej żaby czy torebki strzelałem. Nie pamiętam dokładnie. –– Kochanie! Wybacz! Pleciesz, a mnie przeszyła kość –– rzekła nadziana żona. –– Rolmops z ciebie –– ukłuł mąż żonę, poczuciem humoru. –– Z ciebie tato zaraz też –– krzyknął wesoło synek, popychając ojca w tył, sam upadając plecami. –– Leży mi na wątrobie confetti –– wrzasnął ktoś wesoło, uśmiechając się wokół głowy, bo uszu już nie miał i nie zawadzały. • Panie i panowie. Przyznam, iż banalnie to zabrzmi, lecz karnawał trwa nadal. Hi ha hu. Słyszycie narastający tumult? Nadchodzą następne ludy, głodni roztańczonego śmiechu.
  19. rodzina pączków jest dzisiaj ach szykuje im się tłuste am am pani pączkowa i pączuś mąż też małe pączki nie idą stąd spieszą tu dziadki pączki stare co jadło niosą mniam wspaniałe czują zapachy swym nadzieniem pieczyste nęci powonienie tęsknią tak bardzo nie chcą czekać żeby skosztować cud człowieka lecz zwykły chruścik rzecze słusznie możliwość zatruć mięsem w lukrze
  20. wyśniłeś życie w tym śmierciopaku szybują wszyscy w kółko na przemian koła zębate szarpią wciąż przyszłość dla jednych niebo dla drugich ziemia chichoty losu co mogą wszystko one tu rządzą wesołą mantrą z głośników słychać muzykę skoczną jednym ciasteczko lub ciernie w gardło chmury rozkładu nad karuzelą wyrzuca wielu jak szmaty w błoto pełzają wolno pragnąc oddechu lub łażą w kółko nie wiedząc po co nie ważny geniusz czy jest idiotą lecą niewinni zarazy nowe jedno ich łączy nieodwołalnie rzecz to banalna owszem game over tam siny język nie chce się schować gdyż wypowiedział już wszystkie słowa gościu zaplątał gardziołko w łańcuch ten go udusił więc cuchnie w tańcu starsi młodzieńcy i dzieci małe żywią nadzieję chcą jeszcze szaleć ona żarłoczna wysysa człeka na domiar złego dupę przypieka klauny trzymają płomienie w rękach by smażyć flaki bajzel zapętlać przez okulary przyszłości szarej widzą tabuny trupów tam całe wirują w tańcu plamy pośmiertne spadają skrawki ciał choć nie chętnie od środka siła rozkładu rozrzuca ze rusztowań człeczych zlatuje mięsko szkielety z zimna kostkami trzęsą na twardych siodłach dźwięczą miednice piszczele czaszki przebrzmiałe życie kiedyś na pewno wcale na trochę ruch tu ustanie sklejony prochem * gdzieś tam podobno jest karuzela człek z niej nie spadnie choć dech zapiera a z dala w kącie jęczy uroczo śmierć się przecięła swą własną kosą * są też klauny w ciemnym dole uśmiechy martwe leżą obok odklejone
  21. Leniwy smok kombinator, ziewnął trzema głowami, gdy u wylotu pieczary ujrzał Szewczyka. Barana niesie wypchanego laskami dynamitu – pomyślał pewny swego. – Głupek nie wie, że wypiłem ziółka, co zmieniają ów, w mięso baranie, w żołądkowych trzewiach. Zielarka w chałupie też ziewnęła. Głupi gad leniwiec. Zapłacił złotem, lecz nie doczytał do końca umowy, gdzie drobnym druczkiem stoi, iż w trzech pyskach, to w sumie nie wiadomo. Smok rozszarpał barana, do każdej gęby kładąc po trochu, by za chwilę połknąć. Nie zdążył, gdyż wesoło beknął ogniem, myśląc o smakowitym posiłku. Części pokryły królestwo krwawymi strzępkami. Uszkodziły Zielarkę i Szewczyka, oraz. Taki mamy morał.
  22. coś tam spadło z wielkim hukiem na dodatek skośnie może wredny gołodupiec nie dał się zapomnieć lub to jakaś tajemnica którą łatwo zgłębić lecz zrozumieć to zagrycha można błąd popełnić wokół stoi już publika choć zabrakło wielu i co chwilę ktoś wciąż pyta czemu co to czemu? pytać wszakże każdy może lecz was muszę zmartwić gdyż niebawem wiersza koniec to jest wers ostatni
  23. Nadzorca siedzi na dachu przynależnego podwyższenia. Bacznie i z coraz większą uwagą, obserwuje ogrodzony wybieg. Skupienie słusznej idei w oczach, wyzwala jakże przydatne efekty, albowiem zauważa i słyszy, następujące nieprawidłowości: Świnka→ nie chrumka, tylko gdacze. Kogucik → nie pieje, tylko muczy. Kózka → nie beczy, tylko szczeka. Kotek → nie miauczy, tylko kwacze. Czuwający nad normą, podejmuje racjonalną decyzję, w niecierpiących zwłokach zdarzeń. Zeskakuje z wieżyczki czuwającej i po chwili, niespiesznie i dokładnie, podgryza gardła nieznośnym zwierzątkom, co go do eksterminacji siebie samych, skłoniły. Następnie, dmuchając na zimne, wynosi okrwawione trupy poza strefę, żeby rozkład ciał, nie zachęcił żyjących stworzeń na ojczystej ziemi, do plugawych – a co ważniejsze – niestosownych zachowań, mających na celu, zachwianie. Po wykonaniu zadania i wytarciu o trawę, niezbędnych organów wspomagających, tak samo spokojnie wraca na jedyne słuszne miejsce, świadomy dobrze spełnionego obowiązku. Gdyż: Świnka nie gdacze. Kogucik nie muczy. Kózka nie szczeka. Wszystko wróciło do normalności. Jest tak jak powinno być w określonych warunkach. Porządek na wybiegu. Czysto i schludnie. Zgodnie z oczekiwaną prawdą nabytą. Zatem rozmyśla zadowolony, tęskniąc za pochwałą. A może nawet pracodawca łaskawie pozwoli, wdzięcznie pocałować się w tylną część egzystencji. Gdyby tak jeszcze samolocik podarował, by mógł z nieukrywaną miłością, przelecieć swoją ukochaną. Hmm… ?
  24. posłuchaj co szepce kamień jeśli wciąż milczy licz na spotkanie tam chichot losu całkiem możebne alternatywą skusi cię pewnie klauna proroctwo przez uśmiech pamiętaj: zmiażdży ci stopy wróci do serca
  25. Rafael Marius↔Dzięki:)↔Co racja, to racja:)↔Co najmniej połowa drogi, za:) Pozdrawiam:)
×
×
  • Dodaj nową pozycję...