-
Postów
4 857 -
Dołączył
-
Ostatnia wizyta
-
Wygrane w rankingu
1
Treść opublikowana przez Arsis
-
@Somalija aaa, to udanej laby. dodałem coś do wątku "Monarchinie", w hydeparku...
-
Aleksandra Fiodorowna Romanowa. Urodzona jako Alicja Wiktoria Helena Louisa Beatrice Heska, w Darmstadt, 6 czerwca 1872 roku. Znana jako "Alix, bądź "Słoneczko". Luteranka. Po przejściu na prawosławie została cesarzową Rosji, żoną ostatniego jej cara Mikołaja II. Została zamordowana w Jekaterynburgu, w domu Nikołaja Ipatiewa (obecnie znajduje się tam Cerkiew na Krwi, właściwie Cerkiew Na Krwi pod wezwaniem Wszystkich Świętych w Ziemi Rosyjskiej Jaśniejących, wzniesiona w latach 2000-2003 na miejscu mordu i upamiętniająca to tragiczne wydarzenie) wraz z całą carską rodziną w lipcu 1918 roku przez bolszewików, min. na rozkaz Lenna i Swierdłowa, który został skrzętnie wykonany przez Jakowa Michajłowicza Jurowskiego, ówczesnego przewodniczącego komisji śledczej przy Trybunale Rewolucyjnym Czeka. Podejrzewana była o romanse z Grigorijem Rasputinem, mnichem, mistykiem i kaznodzieją, a przede wszystkim erotomanem, faworytem rodziny Mikołaja II. W 2000 roku została kanonizowana przez cerkiew prawosławną.
-
@Somalija dobry wieczór, dobranoc albo dzień dobry...
-
Deszczowy dzień. Jaskrawe słońce. Noc. Obskurna noc, pełna ulicznych latarni. … pełna niewyraźnych widm… Moja matka urodziła mnie, kiedy padał deszcz. Urodziła smutek z oczami pełnymi nostalgii. Padał wtedy deszcz. Pamiętam, że pędziłem przez życiodajne, rozległe polany, pełne lecących ptaków, kiedy nagle ― zapadłem się na dno zmętniałej wody, wchłonięty znienacka ze zdwojoną siłą… Wchłonięty, przez co? Przez zapadłość okrutnego mroku. … czarną otchłań stężałą w bezruchu. Przez ukryte zjawy znaczące krwią mój powolny powrót na ziemię… Głową do dołu. Do ciepłej groty ― przytulnej jak łono. Aż do eksplozji światła rozpękłej w straszliwym skowycie echa. By zasnąć wreszcie w otulinie czyichś dłoni. Gdy otworzyłem oczy, padał deszcz. Stukały o parapet ostre krople. Ściekały z pełnych szarego nieba okiennych szyb. Padał wtedy deszcz, podczas gdy ja, tuliłem się w ciszy do niczego. Do chłodnej powierzchni aluminiowego blatu, opuszczony w pomieszczeniu pełnym łez. Za ścianą narastał czyjś przejmujący szloch. Nie rozumiałem wtedy jeszcze niczego. Nie rozumiałem, choć wiedziałem już, że byłem sam, mimo że za ścianą narastał czyjś niespokojny oddech, wzruszany koszmarami snu. Za ścianą wzlatywały okrutne widziadła, machające postrzępionymi skrzydłami w niepojętym żalu. Przedzierające się przez mżące piksele wysypującej się zewsząd samotności… Padał wtedy deszcz. A ja? Wodziłem oczami przyzwyczajonymi już do tęsknoty. Po krawędziach przedmiotów. Po awangardzie kształtów i wzorów. … po jednolitej bieli… Nie płakałem, choć moje oczy pełne były łez. Ale nie płakałem, wiedziony melancholią podczas niskiego lotu nad ziemią. Leciałem, gdzieś za horyzont, za las. Za granicę jawy, zatopiony w jakiejś dziwnej substancji czasu. Rozpoznając wyrastające znienacka kształty. Chłodne. Zimne. I obce. Bezwzględne w swojej potędze martwoty. Niewzruszone. Milczące… Wychodzące naprzeciw stwory, rozstępowały się znienacka, zatrzaskując się za mną, uniemożliwiając mi drogę ucieczki. Pędziłem coraz szybciej, meandrując pomiędzy wzorami tapet, które mrugały do mnie porozumiewawczo. I wyciągając w moim kierunku wypustki, aksony… Pędziłem, wchłaniany przez żarłoczną nicość. Tuż nad ziemią, nad rozpierzchłymi słojami podłogowej klepki… Pędziłem długim korytarzem w trwającej jak przekleństwo ciszy. Pędziłem jak kometa, rozciągając za sobą długi warkocz białych włosów. Pędziłem co tchu do swojego zamkniętego świata, szeleszcząc w powietrzu jak wyrwana z zeszytu kartka… Pędziłem, co tchu, targany porywistym wiatrem w poszarpanej koszuli. Rzucony w przestwór zimnego deszczu… Widziałem schorzałą śmiertelnie twarz mojej matki. A więc, to już tyle minęło czasu? Uciekł mi on, nie wiadomo kiedy… Moja matka już umarła, nie doczekawszy pomocy w zgorzknieniu i żalu. Nie doczekawszy wnuka. A więc, to już tyle minęło czasu? Mignęły mi przed oczami kropliste neony. Rozbłysły i zgasły, jak iskra życia. Przede mną szelest wiecznych traw już bliski. Rozległe polany… Lecące wysoko ptaki… Mignęło wszystko, jakby zaledwie zmrużenie powiek. Po co to i na co? Jaki był w tym wszystkim sens? Przede mną coraz bliższy huk wodospadów. Patrzę na to wszystko wielkimi oczami, lecz nie płaczę, mimo że są pełne łez. Odczytuję w kompleksie ciszy zatajone symbole, znaki… W plątaninie opuszczonych korytarzy jakiejś nieokreślonej budowli, pomiędzy życiem a śmiercią. Lecz śpiew ptaków coraz bliższy, co biegnie lekko w powietrzu. Przesiąknięty wilgocią porannej rosy, odlatuje w nieznane, gdzieś ponad drzewami dotykającymi intensywnie błękitnego nieba. Lecz śpiew coraz bliższy… Dotykam palcami powietrza… … rozgarniam świetliste jego powłoki… (Włodzimierz Zastawniak, 2022-07-31)
-
@Somalija rozluźnij się i skosztuj baryłki z likworem, chcesz? ewentualnie mam ptasie mleczko waniliowe...
-
@Somalija cześć. czuje się w skali 1-10 na 1. psychicznie mnie nie ma...ale mam nadzieję, że ty czujesz się o wiele lepiej...
-
@Somalija cześć, aga
-
@Somalija ponieważ czasownik "ruchać", kojarzył mi się zgoła z czymś innym... z czym?;) np. z ruchawką - społecznymi niepokojami etc... ok. żart. wiadomo z czym. czyli z szybkim ruszaniem... @Somalija dobra, ale się czepłem jednego słowa. a tekst generalnie interesujący.
-
@Somalija aha, to już wiem. a przez tyle lat żyłem w błędzie...
-
"i niech nikt się nie rucha "? choć tekst dobry...
-
@Gosława cześć, renia...
-
Powiedz mi, gdzie jesteś? A, gdzie ja jestem? Jestem w miejscu zapomnienia. W miejscu nostalgii okraszonej deszczem. I słońcem patrzącym spoza wysokich chmur… Gdzie ja jestem? Nigdzie. W bezkresie pustki, królestwie wiatru. Wśród złudzeń i widm… I wszystko milczy przejęte chłodem ― wiecznego oczekiwania. Coś się przemienia. Przychodzi. Odchodzi… … zataja w sobie cząstkę istnienia… Korzeń. Drzewo. Rysa na polodowcowym głazie… Kwiaty pachną w półcieniach. W poduszkach zwilgotniałego mchu apteczna woń zleżałych ziół… Czyjeś kroki. Twoje? Moje? Niczyje. Spadają echem na równi ― pochyłej samotności… … uciekają, gdzie cisza… (Włodzimierz Zastawniak, 2022-07-28)
-
Widzę ciebie w ciągłych powtórzeniach
Arsis odpowiedział(a) na Arsis utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Somalija przepraszam, ale niekumaty dzisiaj jakiś jestem. zrobiło się znowu cholernie parno i mnie to wkurza, bo ani nie można spać, ani nic... czuję się jak w łaźni parowej albo bardziej rosyjskiej bani, gdzieś w syberyjskiej głuszy...