-
Postów
4 857 -
Dołączył
-
Ostatnia wizyta
-
Wygrane w rankingu
1
Treść opublikowana przez Arsis
-
Ktoś do mnie dzwoni z kosmicznej otchłani, z przemierzającego puste przestrzenie, opuszczonego od tysięcy lat ogromnego statku-matka… Ktoś do mnie wciąż dzwoni we śnie… Nieustanne telefony zapętlają się echem w meandrach mojego mózgu. Ktoś wciąż do mnie dzwoni. To ty? Czy, to ty? Naznaczone atrofią twarze wypychają od wewnątrz zimne ściany pustego pokoju. Wyciągają się spod nich ręce, które próbują cokolwiek chwycić lodowatym uściskiem… Rozsadzają czaszkę przyśpieszone oddechy, niezrozumiałe, wypowiadane szeptem słowa, niby mniszej modlitwy. Ręce. Dłonie. Zjawy. Gesty… Wykrzywione grymasem bólu usta. Nieruchome oczy… We wzburzonych fałdach zasłon szelest skrzydeł. Miotające się cielska uwięzionych ciem… Wszystko do mnie przemawia w wyimaginowanej pozie zmysłów. Wszystko się chybocze i chwieje jak nadbrzeżne trawy podczas wichru marszczącego lustro jeziora… Zawieszony gdzieś w oddali dźwięk telefonu, idzie poprzez wieczność i trwa… Zanika. Pojawia się znowu, lecz jakiś rozedrgany i słaby w poszumie buzującej w żyłach krwi. Kto do mnie wciąż dzwoni, kiedy nie dzwoni nikt? Przechodzi falami rozbijającymi się o kamienisty brzeg. Nade mną żółtawy blask sufitowej lampy. W kącie bulgotanie żeliwnych rur. Uschnięta w donicy paproć a raczej skostniałe, rozsypujące się szczątki roślinnego truchła… Falujące płótna pajęczyn, z których zwisa patrzący na mnie z wyrzutem skazańca włochaty pająk… Rdzawe smugi wilgoci… Plamy zacieków… Woda kapiąca z kranu… kap… … kap… ……. kap… ………. kap… Na podłodze słoje dębowych klepek układają się w jakiś nieokreślony wzór… Trzeszczenie od rozsychającego się drewna albo od czyichś kroków. Moich? Nie moich? Więc, czyich? Kto tu jest? Czy ktoś tu jest? Nie odpowiada nikt, poza wznoszącą toast chwiejącą się postacią w lustrze stojącego trema. W brzęku srebra i szkła mistrz ceremonii rozpoczyna przemową bal sennych widziadeł. Lecz nie nadążam za tokiem jego myślenia, ponieważ często gubi wątek. Zaczyna od początku albo od końca… Nie wiem. Nie pamiętam. Coś miałem zrobić. Co? Chyba sobie pójdę… Stawiam niepewnie kroki, potykając się o puste butelki… Głośno się śmieją, szczerząc zęby. Próbuję wstać. Kiedy potykam się o szczeliny przerażenia i trwogi, śmieją się i drwią… Wskazują palcami tę upadającą kupę łajna… Spójrz! Rozmazują mi się łzy na upudrowanej twarzy klauna. Widzisz? Nie widzisz nic… Bo i cóż jest do zobaczenia? Upadam. Drżę w pustce lotu, rozkładając ramiona niczym szybujący ptak. Spadam w odmęt szeroko rozwarty jak grób… Otwieram zdziwione oczy. Słońce oświetla moją poranioną twarz. Za otwartym oknem szeleszczą liście rozłożystego drzewa. I ptaki przepłukują swoje gardła błękitną tonią nieba. Wyciągam doń rękę, nie mogąc się jednak ruszyć. Spoczywam, bowiem w bezsile i kurzu po nocnej batalii, która szła poprzez mury, ściany, szyby… (Włodzimierz Zastwniak, 2022-08-15)
-
1
-
@Somalija ja mam bliziutko do czego?
-
@Somalija ja chodzę tylko wtedy, kiedy mnie nikt nie widzi... nocą, późną nocą...
-
@Somalija dlatego nie łażę po plażach pełnych morsów i fok. chyba że są puste i pełne smutku...
-
Jakieś obrazy suną nisko. Jakieś nieokreślone widma… Nisko. Nisko nad podłogą, ziemią… Kotłują się i kłębią w wieczornym rozemgleniu… Spójrz! Odpływam. Nadpływam… Przemieszczam się falami kosmicznego oceanu, ściskamy grawitacyjnymi kręgami straszliwej czarnej otchłani. Przytulam się do wilgotnej, zimnej ściany pustego pokoju. Wodzę palcami po nitkach pęknięć, które mają piętrową konstrukcję unicestwienia, wsłuchany w tumult pierzchających korytarzem kroków… … schodową klatką, ulicą… Wszystko pierzcha i ginie w zakamarkach mroku. W obłokach kurzu i trwodze samotności. Ćma uderza skrzydłami o wiszącą lampę. Przycupnęła na chwilę, by uciec, gdzieś w sztorm powybrzuszanych zasłon. W biały szkwał o tysiąc mil od ogrodów nieba… Próbuję chwycić ją za skrzydło, lecz wyrywa się, pulsuje i płonie… Tak oto umieram w łopoczącym świetle rozgorączkowanej nocy, przeszywany pod sklepieniem pociskami gwiazd. Wśród milczących wiwatów i salw, wśród oklasków sennych bytów. Tak oto… * Ogłoszono czyjeś samobójstwo w gazetach sprzed wielu lat… Na pożółkłych stronicach, wśród fotografii, zdjęć szczątki zwęglonego ciała. (Włodzimierz Zastawniak, 2022-08-14)
-
3
-
@Somalija powiedziałem ćma teresa
-
@Somalija ćma teresa, a nie żadna niedźwiedziówka! choć jest co nieco tygrysia...
-
@Somalija głęboka noc... ćma teresa fruwa wkoło lampy, a ja sobie dumam, piszę i śpiewam...
-
@Somalija czemu nie śpisz, co?
-
@Somalija przecież nie widzisz mojego wzroku...
-
@Somalija przepraszam, jakim wzrokiem?
-
@Somalija to piosenka eltona johna, ale tu w wykonaniu innego mistrza - joe cockera... a, masz jeszcze dwie...
-
@Somalija no tak, tylko pozazdrościć temu obdarzonemu kochaniem... ale tekst piękny, gratuluję...
-
@Somalija chcesz powiedzieć, świr? nie krępuj się, śmiało. mnie tam wszystko jedno.
-
@Somalija masz rację. nie jestem zbyt normalny.
-
@Somalija cześć, Aga. a ty, po której stronie jesteś? czyżby po drugiej stronie lustra jak ta alicja? a widziałaś kota-dziwaka z Cheshire? to znaczy raczej jego uśmiech? a może jesteś królową kier, tudzież szalonym kapelusznikiem? już wiem, jesteś marcowym zającem!
-
@Somalija chyba żartujesz... dopiero zostałbym nazwymyślany i ośmieszony.. ja już wiem, gdzie moje miejsce... w bezgranicznej pustce i ani mi się ważyć wystawić z niej nos... tak mi mówi w każdym śnie wyrocznia...
-
@Somalija niestety violetcie nie podoba się zapis...
-
Otwieram oczy i widzę rozmyte, wilgotne plamy. Spoglądam i patrzę… … oto gałęzie rozłożystego drzewa… Cieniste kształty w aureoli słońca. We łzach… Jakieś twarze przesuwają się powoli w kolejnych fazach mijania… Z przeszłości w przyszłość, przekraczając teraźniejszość jaśniejącym snopem deszczu… Gdzieś w przestrzeni, pomiędzy mną a przedmiotem. Pomiędzy nami… A w dalekiej widzialności świata… … pole i sad… … łąka nieskończona, mieniąca się od kroplistej ulewy… Chwieją się strzeliste topole, które mógłby namalować samotny malarz-impresjonista. Albo prosty pasterz, grając na flecie. W stogach siana, w trawie, w nabrzeżnym sitowiu… A miłość? Jakże ją namalować słowami? Wchodzi do pokoju z burzą włosów przez otwarte szeroko okno, wnosząc ze sobą zapach słodkiej melancholii, oraz jakiejś dziwnej tęsknoty i upojenia… … jakby to było pierwsze spotkanie, ostatnie rozstanie… w uśmiechu, w płaczu, w trwodze… Ale, jakże namalować miłość? Przybywa, nucąc pieśń nieopisywalną nutą. Pełna światła i refleksów, co drgają w jej oczach i kącikach ust… I może tak trwać, mimo odległości. … mimo okrutnej nocy… Cała w blasku, w górze. W świetle… Lekka jak późny wiatr, jak ciężar motyla na czerwonym płatku róży… I wciąż narasta. … nadchodzi… (Włodzimierz Zastawniak, 2022-08-10)
-
@Somalija są lepsi, z lepszymi piosenkami...