-
Postów
4 857 -
Dołączył
-
Ostatnia wizyta
-
Wygrane w rankingu
1
Treść opublikowana przez Arsis
-
Widzę ciebie w ciągłych powtórzeniach
Arsis odpowiedział(a) na Arsis utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Somalija ponieważ jestem negatywem a oni to pozytywy...nie zawracaj sobie mną głowy -
Widzę ciebie w ciągłych powtórzeniach
Arsis odpowiedział(a) na Arsis utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Somalija masz cztery, w tym piosenkę o Annie, mam nadzieję, że mi to wybaczysz... -
Widzę ciebie w ciągłych powtórzeniach
Arsis odpowiedział(a) na Arsis utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Somalija nie odmawiam. uśmiechaj się szeroko... uśmiechaj jeszcze... -
Widzę ciebie w ciągłych powtórzeniach
Arsis odpowiedział(a) na Arsis utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Somalija do mnie? nie warto. spójrz, ilu tu masz przystojniaków. do wyboru, do koloru... co jeden, to lepszy i nie będę wskazywał no to palcem... -
Widzę ciebie w ciągłych powtórzeniach
Arsis odpowiedział(a) na Arsis utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Somalijamasz, aga, pouśmiechaj się trochę za mnie,... @Annaartdark dziękuję, Pani... -
Widzę ciebie w ciągłych powtórzeniach
Arsis opublikował(a) utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
Stoimy oślepieni słońcem, gdzieś pomiędzy frazami naszych oddechów. Wietrznej etiudy. Ściskamy palcami nitki kobaltowego nieba, które przesączają się zwierciadlanym strumieniem czystego blasku. Przede mną bogini. Przyglądam się twoim oczom, w to ujarzmione w krysztale piękno. Przyglądam się twoim oczom… Skąd nadlatują te ptaki? Znad jakich wzlatują obłoków? Widzę ciebie zatrzymaną w czasie. Falujące włosy zanurzone w oceanie smutku. Rozdzierają cię roztańczone cienie, drgające refleksy, jakbyś opadała na dno jeziora półprzezroczystym ciałem meduzy. Oddalasz się ode mnie tak bardzo powoli, jak księżyc od ziemi… Milimetr po milimetrze… … wyciągasz ramiona… Lecz nim zerwą się grawitacyjne więzy, spopieli nas supernowa w potoku straszliwego blasku. Widzę ciebie. Twoje usta. Dłonie… I mógłbym tak ciebie powtarzać. I mógłbym powtarzać wciąż. I mógłbym… Co się stało z naszą miłością? Powiedz… Nasłuchuję… W uszach ― piskliwy szum… Błądzę, potykam się, kluczę… … docieram jedynie ― do n i c z e g o… Widzę ciebie. Twoje wspomnienie. Zaciskam mocno powieki, aż do granicy bólu. Otwieram. Rozmazują się wilgotne plamy. Skapują srebrnymi kroplami po nagłej lipcowej ulewie. Spływają po szybach łzy… Za szybami burza melancholii. Za szybami samotna noc… Sperlona łąka. Ogród. Las… … za oknami noc… Wsłuchuję się w to ciągłe milczenie. Ty umiesz wszystko. Wiesz… … umiem już ciebie na pamięć. Tęsknię. (Włodzimierz Zastawniak, 2022-07-22) -
@Somalija a co się będę udzielał. za głupi jestem do udzielania.
-
@Somalija ...
-
@Somalija odpoczywaj, relaksuj się, błogo błoguj...
-
@Somalija cześć, aga. napisałaś: "i pobiegły, co sił w stronę piwnicznych schodów... ", Żeromski napisałby: " i pobiegły, co koń wyskoczy w stronę piwnicznych schodów... On nadużywał tego zwrotu...
-
@Somalija cześć, co ja się tam mogę zgadzać czy nie. pożyczaj, bierz ile chcesz...
-
Nareszcie jestem wyzwolony. Uwielbiam cię nocy gęsta i nieprzenikniona. Nocy w otulinie padającego deszczu, który skapuje po blaszanych rynnach, uderza w parapety i rozpryskuje się na mojej twarzy. Upudrowanej twarzy klauna. Uwielbiam cię jak narzucasz całun skotłowanego mroku pełnego wirujących kropel, mgielnej zawiesiny… Jakieś kroki za moimi plecami. Oddalają się i nikną. Lecz wracają spotęgowane, wstrząsane zimnym echem samotności. Wstrząsane dreszczem i trwogą. Boję się odwrócić, aby nie spłoszyć tej nostalgii, nie zburzyć swoim spojrzeniem tkanej misternie feerii snu. Najwyraźniej ktoś odchodzi, zatrzymując się na chwilę, aby spojrzeć po raz ostatni w przestrzeń bezgranicznego smutku. Ucicha. Wszystko ginie w westchnieniach wiatru, w stukocie okiennic opuszczonych, sponiewieranych przez czas domów, w skrzypieniu drzew, które kołyszą się po obu stronach pustej ulicy, błyszczącej w żółtawym świetle latarni… Gdzieś tam i nigdzie… W nagłym oddaleniu… W ciągnącej się donikąd industrialnej arterii, skupionej u kresu w niewidzialny punkt… Odpoczywam w strzępach krajobrazu, wyrzucając z siebie niewyraźne słowa, grzęznące w pęknięciach wilgotnych ścian, w szczelinach ciągnącego się donikąd zapleśniałego muru… Spadają na mnie zewsząd wielościany powietrza. Jesień, to? A przecież było dopiero, co gorące lato. Tam, za tym załomem, za ogrodem dzwoniącym doniośle pękami czerwonych róż… Ktoś tu był? Nie, nie było nikogo. To ja sam przekraczam niewidzialną barierę ciszy, zauroczony szelestem liści, melancholijną pieśnią strzelistych topól… Otwieram oczy, otumaniony ciemnymi wiekami stuleci. Leżę twarzą do podłogi. Znowu podłogi, spowity blaskiem wiszącej lampy. Za oknami skłębiony mrok. Wyciągam rękę, próbując się chwycić nogi fotela, kanapy, stołu… Nie daję rady. Skręcam się w kłębek drgającej maligny… Drżę. Płonę wewnętrznym ogniem smutku. Znowu kroki. Po ścianie przesuwa się wygięty w nierealnej pozie cień. Czyj to byt zstąpił znienacka z bezkresu milczenia? Najwidoczniej zstąpił w dziwnej jakiejś niepewności, po długich stuleciach powolnej drogi. I dalej dokądś zmierza… Dokąd? Być może donikąd. A tylko zabłądził i kluczy? Albo wrócił stęskniony wspomnieniami umarłego życia? Otwieram usta. Zamykam. Próbuję wykrzesać z siebie cokolwiek, choćby słowo ulotne jak wiatr, jak westchnienie ducha… Przede mną kominy fabryk. Wysypują się z chrzęstem coraz to nowe i nowe… Zdewastowane truchła industrializmu. Zardzewiałe karoserie porzuconych pojazdów… Stosy opon, powyginanych blach, cuchnących jakimiś chemikaliami beczek… I wszystko splątane, poplątane kłębowiskiem kabli, przewodów, żeliwnych rur… Opuszczone fabryczne hale. Rzędy umazanych smarami, garbatych frezarek, które przypominają śpiących na stojąco ludzi z opuszczonymi głowami… Wbijają się w stopy opiłki żelaza… Drażni moje nozdrza mdława woń chłodziwa, potu i krwi… Przede mną ginące w mroku stosy poskręcanego żelastwa, powyginanych prętów, śrub… ― rozsypujące się szkielety jakichś stworów: Koni? Psów? Hipopotamów? Im bardziej się zagłębiam, tym coraz ciaśniej otaczają mnie mżące szare piksele. Są to oznaki całkowitego rozkładu. Całkowitej dezintegracji i absolutnej pustki… Mżą i kłują w i tak już szczypiące oczy. Wysypują się w milczeniu, jakby z ekranu czarno-białego telewizora… Jest mi jeszcze przestronnie, choć owa przestronność zawęża się nieubłaganie, aż do całkowitego ścisku. Jest mnie coraz mniej. Komórka po komórce, cząsteczka po cząsteczce. Atom po atomie… Jest mnie coraz mniej… Już mnie kosmos gwiazdami owiewa… Omiata wirującymi galaktykami… Jest mnie coraz mniej… Nieuchronnie. Nieubłaganie. Bezapelacyjnie… Próbuję zrozumieć genezę rozpadu, śniąc jeszcze gdzieś w przestworzach, po których toczą się w zwolnionym tempie enigmatyczne obrazy… Otwieram oczy. Wyrastam z głębi, ze ślepych ścian ciemności. Słońce rani załzawione oczy… Słońce… A w nim cieniste migoty, trzepot przelatujących ptaków, furkot piór… A w nim… (Włodzimierz Zastawniak, 2022-07-20)
-
@Somalija
-
@Somalija podoba się, podoba, dlatego stałem się nieswój... mogłoby przyozdobić mój tekst pt. "Nadaremność", względnie, "Przenikanie"... A, propos, chciałaś napisać "rozum"? wal śmiało...
-
@Somalija Domoooowe psetskole wszystkie dzieci koooocha. I chce byśmy taaaakze kochali je troooochę. Domoooowe psetskole cy słońce czy deeeescz. Psyjść mooooże do ciebie, jeśli tylko, jeśli tyyylko chceeees...
-
@Somalija kraj chabarowski, kraj krasnojarski, permski?
-
@Somalija jakiego kraju?
-
@Somalija cześć, aga... witaj burzowo i parno...