Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Arsis

Użytkownicy
  • Postów

    4 861
  • Dołączył

  • Ostatnia wizyta

  • Wygrane w rankingu

    1

Treść opublikowana przez Arsis

  1. @Somalija
  2. Arsis

    Ambientalnie

  3. Testy radiacyjne. Próby nuklearne… Pożółkłe stronice gazet, czasopism poruszają się jak monstrualne ćmy… Szeleszczą. Miotają się… Uderzają o szyby zamkniętego okna. Spadają zemdlałe, tworząc miękki dywan z mechatych odwłoków… Drgające czułki. Aparaty gębowe, którymi węszą w spazmie agonii… Spadają następne… Nacierają na mnie, próbując mną zawładnąć, wchłonąć w swoje mroczne, skrzydlate odmęty… Nagły błysk i przeskok obrazu… Demon wyciąga swoją sępią szyję, chcąc dosięgnąć kłami samego Boga… Wznosi się w olśniewającej koronie, w aureoli diamentowego blasku, który unicestwia wszystko wkoło. Płonie. Wsysa do swojej próżnej otchłani ziemię. Skrzywiona kreatura otulona chmurą. Wsparta odgłosem pędzącego diablego stada próbuje dorównać swoją mocą słońce… Próbuje. Próbuje… Już prawie. Już blisko! Jednak, nie! Minimalnie ulega, rozpękając się wysoko nad moją głową, uderzając z wściekłością o skalne ściany odległych górskich szczytów. Rozkrusza je i miażdży w straszliwym ryku. Naznacza swoje terytorium czarnym śladem pogorzeliska… Wszystko zmiażdżone. Powykręcane na drugą stronę, ociekające gorącem cielska… Otaczają mnie jakieś rozsypujące się truchła podobne do ludzi. Szeroko otwarte oczy. Czarne oczodoły. Zwęglone szkielety. Splątane ze sobą. Wtopione w kamień o zielonym szkliwie trynitytu… Jestem prześwietlony na wskroś. Całkowicie bez szans i nadziei, podążam gdzieś w głąb. Wlokę się do niczego. Do samego łona śmierci… Nuklearny skowyt rozchodzi się echem po labiryncie piekła. Jestem w piekle i składam się cały z piekła. Spadają ognistym deszczem strącone ptaki, znacząc drżącą czerwienią rozrzucone głazy w otchłani mroku… W wirującym pyle i kurzu brnę. Dotykam spaloną dłonią absolutnego zła. Przedzieram się przez zastępy umarłych, przez cały ten brzęczący pochód powiewający jakimiś strzępami płacht… * Zamykam oczy. Otwieram… Mam chyba trzy lata i leżę twarzą w gorącym rozpalonym piasku pustyni. Przede mną samotny dom. Uderzają w moją twarz ziarenka kwarcu. Nade mną kobaltowe niebo i ogromne słońce, i padający pod kątem jego blask. Nie mam siły wstać, więc pełznę, czołgam się, raniąc łokcie i kolana do krwi. Ale nie krzyczę, nie płaczę. Milczę… W falującym powietrzu widzę wychodzącego z domu umarłego dawno ojca. Ojciec idzie przed siebie, utykając na lewą nogę. Maleje na tle odległych wzgórz. Idzie przed siebie, nie oglądając się za siebie. Wyciągam w jego kierunku drżącą rękę, lecz opada miękko na rozżarzony piasek. Znowu błysk! Zaciskam z krzykiem powieki. Otwieram. Leżę na lśniącej, pachnącej woskową pastą drewnianej podłodze długiego korytarza. To już było. Tak, wiem. To już było! Mam może z rok. Posuwam się powoli na brzuchu, przeszywając kwadraty słońca, smugi wpadające z ukosa przez otwarte szeroko wysokie okna. Rozchodzi się echem daleki krzyk umierającej matki. Płacz… Mam może rok i niewiele jeszcze rozumiem. Zamknięte drzwi. Otwarte na oścież. W półmroku pokoi milczenie rzeczy. Zakurzone. Porzucone w nieładzie. Jakieś okryte folią niedokończone rzeźby, popiersia. Młotki i dłuta… Gruz… Zwoje jakichś kabli. Rozbite szkło… W półmroku pokoi milczenie przedmiotów… I ten daleki krzyk przechodzący przez szare ściany z kamienia… I ten krzyk świdrujący pulsujące uszy… W kolejnych fazach mijania rozbite gabloty. Mdława woń chemicznych odczynników. W formalinie straszliwe medyczne eksponaty. Ludzi? Nie-ludzi? Szczerzą krzywe wielkie zęby niby w szyderczym uśmiechu. Grymasie bólu (?) Wycięte narządy. Zdeformowane. Obrośnięte nowotworowymi naroślami. Niepodobne do niczego. Rozsiewające woń okropnej śmierci. Pożółkłe plakaty. Wykresy. Tabele… Na zielonoszarych tablicach wypisane białą kredą liczby, ułamki, matematyczno-fizyczne wzory… Wilgotne plamy zacieków. Na zakurzonym blacie biurka tak jakby rozmazane ślady krwi… Poobijane, skorodowane łóżka jak na szpitalnym oddziale z resztkami przegniłych materaców. Z kółkami. Bez kółek. Poprzewracane albo ustawione na sztorc… Porzucone przed dziesięcioleciami. Obsypane białym pyłem i kawałkami tynku… We fragmencie potłuczonego lustra czyjaś zdeformowana twarz… Moja? Nie-moja? Niczyja… Znowu daleki krzyk… Przemieszcza się. Trwa… Idzie kaskadami poprzez wieczność i nie-wieczność. Zawieszony w dziwnej substancji czasu. Drżę, potykając się o szczeliny przerażenia… Duszę się w tym odorze rozkładu. W tej cmentarnej scenerii dawno przeszłych zdarzeń… Drżę, sponiewierany nawałą koszmarów. Nie potrafię utrzymać pionu. Odchyleń jest zbyt wiele. Do przodu. Do tyłu. W bok… Chwieję się. Zataczam… Nie potrafię… N i e p o t r a f i ę… * Otwieram oczy. Stoję na piasku pustyni jako dorosły już mężczyzna… Obserwuję resztki rozsypującego się samotnego domu, które oświetla pod kątem intensywna pomarańcz zachodzącego słońca… Suchy wiatr na twarzy… W uszach piskliwy szum straszliwej gorączki… Idę w stronę odległych wzgórz. Podążam śladem ojca… (Włodzimierz Zastawniak, 2022-08-28)
  4. Arsis

    nasza muzyka - org.fm

  5. Arsis

    nasza muzyka - org.fm

  6. Arsis

    nasza muzyka - org.fm

  7. @Somalija cześć,Aga, po prostu cześć...
  8. Arsis

    nasza muzyka - org.fm

  9. @Somalija
  10. @Somalija
  11. @Somalija
  12. @Somalija
  13. Arsis

    nasza muzyka - org.fm

  14. Arsis

    Ambientalnie

  15. Lubisz noc? Ja lubię ją pewniejszą. Wyśnioną wcześniej, choć okrytą szalem melancholii… Wybacz, jeśli właśnie tak, ale w ciszy dopada mnie ból tęsknoty. Księżyc wschodzi i zachodzi, srebrzy się i płynie… Lubisz dzień? Słońce na twarzy. Pomiędzy palcami rozedrgany blask. * Na widnej ścieżce ogrodu zarys wysokiego drzewa, pocięty mrokiem głębokiej rozpadliny. Nie. To nie drzewo. To krzak dzikiej róży o ustach czerwonych, o płonących ustach, bądź szelest jaśminu, bzu, co zaszedł mi cieniem znienacka drogę, co omiata mnie i kusi wonią aromatu… Bądź. Będziesz tam? Jesteś? Bądź… Ja będę. Wpatrzony w przestrzeń… W ekstazie oczekiwania i w niemodnym garniturze. Wybacz, jeśli właśnie tak… Co mam dla ciebie? Jedynie wytarte metafory. Wylęknione i tęskne… Na cóż komu one, na co… Ale, jeśli lubisz. Jeśli… Spójrz! Kwiat się przede mną otwiera najpiękniejszy, sperlony od łez, od rosy, od deszczu… Bądź… Stoję i czekam. Na piaskowej ścieżce, na żwirku alejki… W liściach tkliwy migot słońca. Znad jakich źródeł przybywa? Znad jakich łąk? Znad jakich zagajów rozrzuconych echem? W kulminacji łodyg, płatków, korzeni… W brzęku pszczół w koniczynie. Wśród zgiełku ptaków śnię… Chwytam twoją dłoń. Zaciskam… … obejmuję próżnię, tuląc się do powietrza… … … do niczego… Dotykam rzeczy, milczące przedmioty. Pod baldachimem rozłożystego drzewa drewniany stolik, odsunięte krzesło. Na stoliku dzbanek z herbatą. Otwarta książka z zakładką, której strony przerzuca wiatr, czytając to, co jest napisane o nim… Gdzieś, coś przeminęło… Zabrzęczało… Zastukało o blaszaną konewkę… W błękitnym niebie biała smuga po odrzutowcu… I znowu wiatr, co kołysze gałęziami… Wybacz, jeśli właśnie tak. Ale ― nie potrafię inaczej… (Włodzimierz Zastawniak,2022-08-24)
  16. Arsis

    Ambientalnie

  17. Nagły błysk! Światło zamienia się w cud… Kładą się pod każdy dotyk światłocienie, niuanse blasku… Jesteś wszędzie… Słyszę twój wewnętrzny puls. Bicie twojego serca przebija się poprzez szum wszechświata, poprzez kontrasty… Moja egzystencja. Marna. Sponiewierana… Jak łopocząca podczas sztormu płachta … zbezczeszczone truchło nieistnienia… Otacza mnie żywioł eksplodującej gwiazdy, który oślepia i rani… … i zagina czas, wpadając pod własnym ciężarem do jądra ciemności… Pędzę do ciebie, królowo ciszy, królowo doskonałej czerni, choć w aureoli rozpalonych cząstek… Pędzę do ciebie po najdalszy horyzont, w drogi zawiłe… Aby przyjąć wszystko w pokorze… * Wskazówki stojącego zegara z każdą sekundą spowalniają swój bieg… tik-tok, tik-tok… … tok-tok… Chrzęst zegarowego mechanizmu…--- gong… I znowu… … tik- tok… … tik-tok… … … tik… -tok… Zapadam się, lecz, o dziwo, widzę jeszcze. Widzę obrazy przeszłości, choć już zdeformowane i skręcone spazmem agonii… Szarość dnia wpada przez uchylone okna pokoju… … przez falujące firanki… Widzę jeszcze (Ciebie widzieć pragnę najbardziej, jedyna… ) Poruszasz nabrzmiałymi, sinymi wargami, lecz nie słyszę, bowiem rozdziera moje uszy piskliwy szmer śmiertelnej gorączki… Płyniesz wysoko jak nawała deszczowych chmur, moja melancholio… … w strzępach krajobrazu, w całych ich zastępach… (Włodzimierz Zastawniak, 2022-08-21)
  18. Arsis

    nasza muzyka - org.fm

  19. @Somalija co zrobię raz na jakiś czas?
  20. Arsis

    nasza muzyka - org.fm

  21. @Somalijajeszcze... znasz?
  22. Arsis

    nasza muzyka - org.fm

  23. @Somalija wszystko? tego chyba nie...
×
×
  • Dodaj nową pozycję...