Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Arsis

Użytkownicy
  • Postów

    4 966
  • Dołączył

  • Ostatnia wizyta

  • Wygrane w rankingu

    1

Treść opublikowana przez Arsis

  1. @Somalija
  2. Nie jestem tym, czym się wydaje. Wstałem i idę. Po podłodze lśniącej. Po dębowej klepce. Stąpam po srebrnych plamach księżyca. Po czymś, co jest tu, gdzie nie trzeba. Szła tędy. W poplamionej sukience. Szukała czegoś. Macała rękami. Wypadały jej ze sztywnych palców przedmioty. Była świadkiem. Ja jestem świadkiem. Byliśmy… I kiedyś…A teraz była tu znowu, tylko po co? Miała na piersiach kwieciste wzory. Na sukience. W półmroku szare. Bezbarwne. Płytkie. Szła powoli księżycowym kanionem o ścianach ze lśniącego alabastru. Coś upadło na podłogę. Teraz. Albo wtedy. Echo niosło się. Niesie się chwilę. Niesie. Niknie... Za oknem. Za oknami. Za kurtynami powietrza. Wody oceanu są takie jaskrawe. Szklana powłoka, nieruchoma płaszczyzna czasu. Idziemy wśród napastliwych ścian pełnych zimna. Trwogi. Tymczasem czyjeś ramiona. Czyjeś ręce. I te kroki w brzęku szkła, srebra. Trzęsącej się porcelany. Chrzęszczące stąpania. Śledzą nas czyjeś drwiące szepty. Dalekie nawoływania. Na matowym blacie kontury słojów. Na stole. Na popękanym fornirze odciśnięte w kurzu dłonie. Ktoś coś pisał po nim palcem. Niewyraźnie. Zmięta kartka. Długopis z wypisanym wkładem. Ołówek ze stępionym grafitem. Gumka do ścierania. Zardzewiały cyrkiel. Drewniana ekierka… Nikłe odblaski mienią się na krawędziach szyb. Na serwantce. Na szklanych półkach z kompletem filiżanek do kawy, na pękniętej ściance porcelanowego dzbanka. Niosą się trzaski rozsychającego się drewna. W tym półmroku. W tej nocnej eskapadzie nienormalnych skojarzeń, domysłów. Widzeń we śnie. Idę, podczas gdy cień mój rozkłada skrzydła i wznosi się do lotu. Lecz nie uleci za wysoko w tym blasku drżącym. W płomieniach świec poustawianych, gdziekolwiek. Wszędzie… Zderza się z sufitem ćma. I jeszcze. I raz jeszcze… Majaczy. Owija się wokół żyrandola bezgłośny łopot skrzydeł. W zmarszczonych zasłonach pulsująca noc. . Rozlane płaty stężałego wosku zdążyły już pokryć nogi krzeseł i puf. Kanapy. Wszystkich tych znieruchomiałych czworonożnych zwidów, których stąpania zrosły się z szelestem słów w nagłym porywie niczyich zwierzeń. Czuję, że się unoszę. Niosą mnie czyjeś silne ręce. Ściskają. Z tyłu. Z przodu. Nieoczekiwanie. Jacyś mężczyźni w czarnych garniturach i modnych krawatach, zupełnie niepasujących i jakby kpiących z powagi sytuacji. I mówią do siebie chrapliwymi z wysiłku głosami: Już blisko. Coraz bliżej. - szepczą. Brama. Brama. Szybciej! Póki otwarta! Jeszcze kilka kroków. Jeszcze kilka, tylko… Tłum obserwatorów. Nieruchomy. Zatopiony w nocy. W półmroku księżyca. Wrośnięty w ściany. Czeka. I wszyscy o jednakowych twarzach. Zamazanych. Zatartych. Nade mną sklepienia z cegły. Wokół, obok schody, progi, piwnice. Mroczne wnęki z rzeźbami (ludzi?) Wysokie. Smukłe jak topole. Zakapturzone karykatury mnichów ze zwisającymi na ich kościstych nadgarstkach małymi dzwoneczkami. Przybite do krzyży uschnięte poczwarki rozwierają swoje pajęcze, pokryte ostrą szczeciną odnóża. Szeroko. I tak już zostały w tej pozie na wieki wieków. Amen. I dalej. Dalej... Zasklepione. Zapiekłe rdzą, prowadzące donikąd żelazne wierzeje. Zatrzaśnięte. Inne tylko uchylone. Inne otwarte szeroko do zapraszającej przymilnie doskonałej czerni wszelkiego rozkładu. Korytarze jakiegoś labiryntu... Obserwuję je pod różnymi kątami. Z innych punktów widzenia, z których nigdy nie miałem okazji ich jeszcze dojrzeć. I jeszcze, kiedy chwieje się ten osobliwy korowód w sześcianach zatęchłego powietrza i kiedy jestem w połowie drogi do czegoś, co można nazwać Bramą albo Przejściem, pajęczyny liżą mnie po twarzy w powiewie. Wspinają się z cichym skomleniem coraz wyżej i wyżej. Albo spadają, łasząc się do mnie na przemian. I okrywają całego. Brudne. Łaskoczą czule w zgniłym przeciągu piwnicznego cugu. To już wszystko było, tyle razy. Aż tyle! I uschło dla świętego spokoju, aby stać się na powrót kamieniem. Nade mną żyrandol. W szczelinach zasłon szare świetliki dnia. Wirujące cząsteczki kurzu. Ćma nieruchoma wtopiła się w kwieciste wzory. I tak już została, jakby martwa całkiem, choć żywa jeszcze. Aż do następnego ożycia we śnie. Aż do następnej nocy. Woń stearyny i wosku osiadła na kołnierzu koszuli, na mankietach spodni. Na srebrnych po matce łyżkach. Na ramach wiszących akwarel. Stopione do reszty świece. Rozlane okrągłe placki na blatach. Łzy zeskorupiałe spływają nieruchomo po nogach porozstawianych w nieładzie krzeseł. Teraz te rozpierzchłe tupoty uciekły w ciszę. W ekstazę absolutnego bezruchu i oczekiwania. Ktoś tu był. Czuję jeszcze ten nikły zapach zjełczałych perfum. Lecz nie mogę, nie mogę dojrzeć. Leżę twarzą do podłogi, zmagając się z nieustępliwą materią o nieskończonej grawitacji. I wciąga mnie wciąż. I wsysa atom po atomie. Ale słyszę. Słyszę znowu czyjeś kroki (matki?) Tak! Słyszę! Stukoty obcasów jednak ustają. Najwidoczniej staje przy mnie. Nade mną. I nachyla się nisko. Nisko… (Włodzimierz Zastawniak, 2025-06-28)
  3. @Natuskaa dziękuję @Leszczym dziękuję
  4. (Ojcu) Wiesz, stoję tutaj. W tej trawie wysokiej. W słońcu. W tym rozkwieceniu bujnym i tęsknym. W tej melancholii rozległej jak czas. W tym ogromie cichym sen głęboki otwiera powieki. I śnię tym snem potrójnym zamknięty. Tą duszną godziną upalnego lata. Chwieją się wiotkie gałęzie. Łodygi. Źdźbła łaskoczące łydki. I wszystko to szumi, gęstnieje. Oddycha niebem rozległym. Kobaltowym odcieniem przeciętym smugą po odrzutowcu i z białą gdzieniegdzie chmurą, obłokiem skłębionym … W powietrzu kreślę tajemne symbole, znaki. Lgnę ustami do kory drzewa. Całuję. Namiętnie. Jak usta kochanki niewidzialne, drzewne. Liściastą boginię miłości. Wnikam w te rowki słodkawe i lepkie od soku, czując na końcu języka tężejące grudki. Układam zdania zapadnięte do środka, zamknięte a jednocześnie przeogromnie rozległe jak wszechświat. Jak unicestwienie. Zaciskam powieki. Otwieram… Mrugam w jakimś porywie pamięci. Widzę idącego ojca, poprzez odczuwanie w nim tej powolności elegijnej (taką jaką się odczuwa we śnie) Idzie powoli w wysokiej trawie. W łanach rozkołysanego morza z dłońmi złączonymi mocno i pewnie. I rozłącza je nagle w mozaice szeptów, rozsuwając w tym złotym rozkłoszeniu zbożność i wiatr. I znowu w słońcu, i w cieniu. Za tym dębem, za kasztanem. Za samotną w polu topolą. Chwiejną i smukłą. jak palec na ustach Boga. Idzie powoli, odchodząc. I pojawia się na chwilę, by zniknąć znowu za jakimś krzewem, co mu zachodzi znienacka drogę. I znowu, ale w coraz większym oddaleniu. Za kępą pachnącą, za tym drżącym ukołysaniem maleńkich kwiatków, które mu spadają na głowę białym deszczem. Za jaśminem, który tak kochał za życia. Twarz przesłaniam dłonią, szczypiące oczy, bowiem uderza mnie oślepiający promień słońca. Znienacka. Otrząsa się w prześwicie z szeleszczących liści w powiewie. Lecz po chwili robi się duszno i cicho. Jakoś tak tkliwie. Ojciec zniknął, zapadł się. Rozpłynął, gdzieś w rozkojarzeniu sennej melancholii. Na piaszczystej ścieżce pociętej cieniami gałęzi. A jednak był tu kiedyś i żył jeszcze. I żyje... Jestem jedynym świadkiem tej manifestacji. Tego przemknięcia niematerialnego zrywu zakamuflowanego przed światem. I mimo że jestem bez miejsca i przeznaczenia, notuję każdy błahy kształt. Każdy nawet zarys, który jest w czyimś zamyśle jedynie nic nieznaczącym szkicem. W chmurze spopielałej. W nadciągającym snopie deszczu. (Włodzimierz Zastawniak, 2025-06-24)
  5. Arsis

    Płytoteka

    Zakurzone przedmioty. Rzeźby. Jakieś zdobione wazony. Popiersia… To wszystko już było. Przeszłość zatrzymała się w kadrze nieruchomego czasu. Spoglądają na mnie jakieś twarze. Portrety wiszące na ścianach. Fotografie… Czas się zatrzymał. Czas się zatrzymał. Czas… Tak. Na albumie „Rock Dust, Light Star”, z 2010 roku, dla formacji Jamiroquai czas przestał istnieć. Stanął w miejscu i ani drgnie. Ech, uparty ten czas. Disco-bity, rozpędzone samochody… Wszystko to już było. I jest nadal. Może trochę pozmieniane tu i ówdzie. Może trochę poprzestawiane. Poprzesuwane tak jak przesuwamy stare meble w starym mieszkaniu. Jest to samo, ale jest i inaczej. Odrobinę? Trochę? Bardziej? Nie wiadomo. Jest inaczej, mimo że mamy do czynienia z tą samą formułą, z tym samym przepisem zanurzonym w tym samym soulowo-funkowym stylu lat 70. XX wieku, który wytyczył albo może bardziej wyrąbał szlak na początku drogi ekipie pod wodzą Jay Keya. To ich znak rozpoznawczy. I nie można go pomylić z nikim innym. Słychać tu całą feerię instrumentów dętych, instrumentów z prawdziwego zdarzenia, choć już bez didgeridoo. Bez tego klimatu australijskich Aborygenów, których zaśpiewy i wołania przepływały tu i ówdzie po równinach cichej ziemi. I odbijały się w pogłosach od pomarańczowych skał Uluru… Wszystko to przykurzone. Pokryte szarym pyłem przeszłości. Lecz i oto rozbłyskują neonowe światła na scenie. Rozbłyska cała kaskada elektrycznych lampionów. Jest rytmicznie, basowo i transowo. Rozbłyska raz jeszcze światło gwiazdy, która wywija się ze szponów przeszłości. Dużo tu sekcji smyczkowej, perkusji i basu. Kosmos jest coraz bliżej. I bliżej. Wydaje się, że bardziej już nie można brzmieć po jamiroquiaiowsku. To już jest takie bardzo w punkt. (Włodzimierz Zastawniak, 2025-05-19) Skład: Jay Kay – wokal, Malcolm Strachan – trąbka, Jim Corry – saksofon, James Russell - saksofon, flet, Matt Johnson – instr. klawiszowe, Rob Harris – gitara, Paul Turner – gitara basowa, Simon Hale - skrzypce, Derrick McKenzie – instr. perkusyjne, Sola Akingbola - perkusja, Valerie Etienne - dalszy wokal, Hazel Fernandez – dalszy wokal, Kate Sutherland - dalszy wokal
  6. Arsis

    Płytoteka

    Po słabej (moim zdaniem) „A Funk Oddysey”, z 2001 roku ukazuje się kolejny długo wyczekiwany album „Dynamite", grupy Jamiroquai. I jest to album bardo dobry. Wydawnictwo niezwykle eklektyczne, zróżnicowane gatunkowo, ale nasycone pulsującym funkowym rytmem, które jest niejako lepiszczem spajającym wszystko w jedną, arcyciekawą całość i jednocześnie znakiem rozpoznawczym tej niezwykle oryginalnej formacji. Generalnie zespół nie odbiega od normy i brzmi tak jak na ten zespół przystało od początku swojej działalności. Ktoś może powiedzieć, że się powtarza, że odcina kupony itd. Niemniej ta produkcja to solidny kawał dynamitu. Wybuchowa mieszanka stylów z szeroko rozumianego nurtu Gorączki sobotniej nocy z echami Earth, Wind and Fire etc… Płyta nagrana w dużo bardziej rozbudowanym składzie: (Włodzimierz Zastawniak, 2025-05-18) Jay Kay – wokal, Rob Harris – gitara, Matt Johnson - instr. klawiszowe, Derrick McKenzie – instr. perkusyjne, Sola Akingbola – perkusja, Alex Meadows – gitara basowa, Derrick McIntyre – gitara basowa, Randy Hope-Taylor – gitara basowa, Miaer Lloyd aka DJ Snare - miksy, Nathan Haines – saksofon, flet, Benjamin Wright - aranżacja smyczkowa, Mike Spencer – oprogramowanie, Bridgette Blades – dalszy wokal, Alexandra Brown – dalszy wokal, Vann Johnson – dalszy wokal, Samantha Smith – dalszy wokal, Valerie Etienne - dalszy wokal, Hazel Fernandez – dalszy wokal, Audrey Martells – dalszy wokal
  7. Arsis

    Płytoteka

    Uwaga, uwaga! Kosmiczny przybysz Jay Kay znowu nadlatuje! Zawisa w powietrzu w tym swoim dziwnym kapeluszu. Waży swoje skrzydła niczym ptak i opada powoli na ognistym pióropuszu, wzniecając chmury pyłu, drobinek kurzu i czego tam jeszcze… Uff, wylądował! Ale robi to z wdziękiem. Takim wdziękiem kosmicznej zagadki. „Synkronized”, to czwarty longplay formacji Jamiroquai. Album z 1999 roku nie jest być może odkrywczy, czy najwybitniejszy, ale to w dalszym ciągu znakomita dawka muzyki głównie z gatunków funk, acid-jazz i klimatów, nazwijmy to, około-dyskotekowych. Jednakże album to trochę inny od pozostałych. I jest to niejako odpowiedź muzyków na zarzut, że ich płyty nie różnią się zbytnio od siebie. Faktem jest, że zespół wybrał niezwykle wąską ścieżkę muzycznych poszukiwań. Co nieco się zaszufladkowali. Niemniej, robią to wybornie i można tego słuchać w nieskończoność. Na płycie „Synkronized”, urozmaicili zawartość o nowe elementy. Dokonali fuzji nowych gatunków. Mamy tu do czynienia z troszkę mroczniejszym, psychodelicznym klimatem (utwór bonusowy: Deeper Underground”, z filmu „Godzilla”) i z doprowadzonym do perfekcji pulsującym rytmem rewelacyjnie współpracującym z sekcją basową (tu, Stuarta Zendera, zastąpił na basie niemniej znakomity Nick Fyffe) Cóż, to się nazywa groove. Takie kosmiczne, nieokreślone, mające to coś w sobie - groove… (Włodzimierz Zastawniak, 2025-05-17) Skład: Jay Kay – wokal, aranżacja, produkcja, Toby Smith - instr. klawiszowe, Derrick McKenzie – instr. perkusyjne, Nick Fyffe – gitara basowa, Simon Katz – gitara, Sola Akingbola – instr. perkusyjne, Wallis Buchanan – didgeridoo, DJ D-Zire - miksy, Erwin Keiles - gitara, John Thirkell – trąbka, skrzydłówka, Katie Kissoon - dalszy wokal, Beverley Skeet - dalszy wokal, Kick Horns – róg, Simon Hale – oprogramowanie.
  8. Arsis

    Płytoteka

    „Travelling Without Moving”, to trzeci album grupy Jamiroquai z 1996 roku. Album jest niejako kontynuacją dwóch poprzednich płyt. Fantastyczny wokal Jay Keya sprawdza się znakomicie w tym roztańczonym, soulująco- funkowym stylu. Przewija się tutaj cała gama gatunków i podgatunków muzycznych. Muzyczna podróż bez ruszana się z domu. Mijamy tutaj poszczególne stacje począwszy od disco, reggae poprzez latynoskie rytmy pokroju Santany. Aż po etniczne klimaty transowych (szamańskich) aborygeńskich rytmów. Wdychamy sunące przez nieskończone równiny australijskiego buszu nikłe wonie dalekich palenisk... Ta płyta to również szybkie samochody i fantastyczne nakrycia głowy (czy to wyszukane kapelusze, czy to kosmiczne kaski) wokalisty, który pląsa w swoim charakterystycznym stylu. Charakterystycznym tak jak charakterystyczny i nietuzinkowy jest cały ten zespół. (Włodzimierz Zastawniak, 2025-05-11) Skład: Jay Kay – wokal, Toby Smith – syntezatory, Stuart Zender – gitara basowa, Simon Katz – gitara, Derrick McKenzie – instr. perkusyjne, Wallis Buchanan – didgeridoo, Sola Akingbola – perkusja, DJ D-Zire – miks gramofonowy, Simon Hale – aranżacja smyczkowa, Gavin Wright – wiolonczela, Max Beesley – wibrafon, Gary Barnacle – saksofon, John Thirkell – trąbka, Londyńska Orkiestra Symfoniczna
  9. Arsis

    Płytoteka

    Tym razem kosmiczny przybysz wylądował na srebrnym globie. Zagadkowy kapelusz, marynarka koniecznie z szerokimi klapami, spodnie dzwony... Klimaty prosto z Gorączki sobotniej nocy. Album „The Return of the Space Cowboy”, z 1994 roku to w dalszym ciągu fank, soul i acid-jazz, z całą ścianą smyczkowego-dętego instrumentarium. Dodatkowo spoiwem jest tu swojego rodzaju eklektyzm. Pełno tu inspiracyjnych rozmaitości-znakomitości. Słychać tu echa Jamesa Browna, Steviego Wondera, Herbiego Hancocka, i nawet Michaela Jacksona. I wszystko to zanurzone w syntezatorowym sosie, swoistym lepiszczu klawiszowca i współzałożyciela grupy, nieżyjącego już Toby'ego Smitha. Choć zespół nie wychodzi poza swoje stylistyczne, muzyczne ramy i na tym albumie, to jest to ten rodzaj grania, który nigdy się nie znudzi, mimo że pozornie nie różni się on za wiele od prezentowanego na poprzednim, debiutanckim wydawnictwie z 1993 roku. (Włodzimierz Zastawniak, 2025-05-06) Skład: Jay Kay – wokal, produkcja, Toby Smith – instr. klawiszowe, Stuart Zender – gitara basowa, Simon Katz – gitara elektryczna, Derrick McKenzie – instr. perkusyjne, Nick Van Gelder - instr. perkusyjne, Jeffrey Scantlebury – instr. perkusyjne, Maurizio Ravalico – instr. perkusyjne, Wallis Buchanan – didgeridoo, Gary Barnacle – saksofon, Richard Edwards - puzon, John Thirkell – trąbka, Matthew Scrivener – skrzypce, Iain Mackinnon – skrzypce, Owen Little – altówka, Robert Bailey - wiolonczela, Colin Davy, - drugi wokal, Sean Quinn – drugi wokal
  10. 1 Kwiaty mówią i szepczą o tobie. Kiedy o wieczorze, o zmierzchu tak rzeczywistym jak ten cień drzewa, co przerasta mnie w tym słońcu, w liliowej poświacie nadciągającej powoli nocy. A więc stałem w tym blasku idącym od okna. W tej poświacie . W tej tajemnicy czasu. W tej rozmytej substancji czasu. Albowiem to światło. To światło… Albowiem w nim nie ma żadnej rzeczywistej granicy między tym i tamtym. Między dokonanym a niedokonanym. Między przeszłością a przyszłością, nie wyłączając teraźniejszości. Między dniem a nocą. Między pamięcią a zapomnieniem… Przede mną, wokół mnie parada wspomnień. Potem przychodzą następne a poprzednie wchodzą przezroczystym wymiarem w niewidzialność… Ale tylko na chwilę, bądź na chwilę… Wiesz, byłem tutaj i tam. Byłem znowu. I jestem. Powracam wciąż w to samo miejsce. Niezmienione przez te wszystkie lata. Trwające wiecznie. Wiesz, otwierają się przede mną obrotowe drzwi z powietrza, kiedy idę łąką czerwoną, szerokim polem usłanym żółtą wegetacją, piaszczystą ścieżką w tej gorącej godzinie lata, w tej dusznej godzinie. W chmurze pyłu mijającego mnie piaskowego diabła… I kiedy wiatr. I ten wiatr. I białe żagle obłoków na niebie. I cienie sunące wolno w dal. Mijam cudowne w zbożu rozkłoszenie słońca, co prześwituje niteczkami ostrymi jak igła, strzeliste topole. Trzeszczące cicho, rozchwiane… I znowu wiatr wokół skroni, rozczesujący włosy czyjąś niewidzialną dłonią, tak jak wtedy, kiedy rozczesywałem twoje. I kiedy dzień był nasz, był nasz sen i kiedy było jeszcze wtedy nasze serce. W bzach rozchodziły się harce słowików. Rozchodzą. Ich śpiewy. Nawoływania... Pamiętasz? Pamiętasz, prawda? I szepty nasze. I słowa ukryte w westchnieniach, słowa proszące o jeszcze… Choć nie było tam wtedy nas, bo tak naprawdę byliśmy gdzie indziej. Świat przemijał, przechodził obok jak przechodnie bez twarzy mijają zatopionego w myślach włóczykija. Który nie zważa na nich. Tak jak nie zważa się na wiatr o zapachu deszczu, co rozwiewa poły dziurawej marynarki. Chyba tu przerwę na chwilę pisanie, bo zrobiło się jakoś tkliwie i sennie… Bo widzisz, nie było nas i znowu jesteśmy. Nie było nas przez te wszystkie lata osamotnienia. 2 Chodź do mnie. Przyjdź. Wchodzę właśnie w przestwór bez wyrazu. W jakąś otchłań, stając się niejako jakimś mistycznym eksploratorem przepaści, który próbuję uchwycić istotę i sedno. Nieuchwytne piękno rozmytej nicości. Ocieram się tutaj o wszystko i o nic. Ta otchłań jest taka zimna. Pełno tu niczego. I pełno niczego. Kiedy dotykam ścian pustego domu. W szparach, w pęknięciach, między deskami deszcz. Krople skapują z wysoka, ściekają. Ściekają strugi. W oknie otwartym szeroko, w polu dalekim. A więc w oknie otwartym szeroko na oścież, w dalekim widzeniu pustki. Pod lasem snuje się polem flotylla mgieł. A więc to już jesień, mimo że było dopiero lato. Idę wzdłuż kamiennego muru pełnego mchu i wilgoci. Trę otwartą dłonią po tych płaszczyznach, po tych spojeniach z wykruszonym tynkiem, próbując odszyfrować daktyloskopię niewidzialnych dotknięć nawarstwionych przez lata. Idę, podążam. Zawadzam rozkrwawionymi palcami o wystające gwoździe, zardzewiałe pręty. Jednak nie czuję bólu. No, może odrobinę, lecz zagłuszoną wspomnieniem o tobie. I tam szliśmy, pamiętam, do tych drzew rozłożystych. Do tych konarów rozczochranych dębów, kasztanów. Do tych splątań korzeni. Do tego chłodu, co pędzi wartkim nurtem strumienia. Wdychaliśmy zapach żywicy i soli, wtapiając się w drzewostany i krzewy. W klaszczące liście. W szepty rozmaitych zamglonych duchów. W ich opowieści. W dzieje tajemne. W korzenie… Spadła mi na kartkę kropla. Druga. Trzecia… Upiłem za wiele, zachłysnąwszy się, muszę odkaszlnąć kilka razy. Od szlochu. Od jakiegoś nagłego wzruszenia, które przewierca mnie na wylot. Wpadło nie tam, gdzie trzeba… Moment. Chwila. Zaraz dojdę do siebie. Twarz mi spąsowiała. Łzy zaszkliły szczypiące oczy… 3 Rozczuliła mnie maleńka iskra dźwięku usłyszanego w przelocie, czegoś nieokreślonego, gdzieś między snem a jawą. I nie wiem czy śniłem wtedy o tobie, być może. Nie pamiętam, ponieważ spojrzałem w okno zaraz po przebudzeniu. Świt jaśniał i mienił się w złączeniu i z osobna. Drzewa szeptały, nawoływały. Coś długo mówiły i przestać nie mogły. I po chwili powróciły urywki obrazu. A więc w dalekiej odległości dom jakiś opleciony dzikim winem. Okna zabite deskami. I coraz bliżej. I jeszcze w wielkim zbliżeniu popękana faktura tynku widziana wyraźnie jak powierzchnia dłoni, zagięcia i spirale papilarnych linii. Jakiś wernisaż, wystawa dzieł wielkich malarzy. Sztuka nowoczesna. Abstrakcja. Nowe formy wyrazu. Między krzakami bzu, za sztachetami malwy jakieś gliniane formy, spalone słońcem popękane twarze. Rzeźby. Popiersia. Dzieła jakieś nieznane, zapomniane, niczyje. Przechodzące od figuracji, poprzez wielobarwny fowizm, aż do całkowitego zagubienia tematu w maksymalnym uproszczeniu form suprematyzmu. Po pokryte jedynie podkładem płótna. A dalej, tylko stosy porzuconych blejtramów, spomiędzy których wyrastają korzenie, sztywne gałęzie chwastów. Stosy składowane byle jak i byle gdzie. Jakby to były jakieś złogi braku koncepcji i myśli. Głowa opada mi na blat stołu. Na dnie pustej butelki mienią się kryształy kosmicznego pyłu. Gwiazdy płoną. Wirują ociężale spirale galaktyk... 4 Przed lustrem stojącego trema jakaś kobieta z nieobecnym wyrazem twarzy rozczesuje swoje długie włosy. Rozczesuje je wolno i z jakimś dogłębnym namysłem. Nie wiadomo, kiedy odeszło leżące na podłodze martwe dziecko, ale chyba dawno temu, ponieważ posiniało już i skurczyło się w sobie, stając się przez to o wiele mniejsze. Szeroki rękaw nocnej koszuli porusza się nieustannie w tę i z powrotem, jakby w tym mechanicznym odruchu głaskania ukryta była ta cała matczyna miłość, lecz i pogodzenie. Nie ma już nas. (Włodzimierz Zastawniak, 2025-06-15)
  11. Arsis

    nasza muzyka - org.fm

  12. Arsis

    Odszedł Brian Wilson

  13. Arsis

    nasza muzyka - org.fm

  14. Arsis

    nasza muzyka - org.fm

  15. Arsis

    Ambientalnie

  16. 1 Powiedz mi. Mów! Jest tutaj. Przesuwa się po brzegach książek cień czyjejś dłoni. Twojej? Mojej? Po starym regale. W słońcu. W tym pokoju zimnym. W tej pustyni pełnej ziarenek kurzu, co płyną, co wirują i mżą na skraju miliardami bladych iskier. I w tej jaskrawej smudze idącej od otwartego na oścież okna. Spomiędzy drzew. W szeleszczących klaskaniach liści dębów, kasztanów.. W smukłej topoli, co się wywija strzałą ku niebu. I w tej szumiącej ciszą otchłani… Odwracam się, by spojrzeć za siebie. Kto tu idzie i stąpa po stopniach schodowej klatki? Kto ma przyjść, nie przychodząc wcale? A jednak idzie duch jakiś obojętny ze złotymi brwiami. Rozpalonymi w słońcu. Nagrzanymi. W tej smudze, w tym snopie pałającym w kaskadzie kobaltowego nieba. Ono płonie jak i płoną moje skronie od tej gorączki oczekiwania i pulsu bijącym szybko i mocno. Kto ma przyjść? Ktoś, kto majaczy o życiu. Kto tu idzie? Nie widzę. Nie dowidzę, ponieważ zamiast twarzy widzę plamę jaskrawą i bystrą. Gorejącą świetlistą kulę, jakby aureolę. I zamiast oczami omiata wszystko intensywnym blaskiem, aż do oślepienia! Idzie ktoś… Nie. Nikt nie idzie. Płynie. Unosi się, nie dotykając stopami ziemi. To tylko przywidzenie. Omam. Senna na jawie imaginacja. Niosą się stukoty i nikłe skrzypienia niedomkniętej w ogrodzie furtki. Od wiatru. W tym przeciągu nagłym, w którym toną jakieś nawoływania. Ptaków śpiewy. Świergoty… W zarośniętej dzikim winem oazie. owady brzęczą koło ust i skroni. Niewidzialne maleńkie istoty. Trzmiel zanurza się w kwiatach w złotej masce Agamemnona... W głośnikach radiowych. W wielkiej drewnianej radioli szepty i gwizdy. Roznoszą się w pustej otchłani domu. I roznoszą się czyjeś szepty. I te słowa powtarzane wciąż wkoło. Te same słowa… Jesteś tu jeszcze? 2 Wiesz, ja jestem, stoję tutaj i czekam. W kącie. Przy ścianie i regale z książkami. Pokryły mnie już pajęczyny. Te srebrne nitki. Szare teraz i brudne. Takie same, co falują pod sufitem od czyjegoś oddechu. Od czyjegoś westchnienia. Stoję ukrzyżowany. Przybity jak dębowa rzeźba z opuszczoną na piersi brodą. Za czyjeś grzechy. Za cudze. Za swoje… A jednak, ktoś tu idzie, choć to jakieś dalekie odgłosy. Wpatrują się we mnie marmurowe twarze. Nieruchome, ślepe. Obojętne. Czekające ze mną aż do śmierci. Twarze posągów z kamienia. Popiersia. Oczy ich. Ich zimne usta… Niedokończone dzieła albo skończone. Okryte folią. I wszystkie takie same. Wpatrzone we mnie albo obrócone bokiem. I wszystkie milczące jak tylko śmierć może milczeć zza grobu. Albo zapomnienie. Dzień i noc. I znowu dzień. I znowu słońce padające z ukosa. Od okna. Od okien. Od balkonu. Sunąca po ścianie słoneczna plama. Wędrująca. Pomarańczowa. Jaskrawa. Taka jak wtedy, kiedy oczekiwałem przybycia ojca. Jak wtedy, kiedy nie przyszedł, choć czekałem długo, trzymając w rękach gliniany dzbanuszek. Kurczowo. Jak wtedy, kiedy miałem lat kilkanaście. I czekałem jak niedorozwinięte dziecko z rozpoznanym spektrum autyzmu. Choć wtedy to się nazywało jakoś inaczej. Albo może było to coś innego. W każdym razie ojciec nie przyszedł. A czekałem długo aż do zaniknięcia słonecznej plamy na dębowej klepce, na ścianie. Na fornirze szafy. Na drzwiach obitych brązowym skajem. I wpatrywałem się w mosiężne klamki. Takie z zielonkawym nalotem. Z patyną zebraną przez te wszystkie lata oczekiwania. I te ciągłe powtórzenia. Te przedmioty ustawione równo pod kancik i koniecznie w tej samej kolejności. Zdjęcia wypadają mi z dłoni. Podnoszę. Oglądam raz jeszcze. Czarno-białe. Małe. Maleńkie. Robione takim aparatem starej daty, kiedy nie było mnie jeszcze na świecie. Choć nie, to tylko, mamidło, przywidzenie. Znowu to przywidzenie. Przecież tu się nic nie porusza. I nie ma prawa poruszyć! Poruszają się tylko same obrazy jak w fotoplastikonie. Przechodzą przed oczami powoli. Albo przeskakują takimi nieoczekiwanymi zrywami. A więc jest ktoś tu jeszcze. Patrzę. Wpatruję się dogłębnie. Lecz nie widzę nikogo poza samym sobą. Poza tym odbiciem w lustrze stojącego trema. I te usta blade. Kamienne usta. I te usta nie mogące wypowiedzieć słowa… Jesteś tu jeszcze? 3 Otwieram oczy. Zamykam. Oślepia mnie blask zachodzącego powoli słońca. Nadciąga zmierzch. Jestem tutaj. Gdzieś. W jakimś ustroniu nieznanym. Las na skraju mieni się szaro-niebieską kreską. Chyba tu kiedyś byłem. I jestem znowu. I jestem znów w tej trawie po kostki, w tych źdźbłach łaskoczących łyski. W tych ostrych chwastach kaleczących stopy. Jestem tu jeszcze. I znowu jestem. Chyba kiedyś tu byłem, tak! Pamiętam!. Powracam wciąż w to samo miejsce. Albo to mnie coś tu przywołuje, przywraca i stwarza od nowa. Jakbym rodził się na nowo, choć z pamięcią przeszłości. Byłem tu kiedyś. Byliśmy. Wiem, że pamiętasz. Pamiętasz, prawda? Dlaczego milczysz? Dlaczego nie wypowiesz słowa? Twoje blade usta. Doskonale nieruchome i zakryte woalką absolutnego milczenia. Twoje niewidzące oczy. Twoja twarz marmurowa. Wyciosana. Twarz kamienna. Niemalże doskonale biała. Odbijająca słońce. W błyszczącym odlewie jarzy się liliowa poświata. Kiedyś tu szliśmy. Chyba szliśmy. Szliśmy skrajem łąki wśród fioletów, żółci, czerwieni… I kiedy szliśmy, a szliśmy wolno, wiatr nas omiatał swoim przejrzystym powiewem. I kiedy tak szliśmy, to wtedy twoje włosy omiotły mnie raz, drugi, trzeci… Twoje włosy, kiedy byliśmy bliżej niż grubość kartki papieru, źdźbła trawy. I kiedy tak idę teraz o wieczorze, idziemy, rani mnie wciąż wspomnieniem dotyk twojej dłoni. I pamiętam obraz twarzy, tej twarzy uśmiechniętej, co się wymiguje nadal żarłocznej nicości. Żyje wciąż we mnie. Żyje. Żyjesz. Żyjemy… W zaroślach teraz duszno i parno. Jak wtedy, kiedy w malinowym chruśniaku… Biją mnie po twarzy liście, łodygi, gałęzie... Wiotkie, sztywne i miękkie.. Przedzieram się. Idę, wlokąc swoje ciało całe w bliznach. Podnoszę z ziemi porzucony kamień. Raczej kamyk mały. Bije od niego taka głucha obcość aż w uszach dzwoni. I cisza szumi szerokim w polu wiatrem… Spójrz! Na piaszczystej ścieżce, na drodze kołyszące cienie. Rozedrgane. Prześwity mnożą się i nikną w tym skwarze, w tej gorącej godzinie dusznego lata. Jesteś tu jeszcze? (Włodzimierz Zastawniak, 2025-06-03)
  17. Arsis

    Ambientalnie

  18. Arsis

    Ambientalnie

  19. Arsis

    Płytoteka

    Album „Emergency on Planet Earth”, ukazał się 1993 roku. To pierwszy studyjny album brytyjskiej formacji Jamiroquai. Grupa proponuje żywiołową mieszankę fanku i acid-jazzu z bogatą sekcją instr. dętych z didgeridoo, instrumentem australijskich Aborygenów, na czele. Pełno tu miejskiego powietrza. Powietrza brudnego. Pełnego spalin, kanałowych wyziewów, ulicznego ruchu (nowojorskich autobusów, taksówek?) przechadzających się typów w różnokolorowych dresach, wytartych dżinsach i z wielkimi magnetofonami na ramionach… Lata 70., 80. XX wieku. Dzieci-kwiaty, hippisi… Brudne nowojorskie (londyńskie) kluby, podejrzane speluny, ulice, place. Zakamarki, zaułki przepojone wonią marihuany… Grupie przewodzi gość w niebanalnym nakryciu głowy. Takim śmiesznym, jakby jamajskim kapeluszu. Jego głos to pierwszy, rozpoznawalny znak zespołu. Nie można go pomylić z nikim innym. To Jason Luís Cheetham, a właściwie Jay Kay. Mimo że grupa wypracowała swój własny styl, zagospodarowała stosunkowo wąską muzyczną niszę, to robią to w sposób mistrzowski, niebanalny, nietuzinkowy… (Włodzimierz Zastawniak, 2025-05-05) Skład: Jay Kay – wokal, produkcja, Vannessa Simon – drugi wokal, Stuart Zender – gitara basowa, Andrew Levy – gitara basowa, Gavin Dodds – gitara, Glenn Nightingale – gitara, Simon Bartholomew – gitara, Toby Smith – instr. klawiszowe, Mike Smith saksofon, flet, Gary Barnacle – saksofon, John Thirkell – trąbka, flugelhorn, Richard Edwards – puzon, Wallis Buchanan – didgeridoo, Nick van Gelder – instr. perkusyjne, Kofi Kari Kari – instr. perkusyjne, Maurizio Ravalico – instr. perkusyjne, The Reggae Philharmonic Strings
  20. @Somalija dobry wieczór albo dzień dobry, albo... jedno i drugie...
  21. Albowiem dotykając… Wiesz, piszę w świetle idącym od gwiazd. W drżących rozpryskach iskier. W powietrzu piszę słowa spokojne jak niebo, jak noc. W zapachu jaśminów. W woni słodkawej i tkliwej. W przestworzu ogromnej melancholii. W tej otchłannej zmysłowości, co mnie okrywa szalem utkanym na drutach matki będącej w niebie. Jakby to był jej prezydent i błogosławieństwo na pierwszy krok naszej wspólnej drogi. To od księżyca. To wszystko płynące od niego. Albowiem omiata srebrnymi brwiami pustkę ogrodu, ścieżki niknące w dali. I przemyka chyłkiem, rozsuwając gałęzie cichym szmerem wiatru. To od księżyca. To od niego miłość się niesie jak echo. Wszystko zbyt długo dławiłem w gardle, nie mogąc z siebie wykrztusić słowa. I szedłem od drzewa do drzewa. Od krzewu jaśminu do róż nabiegłych krwią, czerwonych jak spragnione usta. Twoje? Moje? … nasze… … choć na razie w tej samotni niczyje… I widzę twoje włosy. Rozfalowane. I czuję na skroniach twoje dłonie… Na jawie? We śnie? Nie wiem. Ale wiem, że tęsknię, kochanie. Omiatasz mnie w noc każdą tym spojrzeniem, wzrokiem zastygłych oczu. I omiatasz mnie podwójnie, potrójnie snem skrzydlatym jak nigdy dotąd. I bardziej. I jeszcze.. I kiedy ulatujemy w przestwór, złączeni, mijamy wierzby kulejące, co się podpierają na zgrubiałych sękach. I topole strzeliste, i dęby, kasztany… Dużo tego. Tak bardzo wiele… I pamiętam, że w dłoń moją weszłaś ciepło jak lato. To było wtedy. A teraz? Zamykam cię w sobie tak jak zamyka się kwiat drżący w powiewie. I byłaś we mnie. I jesteś... (Włodzimierz Zastawniak, 2025-05-13)
  22. Arsis

    Ambientalnie

  23. Arsis

    Płytoteka

    Wspomnienie dzieciństwa, młodości. Czegoś, co już dawno przeszło. Zapadło się w nicość. Stało się jedynie duchową aurą. To taka kontemplacja z duchami, ze swoimi własnymi bytami, które przechadzają się szkolnymi korytarzami po podłodze ułożonej w dębową klepkę o nikłej woni woskowej, zwietrzałej pasty. Uchylone drzwi do poszczególnych klas. Porzucone sprzęty, pomoce naukowe, szklane gabloty z eksponatami. Okryte zakurzoną folią zapomniane artefakty. Na tablicach pościerane częściowo nakreślone białą kredą matematyczno-fizyczne wzory, wykresy, fragmenty zdań… Na pożółkłych plakatach szkice, portrety wielkich bohaterów, uczonych… Co to takiego? Portugalczycy nazywają to „Saudade”, czyli nostalgia za utraconą przeszłością. Samotna kontemplacja przemijania, rozkładu. Postępującej nieubłaganie entropii wszechświata, wszelkiego czasu… Smutek i melancholia spada na słuchacza od pierwszych nut, od pierwszych dźwięków, od pierwszych fraz takim szumiącym, perlistym deszczem… - kroplami łez. Niby nic nowego. Przecież Bowness i Wilson przyzwyczaili nas do tego. Wypracowali swój własny, niepowtarzalny styl upajającej aż do szpiku kości tęsknoty za czymś nieosiągalnym, nieuchwytnym. Ot kolejna płyta duetu No-Man, od której wprost bije żal i ból. I ten głos Bownessa… Niby to samo, a jednak nie to samo. Jednak to coś więcej. Mnóstwo tu powietrza i przestrzeni. I szumu upływającego czasu... Nie ma tu natarczywych bitów i schizofrenicznych gitarowych wtrąceń. Nie ma tu szalonego pędu ku nie wiadomo czemu. Rozpędzonej lokomotywy wystukującej jednostajny, transowy rytm. Ta płyta to esencja smutku. Cóż można więcej powiedzieć? „Schooliard Ghost”, to album z 2008 roku. I chyba będący opus magnum duetu. Zwieńczeniem, koroną. Przynajmniej jak do tej pory. Może wymyślą coś jeszcze większego? To będzie trudne, niesamowicie trudne, wręcz niemożliwe, ponieważ poprzeczka jest tutaj ustawiona niezwykle wysoko. Chociaż… (Włodzimierz Zastawniai, 2025-04-29) Skład: Tim Bowness – wokal, Steven Wilson – instrumentarium, drugi wokal, Bruce Kaphan – gitara, Marianne De Chastelaine – skrzypce, Theo Travis – saksofon sopranowy, flet, Fabrice Lefebvre - yangqin, Colin Edwin – bas akustyczny, Pete Morgan - gitara basowa, Pat Mastelotto – instr. perkusyjne, Gavin Harrison – instr. perkusyjne, Rick Edwards – instr. perkusyjne, Andy Booker – instr. perkusyjne, Peter Chilvers – sample, Dave Stewart - aranżacja smyczkowa, Londyńska Orkiestra Sesyjna
×
×
  • Dodaj nową pozycję...