Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Arsis

Użytkownicy
  • Postów

    4 866
  • Dołączył

  • Ostatnia wizyta

  • Wygrane w rankingu

    1

Treść opublikowana przez Arsis

  1. @Gosława myślisz, że jest dobrotliwa? nalał bym jej kielicha... odłożyła by kosę w kącie... o czym bym z nią gadał? zagrałbym z nią w szachy? warcaby? karty? otworzyłbym drugą butelkę wina...
  2. @Gosława Fragment o Macieju nasunął mi obraz Jacka Malczewskiego pt. "Śmierć"...
  3. @Gosława to ty nosisz okulary? gdzie? nie wierzę... @GosławaPozostałe fragmenty... " Heksaptyk chłopski ----------------- (Na motywach powieści pt. „Chłopi”, Władysława St. Reymonta) I Kuba ---- Przekręcasz się z wielkim trudem, leżąc na wprost wywartych wrót. Wystawiasz drżącą rękę ku srebrzystej smudze księżycowej poświaty, ku wirującym powoli cząsteczkom kurzu. Zimno, coraz większe zimno. Nadciąga śmierć… Ręka opada ci na pokrytą słomą i zwierzęcymi odchodami ziemię. Ciche końskie rżenia, sapania, mlaskania ozorów. Krowy wystawiają ze swoich zagród rogate, szerokie gębule. Spoglądają swoimi bezrozumnymi ślepiami, błyskając odbitym światłem, ledwie zauważalnymi ukłuciami, jakby dalekich gwiazd. Przez usłane zwiędniętymi liśćmi podwórze przechodzi falami weselny tumult, przemykając ponad twoją głową, bych pomknąć daleko, dalekuśko… ― w boży świat. Rozświetlone, otwarte okna, uśmiechnięte, rozkrzyczane twarze… Piski… Głuche tupoty taneczników… Migające kolorami stroje, korale… Pędząca niczym górski potok szalona gra skrzypeczkowych muzykantów… Pot pozlepiał ci przerzedzone, siwe włosy. Podnosisz ciężką, pulsującą głowę, obserwując, zachwycony, jaśniejące światło. Ktoś głaszcze cię, obejmuje. Szeleszczą liście rozchwianych gałęzi, szepcząc cicho pacierze. Cosik jeszcze niewyraźnie mamroczesz, Kubo, deliberujesz, rozważasz, pomimo śmiertelnego skurczu. „Jezusie, Maryjo!...” ― I oddajesz ducha w Panajezusowe rączki, dostrzegając taką miłość niezgłębionych ócz. (...) III Hanka ----- Dlaczego jesteś smutna, Hanuś? Idziesz samotnie zaśnieżoną drogą. Mijasz rozświetlone okna chałup. Przejrzyste niebo migocze gwiazdami. Wschodzi nad lasem okrągluśka, księżycowa twarz. Zimno ci. Obejmujesz ramionami próżnię lodowatego powietrza. Zamiast kożucha, masz jedynie cienką, podartą chuścinę. Zamarzają ci pod oczami strużki łez. Płaczesz cicho, cichuśko, wznosząc zapuchnięte wysoko oczy. Drepczesz drobnymi kroczkami… - samiuśka, otoczona bezbrzeżną otchłanią nocny… Dochodzą cię dalekie, żałośliwe zawodzenia, jęki. „Jezusie, Maryjo!” Klękasz przed Panem Jezusem na pustym, mrocznym cmentarzu. Składasz dłonie do modlitwy, aże słychać jedynie łkający szept pacierza. ― „Ojce nas, któryś jest w niebie (...)” ― Wiatr tarmosi gałęziami topól, wierzb… Ulatuje. Pędzi po zaśnieżonych polach. ― „(…) chleba nasego powsedniego daj nam dzisioj (...)” ― Wilki ciągną dalekuśko swoje przejmujące wycia aż cierpnie skóra. ― „(...), ale nas zbaw ode złego. Amen.” Żegnasz się skostniałymi od mrozu rączętami, padając na twarz w bieluśki śnieg, by, leżąc krzyżem, zażebrać gwałtownym płaczem ― o zmiłowanie. IV Maciej ----- Okrągluśki księżyc zagląda przez szeroko wywarte drzwi pokoju. Dochodzi skądsiś ściszony szept. Otwierasz, Macieju, szeroko oczy, chcąc dojrzeć lepiej srebrną smugę światła, pełznącą powolutku po ścianie. Wyraźnieją kontury okrytych półmrokiem przedmiotów. We framugach okna migoczą niedosiężne gwiazdy. Obserwują cię obojętnie święci, spomiędzy drewnianych, zakurzonych ram. Śpik wiekuisty zmorzył całą ziemię. Nastał czas niewidzialnych, zbłąkanych dusz. Ktoś ciebie nawołuje. Kto? Wstajesz powoli z łóżka, tchnięty nagłym impulsem. Wzuwasz długie cholewy. Dotykając rozedrganą dłonią drzwi, przekraczasz próg wiosennej nocy. Wszystko jest dla ciebie takie dziwne. Wiatr rozwiewa ci włosy. Jesteś blisko… ― ale to coś ― zaraz pierzcha za kotarę mroków niepamięci. Jednak ponownie zaczynasz rozumieć, obejmując ze zdumieniem głowę, lecz ― ogarnia cię pustka… Znowu kolejny błysk świadomości rozjaśnia absolutną czerń. Chwytasz kolejne sprzęty… Juściś cosik wyciągasz, juściś… ― znowu nic… Stajesz po środku pola zapatrzony przed siebie. „Jezusie, Maryjo! Tyle zeczy, tyle…„ ― mamroczesz niewyraźnie, rozważasz... Wiatr targa młodymi liśćmi wierzb, otacza cię… Wszystko nachodzi… Ogromna, księżycowa twarz… Światło wciąż ogromnieje do niebywałej jaskrawości… Klęcząc, szepczesz pacierze ze złożonymi ściśliwie dłońmi… Śmierć kreśli ci na podniesionym czole krzyż. V Jagna i Jasio ----------- Widzisz, Jaguś, jego cudowne oczy. Uwielbiasz ten rozmodlony, mądry głos. Wtedy, kiedy czyta ci przeróżne historie z książki o dalekim świecie. Uwielbiasz historie o królach. To taki inny świat. Czy kochasz? Tak. Kochasz nad życie, mimo że miłość to nieodwzajemniona. Oczekujesz każdego spotkania z łomotaniem serca. Podziwiasz go rozmiłowanie, przystrojonego za ołtarzem, odprawiającego mszę, jakoby zstępował anioł z jasnymi loczkami. Słuchasz jego przedsennych modlitw podczas dusznej, pachnącej jaśminem nocy, ukryta pod jego otwartym oknem… Czy on wie? Nie. I nigdy się nie dowie. Tajemnica miłości przeogromnie słodka, paląca cosik we wnętrzu. Marzysz tkliwie o każdym, niewinnym muśnięciu. Bo miłość to niewinna, przepełniona zapachem kwiatów, lekkością motyla, rozwianym puchem mleczy… Choć wiesz, że jest beznadziejna, niespełnialna, obarczona klęską, wciąż czekasz niewysłowienie tęskniąc. Bo jest piękna, pięknością szczęśliwych ludzi, idących przez rozsłonecznione, falujące łany złotych zbóż. Którym, mimo zagubienia, nie potrzeba jakichkolwiek drogowskazów. VI Jagna ----- (Koda) Nie płacz, Jaguś. Chodź. Obetrę ci delikatnie kapiące łzy. Stoisz przy oknie, okrywając ramiona połataną chuściną. Ptaki przelatują, gdzieś nad żółtymi polami więdnących kwiatów. Ogromne słońce dotyka ziemi… Ciemnieje… (Włodzimierz Zastawniak, grudzień 2018)
  4. Arsis

    Płytoteka

    „Travelling Without Moving”, to trzeci album grupy Jamiroquai z 1996 roku. Album jest niejako kontynuacją dwóch poprzednich płyt. Fantastyczny wokal Jay Keya sprawdza się znakomicie w tym roztańczonym, soulująco- funkowym stylu. Przewija się tutaj cała gama gatunków i podgatunków muzycznych. Muzyczna podróż bez ruszana się z domu. Mijamy tutaj poszczególne stacje począwszy od disco, reggae poprzez latynoskie rytmy pokroju Santany. Aż po etniczne klimaty transowych (szamańskich) aborygeńskich rytmów. Wdychamy sunące przez nieskończone równiny australijskiego buszu nikłe wonie dalekich palenisk... Ta płyta to również szybkie samochody i fantastyczne nakrycia głowy (czy to wyszukane kapelusze, czy to kosmiczne kaski) wokalisty, który pląsa w swoim charakterystycznym stylu. Charakterystycznym tak jak charakterystyczny i nietuzinkowy jest cały ten zespół. (Włodzimierz Zastawniak, 2025-05-11) Skład: Jay Kay – wokal, Toby Smith – syntezatory, Stuart Zender – gitara basowa, Simon Katz – gitara, Derrick McKenzie – instr. perkusyjne, Wallis Buchanan – didgeridoo, Sola Akingbola – perkusja, DJ D-Zire – miks gramofonowy, Simon Hale – aranżacja smyczkowa, Gavin Wright – wiolonczela, Max Beesley – wibrafon, Gary Barnacle – saksofon, John Thirkell – trąbka, Londyńska Orkiestra Symfoniczna
  5. @Gosława kurcze blade... @Gosława jakoś tak mi zaleciało Reymontowskimi Lipcami... @Gosława "Biegniecie przed siebie, porwani nagłym, gorącym uniesieniem, czując błogość, szczęście, gwałtowny ścisk… ― Jaguś, ty moja… ― Jantoś, jedyny mój, jedyny… Cosik pulsuje we wnętrzu. Dzieją się tam jakieś dziwne rzeczy. Biegniecie przed siebie. Śnieg skrzypi pod stopami. Sine, ciężkie obłoki zawadzają o rozkołysane gałęzie pojedynczych drzew, o bezlistne, rozczapierzone palce… Wiatr pogwizduje, hula, kręci.. Przypływa, odpływa… - cichnie. Mróz czerwieni nosy. Błyszczą zeszklone oczy, nabrzmiałe usta... Chcecie zgnieść rozgorzałe serca pożądliwie, drapieżnie, dziko! (nikt was teraz nie zdoła rozewrzeć!) Upadacie ze śmiechem. I choć ćma coraz większa, coraz większy gęstnieje mrok, chociaż zabrnęliście niebacznie w bez-świat nieznany… Choć już bura noc, oraz mgły przechodzą skrajem lasu, chociaż zostawiliście daleko wszelki gwar wiejskiego życia, wciąż buzujecie namiętną krwią… ― Zniewoliłeś me. Cużem ja teraz poredze? ― Cichoj, Jaguś, cichoj. ― Bojam się, Jantoś. A jak nas obaczą? ― Ciii… Łapiecie oddech, niczym pływak zaczerpujący powietrza. Jednakże, mimo ryzyka śmierci ― schodzicie znowu… ― głęboko, najgłębiej… Oddychacie sobą, będąc już tylko sobą. Nierozerwalni, spleceni… ― przygnieceni nieskończonym niebem" ("Heksaptyk chłopski". iFragment. Na motywach powieści pt. „Chłopi”, Władysława St. Reymonta) - Włodzimierz Zastawniak, grudzień 2018)
  6. Arsis

    Płytoteka

    Tym razem kosmiczny przybysz wylądował na srebrnym globie. Zagadkowy kapelusz, marynarka koniecznie z szerokimi klapami, spodnie dzwony... Klimaty prosto z Gorączki sobotniej nocy. Album „The Return of the Space Cowboy”, z 1994 roku to w dalszym ciągu fank, soul i acid-jazz, z całą ścianą smyczkowego-dętego instrumentarium. Dodatkowo spoiwem jest tu swojego rodzaju eklektyzm. Pełno tu inspiracyjnych rozmaitości-znakomitości. Słychać tu echa Jamesa Browna, Steviego Wondera, Herbiego Hancocka, i nawet Michaela Jacksona. I wszystko to zanurzone w syntezatorowym sosie, swoistym lepiszczu klawiszowca i współzałożyciela grupy, nieżyjącego już Toby'ego Smitha. Choć zespół nie wychodzi poza swoje stylistyczne, muzyczne ramy i na tym albumie, to jest to ten rodzaj grania, który nigdy się nie znudzi, mimo że pozornie nie różni się on za wiele od prezentowanego na poprzednim, debiutanckim wydawnictwie z 1993 roku. (Włodzimierz Zastawniak, 2025-05-06) Skład: Jay Kay – wokal, produkcja, Toby Smith – instr. klawiszowe, Stuart Zender – gitara basowa, Simon Katz – gitara elektryczna, Derrick McKenzie – instr. perkusyjne, Nick Van Gelder - instr. perkusyjne, Jeffrey Scantlebury – instr. perkusyjne, Maurizio Ravalico – instr. perkusyjne, Wallis Buchanan – didgeridoo, Gary Barnacle – saksofon, Richard Edwards - puzon, John Thirkell – trąbka, Matthew Scrivener – skrzypce, Iain Mackinnon – skrzypce, Owen Little – altówka, Robert Bailey - wiolonczela, Colin Davy, - drugi wokal, Sean Quinn – drugi wokal
  7. 1 Kwiaty mówią i szepczą o tobie. Kiedy o wieczorze, o zmierzchu tak rzeczywistym jak ten cień drzewa, co przerasta mnie w tym słońcu, w liliowej poświacie nadciągającej powoli nocy. A więc stałem w tym blasku idącym od okna. W tej poświacie . W tej tajemnicy czasu. W tej rozmytej substancji czasu. Albowiem to światło. To światło… Albowiem w nim nie ma żadnej rzeczywistej granicy między tym i tamtym. Między dokonanym a niedokonanym. Między przeszłością a przyszłością, nie wyłączając teraźniejszości. Między dniem a nocą. Między pamięcią a zapomnieniem… Przede mną, wokół mnie parada wspomnień. Potem przychodzą następne a poprzednie wchodzą przezroczystym wymiarem w niewidzialność… Ale tylko na chwilę, bądź na chwilę… Wiesz, byłem tutaj i tam. Byłem znowu. I jestem. Powracam wciąż w to samo miejsce. Niezmienione przez te wszystkie lata. Trwające wiecznie. Wiesz, otwierają się przede mną obrotowe drzwi z powietrza, kiedy idę łąką czerwoną, szerokim polem usłanym żółtą wegetacją, piaszczystą ścieżką w tej gorącej godzinie lata, w tej dusznej godzinie. W chmurze pyłu mijającego mnie piaskowego diabła… I kiedy wiatr. I ten wiatr. I białe żagle obłoków na niebie. I cienie sunące wolno w dal. Mijam cudowne w zbożu rozkłoszenie słońca, co prześwituje niteczkami ostrymi jak igła, strzeliste topole. Trzeszczące cicho, rozchwiane… I znowu wiatr wokół skroni, rozczesujący włosy czyjąś niewidzialną dłonią, tak jak wtedy, kiedy rozczesywałem twoje. I kiedy dzień był nasz, był nasz sen i kiedy było jeszcze wtedy nasze serce. W bzach rozchodziły się harce słowików. Rozchodzą. Ich śpiewy. Nawoływania... Pamiętasz? Pamiętasz, prawda? I szepty nasze. I słowa ukryte w westchnieniach, słowa proszące o jeszcze… Choć nie było tam wtedy nas, bo tak naprawdę byliśmy gdzie indziej. Świat przemijał, przechodził obok jak przechodnie bez twarzy mijają zatopionego w myślach włóczykija. Który nie zważa na nich. Tak jak nie zważa się na wiatr o zapachu deszczu, co rozwiewa poły dziurawej marynarki. Chyba tu przerwę na chwilę pisanie, bo zrobiło się jakoś tkliwie i sennie… Bo widzisz, nie było nas i znowu jesteśmy. Nie było nas przez te wszystkie lata osamotnienia. 2 Chodź do mnie. Przyjdź. Wchodzę właśnie w przestwór bez wyrazu. W jakąś otchłań, stając się niejako jakimś mistycznym eksploratorem przepaści, który próbuję uchwycić istotę i sedno. Nieuchwytne piękno rozmytej nicości. Ocieram się tutaj o wszystko i o nic. Ta otchłań jest taka zimna. Pełno tu niczego. I pełno niczego. Kiedy dotykam ścian pustego domu. W szparach, w pęknięciach, między deskami deszcz. Krople skapują z wysoka, ściekają. Ściekają strugi. W oknie otwartym szeroko, w polu dalekim. A więc w oknie otwartym szeroko na oścież, w dalekim widzeniu pustki. Pod lasem snuje się polem flotylla mgieł. A więc to już jesień, mimo że było dopiero lato. Idę wzdłuż kamiennego muru pełnego mchu i wilgoci. Trę otwartą dłonią po tych płaszczyznach, po tych spojeniach z wykruszonym tynkiem, próbując odszyfrować daktyloskopię niewidzialnych dotknięć nawarstwionych przez lata. Idę, podążam. Zawadzam rozkrwawionymi palcami o wystające gwoździe, zardzewiałe pręty. Jednak nie czuję bólu. No, może odrobinę, lecz zagłuszoną wspomnieniem o tobie. I tam szliśmy, pamiętam, do tych drzew rozłożystych. Do tych konarów rozczochranych dębów, kasztanów. Do tych splątań korzeni. Do tego chłodu, co pędzi wartkim nurtem strumienia. Wdychaliśmy zapach żywicy i soli, wtapiając się w drzewostany i krzewy. W klaszczące liście. W szepty rozmaitych zamglonych duchów. W ich opowieści. W dzieje tajemne. W korzenie… Spadła mi na kartkę kropla. Druga. Trzecia… Upiłem za wiele, zachłysnąwszy się, muszę odkaszlnąć kilka razy. Od szlochu. Od jakiegoś nagłego wzruszenia, które przewierca mnie na wylot. Wpadło nie tam, gdzie trzeba… Moment. Chwila. Zaraz dojdę do siebie. Twarz mi spąsowiała. Łzy zaszkliły szczypiące oczy… 3 Rozczuliła mnie maleńka iskra dźwięku usłyszanego w przelocie, czegoś nieokreślonego, gdzieś między snem a jawą. I nie wiem czy śniłem wtedy o tobie, być może. Nie pamiętam, ponieważ spojrzałem w okno zaraz po przebudzeniu. Świt jaśniał i mienił się w złączeniu i z osobna. Drzewa szeptały, nawoływały. Coś długo mówiły i przestać nie mogły. I po chwili powróciły urywki obrazu. A więc w dalekiej odległości dom jakiś opleciony dzikim winem. Okna zabite deskami. I coraz bliżej. I jeszcze w wielkim zbliżeniu popękana faktura tynku widziana wyraźnie jak powierzchnia dłoni, zagięcia i spirale papilarnych linii. Jakiś wernisaż, wystawa dzieł wielkich malarzy. Sztuka nowoczesna. Abstrakcja. Nowe formy wyrazu. Między krzakami bzu, za sztachetami malwy jakieś gliniane formy, spalone słońcem popękane twarze. Rzeźby. Popiersia. Dzieła jakieś nieznane, zapomniane, niczyje. Przechodzące od figuracji, poprzez wielobarwny fowizm, aż do całkowitego zagubienia tematu w maksymalnym uproszczeniu form suprematyzmu. Po pokryte jedynie podkładem płótna. A dalej, tylko stosy porzuconych blejtramów, spomiędzy których wyrastają korzenie, sztywne gałęzie chwastów. Stosy składowane byle jak i byle gdzie. Jakby to były jakieś złogi braku koncepcji i myśli. Głowa opada mi na blat stołu. Na dnie pustej butelki mienią się kryształy kosmicznego pyłu. Gwiazdy płoną. Wirują ociężale spirale galaktyk... 4 Przed lustrem stojącego trema jakaś kobieta z nieobecnym wyrazem twarzy rozczesuje swoje długie włosy. Rozczesuje je wolno i z jakimś dogłębnym namysłem. Nie wiadomo, kiedy odeszło leżące na podłodze martwe dziecko, ale chyba dawno temu, ponieważ posiniało już i skurczyło się w sobie, stając się przez to o wiele mniejsze. Szeroki rękaw nocnej koszuli porusza się nieustannie w tę i z powrotem, jakby w tym mechanicznym odruchu głaskania ukryta była ta cała matczyna miłość, lecz i pogodzenie. Nie ma już nas. (Włodzimierz Zastawniak, 2025-06-15)
  8. Arsis

    nasza muzyka - org.fm

  9. @Gosława ...
  10. Arsis

    Odszedł Brian Wilson

  11. Arsis

    nasza muzyka - org.fm

  12. Arsis

    nasza muzyka - org.fm

  13. Arsis

    Ambientalnie

  14. 1 Powiedz mi. Mów! Jest tutaj. Przesuwa się po brzegach książek cień czyjejś dłoni. Twojej? Mojej? Po starym regale. W słońcu. W tym pokoju zimnym. W tej pustyni pełnej ziarenek kurzu, co płyną, co wirują i mżą na skraju miliardami bladych iskier. I w tej jaskrawej smudze idącej od otwartego na oścież okna. Spomiędzy drzew. W szeleszczących klaskaniach liści dębów, kasztanów.. W smukłej topoli, co się wywija strzałą ku niebu. I w tej szumiącej ciszą otchłani… Odwracam się, by spojrzeć za siebie. Kto tu idzie i stąpa po stopniach schodowej klatki? Kto ma przyjść, nie przychodząc wcale? A jednak idzie duch jakiś obojętny ze złotymi brwiami. Rozpalonymi w słońcu. Nagrzanymi. W tej smudze, w tym snopie pałającym w kaskadzie kobaltowego nieba. Ono płonie jak i płoną moje skronie od tej gorączki oczekiwania i pulsu bijącym szybko i mocno. Kto ma przyjść? Ktoś, kto majaczy o życiu. Kto tu idzie? Nie widzę. Nie dowidzę, ponieważ zamiast twarzy widzę plamę jaskrawą i bystrą. Gorejącą świetlistą kulę, jakby aureolę. I zamiast oczami omiata wszystko intensywnym blaskiem, aż do oślepienia! Idzie ktoś… Nie. Nikt nie idzie. Płynie. Unosi się, nie dotykając stopami ziemi. To tylko przywidzenie. Omam. Senna na jawie imaginacja. Niosą się stukoty i nikłe skrzypienia niedomkniętej w ogrodzie furtki. Od wiatru. W tym przeciągu nagłym, w którym toną jakieś nawoływania. Ptaków śpiewy. Świergoty… W zarośniętej dzikim winem oazie. owady brzęczą koło ust i skroni. Niewidzialne maleńkie istoty. Trzmiel zanurza się w kwiatach w złotej masce Agamemnona... W głośnikach radiowych. W wielkiej drewnianej radioli szepty i gwizdy. Roznoszą się w pustej otchłani domu. I roznoszą się czyjeś szepty. I te słowa powtarzane wciąż wkoło. Te same słowa… Jesteś tu jeszcze? 2 Wiesz, ja jestem, stoję tutaj i czekam. W kącie. Przy ścianie i regale z książkami. Pokryły mnie już pajęczyny. Te srebrne nitki. Szare teraz i brudne. Takie same, co falują pod sufitem od czyjegoś oddechu. Od czyjegoś westchnienia. Stoję ukrzyżowany. Przybity jak dębowa rzeźba z opuszczoną na piersi brodą. Za czyjeś grzechy. Za cudze. Za swoje… A jednak, ktoś tu idzie, choć to jakieś dalekie odgłosy. Wpatrują się we mnie marmurowe twarze. Nieruchome, ślepe. Obojętne. Czekające ze mną aż do śmierci. Twarze posągów z kamienia. Popiersia. Oczy ich. Ich zimne usta… Niedokończone dzieła albo skończone. Okryte folią. I wszystkie takie same. Wpatrzone we mnie albo obrócone bokiem. I wszystkie milczące jak tylko śmierć może milczeć zza grobu. Albo zapomnienie. Dzień i noc. I znowu dzień. I znowu słońce padające z ukosa. Od okna. Od okien. Od balkonu. Sunąca po ścianie słoneczna plama. Wędrująca. Pomarańczowa. Jaskrawa. Taka jak wtedy, kiedy oczekiwałem przybycia ojca. Jak wtedy, kiedy nie przyszedł, choć czekałem długo, trzymając w rękach gliniany dzbanuszek. Kurczowo. Jak wtedy, kiedy miałem lat kilkanaście. I czekałem jak niedorozwinięte dziecko z rozpoznanym spektrum autyzmu. Choć wtedy to się nazywało jakoś inaczej. Albo może było to coś innego. W każdym razie ojciec nie przyszedł. A czekałem długo aż do zaniknięcia słonecznej plamy na dębowej klepce, na ścianie. Na fornirze szafy. Na drzwiach obitych brązowym skajem. I wpatrywałem się w mosiężne klamki. Takie z zielonkawym nalotem. Z patyną zebraną przez te wszystkie lata oczekiwania. I te ciągłe powtórzenia. Te przedmioty ustawione równo pod kancik i koniecznie w tej samej kolejności. Zdjęcia wypadają mi z dłoni. Podnoszę. Oglądam raz jeszcze. Czarno-białe. Małe. Maleńkie. Robione takim aparatem starej daty, kiedy nie było mnie jeszcze na świecie. Choć nie, to tylko, mamidło, przywidzenie. Znowu to przywidzenie. Przecież tu się nic nie porusza. I nie ma prawa poruszyć! Poruszają się tylko same obrazy jak w fotoplastikonie. Przechodzą przed oczami powoli. Albo przeskakują takimi nieoczekiwanymi zrywami. A więc jest ktoś tu jeszcze. Patrzę. Wpatruję się dogłębnie. Lecz nie widzę nikogo poza samym sobą. Poza tym odbiciem w lustrze stojącego trema. I te usta blade. Kamienne usta. I te usta nie mogące wypowiedzieć słowa… Jesteś tu jeszcze? 3 Otwieram oczy. Zamykam. Oślepia mnie blask zachodzącego powoli słońca. Nadciąga zmierzch. Jestem tutaj. Gdzieś. W jakimś ustroniu nieznanym. Las na skraju mieni się szaro-niebieską kreską. Chyba tu kiedyś byłem. I jestem znowu. I jestem znów w tej trawie po kostki, w tych źdźbłach łaskoczących łyski. W tych ostrych chwastach kaleczących stopy. Jestem tu jeszcze. I znowu jestem. Chyba kiedyś tu byłem, tak! Pamiętam!. Powracam wciąż w to samo miejsce. Albo to mnie coś tu przywołuje, przywraca i stwarza od nowa. Jakbym rodził się na nowo, choć z pamięcią przeszłości. Byłem tu kiedyś. Byliśmy. Wiem, że pamiętasz. Pamiętasz, prawda? Dlaczego milczysz? Dlaczego nie wypowiesz słowa? Twoje blade usta. Doskonale nieruchome i zakryte woalką absolutnego milczenia. Twoje niewidzące oczy. Twoja twarz marmurowa. Wyciosana. Twarz kamienna. Niemalże doskonale biała. Odbijająca słońce. W błyszczącym odlewie jarzy się liliowa poświata. Kiedyś tu szliśmy. Chyba szliśmy. Szliśmy skrajem łąki wśród fioletów, żółci, czerwieni… I kiedy szliśmy, a szliśmy wolno, wiatr nas omiatał swoim przejrzystym powiewem. I kiedy tak szliśmy, to wtedy twoje włosy omiotły mnie raz, drugi, trzeci… Twoje włosy, kiedy byliśmy bliżej niż grubość kartki papieru, źdźbła trawy. I kiedy tak idę teraz o wieczorze, idziemy, rani mnie wciąż wspomnieniem dotyk twojej dłoni. I pamiętam obraz twarzy, tej twarzy uśmiechniętej, co się wymiguje nadal żarłocznej nicości. Żyje wciąż we mnie. Żyje. Żyjesz. Żyjemy… W zaroślach teraz duszno i parno. Jak wtedy, kiedy w malinowym chruśniaku… Biją mnie po twarzy liście, łodygi, gałęzie... Wiotkie, sztywne i miękkie.. Przedzieram się. Idę, wlokąc swoje ciało całe w bliznach. Podnoszę z ziemi porzucony kamień. Raczej kamyk mały. Bije od niego taka głucha obcość aż w uszach dzwoni. I cisza szumi szerokim w polu wiatrem… Spójrz! Na piaszczystej ścieżce, na drodze kołyszące cienie. Rozedrgane. Prześwity mnożą się i nikną w tym skwarze, w tej gorącej godzinie dusznego lata. Jesteś tu jeszcze? (Włodzimierz Zastawniak, 2025-06-03)
  15. Arsis

    Ambientalnie

  16. Arsis

    Ambientalnie

  17. Arsis

    Płytoteka

    Album „Emergency on Planet Earth”, ukazał się 1993 roku. To pierwszy studyjny album brytyjskiej formacji Jamiroquai. Grupa proponuje żywiołową mieszankę fanku i acid-jazzu z bogatą sekcją instr. dętych z didgeridoo, instrumentem australijskich Aborygenów, na czele. Pełno tu miejskiego powietrza. Powietrza brudnego. Pełnego spalin, kanałowych wyziewów, ulicznego ruchu (nowojorskich autobusów, taksówek?) przechadzających się typów w różnokolorowych dresach, wytartych dżinsach i z wielkimi magnetofonami na ramionach… Lata 70., 80. XX wieku. Dzieci-kwiaty, hippisi… Brudne nowojorskie (londyńskie) kluby, podejrzane speluny, ulice, place. Zakamarki, zaułki przepojone wonią marihuany… Grupie przewodzi gość w niebanalnym nakryciu głowy. Takim śmiesznym, jakby jamajskim kapeluszu. Jego głos to pierwszy, rozpoznawalny znak zespołu. Nie można go pomylić z nikim innym. To Jason Luís Cheetham, a właściwie Jay Kay. Mimo że grupa wypracowała swój własny styl, zagospodarowała stosunkowo wąską muzyczną niszę, to robią to w sposób mistrzowski, niebanalny, nietuzinkowy… (Włodzimierz Zastawniak, 2025-05-05) Skład: Jay Kay – wokal, produkcja, Vannessa Simon – drugi wokal, Stuart Zender – gitara basowa, Andrew Levy – gitara basowa, Gavin Dodds – gitara, Glenn Nightingale – gitara, Simon Bartholomew – gitara, Toby Smith – instr. klawiszowe, Mike Smith saksofon, flet, Gary Barnacle – saksofon, John Thirkell – trąbka, flugelhorn, Richard Edwards – puzon, Wallis Buchanan – didgeridoo, Nick van Gelder – instr. perkusyjne, Kofi Kari Kari – instr. perkusyjne, Maurizio Ravalico – instr. perkusyjne, The Reggae Philharmonic Strings
  18. @Somalija dobry wieczór albo dzień dobry, albo... jedno i drugie...
  19. Albowiem dotykając… Wiesz, piszę w świetle idącym od gwiazd. W drżących rozpryskach iskier. W powietrzu piszę słowa spokojne jak niebo, jak noc. W zapachu jaśminów. W woni słodkawej i tkliwej. W przestworzu ogromnej melancholii. W tej otchłannej zmysłowości, co mnie okrywa szalem utkanym na drutach matki będącej w niebie. Jakby to był jej prezydent i błogosławieństwo na pierwszy krok naszej wspólnej drogi. To od księżyca. To wszystko płynące od niego. Albowiem omiata srebrnymi brwiami pustkę ogrodu, ścieżki niknące w dali. I przemyka chyłkiem, rozsuwając gałęzie cichym szmerem wiatru. To od księżyca. To od niego miłość się niesie jak echo. Wszystko zbyt długo dławiłem w gardle, nie mogąc z siebie wykrztusić słowa. I szedłem od drzewa do drzewa. Od krzewu jaśminu do róż nabiegłych krwią, czerwonych jak spragnione usta. Twoje? Moje? … nasze… … choć na razie w tej samotni niczyje… I widzę twoje włosy. Rozfalowane. I czuję na skroniach twoje dłonie… Na jawie? We śnie? Nie wiem. Ale wiem, że tęsknię, kochanie. Omiatasz mnie w noc każdą tym spojrzeniem, wzrokiem zastygłych oczu. I omiatasz mnie podwójnie, potrójnie snem skrzydlatym jak nigdy dotąd. I bardziej. I jeszcze.. I kiedy ulatujemy w przestwór, złączeni, mijamy wierzby kulejące, co się podpierają na zgrubiałych sękach. I topole strzeliste, i dęby, kasztany… Dużo tego. Tak bardzo wiele… I pamiętam, że w dłoń moją weszłaś ciepło jak lato. To było wtedy. A teraz? Zamykam cię w sobie tak jak zamyka się kwiat drżący w powiewie. I byłaś we mnie. I jesteś... (Włodzimierz Zastawniak, 2025-05-13)
  20. Arsis

    Ambientalnie

  21. Arsis

    Płytoteka

    Wspomnienie dzieciństwa, młodości. Czegoś, co już dawno przeszło. Zapadło się w nicość. Stało się jedynie duchową aurą. To taka kontemplacja z duchami, ze swoimi własnymi bytami, które przechadzają się szkolnymi korytarzami po podłodze ułożonej w dębową klepkę o nikłej woni woskowej, zwietrzałej pasty. Uchylone drzwi do poszczególnych klas. Porzucone sprzęty, pomoce naukowe, szklane gabloty z eksponatami. Okryte zakurzoną folią zapomniane artefakty. Na tablicach pościerane częściowo nakreślone białą kredą matematyczno-fizyczne wzory, wykresy, fragmenty zdań… Na pożółkłych plakatach szkice, portrety wielkich bohaterów, uczonych… Co to takiego? Portugalczycy nazywają to „Saudade”, czyli nostalgia za utraconą przeszłością. Samotna kontemplacja przemijania, rozkładu. Postępującej nieubłaganie entropii wszechświata, wszelkiego czasu… Smutek i melancholia spada na słuchacza od pierwszych nut, od pierwszych dźwięków, od pierwszych fraz takim szumiącym, perlistym deszczem… - kroplami łez. Niby nic nowego. Przecież Bowness i Wilson przyzwyczaili nas do tego. Wypracowali swój własny, niepowtarzalny styl upajającej aż do szpiku kości tęsknoty za czymś nieosiągalnym, nieuchwytnym. Ot kolejna płyta duetu No-Man, od której wprost bije żal i ból. I ten głos Bownessa… Niby to samo, a jednak nie to samo. Jednak to coś więcej. Mnóstwo tu powietrza i przestrzeni. I szumu upływającego czasu... Nie ma tu natarczywych bitów i schizofrenicznych gitarowych wtrąceń. Nie ma tu szalonego pędu ku nie wiadomo czemu. Rozpędzonej lokomotywy wystukującej jednostajny, transowy rytm. Ta płyta to esencja smutku. Cóż można więcej powiedzieć? „Schooliard Ghost”, to album z 2008 roku. I chyba będący opus magnum duetu. Zwieńczeniem, koroną. Przynajmniej jak do tej pory. Może wymyślą coś jeszcze większego? To będzie trudne, niesamowicie trudne, wręcz niemożliwe, ponieważ poprzeczka jest tutaj ustawiona niezwykle wysoko. Chociaż… (Włodzimierz Zastawniai, 2025-04-29) Skład: Tim Bowness – wokal, Steven Wilson – instrumentarium, drugi wokal, Bruce Kaphan – gitara, Marianne De Chastelaine – skrzypce, Theo Travis – saksofon sopranowy, flet, Fabrice Lefebvre - yangqin, Colin Edwin – bas akustyczny, Pete Morgan - gitara basowa, Pat Mastelotto – instr. perkusyjne, Gavin Harrison – instr. perkusyjne, Rick Edwards – instr. perkusyjne, Andy Booker – instr. perkusyjne, Peter Chilvers – sample, Dave Stewart - aranżacja smyczkowa, Londyńska Orkiestra Sesyjna
  22. Arsis

    Płytoteka

    Album „Together We’re Stranger”, ukazał się w 2003 roku. To album, który albo się pokocha albo znienawidzi. To muzyka trudna w odbiorze. Jednakże jeśli się ktoś do niej przekona to dozna wyciszenia i ukojenia. Tak naprawdę to ten album jest symfoniczną, oniryczną pięknością. Cała energia została poświęcona na tworzenie głębi klimatu oraz na powolne instrumentalne, transcendentalne aspekty. Jednakże trzeba dodać, że potrzeba nieco czasu na docenienie tego albumu. Bo to jest mimo wszystko płyta trudna, wymagająca skupienia oraz dodania czegoś od siebie. Ta płyta oczekuje od słuchacza pełnej interakcji a nie tylko biernego oczekiwania na muzyczne cuda. Z tą płytą trzeba współpracować. Potrzebuje ona od słuchacza umysłowego (emocjonalnego) wysiłku. Pełno w niej melancholii, smutku, zadumy. Ambientalnego minimalizmu. Może nie każdemu to się będzie podobało. Ale jak się ją odkryje i zrozumie, to wynagrodzi ona ze zdwojoną siłą nasze oczekiwania. Muzyka na tej płycie jest tajemnicą tak, jak tajemnicą jest jej okładka. Jakaś głębia. Wieczorny mrok. Zimowa otchłań zaśnieżonego pola? Na horyzoncie nikłe światła jakiejś dalekiej egzystencji, dalekiego życia… (Włodzimierz Zastawniak, 2025-04-28) Skład: Tom Bowness – wokal, Steven Wilson – instrumentarium, drugi wokal, produkcja, Michael Bearpark – gitara, Stephen Bennett - organy, Ben Castle – klarnet, flet, Roger Eno – harmonia, Peter Chilvers – gitara basowa, David Picking – instr. perkusyjne, trąbka.
  23. Arsis

    Płytoteka

    Po 6 latach oczekiwania ukazuje się kolejny album brytyjskiego duetu No-Man. Rok 2001, nowe tysiąclecie i od razu objawienie. Album „Returning Jesus”, w przeciwieństwie do swoich poprzedników jest niemalże pozbawiony bitów. To bardziej zbiór ambientowych, minimalistycznych ballad. Czy to źle? Ależ w żadnym razie! Na tej płycie widać albo raczej słychać twórcze poszukiwania. Pełno tu balladowego smutku z dodatkiem łagodnych elementów jazzu autorstwa znakomitego Theo Travisa, brytyjskiego saksofonisty, współpracującego min. z takimi formacjami jak Gong, Porcupine Tree czy Soft Machine, i Iana Carra, szkockiego trębacza, lidera grupy Nucleus, wykonującej muzykę fusion, rock psychodeliczny i funk. Łyżka dziegciu jest taka, że być może wokal Bownessa jest tutaj nieco jednostajny i monotonny (Bowness to wokalista bardzo charakterystyczny. Można go uwielbiać albo nienawidzić za swoistą manierę śpiewania), niemniej to właśnie Bowness nadaje płycie niezwykłą atmosferę i klimat. Coś w tym jest. To są bardziej pejzaże, obrazy malowane dźwiękami. Bowness, jak nikt inny, potrafi je malować swoim niepowtarzalnym, choć nieco monotonnym głosem. (Włodzimierz Zastawniak, 2025-04-27) Sklad: Tim Bowness – wokal, Steven Wilson – instrumentarium, kompozycje, produkcja, Ben Christophers - gitara akustyczna, David Kosten – syntezatory, Ian Carr – trąbka, Ian Dixon – trąbka, skrzydłówka, Theo Travis – saksofon, flet, Colin Edwin (Porcupine Tree) – gitara basowa, Steven Jansen – inst. perkusyjne, Rick Edwards - perkusja.
  24. Arsis

    Płytoteka

    Album „Wild Opera”, duetu No-Man, ukazał się w 1996 roku. To płyta niezwykle profesjonalna. Różniąca się od znakomitej acz stonowanej i spokojniejszej poprzedniczki „Flowermouth”, z 1994 roku. „Wild Opera”, jest przepełniona niesamowitymi efektami psychotycznych, niemalże transowych rytmów perkusyjnych z powplatanymi tu i ówdzie fragmentami saksofonowego jazzu Mela Collinsa. Fragmenty te są mocno niepokojące, na granicy schizoidalnego, można rzec schizofrenicznego szaleństwa. Ale to również płynący rozmarzony groove z elementami electro-jazzu. W sumie to taki trochę paranoidalny miszmasz dla niespokojnej duszy. Taka dzika dżungla (opera) z nieokiełznaną muzyczną roślinnością. Z muzycznymi pasażami rozplecionymi na pięciolinii niczym falujące na wietrze liany… (Włodzimierz Zastawniak, 2025-04-26) Skład: Tim Bowness – wokal. Steven Wilson – instrumentarium, drugi wokal, Natalie Box – skrzypce, Mel Collins – sample, saksofon tenorowy, Richard Barbieri – instr. klawiszowe, sample, Robert Fripp – gitara, Ian Carr – trąbka. Po prostu trzeba posłuchać.
×
×
  • Dodaj nową pozycję...