-
Postów
4 964 -
Dołączył
-
Ostatnia wizyta
-
Wygrane w rankingu
1
Treść opublikowana przez Arsis
-
@Somalija nigdy nie kupowałem dmuchanych lal w seksszopie, więc nie wiem
-
@Somalija ależ on sam wygląda (te jego ułożone w kółeczko usta) jak dmuchana lala z seksszopu
-
@Somalija było buzi prosto w usta, takie namiętne z języczkiem, wiesz... a następnie wypili po czarze okowity. a potem były słowa donka: oj, wowa, oj wołodia, władimirku.. jaki z ciebie zimny drań, ty łobuzie jeden, i znowu było mocno z języczkiem tak namiętnie do samego końca...a bladym świtem donek do wołodii; jak się tamten nie zgodzi cośmy ustalili, to zwalimy na niego winą za wszystko... i piąteczka donka z wową na pożegnanie i znowu po buziaku i lekkim klapsiku po nagich , spoconych po seksie pośladkach...
-
Owoc wyobraźni współczesnego mistrza
Arsis opublikował(a) utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
Szedł z nisko pochyloną głową poboczem pola, piaszczystą drogą. Szedł. Idzie obok kartofliska, które okrywa potok wieczornego słońca. Cały w pomarańczowej zorzy. Chłopski malarz. Namalował świat: bydło na rżyskach i pajęczyny babiego lata. Drżące. Sperlone kroplami rosy. Wiesz… Jesteś tu jeszcze? Idę i jestem tutaj. Idę tak, jak szedłem wtedy, pamiętasz? Niczego nie pamiętasz. Już nic nie pamiętasz i nie widzisz, gdyż twoje oczy... Martwe. I takie zimne zimnem kamienia. Bladego marmuru wyciosanego wieki temu dłutem nieznanego rzeźbiarza… Ale znowu idziemy razem. Idziemy tak, jak moglibyśmy iść we dwoje. Tak jak moglibyśmy… Idziemy. Idziemy. I idziemy raz jeszcze… Stawiamy kroki powolne, jakby w zadumie. Idziemy jak ten sen śniony nagle nad ranem. Jak ta widziadlana korektura zdarzeń, co chwyta za gardło jakimś ciężkim westchnieniem. Wypiłem trochę, to prawda. I wypiłem raz jeszcze, wznosząc toast za ciebie. Za nas… Dlaczego milczysz? Spójrz, wznoszę kielich… E, tam, kielich, butelkę całą. Wznoszę ją pod światło wieczornego słońca. I przez szkło przesącza się światłość pomarańczowa. Nadciągający wieczór. I przez szkło, przez płyn przejrzysty, przez te szkliste turbulencje spienionych majaków… Napijesz się ze mną? Patrz, jest jeszcze trochę. Widzisz? Nic nie widzisz. Ale ja, widzę za ciebie. Nie wypiłem do końca, albowiem chciałem… chcę zostawić tobie. Stoję w otwartym oknie i patrzę. Wiatr szarpie gałęziami kasztanów. Szeleści liśćmi. I szepcze. Szepcze. O, mój Boże, jak szepcze… Na stole leży talerz okruchami czerstwego chleba. I mży cały w pozłocie kryształowy wazon z wetkniętym bukietem czerwonych róż. I te róże. Te róże czerwone… Chodź, napij się ze mną. Na stole lśni butelka. Podnoszę ją, aby wznieść… Wiesz, był tu przed chwilą mój ojciec. Przyszedł zza grobu, aby się ze mną napić. Nie mówił nic, tylko patrzył. I patrzył tymi swoimi oczami. Takimi oczami zasklepionymi czarną ziemią jak u trupa. Był i znikł. Nie powiedział ani słowa… Kielich stoi nadal. Mój i jego. Jego i mój… Był i nie ma, choć przed chwilą jeszcze… Wiesz, ćwiczę wirtuozerskie szlify chorobliwej fantasmagorii. I próbuję przecisnąć się przez ścianę. Atomy mojego ciała łączą się z atomami tynku, zaprawy murarskiej i cegieł. Lecz nie mogę. Utykam, gdzieś pomiędzy. Nie potrafię przebrnąć jeszcze tej otchłani czasu. Choć jestem już bliski poznania tajemnicy przemieszania się w czasie. Wiesz, to jest w zasadzie proste. Bardzo proste… Wystarczy tylko… Zamykam oczy. Zaciskam szczelnie powieki. I widzę jak idzie ten malarz chłopski i maluje odręcznie dym płynący z łęciny, nad lasem idący... Mimo że cierpi na bóle głowy i zaniki pamięci. Ogląda swoje dłonie, palce. Licząc odciski, rdzę z lemieszy zdziera. (Włodzimierz Zastawniak, 2025-08-10)-
2
-
Chodź. Wejdźmy tam. W las głęboki, w polany dzikich listowi o korzennym aromacie wieczornych westchnień. Wiesz, słońce jaśnieje w twoich włosach koroną, kiedy je rozczesujesz dłonią, jakby w zadumie. Idziemy serpentyną wijącą się, zagubioną w przestrzeni gorącego lata, wśród stłoczonych lękliwie czerwonych samosiewów, wiotkich winorośli… W krzaku jaśminu, co lśni kroplami rosy, jawi się pajęczyna drżąca. I w tym drżeniu, w tej przedwieczornej zorzy, my. Chodź. Weź mnie za rękę. Chcesz, wiem, choć kroczysz w panteonie niedomówień i jakichś takich, jakby pobocznych spojrzeń, które w tobie kiełkują z nasion niepewności. Idziemy w cichym kołysaniu wierzb, w powiewach wiatru kładących się na pniach, na przydrożnym płocie drewnianym, na sztachetach, między którymi słońce przepuszcza w migotach swoje cienkie nitki jaskrawego blasku, na kładce przerzuconej nad perlistym nurtem strumienia, wśród feerii mżących kryształów. Na naszych ustach i dłoniach, na skroniach… Chodź. Wejdźmy w te szepty rozochoconych brzóz. W ramiona kasztanów ze skrzydlatych cieni. Niech nas oplotą, abyśmy mogli wzbić się na nich ku słońcu lekko. Z cichym krzykiem zamarłym na ustach. Idziesz z tyłu ścieżką, bądź kilka kroków przede mną. Dokądś wciąż wchodzisz. Skądś wychodzisz. Z jakichś zakamarków pełnych anemonów, z leśnych ostępów i w kwiecistym pióropuszu na głowie. Bogini natchniona śródpolnym wiatrem łagodnym. Uśmiechnięta. Chodź. Idziesz. Znowu idziemy. Ty, przede mną. To znowu odrobinę za mną. Obok. Przechodzisz. Przemykasz lekko. Zatrzymujesz się, rozmyślając nad czymś. To znowu zrywasz się truchtem, wybiegając o parę kroków wprzód. Idę za tobą w ślad. Kiedy wyprzedzam cię, oglądam się za siebie. Podaję ci rękę. Nikniesz w cieniu na chwil parę, jakby celowo, naumyślnie. Na moment albo może i na całą wieczność. Nie wiem tego na pewno, ponieważ olśniewa mnie przebłysk spadający z nieba, co się wywija z korony wielkiego dębu. Wiesz, to wszystko jest takie ciche i ciepłe. miękkie od poduszek z mchu i paproci. Szepczę, układam słowa, kiedy ty, wyłaniasz się bezszelestnie z cienia (nagle!) i cała w pozłocie. Od migotów blasku. Od drżeń. Tuż za mną. Jesteś. I jesteś tak blisko przede mną, jedynie na grubość kartki papieru tego wiersza, który właśnie piszę (dla ciebie) albo źdźbła trawy, którym muskasz niewinnie moje spragnione usta. Wychodzisz wprost na mnie, przybliżasz się, jakby w przeczuciu nieuniknionego zderzenia Wyjdź jeszcze bardziej. Proszę. A proszę cię tak, że już bardziej się nie da. Wiesz o tym. Więc wyjdź… Wyjdź za mnie. (Włodzimierz Zastawniak, 2025-07-31)
-
1
-
Odszedł Chuck Mangione jeden z najważniejszych trębaczy i flugelhornistów w dziejach muzyki rozrywkowej
-
1
-
Odszedł Ozzy Osbourne, wokalista, współzałożyciel i lider legendy heavy metalu grupy Black Sabbath
-
1
-
wszystko czyni mnie twoją
Arsis odpowiedział(a) na Somalija utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Somalija a guzik... -
Odszedł Ryszard Olesiński, były gitarzysta grupy Maanam
-
wszystko czyni mnie twoją
Arsis odpowiedział(a) na Somalija utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Somalija Aga, nazwałem cię mistrzynią (pamiętasz?) i tak w istocie jest -
Odszedł David Kaff, klawiszowiec grupy Rare Bird
-
Odszedł Dave Cousins, lider, wokalista, gitarzysta i autor tekstów grupy Strawbs
-
Chmura. I znowu słońce na twarzy. Wiatr idący po liściach. W ciepłych szelestach, w szeptach, w domysłach… Znad jakich pól pachnących nadlatują te ptaki? Te szybujące stada? W aptecznej woni zleżałych kwiatów, łąk zwilgotniałych po niedawnym deszczu… * Kołyszą się nagie drzewa. Ich gałęzie drżące, rozczapierzone palce. Zimne. W tym zimnie idącym od pustych przestrzeni. W gwiżdżącej pożodze wichru. Zamykam oczy i widzę. Ciebie. Idącą samotnie ulicą. W zacinającym deszczu. W kryształkach kropel rozpryskujących się na twarzy… (Włodzimierz Zastawniak, 2025-07-11)
-
W powietrzu pełnym światła, w pyle dmuchawców
Arsis opublikował(a) utwór w Proza - opowiadania i nie tylko
Słychać dziecięcy pisk, owadzi. Kręcą się wokół. Dziecięce owady brzęczą, bzyczą. Furkoczą maleńkimi skrzydełkami. Owady. Pełno ich. Wszędzie. Między szarą ścianą kamienicy a rozrosłym w swojej potędze drzewem. Między blokiem wielkiego gmachu a ogrodzeniem z kutego żelaza. W ogromnej bramie nikną w półcieniach prześwity. I dalej jeszcze. I dalej… W prostokątach czarnych, okiennych oczodołów i drzwi. W mozaice wejść i wyjść. W rozbłysłych od słońca jarzeniach. W migocie szyb. W stukocie ostatnich kropel po niedawnej ulewie, o blachy, o parapety, o dłonie… Wśród mieniących się kryształów, rozgrzanych… W bulgotaniu rynien… Za chwilę usłyszę. I słyszę jak nadlatuje Concorde. Przechodzi w grzmot świszczący na ostrzach trójkątnych skrzydeł. Pełen wdzięku Concorde. Majestatyczny, błyszczący Concorde… Biały jak śnieg Concorde… Dzieci-owady wodzą za tym spotworniałym hukiem wzrokiem, przeginając wyżej swoje smukłe szyje jak antylopy za skotłowanym wrzaskiem wodospadu. Naśladują stalowego ptaka lśniącego w słońcu, rozkładając szeroko ramiona. I wysuwając do przodu twarze z wielkimi oczami ważek, prą naprzód. Biegną coraz szybciej. Celują prosto w pomarańczową tarczę zachodzącego słońca śladem topniejącej nawały. Jej miejsce zajmują stopniowo zgrzyty tramwajów w kanonadzie klaksonów i wyciu strażackich syren. Zawadiacka procesja mechanicznych rumaków szoruje po krawężnikach, wzniecając obłoki kurzu i rozpryskując ziarenka kamieni, które opadają rozpalonym od tarcia piaskowym kwarcem Po chwili, jakby to był rozpad połowiczny dźwięku, zniża go o pół tonu. I znowu o pół tonu, kiedy dalej. I znowu dalej. I coraz niżej, i ciszej. I już tylko zostając w dalekich echach, wtopiwszy się w pospolity szum ulicznego ruchu. Gdzieś, między odległe kłęby idące z fabrycznych kominów na skraju industrialnej egzystencji. Dzieci-owady rozfruwają się we wszystkie strony ze śmiechem pełnym beztroskich mielizn, kiedy wypełza za nimi matka ze ślimaczej muszli gotyckiej katedry. Pod gzymsami dachów, albo gdzieś spod prześwietnej rozety, bądź spomiędzy maswerków i świętych obliczy wyglądają przylepione do muru kukułcze gniazda. Z któregoś wypada piórko. Drugie. Trzecie… I niosą się lekko jak wiatr. Ważą się w powietrzu, w przejrzystej przestrzeni jak oddech czasu. Jak czyjeś nikłe westchnienie. Chwieje się w powiewie gałązka jaśminu. Pod stopami pulchnieją od dżdżownic pachnące korzeniami i wilgocią skiby ziemi, gliniane grudy, po których przelatują dzieci-owady. I biegają roześmiane, w swojej swawoli piskliwe. I biegają rozradowane po tym wilgotnym, ubitym piasku skwerów i poboczy. Po tej trawie wilgotnej, po lśniących źdźbłach, po liściach… I unoszą się wysoko i wdzięcznie. I jak ptaki przesiąknięte kroplistym deszczem całują kobaltowe niebo wciąż jeszcze naelektryzowane burzą. * Siedzisz na ławce w cieniu, bądź w prześwitach wielkiego drzewa. Gdzieś, tam. Daleko. Obok. Widzę cię. I widzę jeszcze. I widzę cię w ciągłych powtórzeniach. W nieustannej kaskadzie opadających snami wspomnień. Idę do ciebie, dzieląc się samotnością z ulicznym tłumem. I widzę cię naraz w świetle rozbłysłego nagle słońca, w ukośnym promieniu (zresztą w ogóle zbyt dużo światła nas dzieli) Zaciskam mocno powieki. Nie, nie od blasku, lecz po to, aby oswoić pod powiekami twoją nieobecność. W tym czerwonym, bolesnym powidoku pełnym mżących pikseli. Podchodzę bliżej, mając cię jedynie na wyciągnięcie ręki (jak blisko!) Na ten dotyk najlżejszy. Lecz moja dłoń opada na krawędź drewnianego oparcia, przeszywając po drodze próżnię i nie czując ani ramienia, ani ciała, ani niczego. A ty przechylasz głowę, patrząc daleko w przestrzeń. Zamyślona po wielokroć. Zwrócona do mnie profilem w powiewie długich włosów. Słyszysz ten owadzi pisk dzieci? – szepczę. Słyszysz? Poruszona lekko opuszczasz głowę, jakby w zadumie. Ale nie poruszyłaś się za sprawą mojego głosu ani dotyku. Albowiem nie widzisz mnie ani nie słyszysz jak i nie czujesz. Nie wiesz nic o moim istnieniu. Tak jak nie wie się nic o istnieniu kogoś z innej odnogi czasu, z innego istnienia. Spoglądasz znowu przed siebie, nie znając wartości woni, dotyku ani smaku. Odwrócona tym razem tyłem. I tylko kapelusz opadł ci nieznacznie na czoło w podmuchu wiatru, taki słomkowy z błękitną wstążką. Taki jaki mógłbym ci sam podarować na któreś urodziny. Wiatr idzie po liściach, gałęziach... Drżą białe kwiatki czeremchy, jakby od zimna, nagłego chłodu spadającego z wysoka. Z nieznanych szczytów. „Czy słyszysz?” To powtarzane tak często pytanie ulatuje lekko wraz z pyłem dmuchawców. Wznosi się nieśmiałą skargą. I coraz lżej. I coraz lżej. I jeszcze… Wiem. Nie widzisz mnie, ale ja widzę za to ciebie. Córeczko moja, nienarodzona. I nigdy nieistniejąca istoto, przenigdy, choć żywa we śnie. Przecież muszę kogoś kochać. We wzroście widzieć podobieństwo twarzy. Wiem, łatwiej jest wierzyć w nieprawdziwe ptaki. Ale uśmiechnij się i uwierz. A zobaczysz najprawdziwsze. Może nam to wybaczą. * Czuję jakieś szarpanie. Ktoś potrząsa mnie za ramię. Otwieram oczy. Nie widzę. Nic nie widzę poza plamami cienia i światła. Poza majakami nie z tego czasu. Trę dłońmi szczypiące oczy jak ślepiec po nagłym przebudzeniu. I widzę. Dostrzegam wyraźniej. Stoją nade mną mundurowi. Kobieta i mężczyzna. Para. Mówią do mnie coś niezrozumiale. Albo i zrozumiale, tylko ja nic nie rozumiem. Jeszcze chwila a dojdę do siebie. Jeszcze chwila… Poruszają ustami. Wykrzywiają twarze. Ma pan, gdzie pójść? Ma pan dom? - Szepczą. Niech pan już idzie. Tu nie można. Tu już nikogo nie ma, został tylko pan. Tam niedaleko jest przytułek. Za zakrętem. Proszę iść, chyba że chce się pan zabrać z nami. Zresztą zaraz będzie padać. – I wskazują na ciemne, skłębione od wilgoci niebo. Na odcinający się od reszty jasny snop deszczu. Odchodzą, spojrzawszy jeszcze raz za siebie, tym wzrokiem… czymś pomiędzy przejęciem a absolutną obojętnością służbistów. Nawet nie wiedziałem, że leżę na ławce. Na tej samej, na której widziałem przed chwilą ciebie. Podnoszę się z trudem. Siadam, oparłszy się łokciami o kolana. Siedzę przez chwilę, nie wiedząc niczego i nic nie rozumiejąc. Unoszę twarz, jakby w jakimś błagalnym pytaniu, lecz zamiast odpowiedzi czuję na policzkach pierwsze krople drobnego deszczu. Szumią liście wielkiego drzewa w idącej od kwiatów woni zleżałego trunku. Dokąd teraz? Wstaję. Rozglądam się. Gdzie teraz? Tam? Parkowa alejka wygina się w łuk i niknie w gęstwinie krzewów. W kroplach skapujących z liści. W szemrzącym coraz bardziej deszczu. W dalekich grzmotach nadciągających błyskawic. Idę. Przed siebie. Donikąd… (Włodzimierz Zastawniak, 2025-07-05)-
1
-
Odszedł kompozytor ścieżek dźwiękowych do filmów i seriali: Mark Snow. Najbardziej znany z muzyki do serialu "Z Archiwum X".
-
Noc. Ta noc obskurna. Noc, w której ja… W pokoju. W tym właśnie pokoju, w płomieniach świec ustawionych na stole, na krzesłach, na podłodze. W tych drżących blaskach wielokrotnych spojrzeń skrzydlate cienie wokół. I wszędzie… Cisza szumiąca w uszach. Piskliwa cisza i szmer jakiś daleki, jakby ukrytego strumienia płynącej w żyłach krwi. Na stole. Na blacie stołu. Na stole zastawionym świecami. Krople wosku spływają powoli. Nawarstwiają się w zaschnięte strupy. Na stole, na krzesłach. Na dłoniach… Muskam palcami ściany. Opukuję je lekko. Tępe odgłosy mieszają się z rezonującą pustką między cegłami. A za nimi. Za białym tynkiem. Nie. To nie tak. W migoczącym półcieniu, między fotelem a zasłoną. Tutaj. Tu w kącie. W samym złączeniu ścian. W rogu… Idę. Spójrz, jak idę! A idę wolno, stawiając kroki, jakby w wielkiej zadumie. W wielkiej hipnozie zagubionego czasu. Świeca... Jej płomień migocze, jakby z większą werwą. Coś go omiotło, bądź omiata tchnieniem przeszłości. Po mnie. Po mnie idącym. Przechodzącym obok. Podążającym. I rozsuwającym na boki sześciany powietrza. Ramionami. Ramionami rozwartymi szeroko, jakby na powitanie… I jej płomień… Jej płomień kołacze się, próbując się wyrwać, odłączyć od reszty pełnej martwego życia. Przede mną kąt. Sam róg pokoju. Płomienie kładą się i prostują w milczeniu niczym trawy w nagłym powiewie. Dotykam dłońmi ściany. Jednej, drugiej, unosząc wysoko głowę. I moje spojrzenie ulatuje w przestwór. W sam punkt całkowitego skupienia. Nade mną. Tam wysoko. Sufit zbiega się ze ścianami w maleńką osobliwość. Chciałbym jej dotknąć, lecz nie mogę dosięgnąć, mimo że ręce wyciągają się ku niej, wyciągają tak bardzo… Wiesz… Nie. Nic nie wiesz W całkowitym uspokojeniu... Dosięgam językiem tego rowka w złączeniu ścian. Całuję i liżę. Namiętnie. W tej chłodnej strukturze cementu wyraźnie czuć napięte ciało od powierzchniowego czuwania. Ciało wchodzące w unisono od wspólnego oddechu. Jakby mnie tak mógł teraz ktoś zobaczyć nagiego, podczas osobliwego tańca bez grama pruderii w tej ciszy. I bez naruszania żywota płonących istnień. Spójrz. No, popatrz na mnie! Nie odwracaj tej obojętnej bieli martwych od dawna oczu, choć widzących wciąż we śnie. Tego zimnego spojrzenia marmurowego posągu. Tu jest wyjście z tego bunkra ziemskiej egzystencji. Jak go znalazłem? Och, pytanie. Nie wiem. Ale wiem, że na szczęście jest już daleko za mną. Masz. Czytaj. Zostawiam za sobą przerwane w pół słowa rozsypane myśli. Wiatr kartkuje je strona po stronie. Przebiega po nich niewidzialnym wzrokiem. Ja jestem już pomiędzy. W nocy. W ciszy utkanej z westchnień. Podczas gdy za oknem księżyc wywija się gwiazdą z drzewa topoli. Ze smukłej strzelistości nieba. Ale już beze mnie. Ponieważ w tej właśnie chwili, w tym momencie, w tej ekstazie przepływam między cegłami jaskrawym potokiem archaicznego blasku. Albowiem pomiędzy nimi historyczna przestrzeń, dawna dziura po pocisku. Dalej. Dalej! Póki jest jeszcze możliwość przejścia. Stąd -- dotąd. Albo donikąd… Póki jeszcze można... (Włodzimierz Zastawniak, 2025-07-03)
-
1
-
@Somalija
-
Nie jestem tym, czym się wydaje. Wstałem i idę. Po podłodze lśniącej. Po dębowej klepce. Stąpam po srebrnych plamach księżyca. Po czymś, co jest tu, gdzie nie trzeba. Szła tędy. W poplamionej sukience. Szukała czegoś. Macała rękami. Wypadały jej ze sztywnych palców przedmioty. Była świadkiem. Ja jestem świadkiem. Byliśmy… I kiedyś…A teraz była tu znowu, tylko po co? Miała na piersiach kwieciste wzory. Na sukience. W półmroku szare. Bezbarwne. Płytkie. Szła powoli księżycowym kanionem o ścianach ze lśniącego alabastru. Coś upadło na podłogę. Teraz. Albo wtedy. Echo niosło się. Niesie się chwilę. Niesie. Niknie... Za oknem. Za oknami. Za kurtynami powietrza. Wody oceanu są takie jaskrawe. Szklana powłoka, nieruchoma płaszczyzna czasu. Idziemy wśród napastliwych ścian pełnych zimna. Trwogi. Tymczasem czyjeś ramiona. Czyjeś ręce. I te kroki w brzęku szkła, srebra. Trzęsącej się porcelany. Chrzęszczące stąpania. Śledzą nas czyjeś drwiące szepty. Dalekie nawoływania. Na matowym blacie kontury słojów. Na stole. Na popękanym fornirze odciśnięte w kurzu dłonie. Ktoś coś pisał po nim palcem. Niewyraźnie. Zmięta kartka. Długopis z wypisanym wkładem. Ołówek ze stępionym grafitem. Gumka do ścierania. Zardzewiały cyrkiel. Drewniana ekierka… Nikłe odblaski mienią się na krawędziach szyb. Na serwantce. Na szklanych półkach z kompletem filiżanek do kawy, na pękniętej ściance porcelanowego dzbanka. Niosą się trzaski rozsychającego się drewna. W tym półmroku. W tej nocnej eskapadzie nienormalnych skojarzeń, domysłów. Widzeń we śnie. Idę, podczas gdy cień mój rozkłada skrzydła i wznosi się do lotu. Lecz nie uleci za wysoko w tym blasku drżącym. W płomieniach świec poustawianych, gdziekolwiek. Wszędzie… Zderza się z sufitem ćma. I jeszcze. I raz jeszcze… Majaczy. Owija się wokół żyrandola bezgłośny łopot skrzydeł. W zmarszczonych zasłonach pulsująca noc. . Rozlane płaty stężałego wosku zdążyły już pokryć nogi krzeseł i puf. Kanapy. Wszystkich tych znieruchomiałych czworonożnych zwidów, których stąpania zrosły się z szelestem słów w nagłym porywie niczyich zwierzeń. Czuję, że się unoszę. Niosą mnie czyjeś silne ręce. Ściskają. Z tyłu. Z przodu. Nieoczekiwanie. Jacyś mężczyźni w czarnych garniturach i modnych krawatach, zupełnie niepasujących i jakby kpiących z powagi sytuacji. I mówią do siebie chrapliwymi z wysiłku głosami: Już blisko. Coraz bliżej. - szepczą. Brama. Brama. Szybciej! Póki otwarta! Jeszcze kilka kroków. Jeszcze kilka, tylko… Tłum obserwatorów. Nieruchomy. Zatopiony w nocy. W półmroku księżyca. Wrośnięty w ściany. Czeka. I wszyscy o jednakowych twarzach. Zamazanych. Zatartych. Nade mną sklepienia z cegły. Wokół, obok schody, progi, piwnice. Mroczne wnęki z rzeźbami (ludzi?) Wysokie. Smukłe jak topole. Zakapturzone karykatury mnichów ze zwisającymi na ich kościstych nadgarstkach małymi dzwoneczkami. Przybite do krzyży uschnięte poczwarki rozwierają swoje pajęcze, pokryte ostrą szczeciną odnóża. Szeroko. I tak już zostały w tej pozie na wieki wieków. Amen. I dalej. Dalej... Zasklepione. Zapiekłe rdzą, prowadzące donikąd żelazne wierzeje. Zatrzaśnięte. Inne tylko uchylone. Inne otwarte szeroko do zapraszającej przymilnie doskonałej czerni wszelkiego rozkładu. Korytarze jakiegoś labiryntu... Obserwuję je pod różnymi kątami. Z innych punktów widzenia, z których nigdy nie miałem okazji ich jeszcze dojrzeć. I jeszcze, kiedy chwieje się ten osobliwy korowód w sześcianach zatęchłego powietrza i kiedy jestem w połowie drogi do czegoś, co można nazwać Bramą albo Przejściem, pajęczyny liżą mnie po twarzy w powiewie. Wspinają się z cichym skomleniem coraz wyżej i wyżej. Albo spadają, łasząc się do mnie na przemian. I okrywają całego. Brudne. Łaskoczą czule w zgniłym przeciągu piwnicznego cugu. To już wszystko było, tyle razy. Aż tyle! I uschło dla świętego spokoju, aby stać się na powrót kamieniem. Nade mną żyrandol. W szczelinach zasłon szare świetliki dnia. Wirujące cząsteczki kurzu. Ćma nieruchoma wtopiła się w kwieciste wzory. I tak już została, jakby martwa całkiem, choć żywa jeszcze. Aż do następnego ożycia we śnie. Aż do następnej nocy. Woń stearyny i wosku osiadła na kołnierzu koszuli, na mankietach spodni. Na srebrnych po matce łyżkach. Na ramach wiszących akwarel. Stopione do reszty świece. Rozlane okrągłe placki na blatach. Łzy zeskorupiałe spływają nieruchomo po nogach porozstawianych w nieładzie krzeseł. Teraz te rozpierzchłe tupoty uciekły w ciszę. W ekstazę absolutnego bezruchu i oczekiwania. Ktoś tu był. Czuję jeszcze ten nikły zapach zjełczałych perfum. Lecz nie mogę, nie mogę dojrzeć. Leżę twarzą do podłogi, zmagając się z nieustępliwą materią o nieskończonej grawitacji. I wciąga mnie wciąż. I wsysa atom po atomie. Ale słyszę. Słyszę znowu czyjeś kroki (matki?) Tak! Słyszę! Stukoty obcasów jednak ustają. Najwidoczniej staje przy mnie. Nade mną. I nachyla się nisko. Nisko… (Włodzimierz Zastawniak, 2025-06-28)
-
1