-
Postów
4 866 -
Dołączył
-
Ostatnia wizyta
-
Wygrane w rankingu
1
Treść opublikowana przez Arsis
-
@violetta nie, nie zapomniałem. też masz coś...
-
@Somalija coś jeszcze...
-
@Somalija może ta? jakoś chodzi za mną. to inna wersja utworu z płyty stevena wilsona " the harmony codex", wersja z udziałem mistrza mikaela akerfelda
-
@Somalija ale nie napisałaś czy Ci się podoba... @Somalija mam tłumaczenie piosenki
-
@Somalija witaj, Aga. tak jakoś... dawno, dawno... ale mam coś w zanadrzu...
-
To było tutaj. Gdzieś tutaj. Albowiem… Na jawie albo we śnie. Choć bardziej we śnie, ponieważ dostrzegam to, co po kryjomu wprawia w ruch uskrzydlone złudzenia. Idę. Szukam. I widzę w ciemności… Widzę dawne miejsca, co ukrywają się wśród traw, gałęzi szumiących o poranku. W mroku i chłodzie jesieni. Albowiem… Byłaś tu? Jesteś? Ja jestem. Przestrzeliną na wskroś szeroką świt sączy się nieśmiało. Blady poblask wstający u zarania drogi. Albo końca. Albo… Wiesz, ja tu jestem. I jakoś doskwiera mi chłód. I krople szemrzą. W mgielnym snopie deszczu całą flotyllą rozmyte płyną zjawy W sennym widoku. W niedośnionej do końca historii niezauważalne niosą się rzeczy. Ujrzane nagle w szparach niedomkniętych powiek. Bez ostrzeżenia. I w jakiejś bezokolicznikowej formie. Próbowałem, próbując raz jeszcze, przywłaszczyć sobie tę cząstkę bytu. Zważyć w dłoni ten ciężar pozbawiony ciężaru. Jaki tylko może się wyobrazić w szarości sennego widzenia. Tam, w dole, kiedy stoję na moście, półmrok zdradliwy, ale kuszący głębią bliższego poznania. Woła mnie. Szepcze do ucha... Drzewne bożki poruszają liściowymi wargami. W milczącej mimice zatartych twarzy, w niedokończonym zarysie konturów. W piskliwej w uszach ciszy. Szumią i szeleszczą. Konwersują ze sobą na migi. Poprzez gesty, które stają się nieomal westchnieniem. W melancholijnej ekstazie sfruwającego z wysoka wiatru. W opuszczonym przez kogoś miejscu. Albowiem… Jestem tu jeszcze. Ale, czy ty jesteś? Ja jestem. I tęsknię, wrastając w czas mijających obłoków. W rozchwianą gęstwinę gałązek. Drgającą… Po drugiej stronie nić pajęcza sperlona rosą. Błyszczy i migocze strzała z brylantu. Mienią się kryształami sześciany powietrza. Pełno tu tego. W tej otchłani. W pustce. Bez ciebie. (Włodzimierz Zastawniak, 2024-12-07)
-
2
-
Opływa mnie woda. Krajobraz pełen niedomówień. Moje stopy. Fala za falą. Piana… Sól wsącza się przez nozdrza, źrenice... Gryzie mózg. Widziałem dookolnie. We śnie albo na jawie. Widziałem z bardzo wysoka. Jakiś tartak w dole. Deski. Garaż. Tam w dole czaiła się cisza, choć słońce padało jasno i ostro. Padało strumieniami. Przesączało się przez liście dębów, kasztanów. Japońskie słowo Komorebi, oznacza: ko – drzewo lub drzewa; more – przenikanie; bi – słoneczne światło. A więc ono padało na każdy opuszczony przedmiot. Na każdą rzecz rzuconą w zapomnienie. Przechodzę, przechodziłem albo bardziej przepływam wzdłuż rzeźb... Tej całej maestrii starodawnego zdobienia. Kunsztowna elewacja zabytkowej kamienicy. Pełna renesansowych okien. Ciemnych. Zasłoniętych grubymi storami. Wyszukana sztukateria... Choć niezwykle brudna. Pełna zacieków i plam. Chorobowych liszai... Twarze wykute w kamieniu. Popiersia. Filary. Freski. Woluty. Liście akantów o postrzępionym, dekoracyjnym obrysie, bycze głowy (bukraniony) jak w starożytnej Grecji. Atlasy podpierające masywne balkony… Fryz zdobiony płaskorzeźbami i polichromią. Metopy, tryglify. Zawiłe meandry… Wydłużone, niskie prostokąty dające możliwość rozbudowanych scen. Nieskończonych fantazji. Jest ostrość i wyrazistość świadcząca o chorobie umysłu. O gorączce. Albowiem pojmowałem każdą cząstkę z pianą na ustach, okruch lśniącego kwarcu. I w ostrości tej jarzyła mi się jakaś widzialność, jarzyło jakieś uniesienie… I śniłem na jawie, śniąc sen skrzydlaty, potrójny, poczwórny zarazem. A ty śniłaś razem ze mną w tej nieświadomości. Byłaś ze mną, nie będąc wcale. Coś mnie ciągnęło donikąd. Do tej feerii majaków. Do tej architektonicznej, pełnej szczegółów aury. Wąskie alejki. Kręte. Schody drewniane. Kute z żelaza furtki, bramy... Jakieś pomosty. Zwodzone nad niczym kładki. Mozaika wejść i wyjść. Fasady w słońcu, podwórza w półcieniu. Poprzecinane ciemnymi szczelinami puste place z mżącymi pikselami wewnątrz. Od nie wiadomo czego, ale bardzo kontrastowo jak w obrazach Giorgio de Chirico. Za oknami twarze przytknięte do szyb. Sylwetki oparte o kamienne parapety. Szare. Coś na podobieństwo duchów. Zjaw… Szedłem, gdzieś tutaj. Co zawsze, ale gdzie indziej. Przechodziłem tu wiele razy, od zarania swojego jestestwa. Przechodziłem i widzę, coś czego nigdy wcześniej nie widziałem. Jakieś wejścia z boku, nieznane, choć przewidywałem ich obecność. Mur. Za murem skwery. Pola szumiącej trawy i domy willowe. Zdobione finezyjnie pałace. Opuszczone chyba, albo nieczęsto używane. Szedłem za nią. Za tą kobietą. Ale przyśpieszyła kroku, znikając za zakrętem. Za furtką skrzypiąca w powiewie, albo od poruszenia niewidzialną, bladą dłonią. W meandrach labiryntu wąskich uliczek szept mieszał się z piskliwym szumem gorączki. Ze szmerem liści pożółkłych, brązowych w jesieni. Uschniętych... * Znowu zapadam się w noc. Idę. Wyszedłem wówczas przez szczelinę pełną światła. Powracam po latach w ten mrok zapomnienia. Stąpam po parkiecie z dębowej klepki. Przez zimne pokoje, korytarze jakiegoś pałacu, w którym stoją po bokach milczące posągi z marmuru. W którym doskwiera nieustannie szemrzący w uszach nurt wezbranej krwi. Balet drgających cieni na ścianach, suficie… Mojej twarzy... Od płomieni świec, które ktoś kiedyś poustawiał gdziekolwiek. Wszędzie.... Wróciłem. Jestem… A czy ty jesteś? Witasz mnie pustką. Inaczej jak za życia, kiedy wychodziłaś mi naprzeciw. Zapraszasz do środka takim ruchem ręki, ulotnym. Rysując koła przeogromne w powietrzu, kroczysz powoli przede mną, trochę z boku, jak przewodnik w muzeum, co opowiada dawne dzieje. I nucisz cicho kołysankę, kiedy zmęczony siadam na podłodze, na ziemi... Kładę się na twoim grobie. (Włodzimierz Zastawniak, 2024-11-25)
-
Wreszcie jest... Absolutne dzieło Szwedów...
-
Słyszysz jak gram? Usłysz, pomimo szumu. Pomimo piskliwej w uszach ciszy. Odbija się od ścian pustego domu echo przeszłego czasu. Trwam. I ty trwasz. Trwamy razem w tej maestrii umierania. Zaciskam powieki. Otwieram… Za oknami zieleń drzew. Szeleszczące liście dębów, kasztanów. Za oknami dzień. Słońce pałające spoza chmur. Tylko te okna. Odrapane. Zaciągnięte story… Te okna… Wiesz. Upiłem się. Ładunek w teście nuklearnym o kryptonimie „Boltzmann”, miał siłę 12 kiloton. Na pożółkłej stronie starej gazety prototypowa lampa do naświetlań. Pod nią, na stole, spalone kawałki skóry z czarną sierścią kozła. Na ścianie zarys śmiertelnego odbicia. W lustrze stojącego trema... Na pierwszej stronie Las Vegas Sun, uśmiechnięta tancerka przymila się do obiektywu z bielmem katarakty na oczach. Zatrzęsło w posadach, okienne szyby wypadły z ram. Urządzenie RDS-6s w pierwszym sowieckim teście termojądrowym eksplodowało z silą 400 kiloton. Pochmurne niebo semipałatyńskiego poligonu jądrowego rozbłysło piorunującym światłem. Na stepie. Na wilgotnej trawie. Po której ojciec szedł wtedy, malejąc, kiedy oddalał się coraz bardziej. Zatapiał się w ciszę. I kulał na lewą nogę. Utykał... Poranione oczy w domu na pustkowiu. Oczy umarłego od dawna ojca. I oczy nieżywej matki. Skąd tyle tego, skąd? Tych widm, co były kiedyś obojętnymi za życia ludźmi ? Nadpalone obrazy na ścianach. Na ścianach… Na popękanych… Portrety. Zdjęcia. Pergaminowe twarze… Spierzchnięte gorączką usta… Czyje? Moje? Twoje? Całkowicie obce… Zaciśnięte w kreskę bez wyrazu, bez emocji. Bez wiary... I oboje spoglądają na mnie zasklepionymi czarną ziemią oczodołami, gdzieś spomiędzy głębokich warstw przeszłego czasu. Przechodzą obok mnie jak ślepcy, widząc bez oczu geometrię nieprzestrzenną, przezroczystą. I obmacują wszystko w wielkim zdziwieniu, jakby odkrywali na nowo tajemnicę swojego dawnego życia. Opukują lekko opuszkami palców. Przedmioty. Rzeczy pozostawione w nieładzie. W niedokończeniu… Nawołując się w ten sposób poprzez drżenia, które są wychwytywane, tylko przez nich. Ponieważ są zbyt nikłe, na tej nazbyt niewidzialnej membranie. Na ścianach szara pleśń i szron nuklearnej zimy. Ślady czyichś rąk. Rozczapierzonych palców i ust. Co były przytknięte do zimnej powierzchni spękanego tynku. A więc to tu ojciec całował swoją jedyną Marię, która go nawiedziła tuż przed śmiercią. To tu dostąpił aktu wniebowzięcia, mimo że jego truchło leży teraz na podłodze w stosie rozsypanych piór. W pyle rozkładu. Postępującej atrofii. Na pustyni. Na pustkowiu... Zatrzaśnięte drzwi żelbetowego bunkra. Stalowe wrota… Na pustyni słońce zaświeciło po raz drugi. Wtedy… Schron atomowy ma na ścianach rdzawe smugi od nawracających deszczów. Od tych ciągłych nawrotów piskliwej w uszach melancholii. Ups… Butelka wypadła mi z dłoni. Roztrzaskała się o podłogę, * Budzę się… Rozwieram pozlepiane oczy, które widzą podwójnie. Potrójnie… Postrzępione światło wysypuje się z ekranu telewizora szumiącą kaskadą mżących pikseli. * Tu przerywam pisanie, ponieważ coś mną za bardzo wstrząsnęło… I pełno tu kształtów znikomych w zapachu przepływającego kurzu. W zapachu uschniętych fiołków… W pyłkach, które idą powietrzem. Przechodzą lekkim podmuchem po skroniach... (Włodzimierz Zastawniak, 2024-11-21)
-
Widzisz? Spójrz.. Na mnie. Albo na pustkę za mną, obok, tuż przy mnie. Albo najdalej… Spójrz w głąb niczego. W mrok. W noc. W westchnienia zimne i ciężkie… Posłuchaj jak przytula się do mnie cisza. Wsłuchaj się w to swoje okrutne milczenie. To jest tutaj. I jest nie tutaj. W odmętach jakieś szelesty. Za oknem deszcz. Wiatr kołysze gałęziami… Szelesty uschniętych liści. Złotych, rdzawych… Liści umarłych. Szorujących po asfalcie ulicy, po chodnikowych płytach. Po trotuarze… Wiesz, nie ma tu ciebie. I nigdy nie było. Za oknami wiatr. Odbija się i huczy kawalkada skłębionych chmur, co snują się. Idą gęsiego. Ten wiatr. Ten oto wiatr. I deszcz. Wiesz, w tym zimnie. W tym chłodzie przytkniętych do twarzy dłoni. W tym szumie płynącej w uszach krwi… W pustym pokoju. Przy regale... Przy ścianie. Stoję w niemodnej koszuli. I patrzę. W blask oczu, które mogłyby być twoje. Ale nie są i nigdy nie będą. W ten blask szarego popołudnia. W te okna, która są zastępczo twoimi oczami. Oczami z fałdami firanek. Falującym bielmem. Atomową kataraktą... Stoję i patrzę. Patrzę za ciebie. I słucham, słuchając za ciebie tego ptaka, po którym nie pozostała nawet szczypta prochu. Stoję twarzą do ściany. Tej oto ściany pełnej grudek mikroskopijnego kwarcu. Przywieram nosem, czołem do chłodnej powierzchni. Do bieli. Do tej pajęczyny pęknięć… I podążam paznokciem po tych rzekach, dorzeczach. Po tych krainach gorączkowej fantasmagorii. W ciszy mojego oddechu. W piskliwym szumie. W biciu serca… Jesteś tutaj? Ja jestem. Za oknem szary świt. Deszczowy dzień. Za oknem nagie gałęzie kasztanów. I w tej ciszy. W tej zakurzonej otchłani pełnej martwego czasu… W tej opuszczonej komnacie z białych ścian… W żeliwnych rurach przetaczają się ciche jęki, bulgotania… A więc, ktoś tu jeszcze jest. A więc coś tu jeszcze żyje, mimo że dawno umarło. Jest nade mną. Piętro wyżej. Na poddaszu. Kroki nade mną. Kroki. Czyjeś kroki. Tam i z powrotem. T a m i z p o w r o t e m… A więc coś tam żyje. Albowiem żyje moim własnym życiem. Żyje wciąż we mnie, tylko milcząc. W absolutnym milczeniu… Tylko te kroki. Moje własne k r o k i… Mój nieżywy od dawna ojciec. Moja umarła matka… Chodzą i snują się bez celu. Dotykają ścian. Dotykają ich opuszkami palców jak ja. Muskają je, jakby w straszliwej ślepocie wiecznego unicestwienia. Muskają je jak ślepcy, co próbują okiełznać tajemnicę czasu i miejsca. Ja tu z nimi jestem. Między nimi. Są i nie są, zarazem. Przemieszczają się,. Płyną… Przekraczają przezroczyste bramy z powietrza. Przechodzę. Wchodzę między nich. Między te dwa skrzydła drżącego chłodu. W samo centrum próżni kosmosu, która jednak nie jest próżnią a przestrzenią kipiącą od kwantowych fluktuacji. Do niedających się przewidzieć odchyleń. Stochastycznych zmian w czasie. Niewykazujących żadnej tendencji i całkowicie przypadkowych. Opieram się teraz plecami o lodowaną ścianę. I widzę przed sobą w dziwnym migocie fotele, kanapę, stół… Dwie pufy, stolik z kryształową popielnicą… Drzwi obite skajem. Regał w kolorze orzecha, z którego spoglądają na mnie twarze. Zamazane. Twarze bohaterów z zapleśniałych stronic. Zapomnianych. Na podłodze stosy pocztówek zaadresowanych do nikogo, z jakichś tam bliżej nieznanych okazji albo niesprecyzowanej rocznicy. Rozrzucone. Wyblakłe, poprzecierane. Pogięte krajobrazy. Popękana emulsja na zdumionych obliczach. Pergaminowych. Zdumionych moim szeptem do samego siebie… Moją cichą przemową. Moją litanią niezrozumiałych, niewyraźnych słów. Patrzą się na mnie. Przeszywają na wskroś. I wszytko na mnie spogląda w tej monotonni przepływającego kurzu. Na lastrykowych parapetach nie do końca wypalone świece. Wystygłe. Kładę policzek na zimnym kamieniu I dotykam palcem. Obrysowuję te resztki pełne zaschniętych grud… Na dębowej klepce rozlewa się w szczelinie źrenic plama bladego światła. W kapiących z kranu kroplach. Do zlewu pełnego rdzawych smug. W tykającym zegarze… Zatapiam się w konstrukcie przeszłego czasu. Niknę... (Włodzimierz Zastawniak, 2024-11-11)
-
Ponoć płyta paskudna. Zła, brzydka, brudna… zupełnie niemodna, zupełnie, jakby spoza czegokolwiek… Ale -- jednak zostaje. Ale jednak...