Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Czarek Płatak

Użytkownicy
  • Postów

    5 935
  • Dołączył

  • Ostatnia wizyta

  • Wygrane w rankingu

    55

Treść opublikowana przez Czarek Płatak

  1. Bardzo, bardzo mi się widzi Twój wiersz. I chyba pierwszy raz czytam Cię w takiej rytmiczno-rymicznej odsłonie :)
  2. :) Nie pogubiłem, a zastosowałem rym niedokładny jak w przypadku 'z kołdry fal - lawina' w wierszu niesylabicznym Swoją drogą to zapewne ta niesylabiczność, u niektórych wywołuje wrażenie nierówności :D
  3. Dziękuję za wizytę Maryś. Przyznaję się jednak, że nie rozumiem Twego komentarza :))
  4. Raczej może 'kosztując coś czego jeść nie muszę' :)
  5. Zdaję, zdaję. Jak również z tego, że po jakimś czasie i mi zaczęłoby tego brakować :)
  6. Bardzo trafnie to ujęłaś. Może nie tyle co bym się kulił w sobie, ale uciekł do lasu, albo gdzieś na łąkę, by odzyskać spokój. Niestety nie zawsze mogę, a raczej nie mogę właśnie. Uciekam więc w świat wierszy, choć troszkę. Co do równości to pewnie byłoby równiej gdybym trzymał się konwencji wiersza sylabotonicznego, ale się jej tym razem trzymać nie chciałem :) Dziękuję za chwile poświęcone czytaniu i zostawieniu komentarza. Pozdrawiam również
  7. @Silver, @Natuskaa Serdeczne podziękowania za czytanie i serca ??
  8. Dziękuję Nata. Masz rację - wyjść/uciec chce się nieraz, ale ten galimatias to mój świat i choć daje mi popalić to przecież na dłuższą metę tęskniłbym do moich diabląt (tak, tak dwóch) i Wenus nieraz siejących totalny chaos w moich myślach. Porównanie Marcina mega trafne. I masz rację pisząc, że to dramat. Po prawdzie Adaś Miauczyński jest tu bohaterem dramatycznym, a i ja nieraz mam wrażenie, że to wszystko to czysta tragikomedia ;) Uściski!!
  9. Ta opcja sprawdza się jedynie w przypadkach gdy dopadnie mnie jakieś straszliwe przeziębienie i złożony takowym niemal nie opuszczam sypialni. W przeciwnym razie nie ma zlituj. A piszę w moim ukochanym Międzyczasie. Normalnie jeśli się kiedyś wydam to pierwszą książkę nazwę Międzyczasy. Niesamowite miejsce. Mówię Ci ;)
  10. Bardzo dziękuję za ciepłe słowa. Tych brunatnych kwiatków niestety przybywa i to za przyzwoleniem Lepszego Sortu. Cała ta sytuacja jest przerażająca i cholernie bolesna, choć paradoksalnie czyni emigrację znośniejszą.... Pozdrawiam serdecznie szeset ;)
  11. Dziękuję za pozdrowienia. Ja na ogół śpię dobrze, ale krótko :)
  12. Znam ten stan, znam zbyt dobrze...
  13. A serducho wyświetla mi się przydzielone of Ciebie :)
  14. @bronmus45 Dziękuję za wizytę i ?
  15. Ty się uśmiechasz, a ja cierpię :) Dzięki
  16. Haha, rzeczywiście. No, ale bycie wieszczem to nie w kij dmuchał. Nie było czasu na owsianki :)
  17. Jak zwykł mawiać mój wuj: 'bo życie to niejebajka'.
  18. Bo każda z pań dla nas w mniejszym lub większym stopniu to femme fatale. Ale co byśmy bez nich zrobili..?
  19. Dobrze to ująłeś. Taki dzień to każdy dzień... Że też nie zauważyłem analogii. Oj, źle, oj, niedobrze. Na suchego wypłynąłem..... Dziękuję Marcin. Miłego dnia (może lepiej nie świra) i udanego tygodnia :)
  20. Faktycznie 'chociaż przecież' wyszło mi w amoku pisania i nie zauważyłem :) a w 'kitwaszę' wylazło mi 'fy' w miejsce 'w'. Co do uwag o płynności, mimo karcącego dzieła nie podejmuję polemiki. :)
  21. Opisany dobrze, ale te poranki nie zawsze dobrze mi robią :) Z podziękowaniem i pozdrowieniem.
  22. No właśnie. Zawsze twierdziłem, że wolę jak jest ciepło, ale jest wtedy kilka minusów. Poza wspomnianym przez Ciebie dołożyłbym komary i męty wyłażące na ulicę.. No, ale coś za coś :)
  23. Dzień dobry, to może wyjdę Pierwsze chyba są ptaki za oknem, (bo już prawie wiosnę tu mamy), sączą w śpiące wciąż ucho me piosnkę wielogłosem rozszczebiotanym. Dalej kocur swe głodne żale miauczy i po głowie mi skacze, jeśli tylko z łóżka nie raczę zwlec się w porę na to wezwanie. Później budzik zaczyna dzwonić, choć ja przecież wcale już nie śpię, chowam głowę pod schronem kołdry — może skoczyć mi kot; wciskam drzemkę. Chwilę w pół śnie kitwaszę lekkim, na ulicy już ruch się zaczyna, jakże chciałbym móc jeszcze pokimać, budzik na mnie alarmem znów wrzeszczy. Skrzypi łóżko, a wzrok skudłacony wciąż gdzieś błądzi w morzu pościeli, na poduszce wyławia jej włosy, wstaję, ale cyt, cyt, bo jeszcze śpi. Trzeszczą schody, gdy idę do kuchni, szumi woda, gdy czajnik nastawiam, u sąsiada pies wściekle ujada, a w czeluściach lodówki coś burczy. Zaraz głosy schodzących dzieciaków, telewizor androny zalewa, mleko, kawa — w proporcji pół na pół, dzwoni łyżka o kubek, ja ziewam. Śmiechy dzieci, kot miauczy, labiedzi Wenus, która wychynęła z kołdry fal, znów na głowę mi spada lawina, już mi myśli w cholerę uciekły. Ktoś szufladą łomocze, ktoś biega, coś upadło i huknęło gromko, ktoś coś krzyczy, a po chwili tonie we łzach, któreś z dzieci już beczy w niebogłos. Potem koncert jest życzeń wszelakich, nieodzownie doprawiony jojczeniem — chcę to mamo, tato tego nie zjem! Wenus w nerwie periodu zła warczy. Znowu we łbie od rana mi piszczy i narasta, narasta harmider, wiecie co wy kochani, najmilsi? — może wyjdę i wrócę, gdy przyjdę.
×
×
  • Dodaj nową pozycję...