Ranking
Popularna zawartość
Treść z najwyższą reputacją w 03.03.2026 w Odpowiedzi
-
Nie_podległa już od dawna dźga mnie pytanie jaka Ona jest - niby wolna ale ciągle więcej na niby - inaczej ze mną robię co mogę co powinnam albo nic nie robię wtedy wychodzę gdzie kaprys poniesie bo lubię wdychać chłody świtów i kojącą radość gdy z krzewów wrzask wróbli patrzcie - sunie wielkocoś - urocze chwile a w domu jak to w domu pogłaszcze muzyka zagada wersami kuchnia i jeśli nawet zdarzy się bączek nikt mi nie zamarudzi coś śmierdzi tak nie wolno nie teraz bo to moja maleńka - tycia nie_zależność marzec, 202612 punktów
-
Stawiają przed nim szkło. Ciężkie. Zimne. „Odżyjesz. Nie była dla ciebie.” Mówią po kolei, jakby przekazywali sobie dyżur. Wyliczają jej wady, żeby było mu lżej. Każde zdanie coś przestawia. Jak mebel w ciemnym pokoju - nagle nie wiadomo, gdzie stać. On kiwa głową. To łatwiejsze niż mówić. Przypomina sobie jej pieprzyk pod lewym okiem, to jak poprawiała włosy i wymawiała jego imię, gdy nikt nie słyszał. Ktoś klepie go po ramieniu. Za długo. Jakby chciał go już podnieść. „Chodź, idziemy w miasto.” To brzmi jak polecenie. Jakby siedzenie było błędem, a cierpienie trzeba było rozchodzić w butach. Nie chce iść. Chce zostać w miejscu, gdzie jeszcze wszystko się nie skończyło - gdzie czuje jej zapach. Boli go, jak szybko przestaje być historią o miłości a zaczyna być tylko opowieścią o błędzie. Oni się śmieją. Mówią o świeżej krwi, drapieżniku, polowaniu, nowym życiu. On nie chce nowej miłości. Chce odzyskać chwilę, w której pozwolił, by nazwali jego stratę ulgą. Patrzy w telefon, sprawdza czy wciąż potrafi czekać. W końcu wstaje. Uściśnie im dłonie. Skłamie: „Teraz jest lepiej,” bo ktoś już zdążył uwierzyć za niego.10 punktów
-
od lat co dzień niby tak samo a jednak zawsze inaczej powtarzam proszę przepraszam kocham dziękuje od lat co dzień niby tak samo a jednak inaczej po czułych miejscach ją całuje od lat tak samo a jednak inaczej patrze jej prosto w oczy mim o że owe patrzenie czasem ją droczy od lat co dzień tak samo a jednak inaczej rozmawiam z nią o miłości która od lat nie ustanie od rana do wieczora umiejętnie naszym domem rządzi10 punktów
-
Każde ciepłe słowo to ukojenie. Czemu się tak wydzierasz?! Owoce i warzywa to zdrowie. I kto teraz to wszystko zje?! Chcę z tobą tutaj leżeć dziś. Sama pościel to łóżko! Hamak bym sobie pożyczyła. Zostaw to! Przeszkadza ci?! Ale przecież to tylko na chwilę? A ty zawsze musisz po swojemu! Mycie to tak nudna konieczność. Znów nie zakręciłaś pasty do zębów! Całe moje ciało należy do ciebie. Ale po co ci tyle miejsca?! I przypadkiem stłukło się, ot co. Będziesz to teraz naprawiać! Ewentualnie mogę zawołać fachowca. Inaczej już nie umiesz tego zrobić?! Było tutaj tyle nieporządku. Jak mogłaś poprzestawiać te rzeczy? Innego ciebie nie chcę. A w ogóle to wynoś się! Eskalacja na granicy nieporozumienia.9 punktów
-
Urlop Na urlop zabrałam rodziców Na Maderze Wystawiam ich twarze na słońce Spis leków, maści I lekarskie terminy Przywiewa do mnie wiatr Do plecaka je chowam Niosę „Schodami do nieba” Zielenią oplątuje Studzę w zimnej wodzie Ocean bez kresu W ból kolan Wmieszany niepokój Każdego dnia Budzi mnie Szumem Wyrzutów sumienia Na wschodzącym słońcu Cichy żal patrzy na mnie Spode łba, Że nie zabrałam na urlop Siebie9 punktów
-
szelest liści pod stopami wczoraj próbuje zmartwychwstać czas siłuje się z myślami odwrócona kartka chowa zapis jak ponaglenie do zapłaty dług zaufania zaciągnięty wspólnie bez podpisów stał się wekslem bez pokrycia 3.2026 andrew9 punktów
-
"Sufit, ściany i podłoga" Zagadał sufit raz do podłogi: „Doprawdy, los twój jest nader srogi! Zdeptanaś cała, poharatana, z meblami w stylu wiejska kabana”. Z góry na dół spogląda nań drwiąco: „Wyglądasz wręcz odpychająco. Wszędzie łachmany, buty rzucone, wielkie śmietnisko na każdą strone”. Zerknęła z dołu w nerwach podłoga skrzypnęła, w ripoście jak do wroga: „Zamilcz, ty blada, pusta płaszczyzno, niechaj twe słowa w gardle ci wyschną!. Lampa u ciebie ledwo się trzyma, lecz dumnie pierś swą szklaną nadyma. Gdy się nadymać będzie przesadnie, to wraz z kawałkiem ciebie odpadnie! I wtedy pęknie to twoje ego, gdy na pysk łupniesz, mój ty kolego. A to co spadnie – oknem wywalę, więc już nie mędrkuj, mój ty cymbale!”. „Ha, ha!” – tu sufit ryknął ze śmiechem. „Straszysz na wyrost, z pustym pośpiechem. Ja trwam na ścianach dumnie oparty, ściany z betonu – to nie są żarty!”. Wtem odezwały się zgodne ściany: „Obajście warci siebie, gałgany! Bo gdy my tylko się wycofamy, w gruz się zmienicie, durne pacany”. Morał z bajeczki płynie nam jasny: Nie wszczynaj zwady – choć świat jest ciasny – z tym, z kim na co dzień los twój związany przez wspólne życie i wspólne ściany. – Leszek Piotr Laskowski8 punktów
-
czasem wygląda jak coś, co zgubiłeś, a potem znalazłeś i nawet nie wiedziałeś, że za tym tęskniłeś. Poznasz je, bo przez chwilę niczego więcej nie potrzebujesz. To nie jest blask złota ani krzyk radości, raczej cisza, która siada obok i zostaje na noc. To ukryty brak, który nagle się odnajduje. Jest jak wiatr, którego nie da się zatrzymać - ale można tańczyć, dopóki wieje. Jak powrót do domu, którego adresu nie znałeś, bezpieczny port po sztormie.8 punktów
-
Rozrywam ciszę twoim imieniem - cierniem, który świeci od środka gardła. Nie dotykam cię. Wydobywam cię z nicości jak ogień, który przypomina sobie kamień. Iskra po iskrze uczysz się istnieć pod moimi ustami. Jesteś mapą płynnego złota, czytaną wargami w sekundzie rozdartej na bezczas, tam, gdzie ciało znosi konstytucję formy i ogłasza własne przykazania pulsowania. Twoje biodra - przypływ, który podmywa fundamenty mojego "powinienem”. Moje dłonie - ptaki głodne wysokości, zakładają gniazda w łuku twoich kręgów. Nie ma skóry. Jest prąd. Magma pod cienką skorupą imienia. Dwa słońca zderzone zbyt blisko - światło przestaje być światłem, staje się raną jasności. Wgryzam się w twoją duszę przez mięśnie, przez drżenie, przez pot, aż każdy jęk staje się księgą ognia, którą zapisuję paznokciem powietrza, oddechem, krwią krążącą jak wspólny alfabet. To nie miłość. To piec hutniczy istnienia. Biały żar, w którym "ja” i "ty” są tylko rudą, a zostaje stop, bezimienny, nierozdzielny, cięższy od gwiazd. Piję twój oddech jak ostatni tlen przed narodzinami kosmosu. Jesteś katedrą z kości. Ja - herezją, która modli się płomieniem. Klęczę. Płonę. Rozpadam się w świetlistą winę. Każdy ruch - zniesienie granicy. Każdy dreszcz - triumf nad formą. Każde zbliżenie - dowód, że granica była tylko wspomnieniem lęku. Niech pękną niebiosa. Niech czas rozsypie się w popiół sekund. Stajemy się osobliwością - punktem, w którym grawitacja traci pamięć, a wszechświat zapada się w jeden spazm światła. Zostaje tylko litera. Naga. Oślepiająca. Jednia. Biel, która nie ma już przeciwieństwa.8 punktów
-
lato przyszło zbyt szybko asfalt po deszczu wytrącał ciepło jego zapach długo unosił się w powietrzu dałaś mi list bym otworzył go jesienią gdy nas nie było na czystej kartce napisałaś pamiętaj o oddechu7 punktów
-
Taki sen mój mały-wielki świat w przytulnym pokoiku myślami przemalował błękitem szare dni wzrokiem nienasyconym przebijam w szybach utkwione tęsknoty nadzieją przebudzone burząc mroczne szczyty zawsze dziwacznych snów rozpoczyna się kolejny marzeń dzień jak wczoraj dzisiaj znów ************7 punktów
-
Tak błaznować mi przystaje, ha! Bom błazen! Ha! I tak się kręcę — z pieczonym jabłkiem w żylastej ręce!7 punktów
-
6 punktów
-
w leśnej ciszy zawarte małżeństwo z bronią z zamkiem czterotaktowym w kolorach maskujących ziemskiego przyciągania na niezidentyfikowanej szerokości wojny dzielimy się chlebem dla kurwy nędzy a sierść nasza mokra jak pierwszy listopad nad zimnym kamieniem w księżycowej pełni przebarwień i odprysków sowa na nagim drzewie prawdy odsłania w miękkich oparach zmierzchu jak miło nie być6 punktów
-
kolejny wieczór przybity do ściany uśmiechy martwe bądź umierające zimowy monsun trzaskający drzwiami porywa strzępki nadziei tonącej więc słodko-kwaśne wypełzają słowa z ust zaciśniętych, prawdą umęczonych nie usiądziemy już przy naszych stołach z pakietem wspomnień dawno podzielonych nocą pragnienia otulamy w pościel łzami piszemy partytury senne może zapomnisz o brooklińskim moście gdy się obudzisz a ja wciąż tu będę6 punktów
-
Zielenieje trawa, łodygi pną się do słońca, wyprężają korony, przeciągają leniwie do światła. Wkoło chodzą uśmiechy, kroczą uzdrowione marzenia, przyszłością oprószone nastroje, świeżo malowane portrety. Łagodnieją twarze, w młodości znowu zaklęte. Plastyczne mózgi, spragnione nauki, czytają krzyżówki na blaszkach liści, od ciemnych pokoi wyklęte. A ja gdzie? Tam, leżę, pod spróchniałym krzewem. Tam są moje zwłoki, pod uniwersytetem. A zawiasy drzwi tańczą w jedną i w drugą, otwierając nowe możliwości. Nikogo nie zatrzymuje brzydki krzew.6 punktów
-
Tak dla relacji opartej na wzajemnym poszanowaniu dla melisy w kubku dla unikania cukru. Dla poezji po zmierzchu; rapującej dziewczyny z przedmieścia Dla milczenia takiego, że nie odpowiadamy na głupie pytania bo człowiek ma prawo do błędu5 punktów
-
zadzwonił właśnie pytam o plany na bejrut jeśli samolot poleci będzie w nim w maju pociąg z rudą żelaza przez saharę może tam znajdzie siebie5 punktów
-
Czas nie płynie jednakowo. W duszy śpiewa, w głowie gra. Każdy inną ma melodię, Zagłuszają dźwięki tła. Chciałabym tym jednym słowem, Móc otworzyć szczęściu drzwi, Gdzieś zapisać na tych kartach, Melodyjnych wspomnień szyfr. Tak by móc do niego wrócić, Nie szukając w próżno słów, Szybko sprawdzić, gdzie niedosyt, W swojej ciszy stanąć znów. Gdzieś zapisać jak to było, W każdym słowie słyszeć dźwięk. Co zrobiłam, że zmieniłam Czasu pogoń w myśli śpiew. - Kapirinia5 punktów
-
błękitne niebo pełne waty cukrowej z białych chmurek majestat nieskończoności płynący w nieznane pod nimi sznur gęsi zdobi czasoprzestrzeń jak rozpięte korale mnóstwo paciorków na niebie lecą w znane sobie miejsce zwiastują ... wiosnę głośno rozmawiają o spełnionych marzeniach dotarły do celu słychać je na ziemi rozsypały się nad łąkami szukają azylu odpoczynku spełniają sen o ziemi obiecanej 3.2026 andrew5 punktów
-
mam pięty zajechane, zrogowacenia i krew odciskam ci na kafelki, mnie tu nie ma. a klęczę i próbuje zmyć ten syf, mnie tu nie ma. a ty patrzysz i mówisz gdzie jeszcze, gdzieś jeszcze mnie tu nie ma. potem umyję dłonie i się sparzę a potem ukoję i powiem ci coś po raz pierwszy, ty nie usłyszysz, jakby mnie nie było. jestem i piersi mam pełne słów mlecznych, gdziekolwiek, więc jak mamka karmię wszystko, więc jak mamka na wszystko nie spojrzę. i ciebie widzę gdziekolwiek.4 punkty
-
4 punkty
-
4 punkty
-
Lodem jeszcze zwarte stawy. Po nim gąski. Woda w polu. W rzędach dęby jakby dalej im gęsiego, bo i grząsko. Miedza osuszona w słońcu. Przegląda się niebo w błocie. I pulsuje Ziemia w końcu. Rozpostarte trzyma skrzydła w marcu dąb, pierwszy stroiciel.3 punkty
-
3 punkty
-
Gdybyś wrócił, rzekłbym witaj po niewczasie odchodzisz bez pytania wciąż kogoś zabierasz jesteś pieśnią o "niepotrzebnych", o moich bohaterach Czasie zaprzeszłego ja nie czekam z wiarą bo ty nie potrafisz lub nie chcesz powracać żałuj! bo ja mógłbym wiele cię nauczyć ale ty nie prosisz Niesiesz w jednym koszyku narodziny i śmierć, wybaczam, niewczasie bo kiedyś inni będą czekać na mnie i na ciebie na to, co w nicość przemielamy razem Niepamięcią okrywasz rany co się bliźnią niechaj żyją bólem! tego co nie tu i tego, co nie teraz czego nie ma dla ciebie co na zawsze dla mnie zanim się rozstaniemy A tymczasem, wierzę bardziej w dzisiaj i wczoraj w to, że jutro będzie jeśli ciebie przybędzie jak się mnie nie pozbędziesz będę tutaj i teraz albo tam i na zawsze Ale wybacz, czasie gdybym wierzył w ciebie nie wierzyłbym w Boga a ja ciągle wierzę3 punkty
-
3 punkty
-
44. Wrota Cylicyjskie (narrator: hypaspista) 1. Wąski przesmyk. Historia lubi ciasne miejsca. 2. Ich straże nieliczne — jakby nie wierzyli, że warto tu umierać. 3. Może świat zapomniał ich postawić we właściwym miejscu. 4. Persowie patrzyli. Nie na nas — za siebie. 5. Ogień za plecami uczy więcej niż wróg przed tobą. 6. Za Wrotami satrapowie palą własną ziemię, zanim zobaczą nas na oczy. 7. Żaden z nich nie podniósł głosu ani włóczni — to mówi wszystko. 8. Czasem upadek zaczyna się w sercu człowieka, zanim dotknie go stal. cdn.3 punkty
-
jestem ale raz na jakiś czas zwykle rozproszony jestem ale za ścianą i tylko od święta każdego dnia przez kwestie niejasne odbijam się od przeciwległych granic szerokiej skali ze mną to tylko tak doraźnie może do kieliszka może omyłkowo może siłą rzeczy a potem sprawy istotne potem jestem spragniony i ludzie są spragnieni ale ja jestem octem 22 VIII 20253 punkty
-
A więc dziś marcowa pełnia, tu wojny, bessy i hossy; A tam pełni Robaczego Księżyca z zaćmieniem losy. – Zaćmienia Księżyca z natury swej towarzyszą pełni, Księżyc się zaćmi, gdy drogi do swego węzła dopełni. Węzły są dwa: „Rahu” – północny – wstępujący, w tym dziś I „Ketu” – południowy – zstępujący. Nazwy zda się mi Bardziej fantastyczne to: „Caput Draconis” – „Głowa Smoka” Oraz przeciwna do niej „Cauda Draconis” – „Ogon Smoka”. I to coś znaczy? Podobno tak, i ja myślę, że anioł wie. Bo wbrew astrologom człowiek, choćby uczony, raczej nie. Nie, nie obserwowałem, bo zasłoniła jasność słońca I szare kotary kłębiących się smutnych chmur tysiąca. Lecz myślę, że szkoda, bo tu cichy kryzys, gdzieś naloty; Ktoś coś powiedział, lub gestem zrobił przykrość i co po tym? Gdy Księżyc Robaczy, i istotnie ziemia odetchnęła. Wciąż się sukniami zieleni i kwiatów nie ogarnęła, Lecz już ptacy w poranki pobudkami jej szczebiocą, Już jejś Marsie z towarzystwem górował, choć poza nocą. Myślę, że prócz ludzkich inne wpływy, osoby i moce Toczą cię ma części globu za wiosenne równonoce. A tam, chociam dziś niezdrów – sił u mnie tak skrajnie niewiele, Jak bywało znów przypłyną i się z Wami podzielę…! . . . Na koniec, przez noc, żeby nie było mi smętnie i łzawo, Przez gałęzie zajrzał mi Księżyc jak Słońce złotem żwawo. Ilustracja: „Perchance”, pod dyktando Marcina Tarnowskiego „Księżyc zagląda przez okno”.3 punkty
-
ktoś go wysłuchał ktoś to zapisał nagrał przetłumaczył wydał książkę zrobił film on i ten ktoś już dawno odeszli lecz zostawili niteczki po których mogę się wspiąć3 punkty
-
Dostrzegam w tobie przyszłość dla wspomnień. Radzę życiu, aby odnalazło własny zakątek ciała. Rozpadam się na niedopasowane elementy – łzy uciskają ciszę. Być może nauczę się żyć wiecznie, kochać do obłędu – dusza dopasuje się do dłoni. Pora żyć, kiedy wieczność jest tak bliska. Nie wierzę w obecność cieni, nawet światło sprawia wrażenie zapomnianego. Nie przyznaję się do samotności, nie liczę na szczęśliwy traf. Twoje usta nie pasują do pocałunków. Może wiatr sprawi, że smutek przez moment stanie się czymś jeszcze. Pamięć? Pora nauczyć się tabliczki mnożenia. Ukarana przez noc, widzę się pośród błahych słów. Myśli, choć cudzołożne, są wstępem do czyśćca.3 punkty
-
Czy można ciągle na dźwięku fis żyć w zawieszeniu, lecz ponad być? Ponad dnia tempem. Ponad problemem. Ponad zwyczajem i przyjacielem. Ponad potrzebą. Ponad instynktem. Ponad cierpieniem i wieżą ciśnień. Wierzyć, że jestem, że nie wydaje tylko się życie. Inne detale. Wierzyć w swe miejsce, że jest i będzie. Że śmierć nie czeka, aż zniknie przejście.3 punkty
-
Jesteś podróżą - bez map i kompasów. W dolinę czasem, a czasem ku wzgórzom. Nie dłużącą się, a długą - jesteś mi podróżą. Z tobą idę moją drogą - dla jednych to blask, dla drugich to wstyd. Ach! Bzdurą mi ten wstyd, gdy mi wodą i podróżą są nie oni, ale ty! 31 V 20243 punkty
-
jestem a jakby mnie wcale nie było wszystko się dzieje a nic nie dotyka mydlana bańka ułudą się wznoszę kroplami złudzeń bezpowrotnie znikam nie ma mnie tam już gdzie byłam przybita gwóźdź doczesności rozpruwał mi duszę dzisiaj niebytem jak cisza rozkwitam na nic nie czekam niczego nie muszę to co pętało już nie ma znaczenia supły gordyjskie przez los zawiązane rozbite wiarą która wszystko zmienia wszystko przemija nie na zawsze dane ja jestem prochem motylem i duchem wszystkim i niczym nonsensem i siłą kobieta kamień cała marnym puchem jestem a jakby mnie wcale nie było2 punkty
-
kładł ciszę na każdym zwątpieniu wokół było pusto myśli mokre i matowe przygniatał do przeszłości codziennie słowo na słowie kłamstwo na kłamstwie były ogromne ciężkie urosły w nim rafy tęsknoty pożerające światło2 punkty
-
Wiesz? Nie jestem dobrym człowiekiem. Dopadałaś mnie swoim chłodem w pełnym rozkwicie. Nie ważne ile widzę. Nie ważne ile wiem, chcę i pragnę. Ty zawsze pozostawiasz obietnice bez wyjaśnienia. Ale to nie ważne. Ważne jest, że wciąż jesteś, że dotykasz moich dłoni, ramion i zgniłego serca. Wiesz? To wszystko jest takie proste, ale kiedy sięgam umysłem dalej niż mi pozwalasz To widzę Nic. Nie jestem dobrym człowiekiem. Zabierz proszę i ten dzisiejszy dzień, zabierz. To nie dla mnie. Myśli plączą się pomiędzy, A ty jak zawsze czekasz i bierzesz to co jest twoje. I nie gniewam się. Godzę się z taką konstrukcją świata, bo przecież czym byłbym bez twojej wieczności? Bez twojej miłości.2 punkty
-
Lubiła słuchać światła jak szeleści między trawami, lubiła dotykać poranków obiecujących jak nieotwarte listy. A potem przyszli obcy - z chrzęstem żelaza i błotem. Wdarli się w jej ciszę, miażdżąc delikatne brzegi snów. Jej dusza odpłynęła w stronę źródła, gdzie błękit nie rzuca cieni a ból traci ciężar. Znalazła schronienie w pęknięciu - między "byłam" a wieczność.2 punkty
-
2 punkty
-
2 punkty
-
Skradł całusa Jan pannie z Niewolno, gdy oboje szli drożynką polną. Panna bardzo się zjeżyła, przez łeb go mocno zdzieliła, krzycząc „Niczego mi kraść nie wolno!” 🌲🌲🌲 Niewolno – wieś w woj. wielkopolskim2 punkty
-
Z gardzieli obcej — obcy dobywa się ton i nocą sad zielonych czereśni przemierza — choć — zda się: jest znacznie wcześniej…2 punkty
-
@bazyl_prost @violetta @Myszolak @KOBIETA @hollow man @Magdalena @vioara stelelor @Wiechu J. K. @Waldemar_Talar_Talar @Berenika97 @iwonaroma @Nata_Kruk @A.Between @huzarc @Gosława @Amber @Łukasz Wiesław Jasiński @wiedźma @EsKalisia @tetu @Clavisa ogromnie się cieszę, że mogłem zgromadzić takie zacne grono pod tym wierszydłem :) Sprawiliście mi wielką radość. Raduje mnie każde Wasze pragnienie odczytania przekazu - i z góry mówię - każde jest właściwe :) P.S. Dla ciekawych, w wersji reżyserskiej jest jeszcze kilka... tajemnic :)2 punkty
-
@Berenika97 Łatwo winić dym. Trudniej przyznać, że stopy same rwały do tyłu.2 punkty
-
Jego świat rozsypywał się właśnie w posadach. Był funkcją, dla której idealnie nakreślono współrzędne. W jego idealnym, utopijnym świecie, ten dzień miał nigdy nie nastąpić. Choć przecież od początku miał wręcz pewność ku temu, że niektórym zjawiskom nie sposób zapobiec, są one następstwem odwiecznej bytności spraw które wymykają się ludzkiemu pojmowaniu i zdają się niczym ponad dojmujące uczucie klątwy jako klęski życia. Ten dzień miał nigdy nie nastąpić, bo klątwa jawiła się przecież jako farsa. Bajeczka dla czarnomagicznych kultystów, którzy bawili się w rytuały czy bluźniercze zakony. Była pół martwym mitem, dla ograniczonych umysłów dzikich ludów wysp południowych. Oni naprawdę uwierzyli. W moc tiary. W to, że z jej pomocą wskrzeszą demona. Dlatego nigdy się nie poddali. A muzeum przestało dbać o bezpieczeństwo świata i swoje. Co prawda po tym jak przeczytał te wszystkie manuskrypty i pergaminy. Poznał ze starych wycinków gazet i pamiętników zeznania policjantów i kultystów z Innsmouth. Historię Diabelskiej Rafy. Historię rodu Quarrych. Dzieci Normana i ich potomków. Wszyscy zeszli pod wodę. A Norman? Przecież kilkanaście lat temu sprowadził strażnika do tiary. Oczywiście był to głównie chwyt marketingowy, lecz gdzieś z tyłu głowy pamiętał o zapisach testamentu. Później po kilku latach zatrudnił tego strażnika i dał mu wytyczne by szczególnie mocno pilnował bezpieczeństwa w sali morskiej. Widział jak zmienia się najpierw jego psychika a potem fizjonomia. Strażnik bał się tej sali i tiary. Wody i przeznaczenia rodu, którego był potomkiem. Jego oczy, włosy a szczególnie dłoń. W ostatnich tygodniach, moc tiary przemieniała go na dobre. Ale on jako jego szef nadal udawał, bo ten dzień miał nigdy nie nastąpić. Po telefonie, ubrał na siebie cokolwiek, w postaci wymiętej i przepoconej koszuli, oraz spodni. Pominął nawet marynarkę i wybiegł z domu nie zamykając za sobą drzwi. Ruszył biegiem opustoszałymi uliczkami, skwerami i pobocznymi zielonymi skrótami. Po kilkunastu minutach gmach muzeum miał dokładnie przed sobą. Był ciemny, cichy i niewzruszony żadnymi postaciami wokół jak i wewnątrz budynku. Szybko odnalazł okna sali morskiej na pierwszym piętrze. Zaklął. Zapomniał o wiecznie zasłoniętych kotarach. Pokonał szerokie stopnie schodów prawie myląc kroki. i wreszcie opadł całym ciężarem na zimne szkło wejściowych drzwi. Za biurkiem nie było nikogo. Lecz leżały na nim. Komórka, latarka i klucze. A także dwa kubki po kawie. Witryna z grzybkiem alarmu, była nienaruszona. Szafka z kluczami od sal, była zamknięta. Czujki wyłączyły oświetlenie sufitu. To znaczy, że nie było w hallu nikogo od co najmniej dziesięciu minut. Mógł wprowadzić kod ręcznie i wejść bez przeszkód ale wolał zawołać strażnika. Walił pięścią z całych sił i wrzeszczał jego imię. Odpowiedziała mu cisza. Głęboką jak grób. Drżącymi palcami wpisał szybko kod. Magnetyczny zamek od razu zapiszczał i zwolnił zapadki. Pchnął lewe skrzydło tak mocno aż odbiło się złoconą rączką od ściany, wyszczerbiając ją odpryskami farby. Zawołał jeszcze raz. Wszedł do hallu. Światło rozbłysło od razu na całej długości schodów i wejścia na piętro. Wszystko było w porządku. Żadnych śladów walki, krwi, wody … ani śladu po strażnikach. To było absolutnie chore a wręcz schizofreniczno niedorzeczne ale wiedział kto był po drugiej stronie słuchawki telefonu, który go zbudził. To był Norman Quarry. Wstał wreszcie z grobu by zapoznać się z potomkiem i namaścić go na następcę. Oby tylko obydwaj trzymali się z dala od tiary, wtedy jeszcze może uda się uciszyć klątwę na kolejne kilka miesięcy albo lat. Uratować niewinnego, lecz i tak skazanego na zagładę człowieka. Wziął pęk kluczy z biurka i ruszył na piętro ku sali morskiej. Był w połowie schodów gdy wreszcie usłyszał jakiś dźwięk, bodaj pierwszy od czasu gdy przekroczył próg. Nie była to jednak ludzka mowa, rozmowa, wentylacja ani nawet odgłos szarpaniny czy bójki. To były fale. Morskie i spokojnie bijące o brzeg. I coś na wzór gulgoczącej, powarkiwanej pieśni. Przed salą morską posadzka była cała mokra. Słone kałuże drżały niespokojnie zupełnie jak gdyby ktoś delikatnie dmuchał na ich powierzchnię. Dźwięki dochodziły zza drzwi. Wsunął klucz i przekręcił. Ściana uwolnionej wody, zalała go momentalnie aż po pas. Zaskoczony, próbował bezskutecznie uskoczyć. Stał jednak twardo na nogach. Woda miała swoje źródło w tiarze, która spoczywała nadal w gablocie w centrum sali. Jej front był jednak wybity. Alarm milczał. Wiązki laserów odbijały się w wodzie, tworząc czerwone, rozmyte ślady. Pieśń nie ustawała. Podszedł powolnym krokiem do tiary. Kamień w niej osadzony, zabłyszczał złowrogo, porzucając swą dotychczasową, matową strukturę. Nigdy nie miał jej w rękach i teraz również nie zamierzał jej dotykać. Zapomniał o strażniku. I dopiero teraz skierował wzrok na lewy róg sali. Tutaj też nie wszystko było po staremu. Gablota z sarkofagiem była co prawda nienaruszona i zamknięta, lecz jak wyjaśnić to, że sam sarkofag był również zasunięty na cztery spusty. Czyżby Quarry wychodząc z grobu, zamknął go za sobą? Przecież to niedorzeczne. A może strażnik widząc co się dzieje w sali. Otworzył gablotę i uwięził mumię na dobre. Istniała jeszcze jedna możliwość. Rozbił front kilkoma solidnymi kopnięciami. Alarm milczał. Dotknął pokrywy trumny. Była mokra i lodowato zimna. Odsunęła się jednak z łatwością. W środku był on. Ciało szare, spękane i przeraźliwie suche. Pachnące wonnymi olejkami, ubrane w różową togę. W zabandażowanych, okaleczonych rybim kalectwem dłoniach ściskał kamienny pastorał kapłana kultu. Oczodoły skierowane wprost na gablotę z tiarą. Zamiast ludzkich nóg. Ohydny rybi ogon, z długą i ostro zakończoną płetwą. Mumia nadal spała. Strażnik wywiązywał się ze swego przeklętego obowiązku. Lecz jednak nie tylko zamknięty sarkofag budził w nim niepokój. Spojrzał pod nogi. Na granicy zgromadzonej wody, dostrzegł mosiężną, przykręconą tabliczkę eksponatu. Norman Quarry 1740-1775 Syn kapitana Valentina Quarry Darczyńca i główny twórca sali morskiej. “Strażnik kultu Dagona”. Wszystko się zgadzało, co do słowa… a jednak… Gulgoczące warczenie dobiegło zza jego pleców. Obrócił się nieprzytomny wręcz z przerażenia. Mumia stała obok gabloty z tiarą. I miała ją na swojej idealnie owalnej, łysej i spękanej głowie. Była również odziana w togę kapłana. Zresztą była identyczną kopią tej mumii z sarkofagu. A może ta z sarkofagu była kopią. Kustosz już wiedział jak było naprawdę. Mumia rzuciła się w wodę, zamachała żywo rybim ogonem i podpłynęła szybko jak strzała do gabloty z sarkofagiem. Wynurzyła obok jego nóg i weszła w ciało zastygłe w trumnie. Pieśń ustała a woda uspokoiła się po czym znikła. Zostawiając jedynie ślady soli morskiej na ścianach i podłodze. Kustosz opadł na kolana. Nie rozumiał. Choć wszystko już było jasne. Spojrzał jeszcze raz w ciche i spokojne oblicze mumii. Ta nadal patrzyła na gablotę w centrum, podążył wzrokiem za nią… tiara znów wróciła na miejsce. Tak samo idealna i piękna. Pożądana i przeklęta. Po wieczność. Wstał i w amoku zerwał ją z aksamitnej poduszki. Była ciężka jak głaz. Jak żywot tych wszystkich potomków Quarrego. Już czas najwyższy. Włożył ją na głowę. I nagle w jego wnętrzu powstała nieodparta chęć wskoczenia do wody. Widział oczyma wyobraźni wyspę podwodną z ukrytą kryptą Przedwiecznych. Tam spał Cthulhu. Widział wszystkich przemienionych kultystów. Widział Valentina, Normana a nawet ostatniego strażnika. Płynął z nimi ku R'lyeh. Ciesząc się ze wskrzeszenia Dagona. Pana głębin. Wyszedł przed gmach i ruszył ku jedynej w okolicy rzece. Czas zejść pod wodę i oddać tiarę w ręce prawowitych właścicieli. Opowiadanie poświęcam Lenore Grey, żywiąc nadzieję że może kiedyś zbiorę cały ich tomik by można go wydać. Dziękuję wszystkim za czytanie i przychylne komentarze. Teraz czas brać się za własną wersję "Coś na progu" lub "Reanimatora Herberta Westa". Chyba, że wolicie ujrzeć jakieś całkowicie autorskie pomysły a nie styl fan fiction.2 punkty
-
@Berenika97 Puste naczynia. My tylko domykamy powieki z brązu.2 punkty
-
Dzwonił zawzięcie raz za razem. Wybierał numer kustosza, za każdym razem odpowiadała mu cisza. Nie było sygnału. Nie poddawał się jednak. Wierzył jeszcze w cudowne ocalenie nie przez zrządzenie losu a przez racjonalność namacalnego człowieka. Kustosz wydawał się idealnym wyborem. Może i twardo stąpał po ziemi opierając się na potędze akademickiego umysłu, lecz z drugiej strony znał historię rodu Quarrych na pamięć niczym pacierz. Znał treść testamentu. Wiedział do czego zdolna jest tiara. Choć nigdy by się do tego nikomu nie przyznał to czytał z zainteresowaniem, stronice ksiąg i pergaminy o których wspominał Quarry w testamencie. Spisano w nich wszelkie potworne modlitwy i opisy rytuałów. Były tam i kroniki pochodzące z najdawniejszych eonów kosmosu gdy Ziemia i nasza galaktyka nie istniały jeszcze nawet w zamyśle chaosu i Przedwiecznych. Były ryciny i podobizny rybich kapłanów. Pieczęcie Zakonu Dagona i jego najwierniejszych przybocznych. Była tam pieczęć Quarrych. Cyrograf kapitana. Była również i rycina z tiarą. Najpotężniejszym artefaktem zakonu. Kamień w nią zaklęty był bramą w zaświaty. Był okiem samego Dagona. Tiara miała podobno swoje wierne kopie na świecie bo przecież na przestrzeni tak wielu lat podziwiało ją naprawdę wielu zdolnych naukowców i artystów. Wielu domorosłych kultystów i udawanych arcykapłanów, próbowało za ich pomocą zyskiwać poklask i szacunek u zacofanej i ciemnej gawiedzi tak w Europie jak i Stanach. Do najgłośniejszej ze spraw doszło w roku tysiąc osiemset czterdziestym szóstym w małym, przybrzeżnym miasteczku o nazwie Innsmouth w Nowej Anglii. Rozbito tam sektę tak zwanych dagonistów. Nie bez problemu i uszczerbku dla samego miasta i reszty jego mieszkańców. Prawdziwi kultyści a w szczególności mieszkańcy wysp południowych nigdy nie spoczęli by odzyskać tiarę z rąk muzeum. Mieli zamiar wskrzesić klątwę i obudzić Dagona z czeluści R'lyeh. Zakończyć nasz czas na ziemi. Na przeszkodzie zawsze stawało to, że nie mogli przekupić kolejnych kustoszy. Próby kradzieży były duszone w zarodku. Łapówki nie przybliżały ich do celu a muzeum zmęczone tematem klątwy, dokoptowało postać jej strażnika. Normana Quarry. Po kolejnej bezowocnej próbie dodzwonienia się, rzucił bezużyteczne urządzenie na posadzkę. Mrok wokół niego zgęstniał i nie była to wcale wina przygaszonych lamp. A obecności istoty do cna wyklętej. Machinalnie sprawdził widok z kamer w sali morskiej. Nie było tam nic co mogłoby być niepokojące. Żadnego ruchu, cieni, śladów czy znaków… jedynie dwie puste gabloty w tej świątyni przeklętego skarbu. Tym razem sięgnął po tiarę. Więc przyjdzie także po niego. Gdzieś z górnej kondygnacji, spłynął ku niemu osobliwy i zupełnie nie pasujący do otoczenia dźwięk. Był to odgłos spokojnych, morskich fal uderzających o kamieniste, ostre nabrzeże. Wynurzał się cicho i zupełnie nienachalnie. Klątwa płynęła jak krew, jak czas. Leniwą strugą. Posłyszał dokładnie chrapliwy, ledwie zarysowany przez słuch gulgot. Tak jakby ktoś chciał mówić pod powierzchnią tej wody. Tak jakby tonął w odmętach grozy nieuchronnej bo wiecznej. Człapał, śliskim, pokracznym, mokrym chodem. Zbliżał się. Do granicy mroku. Strażnik poddał się. Czuł już inaczej. Każdy spazmatyczny oddech, rozpędzony puls bijący mdłym posmakiem krwi, w jego ściśniętej krtani. Myśli były rozpalone gonitwą bez celu. Wiedział, że ucieczka nie ma sensu. Był tutaj do końca nie przypadkiem. Był ostatnim elementem układanki, lecz czy na pewno ona ma swój kres. Miał przecież córkę. Spojrzał na swoją pokracznie zdeformowaną dłoń w kształcie rybiej płetwy. Taki się urodził. Błona między krótkimi palcami, była teraz czerwona i bolesna. Za kilka miesięcy zacząłby tracić włosy, potem jego skóra stałaby się tłusta i mokra. Oczy wodniste i wyłupiaste a powieki przestałyby mrugać. Na koniec okulałby. Jego stopy zmieniłyby się w małe płetwy. lub nogi zrosły w potężny rybi ogon. Wózek inwalidzki byłby jedyną nadzieją na choćby szczątki ludzkiej normalności. A potem to co spotkało wszystkich jego przodków oprócz jednego. Oficjalny zgon i pogrzeb w trumnie. A tak naprawdę zejście pod wodę i zamieszkanie na podwodnej wyspie Przedwiecznych. Jego daleki przodek wychynął z mroku. Stanął nad schodami prowadzącymi do głównego hallu i patrzył pustymi oczodołami na potomka rodu. Nowego strażnika klątwy. Ubrany był w różową togę, ciągnącą się splątanym ogonem za jego postacią. A na głowie miał tiarę Dagona. Nie mogąc pokonać stopni. Spłynął w dół z niesamowitą gracją jak rybi demon w trakcie sztormu z pokładu fregaty jego ojca. Zatrzymał się tuż obok niego. Nie poruszył się już ani nie rzekł ni słowa. Uczuł, że wbrew sobie i zmysłom, podnosi ręce ku postaci demona. Nie chciał go dotknąć ani uderzyć. Jego dłonie w ogóle nie spoczęły na wysuszonym ciele mumii. Sięgnęły wyżej ku tiarze. Zdjął ją z głowy Normana. Była bardzo ciężka a z tak bliska jeszcze piękniejsza i bardziej pożądana. A klejnot mimo tego, że nie odbijał w swej postaci niczego poza pustką, tym razem ukazał mu uśmiechnięty smoczy łeb bóstwa. Uniósł tiarę jeszcze raz nie po to by wróciła do demonicznej mumii a po to by ukoronować swoje własne skronie. Ekran porzuconego telefonu wzbudził się samoistnie a system wybrał numer kustosza. Tym razem sygnał połączenia wydzwięczał w słuchawce...2 punkty
-
Nie ma zniczy, wieńców, ciepłych słów. Nie ma imienia. Jest tylko data - dzień przed pierwszym marca. Serce zrywa się do pionu w poszukiwaniu choć drobinki pyłu z upuszczonego omyłkowo kwiatka. Wygrzebuje się z grobu i idzie, kulawo. Brudne od błota, oblepione piachem, potyka się, wstaje, nie zważa, że odstrasza. Dziurawe, zdeformowane komory pulsują, gotowe pompować nawet zatrutą krew. Zamierają w każdym uderzeniu, jednak biją dalej do eteru. Może ktoś słyszy echo. Porośnięte mchem, włóczy się i czołga, ale nikogo nie ma, nikt nie czeka. Klucz nie pasuje już nawet do własnego domu. Szare i zmarznięte dochodzi do bram cmentarza, przekazuje wiadomość wronie. On ją dostaje jako sójkę, co ćwierka mu piosenkę pod oknem. Po zmroku serce wraca do grobu, by znów zbudzić się w środku nocy i szukać dalej śladu jego butów, na szlakach tęsknoty. W tym roku nie będzie dla mnie wiosny.2 punkty
-
@Łukasz Jurczyk "Historia lubi ciasne miejsca" - wielkie przełomy dziejowe często rozgrywają się w punktach „ściśnięcia” - w miejscach, gdzie nie ma odwrotu ani szerokiego manewru. Persowie słabo obsadzili kluczowy punkt. To sugeruje brak wiary w sens obrony, a więc również ich słabość moralną. „Persowie patrzyli, Nie na nas - za siebie " - to obraz strachu i niepewności, bali się może swoich dowódców. "Ogień za plecami" - mocna metafora taktyki niszczenia zaplecza albo chaosu w państwie. Człowiek bardziej uczy się z własnego zagrożenia wewnętrznego niż z zewnętrznego wroga. Najgroźniejsze bywa to, co dzieje się „za plecami”. Perscy namiestnicy niszczą swoje terytoria przed nadejściem przeciwnika ale też oznacza to, że imperium "samo się niszczy". Następuje wewnętrzny upadek. Świetna puenta - "upadek zaczyna się w sercu człowieka" - upadek jest najpierw psychologiczny i moralny, a potem militarny. Tekst intelektualnie wymagający. :) Ale świetny! Dla was to brama. Dla nas - pułapka wykuta w skale i we własnym strachu. Mówisz, że nie warto tu umierać. Jak mamy ginąć za króla, który każe nam spopielać własne domy?2 punkty
-
czekam przebudzeń w godzinach gdy aktywne są ćmy i nietoperze kwitną wtedy rośliny pełne aromatu pokój wypełnia słodki dym przytomny z amoku smakuję ich liście nie rozpoznając nazw powoli topię się w półsen by znów wracać na powierzchnię świt odbija kontury bez dotyku rozpuszcza cienie w szczelinach między zapatrzeniem a bezczynnym światłem lamp2 punkty
Ten Ranking jest ustawiony na Warszawa/GMT+02:00
-
Ostatnio dodane
-
Wiersze znanych
-
Najpopularniejsze utwory
-
Najpopularniejsze zbiory
-
Inne