Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Ranking

Popularna zawartość

Treść z najwyższą reputacją w 23.04.2023 w Odpowiedzi

  1. na łkanie jestem odporna łzy wiadrami wylewam bez pośpiechu smakuję każdą jedna jest słodka a inna słona... za oknami deszcz wciąż pada - gorzki od nocy w oczach gnijącej mokry od łez posklejana jestem gwiazdami i łzy liczę roztropnie usiądę z myślami moimi jak siedziałam z tobą - tyle dni samotnych kołdrą milczenia się okryję równo wzdłuż brzegów podzielę kwaśną pomarańcze - mimo stałej bezchęci na nas dwoje na łkanie jestem odporna
    8 punktów
  2. Akcja od dawna tutaj się toczy, a plan jak zwykle przygotowany, malarze mają pełno roboty, wzrok oraz zmysły mamią barwami. A poza planem biegają wszyscy, pozornie tylko bałagan tworząc, technicy swoim umysłem bystrym, czuwają, aby było gotowe. Reżyser rzadko wtrąca trzy grosze, czuwa nad planem, ale bez skryptu. Scenariusz chyba głęboko schował. A zdjęcia kręcą bez scenarzysty. Idąc inspicjent rzekł patrząc na mnie: „Jesteś gotowy? Za chwilę wchodzisz.” Pytam o angaż, ile dostanę? - „To w swoim czasie - szef tobie powie” Ciemno i ciasno: wręcz mnie wypchnięto. Jeszcze klap w tyłek wrzask i po chwili gram swoją rolę cichą i piękną, że aż mi nieba pragną przychylić. Ale scenariusz już się zakończył. Chcę schodzić z planu: „zostajesz” - słyszę. „Masz dziesięć reguł. Nowe wyzwania; o jednych powiem, inne przemilczę.” Zmieniono wygląd - właśnie dorastam. Autorytety powinienem uznać. Burza hormonów - bunt we mnie wzrasta. Zwątpienie czuję - rola jest trudna. Jakieś konflikty kreuję wokół. Jak magnes ciągną seks narkotyki. Po co dodano te dziesięć reguł? Grę utrudniają, mieszając przy tym. Bez nich jest gierka łatwa i prosta. Niejeden wątek już sam się przędzie, na drugim planie zaraz się schowam, a swoją rolę zagram obłędnie! Lecz położyłem i wyszła klapa. Znów nowy retusz dorosły facet. Od teraz jestem przykładny tata, dano zadanie nie byle jakie. Być mężem, ojcem, zarobić kasę. Dalej jest: kucharz, kochanek, sprzątacz, ślusarz, elektryk, własny kierowca. Mam tego dosyć, ledwo nadążam. A wokół panny, mężatki, wdowy. Uśmieszki kuszą i sprawa krótka. Wciąż te reguły… już nic nie powiem, a póki co, to duża wódka. Dorwał scenograf: twarz mi pomarszczył, przybielił włosy, strój kazał zmienić. Jest jak z ołowiu, nie mogę biegać, wydatnie zwiększył długość przestrzeni. Świat cały zwolnił. Jest czas pomyśleć o tych regułach, co wszystko psuły, a gdy się głębiej tak zastanowić, receptą życia są te reguły. Jeszcze rozważam kolejność akcji, choć ją kreuję - korekta była: zaraz mam upaść, z płaczem wyniosą. Rola nie łatwa - już się skończyła. Zaś akcja dalej biegnie na planie. Jak zwykle wszystko na czas gotowe. Zmyto mi zmarszczki, wkładam ubranie, rozmowa z szefem. Co on mi powie? I naglę słyszę ciepłe zapraszam. W fotelu siedzę przede mną ekran. Są perfekcyjne ujęcia z kamer, początki roli były przepiękne. Dalej jest różnie serce mi pęka. Widzę jak inni płaczą przeze mnie. Skutki mych czynów dalekosiężne, oddał bym wszystko - lecz są niezmienne. Ze wstydu chętnie wlazłbym pod fotel, albo bym spłonął w tej jednej chwili. Ciepłe spojrzenie na mnie położył. „Wiem że żałujesz, każdy się myli. Oglądaj dalej kolejne kadry - na twoim koncie czyny wspaniałe. Jak prawie wszyscy, jesteś uparty. Ingerowałem, byś zmógł zadanie.” „Pytam o angaż, ile dostanę?” - przypomniał słowa moje niemiłe. „Dokładnie przemyśl i sam odpowiedz; ile jest warte to co stworzyłeś?”
    5 punktów
  3. tam gdzie nuta wyobraźni jeszcze tli się a marzenia nie popadły w zapomnienie może kiedyś na zgliszczach wyrośnie wspomnienie tych dni i zakwitnie
    5 punktów
  4. Przebodźcowanie Oślepłem, trzeba szybko ze mną do lekarza; Już wiozą mnie karetką, szpital coraz bliżej, Krzątają się, coś mówią, nie wiem, ciągle słyszę Rozmowy jakieś wokół. Proszą, bym nie wstawał. Jesteśmy, wnet planują cały szereg badań, Wkładają coś do oczu, kłują, wciąż nie idzie, Więc pchają coraz mocniej. Proszą żeby przyszedł Ktoś jeszcze do pomocy, jednak wzrok nie wraca. Tak często pragnę widzieć, wszędzie zerkać, patrzeć, I zmysły kolorować, bawić się barwami, Bo daje mi to radość, cieszy mnie, a jakże, Aczkolwiek częściej wolę kolor czarno biały. I mam tak prawie co dzień, brzmi to dość poważnie, Więc czas najwyższy kupić ciemne okulary. ---
    4 punkty
  5. Ze źródła ścieżki zawile płynie z dołu do góry wiecznie tętniący sprzeczność rozdarta ruchem zasłony za bramą jedność objawia imię Spleciona ziemia z niebem w uścisku świątynię wznosi z żywych odcieni kluczem poznania głaz odwalony ukryta wiedza w białym kamyczku Gwiazda rozchyla mrok studni śpiących na dnie umarłym drabina kwitnie serce człowieka tajemny ogród raj zmartwychwstały z urojeń pnączy. Ewangelia Filipa 90a : Ci, którzy twierdzą, że będziemy najpierw umierać, a potem powstaniemy z martwych mylą się. Jeśli nie otrzymają zmartwychwstania najpierw, gdy jeszcze żyją, to nie otrzymają niczego, gdy umrą. Ewangelia Marka 15,38 : I wtedy została rozdarta zasłona Świętego Świętych na dwoje z góry do dołu. Apokalipsa Jana 2,17 : i dam mu biały kamyk, a na kamyku wypisane imię nowe, którego nikt nie zna oprócz tego, kto otrzymuje. Apokalipsa Jana 9,1 : i ujrzałem gwiazdę, która z nieba spadła na ziemię i dano jej klucz od studni czeluści.
    4 punkty
  6. W szczególe świata perła ukryta w uważnym teraz życie się toczy przyszłość umknęła z planów bitewnych przeszłość utknęła na dziejów szczytach Łapanie chwili zawiła sztuka nim wpadnie w czasu pazerne sieci myśli rozbije o mury z pytań entuzjazm zedrze na szarych brukach W zachwycie pąkiem zbudzone dziecko patrzy nie czując upływu rzeki motyl ulotny przysiadł na listku zostań na dobre zwinna chwileczko
    3 punkty
  7. Było, czy być mogło między nami, niech pozostanie między lajkami.
    3 punkty
  8. Wąska ta ścieżka, bo innej nie ma. Tu, na krawędzi nic się nie zmienia. Szeleszczą słowa w otchłani czułości. Falują wrażenia jakby w ciemności. Mienią się Barwy w tańcu, w zachwycie. I nie chcą odejść, nie takie ich Życie. Jakby okruchy z pradawnej miłości, Wirują pragnienia w ścisku, bez złości. Dotykam ustami tego marzenia... Tu, na krawędzi Barwy się nie zmienią. Kolorami Śmierci tańczą szalone. Nie dla nich zmartwienia, Nie dla nich Koniec... Zatrzymam tę chwilę. Dla Ciebie.
    3 punkty
  9. nie mogę tu wystąpić nago bez jednego słowa w kompletnej ciszy dlatego założyłam parę fraz upięłam fryz i frrr...
    3 punkty
  10. Z pierwszą A spółkowałem, z drugą A łóżkowałem, z trzecią A łóżeczkowałem, po czwartej A ani widu ani słychu (chyba uciekła ode mnie), a zatem skrzętnie rozglądam się za piątą A... Natomiast w szóstą A już kompletnie nie wierzę i nie uwierzę dopóki jej na oczy nie zobaczę. Seranon, 21.04.2023r.
    3 punkty
  11. woń ciężkich win na pustym krześle romantyzują front hojne tendencje ilustrują ujęcia głowy kiwnięcia
    3 punkty
  12. Milczenie bywa szlachetnym darem, Gdy słowa jak nóż dźgają ego, Czasami lepiej nie mówić wcale By soli nie sypać w krwawiącego. Milczenie rozsądne wydaje się czasem, Gdy ktoś chce słowem ubliżać, Nie warto ataku odpierać atakiem, To jak własną wartość zaniżać . Milczenie bywa też gorsze niż słowa, Bo karci, choć nie wiadomo czemu. I niszczy od środka, żłobi od zarodka Duszę jak gnida w słoju dżemu. Milczenie linczuje, powoli poddusza, By zdeptać resztki godności, To kara za słowa, niewinna katusza, A może cena milości? Milczenie - podstępne, milczenie- złowrogie! W ciszy mój oddech się spłyca... Jak półmartwe ciało przez wilki szarpane, Zdycha ostatnia cząstka życia...
    3 punkty
  13. Późną wietrzną nocą gondole się chybocą, a nasze myśli i rozmowy dygocą. Seranon, 22.04.2023r.
    3 punkty
  14. wciskam się w zdania a ty stawiasz przecinki moje wiersze siedzą jeszcze na nocniku kwadrans przed rozbieramy się do kości na żebrach tatuaż w bolącym krzyżu wyczuwam odrobinę ironii nie śmiem zapytać o kolejna stronę twojego ciała
    2 punkty
  15. - A co po Wenus? - zapytał Naczelny księżycowej społeczności. - Tylko nie mów, Jezusie, że po kobiecej planecie przyjdzie pora na męską. - Zdecydowanie nie - potwierdził Pomysłodawca i Stwórca Planet. - Poziom świadomości tamtejszych mieszkańców jest, łagodnie rzecz ująwszy, zbyt niski. I komu jak komu, ale mnie, jako Wszechwiedzącemu, wolno i wypada wyrazić tę ocenę. Jako obiektywną. Innymi słowy, poziom ich negatywności jest zbyt wysoki, by nasza wizyta miała jakikolwiek sens - czysto poznawczy lub pozytywnie duchowy. Rozpoczynać, a tym bardziej i staczać kolejnej bitwy nie mam zamiaru, przyniosłoby to bowiem wzrost i tak wysokiego poziomu negatywizmu Marsjan. Albo, inaczej mówiąc, jeszcze większą kumulację ich apozytywnej energii, co miałoby wiadomy wpływ na cały układ słoneczny - w tym na Ziemię - a nawet szerzej, na całą galaktykę. Zresztą koleje ich losów toczą się torem, który sami sobie wybrali i wciąż wybierają - ciągiem podejmowanych decyzji. Czyli ku samozagładzie. Chociaż jeszcze nie zorientowali się w sytuacji, zaślepieni pychą i egoizmem. Ale cóż - powtórzył Jezus. - "Cóż" to przydatne słowo, prawda? Ponadto - ciągnął dalej - inny wojowniczy lud z innego wymiaru, Klingoni * , obserwuje od dawna ich poczynania. I cierpliwie czeka, aby zaatakować i osiągnąć zwycięstwo jak najmniejszym kosztem. Naczelny słuchał cierpliwie. Jak to osoba na wysokim poziomie rozwoju duchowego, a tym samym kulturalna. - Wystarczy rozważań - zakończył Jezus, uśmiechnąwszy się. Przywódca odpowiedział w taki sam sposób - uśmiechem. Równie duchowym. - Twoje słowa są tyleż pouczające, ileż przydatne - skłonił się lekko. - Tym bardziej, że nigdy wypowiadasz ani jednego więcej, niż w danej sytuacji lub chwili potrzeba. Gdyby władcy imperium, z którego pochodzą twoi rzymscy towarzysze podróży, byli bardziej dalekowzroczni, historia ich cesarstwa potoczyłaby się innym torem. Ale właśnie "cóż" - Pierwszy Lunarianin, wzorem Jezusa, wykorzystał przydatność owego krótkiego słowa. - Decydowali tak, jak decydowali. Zatem było tak, jak było. - Zatem - powtórzył PierwszoLunarny, powracając do tematu dalszej podróży swoich gości - Wenus. A później? - Później może Wenus z innego wymiaru, co wy na to? - odpowiadając rozmówcy, Jezus zagadnął jednocześnie swoje żony i pozostałych towarzyszy podróży. - Ta opisana przez Stanisława Lema w... - Ewo - przerwał sam sobie, zwracając się do żony, miłośniczki fantastyki naukowej. - Ty wiesz. - Ja wiem, mężu, ja wiem - ucieszyła się Ewa. - W "Astronautach". ** - Właśnie tam - przytaknął z uśmiechem Ewomąż. - To pouczająca powieść, prawda? - Prawda, mój mężu - Ewa poczuła się swobodniej, poruszając się w znanych sobie tematach. - Pokazująca aż nadto wyraźnie, do czego prowadzą żądza władzy i powiązane z nią negatywne emocje. Podobna historia, jak przedstawiona w "Gwiezdnych Wojnach", tylko na mniejszą, bo wyłącznie planetarną, skalę. Ale wiesz, o wiele bardziej podobałaby mi wizyta u kobiecej społeczności naszej Wenus. Oglądać tamtą wojnę i zniszczenia... - urwała znacząco. - Wiem, ukochana żono - uśmiechnął się Jezusomąż. - To z pewnością nie wszystko... - podjął przywódca Lunarian. - Jak widzę - taktownie pominął, w czyich dokładnie umysłach dostrzega te marzenia - chcecie także znaleźć się na Jowiszu i zobaczyć pierścienie Saturna. - Tak, je także - zgodził się Jezus. - Jak bowiem wspomniałem, jest to podróż marzeń. Cdn. * To oczywiste nawiązanie do "Star Trek": zarówno do wersji serialowej, jak pełnometrażowych filmów. W szczególności zaś do "Into Darkness" w reżyserii J.J. Abramsa z 2013 roku. ** Skoro poruszamy się w przestrzeni fantastyki naukowej, to czyż mogło zabraknąć wspomnienia Mistrza Stanisława, futurologa i Twórcy polskiej FN? Jego "Astronautów" wydano po raz pierwszy w 1951 roku - czyli siedemdziesiąt dwa temu. Co stanowi jeden z dowodów, że ludzka myśl wykracza poza czas. Voorhout, 22.04.2023
    2 punkty
  16. On nie wszedł jeszcze na drogę, a już przejechać nie mogę. Wchodzi na przejście dla pieszych, choć mi się cholernie śpieszy. Wlecze się wolno po zebrze, wcale o litość nie żebrze, a mi się chce wyć i krzyczeć: Politycy i prawnicy, precz od mojej kierownicy! *Uprasza się uprzejmie o nie utożsamianie autora z podmiotem lirycznym i jego poglądów z poglądami wzmiakowanego podmiotu.
    2 punkty
  17. Być sobą czy udawać kogoś innego a może po prostu iść swoją drogą nie bać się prawd Prawd które czasem nie takie jak byśmy chcieli czyli smutek i łzy a horyzont mocno mocno ciemny Być sobą czy tak jak echo wiatr i mgły zawsze być szczerym nie poddawać się temu co złe Przecież życie to nie tylko słabe chwile to potęga która umie marzyć fajnie śnić
    2 punkty
  18. Promień słońca, słońcu skradziony siedzi we mnie zupełnie oszołomiony. Pyta siebie, co tu robię? Zamiast w glebie, zamiast w niebie siedzę tutaj sobie. Gdzie ja jestem? Cóż za mroki, kręte i zawiłe drogi! Gdzie ja jestem?! Ty potrzebny mojej głowie, na to mu odpowiem. By rozjaśnić moją duszę, by oświecić moje myśli. Ty chwilowo w mroku nocy, gdy udzielisz mi pomocy to w nagrodę oddam ci swobodę. Lecz promień nie czekając końca, uciekł z powrotem do słońca, gdy zapomniałem o nim na chwilę, uciekł mi, a myślałem, że był to żółty motylek. Grudzień 1979 roku. Z dedykacją dla mojej siostrzyczki Małgorzaty. *********************
    2 punkty
  19. Raz matematyk ze wsi Wygodne Najął gosposię swą na dochodne. Gdy zdarzył się łóżkowy dramat gosposia rzekła: "Dojdę sama". Ty chodź po domu i licz pochodne.
    2 punkty
  20. Słowa, które nie przecisną się Przez szeroko otwarte usta Gromadzą się na rzęsach Łzy, które nie oderwą się od powiek Nigdy nie uderzą o skały Grzęzną w sitowiu zamyślone Czyste dziewicze uplecione w wianek Puszczone z nurtem Nie przemówią człowieczym sercem Nie ten czas na ulicy gasną światła Unosi się zapach strachu Niepewność zaprasza do gry Otwierasz rozdanie? W weneckim lustrze siebie widać złudnej
    2 punkty
  21. Burza przetacza się nad okolicą. Spękane mury, odłupane cegły w piwnicy świadczą o potędze nawały. W plątaninie żeliwnych rur bulgotanie i żałosne jęki potępionych. Nie ma zmiłowania, jest za to rechot świętych i głównego wisielca z rogami na łbie. Żabi rechot odbija się od ścian i dudni w pulsujących uszach. Walają się wokół mnie jakieś zęby, ścięgna i kości… Zastygłe w swoim skowycie rozsypujące się truchła. Wyłażą z mogił, odsuwając nagrobne płyty, których stosy piętrzą się aż pod łukowate sklepienie z cegieł, kurzu, płacht z falujących pajęczyn, pleśni… Coś się kolebie za grubą ścianą, więc musi się mocno kolebać. Coś stuka, gdzieś w odmętach ciemnego korytarza… Zatarasował drzwi swoim cielskiem jakiś olbrzym. Jego kontur porusza się raz w lewo, raz w prawo w nikłym świetle małego okienka i recytuje pod nosem jakieś bliżej niezrozumiałe frazy, wypowiada kwestie gardłowym tonem. Chucha mi prosto w twarz zjełczałym piwem i szepcze, skrobiąc czymś po tynkowej zaprawie: „Przedstawiona wyżej formuła nadal obowiązuje, jak sądzę. Już nawet nie posiadanie, ale liczy się przede wszystkim odcień limuzyny, objętość w pasie i rozpiętość skrzydeł. Wszyscy chcą dobrze. Kiedyś przyjdzie otrzeźwienie w tych wielkich maskaradach”. Gdzieś szczeka basem bezpański pies. Szczeka… Szczeka… Coraz bliżej szczeka, coraz donośniej… SZCZEEEKAAA… Rozchodzi się echem wronie, krucze krakanie w aureoli cmentarnego chłodu… Zrywam się z łóżka z gwałtownym krzykiem przerażenia, jakby od uderzenia kowalskim młotem. Pot ścieka ze mnie strugami. Serce rozrywa się na miliony iskier. W uszach wezbrany szum górskiego strumienia. I kołysanie. Kołysanie… Kołysanie… — jedno wielkie kołysanie. Statek widmo przechyla się na burty. Woda wlewa się przez bulaje i zalewa kajuty, mesę, opuszczony kapitański mostek… Na pokładzie wielka trumna, kamienna mogiła z wyrzeźbioną twarzą. Na rufie skamieniały, rozkraczony upiór, odsuwający poły czarnej sutanny. Na dziobie galion rozpruwa wzburzone fale piersiami nagiej, wygiętej w łuk młodej kobiety. I palce. Wszędzie rozczapierzone palce, niezliczone dłonie. Ściskające się ze sobą. Ściskające się na sobie i w sobie. Dłonie widziane pod różnymi kątami. Dłonie. Sine, trupie. Martwe… Coś tu idzie, coś wrogiego. Rozpościera ogromne skrzydła z czarnych piór. Nadciąga polami z otchłani mroku, niosąc płonącą pochodnię, której czerwony, drżący blask odbija się od pękatych brzuchów płynących nisko skłębionych, deszczowych chmur… Coś się zbliża w chórze szeptów, szmerów i warkotów… Czekam, aż nadejdzie w tej rozpadlinie śmierci. Czekam pogodzony z losem. Coś, co towarzyszy mi od samego początku, zwyciężyło. To coś, co przyszło w deszczowy, majowy dzień moich narodzin, kiedy przychodziłem o poranku z krzykiem na świat a za szpitalnymi oknami szumiały topole i szumiały liście kasztanów. Deszcz stukał o blaszane parapety, ściekał po szybach zamkniętych okien. Wiedziałem już, że jestem sam, mimo bliskości nieżyjącej już matki. Ale byłem sam, zatopiony w nostalgii i melancholii opuszczenia. Raziła mnie biel ścian i chromowane listwy wykończenia. Byłem sam. Wyszedłem przez otwarte szeroko drzwi. Wyszedłem na korytarz. Odrapane ściany. Plamy zacieków. Gruz i pył… I kilometry splątanych, rdzawych, żeliwnych rur, stękających, jęczących, bulgoczących… — ciągnących się znikąd, donikąd… Zamknięte, otwarte okna. Popękane, powybijane szyby… A za nimi deszczowy maj. Ten jedyny… Ten właśnie… (Włodzimierz Zastawniak, 2023-04-23)
    2 punkty
  22. Wiesz? Często zaglądam do Kasprowicza i jego wiersza: O śpiących rycerzach w Tatrach. Są dwie wersje, jedna jako forma liryczna, druga jako forma prozy. Bo widzisz? Ktoś skomentował już ten wiersz na innym portalu, pisząc, że obudzę (obudziłem) śpiącego rycerza — już czas? Dzisiaj patrząc na te wiersze, jakie napisałem (i kolejne treści wstawię) odnoszę wrażenie, że jestem albo stuknięty z poezją :-)) Albo profetą. Wszystko się sprawdziło jak dotąd w moim mniemaniu, bo wybudziłem Boga z moich zgliszczy. Z góry układał dla mnie plan, no i przeznaczenie — no bo jak by można to inaczej wytłumaczyć? Bo głosy. Dlatego te wiersze są dla mnie skarbnicą wiedzy Zatem nie powinno było cię niepokoić, że odkryłem światło i dzisiaj jestem napędzany jego wolą; choć w cieniu byłem. Żebyś nie zrozumiał źle, cień nie jest mocą nieczystą, jest raczej dowodem na to, że w jego pokładach leżą złoża nieodkryte. Dziękuję ci za komentarz i zainteresowanie treścią wiersza. Pozdrowienia przesyłam
    2 punkty
  23. tak babcie – trzebcie jak trzebiłyście niech się ukaże przykaz i ziemia do was powróci dobro zamierzchłe choć połamane przecież w korzeniach akacji buków odnajdziesz siebie w ściółce robaków ból i mrowienia renców z wysiłku dzierżących mocno dwuskibowego pługa marzenia raz odwróciły przecież tę ziemię teraz odwrócą ją po raz wtóry i trzeba siły! trzeba mieć plecy! i trzeba w końcu trochę kultury ryję głęboko pługiem obleśnym spluwam i garście mocno zacieram ludzie na Trzebni trzymajcie jeślim kogoś zahaczył – niech go choliera! ale by posiać wymieszać trzeba płuca wątrobę organy z chlewni kości Mongołów w jedno się zleją pod odkładnicą: – orka na Trzebni – orka na Trzebni
    2 punkty
  24. @Nata_Kruk Podziękował bym Ci, ale należę do tych, którzy nie trzymają się konkretnej formy i nie przejmują się regułami. Dla mnie każdy wiersz to eksperyment i nie wymagam od niego, żeby był idealny i dopasowany. Widzisz, rzecz w tym, że podoba mi się to co stworzyłem właśnie takie, jakie jest i nie planuję żadnych zmian w treści. Słowa ułożyły się w taki a nie inny sposób i dobrały się tak a nie inaczej bo mają przekazać emocje, których nie potrafię tak naprawdę nazwać i określić. Rozumiem, że dla Ciebie moje wersy mogą być rażące, mogą być nie właściwe i mogą jedynie udawać poezję. No i nic na to nie poradzę. Szkoda, że Ci się nie spodobało. Dziękuję za Twój czas i czytanie. Pozdrawiam serdecznie :-) @Amber Bardzo Ci dziękuje za serduszko i komentarz. Pozdrawiam serdecznie :-)
    2 punkty
  25. Pewien właściciel kurnika spod Brzegu w ćwierćmaratońskim nie wsławił się biegu. Miejsca nie zajął dobrego, jednak zapewne dlatego twierdził: "Mam jaja z wolnego wybiegu". Nie chcąc okupować tego forum dedykuję ten limeryk @tmp w podzięce za wszystkie polubki. Pozdrawiam światecznie Ciebie i wszystkich forumowiczów.
    1 punkt
  26. Życie jest jak gra komputerowa, której nie można zacząć od nowa. Dostępny jest mały limit żyć, bo tylko raz na planszy można być.
    1 punkt
  27. pewien grzesznik postanawia przemianę poganiany przewinami odrzuca dobra wychodzi wtapiając się w tłum na chodniku robotnicy obok wylewają smolisty zapach oblepia ulicę; niemal sunie nad ziemią biją dzwony i trochę się przeciera, mijanym przechodniom rozdaje uśmiechy i pieniądze dostrzega ich tylu po raz pierwszy, wreszcie wspina się na schody kościoła żeby leżąc w jego progu pozwalać wiernym deptać po sobie tak długo dopóki nie skruszeje
    1 punkt
  28. W Szwajcarii z którą byłem związany zawodowo już dawno, na dzień dobry powiedziano mi, że jak nawiążę kontakt wzrokowy z pieszym, czy on ze mną, zbliżającym się do przejścia, mam się zatrzymać, a jak nie to... i tu nastąpiło wymienianie konsekwencji. Od tej pory zawsze to robię, gdzie bym się nie znalazł. Pozdrawiam
    1 punkt
  29. @Rafael Marius Polki też miewają te ładne imię, faktycznie ciut wschodnie ;)
    1 punkt
  30. @Ewelina Temat smutny, ale w wierszu więcej jest nadziei i nawet pogody ducha. Lubię tak. No i dobrze wiedzieć na przyszłość ;)
    1 punkt
  31. Kiedyś dobrze mi się powodziło. I nie należy też zapominać o Asi, choć tak naprawdę to Joanna, ale przyjęło się zdrobnienie. I jeszcze mi się Ala przypomniała, żeby nikogo nie pominąć. Bo jeszcze się obrazi...
    1 punkt
  32. Jeszcze raz dziękuję, pozdrawiając cię
    1 punkt
  33. Tak właściwie, to ostatnie pytanie można sobie zadać po każdej ze scen, a nawet w jej trakcie, choćby łapiąc oddech po jakimś dialogu. Bardzo mi się podoba wiersz. Pozdrawiam :)
    1 punkt
  34. Tak! Zgadza się, tak jak piszesz; materiał przerobiłem od A do Z, szukając cały czas odpowiedzi. Myślę, że ją odnalazłem... To jest złożony temat i warto poszperać
    1 punkt
  35. @Moondog Dziękuję za serduszko. Pozdrawiam serdecznie :-)
    1 punkt
  36. Łóżeczkowanie - ależ fajne :) Można to rozebrać: Łóżeczko -w- Anie ;)
    1 punkt
  37. ...w nocy padał deszcz rano nie było śladu tylko mokre liście lśniły w słońcu rozsypane jakby jednym spojrzeniem
    1 punkt
  38. @Rafael Marius agata, aldona, arletta ... ;) @W.M.J Słusznie, bo to żartobliwy jest tekścik ;) @violetta jak najbardziej chodzi również o fajność. Ano właśnie fajnej A szukam ;)) Nie znasz takiej czasem ??
    1 punkt
  39. Tak, zauważyłem to osamotnienie. Dla mnie niestety to stan normalny, lata spędziłem w ten sposób. Smutne. Dlatego właśnie warto inwestować w siebie i budować swoje życie wewnętrzne na przykład poezją. Pozdrawiam ponownie :-)
    1 punkt
  40. @iwonaroma Fajne :-) Pozdrawiam serdecznie :-)
    1 punkt
  41. Tbs→tekst bez: się P̅r̅o̅l̅o̅g̅ Tego nie przewidzieli. Wylądowali na nieprzyjaznej planecie. To prawda, że nie mają dużych rozmiarów i mógł to być zwykły przypadek. Po prostu Istota tego świata, nie zauważyła obiektu o tak niewielkim rozmiarze. Lecz równie dobrze mógł nie być. Zrobiła to specjalnie, przygniatając jednego z nich, butem. Co prawda nic mu nie zagroziło. Przeżył. Przecież są odporni na tego typu drobne przyduszenia. Tym bardziej, że w ich świecie o różnych rozmiarach, też dochodzi do incydentów. Tak czy siak, nie ma groźby utraty życia. Istotny jednak sam fakt, takiego, a nie innego potraktowania. Przebaczyli, lecz rozwieszą nad wioską rodzaj niewidzialnej nadsłonki. Mogą kształtować umysłami: jej powierzchnię, kształt i coś jeszcze. Będzie wisiała nisko, prawie przy ziemi. W końcu nabierze odpowiednich właściwości. Być może nie dla wszystkich, gdyż mieszkańcy są bardzo różni. Gdy zacznie działać jak trzeba, będą już daleko stąd. Opuszczą wrogi świat. Może kiedyś powrócą lub nie. ~̅~̅~̅~̅~̅~̅~̅~̅ Zatrzymuję samochód. Wysiadam. Czytam napis: ''Wstęp do miasteczka, tylko na własną odpowiedzialność''. Nie ma żadnego innego wyjaśnienia. To trochę zastanawia, a jednocześnie zaciekawia. Powiedziano tylko, że mam ''obadać sprawę’’ ale to może być związane z ''niebezpieczną możliwością,'' że nie wrócę stamtąd żywym, więc do niczego nie chcą zmuszać. Rzecz jasna zdecydowałem, że pojadę i rozeznam sprawę. Mam ryzyko wpisane w krew. Po prostu lubię takie dziwne sytuacje. Do tabliczki informacyjnej, przywiązana jest żółta taśma. Prawie niewidoczna, znika pośród drzew. Las po obu stronach drogi, nie jest gęsty, wręcz prześwitujący. Błądzę wzrokiem między drzewami i coś mnie zastanawia, tylko nie potrafię dokładnie określić: co. Chodzi o część, będącego po stronie miasteczka. Leśne podłoże wygląda gdzieniegdzie, inaczej. Wtem w odległości kilkunastu metrów, po lewej stronie, dostrzegam coś błyszczącego. Nie mam pojęcia, co to może być. Z daleka ma wygląd białej bezy. Intryguje tajemnicą. Podchodzę bliżej. To biały kwiat zrobiony z bibułki. Jest doczepiony do pleców trupa. Leży twarzą do ziemi, kawałek od żółtej taśmy, poza granicą miasteczka. Ubranie pobrudzone ziemią i trawą, ale nie wygląda źle. Nachodzi mnie myśl, od jak dawna leży i skąd we mnie pewność, że nie żyje. Wiem, że powinienem ten fakt zgłosić na policję, ale ciekawość nabiera tempa, a jeżeli chodzi o zwłoki, możliwość przyjęcia pomocy i tak minęła bezpowrotnie. Nawet nie zauważam, że już prawie ciemno. A przecież przysiągł bym, że jestem tutaj dopiero parę chwili. Postanawiam samochód zostawić i pójść dalej pieszo. Wąska droga wiedzie między drzewami. Tworzą swego rodzaju tunel, na którego końcu dostrzec można, ledwo widoczne światła miasteczka. Hotel jest nieduży, jednopiętrowy. Wnętrze urządzone trochę w starym stylu, lecz czyste i schludne. Jedynie na podłodze zauważam coś w rodzaju rozmazanych śladów. Podchodzę do pustej recepcji. Naciskam przycisk dzwonka. Po dłuższej chwili, słyszę przytłumione kroki. Przychodzi starszy człowiek. Pewnie w papciach, skoro tak cicho. Ma twarz dziwną na tyle, że nie potrafię określić, co jest z nią nie tak. Mam wrażenie, że dźwiga na niej jakiś przytłaczający ciężar. – Dzień dobry. Chciałbym wynająć pokój... powiedzmy na tydzień. Są wolne miejsca? – Owszem, ale tylko na piętrze. Parter jest cały zajęty. Mniemam, że pan przyjezdny. – Tak. Chciałbym tu pobyć kilka dni. – Po co? – Podobno… dziwnie w miasteczku. Nie chcieli powiedzieć, o co chodzi. – Dziwnie? Hmm… a kto tak mówił? – No ci, co mnie tutaj wysłali. Jestem dziennikarzem. – Dziennikarzem? No cóż, jak pan sobie chce. – Przepraszam… co to za hałasy? – Hałasy? – Jakby coś... szurało na podłodze. – To z pokojów. Tylko tak mogą. – Co mogą? Kto? – Sam pan rano zobaczy. Proszę tutaj podpisać… oto pański klucz. W nocy przeważnie śpią. Przyzwyczajone trochę, ale różnie bywa. Żeby wejść na pierwsze piętro, muszę iść przez długi korytarz na parterze. Z wielu pokoi dobiega dziwne szuranie i stłumione pojękiwania. W ciszy łuszczących ścian, brzmi to nie bardzo zachęcająco. O dziwo z zaśnięciem nie mam problemu. Może dlatego, że jestem bardzo ciekaw, czym powita poranek. * – Może nie powinniśmy go tam wysyłać. – Teraz też tak pomyślałem. Tym bardziej, że i tak nic nie zdziała. – Tak jak my zresztą. I tak mają szczęście, że ich tam nie zostawili. – No wiesz... powiązania rodzinne, też swoje robią. – To prawda... ale nie jeden, by nie chciał na to patrzeć, już nie wspomnę o pomaganiu. * Budzi mnie przytłumiany gwar uliczny. Mam wrażenie, że odgłosy za oknem są nie takie jak trzeba. Znowu te cholerne szuranie. Wiem, że najprościej, to wyjrzeć przez otwarte okno i od razu będzie wszystko jasne. Coś mnie od tego powstrzymuje. Jakbym nie chciał zobaczyć czegoś, czego nie zrozumiem. Nagle słyszę przeraźliwy wrzask. Nie trwa długo i szybko cichnie. * – Ale powiedz sam... jakie oni mają wyjście z tej sytuacji. Praktyczne żadne. – On jest bystrym facetem. Może coś wymyśli. – Dobrze wiesz, ilu lekarzy i różnych naukowców próbowało. I co? I nic. – Szkoda słów. Jedynym wyjściem jest... – Właśnie. Kto im to zrobił? Oto pytanie. – Lub: co. I dlaczego nie wszystkich dotyczy? * Słoneczna pogoda, stanowi przeciwieństwo dołujących myśli. Podchodzę do okna. Mam pod sobą ulicę. Trochę dalej dostrzegam niewielki rynek. Aż mi ciarki przechodzą po plecach. Jest pełen ludzi, tylko że w pozycji poziomej, prawie zupełnie przy ziemi. Nawet głowę rzadko podnoszą. Sprawiają wrażenie, że pełzną ... tylko po to, żeby być w ruchu. Jeszcze bardziej przytłacza fakt, że dotyczy to także dzieci. Właśnie mężczyzna i mały chłopczyk, przesuwają po chodniku, swoje ciała. Obok idzie kobieta. Rodzina na spacerze - myślę sobie. Ale dlaczego mąż i dziecko muszą czołgać swoje ciała. Słyszę pisk hamulców. Przed jednym z samochodów, pełznie przechodzień. Płasko przy jezdni. ~̅~̅ Jestem na ulicy. Teraz wiem, dlaczego słyszałem i słyszę: szuranie. Widzę człowieka siedzącego na ławce. Popija coś z butelki. Może mimo wszystko, coś wyjaśni. – Dzień dobry. Proszę mi powiedzieć, co tu jest grane? – Znaczy, czyi koncert? Przyjezdny jesteś? – Tak. – Dużo było przyjezdnych. Mądrych ludzi. I co? I gówno! Nic nie poradzili. Dupy w troki i odjechali. Pies im mordę lizał... słyszysz ten szelest za mną w krzakach? – No słyszę. – To moja żona i dziecko szeleszczą. Ale już niedługo. Ja też mam nóż. Za chwilę ona poderżnie gardło dziecku, a później sobie. Wtedy ja zrobię to samo. Im nie mogłem poderżnąć. Nie mam tyle odwagi. Przestaną cierpieć, a ja przestanę cierpieć, patrząc jak one cierpią. Rozumiesz? Gówno rozumiesz! Z krzaków nie dobiega żaden dźwięk. Biegnę tam. Leżą twarzą do ziemi, w kałuży krwi. Matka trzyma w ręce zakrwawiony nóż. Wracam w stronę ławki. Właśnie facet podcina sobie gardło. Biegnę w kierunku hotelu, jakby w transie nie z tego świata, zważając by kogoś nogami nie potrącić. Muszę koniecznie zadać dodatkowe pytania. Dostrzegam dwójkę dzieci. Jedno idzie, drugi pełznie przy ziemi. Przystają na chwilę. Stojące chce podnieść to leżące. Znowu słyszę ten dziwny wrzask. Kładzie go na ziemię. Przestaje krzyczeć. ~̅~̅ Przed wejściem leży człowiek. Unosi głowę nad chodnik. Tylko na chwilę. Nigdy nie zapomnę, tego spojrzenia, pełnego bólu. W hotelu wszystko po staremu. Może poza tym, że nie słyszę tych dziwnych dźwięków. Przywołuję recepcjonistę. – O co w tym wszystkim, do cholery chodzi? Przed chwilą byłem świadkiem samobójstwa. Wyobraża pan sobie? – Nie muszę... niestety. Czasami nie wytrzymują. – Chodzi o tych, co..? – Tak. – Czego nie wytrzymują? – Czołgania. – Jak to? – To zaistniało w jeden dzień. Zupełnie niespodziamnie. Nie wiadomo dlaczego i... skąd. Nic nie można na to poradzić. Już wielu próbowało. – Ale o co chodzi? – Wielu zupełnie nagle, poczuło dotkliwy ból. Szczególnie w głowie, ale nie tylko. Po jakimś czasie zauważyli, że im głowa bliżej ziemi, to mniej boli. A jak są w ruchu, to prawie wcale. – A nie mogą po prostu leżeć? – Wtedy bardziej boli, ale i tak muszą jakoś wytrzymać. W przeciwnym wypadku, nie mogliby zasnąć. – Czyli jedynym sposobem, żeby nie odczuwać bólu, to być jak najbliżej ziemi. Najlepiej całym ciałem? – Tak. I dodatkowo, być w ruchu. I to jeszcze z twarzą skierowaną w dół. Nie znamy dokładnie wszystkich zasad. Dobrze, że „nie dotknięci” są wyrozumiali. Sąsiedzi z piętrowych budynków, których dotyczy ta zaraza, mieszkają u tych, na parterze, lub tutaj w hotelu. Byle jak najniżej. Pomagamy sobie jak możemy. Nie wiem, co będzie dalej. Dużo by trzeba opowiadać. Nawet nie mogą plecami w dół. Na domiar złego, tego typu... rozbieżności dotyczą wszystkich. Także rodzin. Jedni pełzną, drudzy nie, bez żadnych widocznych reguł. – Czyli jedynym sposobem, żeby nie cierpieć jest... – Tak... lub dotarcie poza granice miasteczka. Tam też umierają. – I nie ma żadnej... iskierki nadziei? – Iskierki nadziei, powiadasz pan. No niby jest. Jak byli tutaj ci wszyscy... uczeni, to wyszło na to, że wszelkie choroby opuściły tych, co pełzną. No wie pan... nowotwory i różne inne. Są zupełnie wyleczeni. Najzdrowsi z nas. – Czyli można by rzec, że to takie... miasteczko cudu. – Taa. Tylko dlaczego ten ''cud'' im ból zostawił? – Może to skutek uboczny? – Skutek uboczny? Tylko czego dotyczy? Bólu czy... cudu? ~̅~̅ Stoję na obrzeżach miasteczka. Nie chcę tego wszystkiego oglądać. Czym sobie na to zasłużyli. A może niczym. Tak chciało przeznaczenie. Do dupy z takim przeznaczeniem. Patrzę w niebo i zaczynam złorzeczyć, na cały głos: – Wytłumaczcie mi istoty z nieba, dlaczego to ich spotkało. Czy was zupełnie pogięło. Jak tak można. Miłości w sobie nie macie. Żeby takie coś na niewinnych ludzi zsyłać. Odbiło wam zupełnie. Dlaczego nie można im w żaden sposób pomoc. A w ogóle, co to za niesprawiedliwość. Jednych ta zaraza dotknęła a innych nie. Oczywiście, są wyleczeni. I co z tego! Za jaką cenę. Wolałbym umrzeć, by ich wyzwolić od tego bólu. Żeby ten cały... cover cudu, można było nazwać: prawdziwym cudem. Zatrzymajcie to. Bardzo was proszę. Zdejmijcie z nich tę nadsłonkę. Zupełnie niespodziewanie, czuję potworny ból w głowie. Klękam na ziemię. Trochę lepiej. Kładę ciało zupełnie płasko. Można jakoś wytrzymać. Zaczynam je czołgać. Ból mija prawie zupełnie. Wiem, co zrobię, bo pamiętam co powiedziałem. Zresztą jakie mam wyjście. Lekko unoszę głowę. Widzę w oddali ścieżkę w lesie, którą przyszedłem do miasteczka. Pełznę w jej kierunku. Jedynym widokiem jest piasek i trawa. Dostrzegam żółte wstęgi. Jeszcze trochę czołgania i wyjdę poza granice miasteczka. `̅`̅`̅`̅`̅`̅`̅`̅`̅`̅`̅`̅`̅`̅`̅`̅`̅`̅`̅`̅`̅`̅`̅`̅`̅`̅`̅`̅`̅`̅`̅`̅`̅` Co znowu jest grane? Nawet nie mogę leżeć na plecach. Jedynie trochę spoglądać na boki. O co w tym wszystkim chodzi. I dlaczego prawie ciemno. Jak długo tu leżę? Bardzo mi zimno. Mam wrażenie, że za chwilę będzie koniec. Tylko czego? Słyszę za sobą szelest. Ciche kroki. Nie mogę spojrzeć do tyłu. Za bardzo by bolało. Czuję, że ktoś za mną stoi. Słyszę dziewczęcy głos: – Widziałam jak nakrzyczałeś na niebo. Dobrze mu tak. – Na jakie niebo? – Nie unoś głowy, bo będzie boleć... no tam... na skraju miasteczka. – Jakiego znowu miasteczka? Co ty opowiadasz. No właśnie... może wiesz, dlaczego tu leżę a próba wstania, jest taka bolesna. – Nic nie pamiętasz? – A jest coś do pamiętania? – Pewnie, że jest. Byłeś u nas. – Co ty za bzdury opowiadasz. Nigdzie nie byłem i nie wiem, skąd tu mnie. Leżę jak kłoda w lesie. – A wiesz, że niektórych przestało boleć. Mogą chodzić na stojąco. Czasami muszą trochę pełzać, ale wierzymy, że to minie zupełnie. – Mogą chodzić na stojąco? To ci dopiero nowina. Co w tym dziwnego? Jakich: ich? – No tych co wyzwoliłeś. – Wyzwoliłem? Dziewczynko... pogięło ciebie zupełnie? O czym ty gadasz/? – Za chwilę umrzesz. Wiesz o tym. To cena. Sam wyznaczyłeś. – Umrę? Wyznaczyłem? Wezwij pomoc, bo jeszcze pomyślę, że to jakaś dekoracja w czubatym domku. Proszę! – Nie mogę. Przecież chcesz wypełnić przyrzeczenie. Zresztą żadna pomoc ci nie pomoże. – Jakie znowu przyrzeczenie? Może i lepiej, że umrę. Na co mi życie, skoro na rozum padło. Czy ty jesteś naprawdę? – Czołgaj swoje życie. Nie będziesz odczuwał bólu. Zaczynam pełzać w kółko. Rzeczywiście pomaga, ale niewiele. Znowu leżę nieruchomo, twarzą do ziemi. – Za to co dla nas uczyniłeś, przyniosłam ci prezent. – Nic nie uczyniłem. Do dupy z tym wszystkim. No dobra... i tak dziękuję. – Miło mi. Masz zieloną kurtkę. Będzie pasował. Za chwilę przypnę na twoich plecach. – Co przypniesz? – Biały kwiatek. – Chwila... biały kwiatek? To jedno pamiętam... ale nie wiem, gdzie go widziałem. Ładny chociaż? – Bardzo ładny. Sama zrobiłam i bardzo chciałam, żeby był piękny. Do twarzy ci z nim. Przepraszam. Muszę wracać. Ty za chwilę i tak umrzesz, więc moje gadanie, nie będzie miało sensu, nieprawdaż. Jeszcze raz dziękuję w imieniu wszystkich. o̲̅ Ostatnie dźwięki jakie słyszy przed śmiercią, to: odgłos nadjeżdżającego samochodu, otwierania drzwi, a po chwili… odgłos kroków. Są coraz bliżej. Ktoś idzie w jego kierunku.
    1 punkt
  42. I to jest najważniejsze :))
    1 punkt
  43. Ta "refleksja".. Tectosmith.. podbudza zmysły... nawet siebie tu odnajduję. Ładnie.! Pozdrawiam.
    1 punkt
  44. Moje skromne doświadczenie nie potwierdza takiego układu — matematycy (oraz inni naukowcy) to często mężczyźni mający problemy w nawiązywaniu stosunków z płcią piękną i zamiast do łóżka uciekają w świat liczb, który w przeciwieństwie do kobiet jest bezpieczny i przewidywalny. 😊
    1 punkt
  45. Cudowne; jaki to słodki wiersz, można przeżywać upojenie każdym wersem: Gratuluję i pozdrawiam.💜
    1 punkt
  46. @Leszczym Może Ania?
    1 punkt
  47. chłopcy w telefonie w szafce nocnej wibrator chciałam tylko zapomnieć ale świat wysiadł zupełnie nie wróci dokąd tym razem prowadzisz mnie lęku ciało napięte nie pójdzie ból je wkrótce wytropi i pożre kobiety pierwszej kategorii odpoczywają od niczego oblatując zagraniczne kurorty robią nagie zdjęcia drugiej rodzą dzieci każdego dnia podnoszą otyłość by do wieczora zamęczyć się na amen załamanie nerwów u każdej boli tak samo
    1 punkt
  48. To prawda mama jest bardzo wrażliwa i nauczyła mnie kochać to co piękne. Sama też była ładna, podobnie jak babcia. I obie lubiły piękno we wszystkich jego przejawach.
    1 punkt
  49. każdy dzień jest jak przystanek na którym zatrzymujemy się na chwilę by poczuć ciepły wiatr we włosach tak wiele wokół nas tajemnic które wciąż czekają na odkrycie mnóstwo niedopowiedzianych historii snów oczekujących na spełnienie w codzienności tkwi piękno które czasem ciężko spostrzec niekiedy z trudem zauważamy jak wiele możemy zdziałać wystarczy tylko odrobina wiary by zrobić kolejny mały krok stanąć na księżycu własnej wyobraźni
    1 punkt
Ten Ranking jest ustawiony na Warszawa/GMT+02:00


×
×
  • Dodaj nową pozycję...