Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Ranking

Popularna zawartość

Treść z najwyższą reputacją w 01.08.2020 w Odpowiedzi

  1. (Patrz teraz listek nie drgnie, ptaszek nie zaćwierka Rozprute kamienice dowodem ich męstwa Czas się znowu zatrzymał i słychać syreny Obraz serca Polaków, co biją z podziemi) Gdy zawrzasnął Niedźwiadek rozpękło siedlisko; Niosła echem w okowach niespokojna sfora. Gilzy kresu huknęły przyzwoleniem Bora, Uderzając w hakenkreuz, wszem obce skupisko. Na początku Żoliborz, potyczki Żniwiarzy, Później Wola, Śródmieście, (przy lotnisku fiasko). I powstali heloci, obudzili miasto, Zawiadiacki organizm o łagodnej twarzy. Choć na ubój posłani niezdjęci odwagą. Mimo wściekłych valkirii, co żarły ich mięso, Ta drobnica kwitnąca chciała paść zwycięsko. "Dziś niczym — jutro wszystkim"! krzyczeli broń gładząc. Nikt już ich nie powstrzyma, za dużo w nich wiary Tylko słów zabrakło: "mierz siły na zamiary". Narodowy Dzień Pamięci Powstania Warszawskiego
    7 punktów
  2. skąd się w człowieku bierze to życie na pokaz bez końca ta nagła potrzeba dzielenia się wszystkim co mnie spotyka od rannej kawy po zachód słońca pięknie krewetki tygrysie podane sam fakt ich na talerzu potwierdza marnie skończyły a będzie jeszcze gorzej jama gardła jama trzewi choć może kto wie wrócą jako pokarm do morza stop lajkowaniu top fanowaniu oderwać zamknąć uszczelnić smartfonofoniczną kroplówkę wypić drugą kawę zrobić kurczaka w siedmiu smakach pójść na górkę popatrzeć jak lądują szybowce bez musu uwieczniania bez potrzeby pokazania i dzielenia się z wirtualnym mikroświatem jak wspaniale mi się żyje i jak potrafię zrobić sobie dobrze
    7 punktów
  3. wiersz o spełnionej miłości i cudnej wiośnie przyjacielu pięknym kwiecie drzewie oraz całym lesie urodzie wszelkiej przyrody urokach podróży pobliskim placu zabaw z radosnymi dziećmi kotkach pieskach i reszcie czeredy naszych młodszych braci o wieczornym niebie nocy gwiaździstej i śnie spokojnym wiersz o cierpieniu napisz i ofiaruj gorącemu sercu to co złe spali a rany zabliźni sprawcę uczyni twoim bliźnim
    5 punktów
  4. Przestałam się modlić do Boga - bo mnie rozczarował. Nic mi powiedzieć nie chce, najlepsze przede mną schował. Odstawiam brewiarz na bok, nocami ćwiczę akcenty Jedynie w 'Boże Nadroższy' - ten akcent jest nieugięty. We w wszystkim innym - nie słucham, nie patrzę, nie mnożę, latami wpatruje się w nie z tego świata zorze I mimo, że nic z nich nie wynika, to dobrze mi jak w raju, czasem coś mi pomoże - zrozumieć tąpnięcia świata, czy dekandenckich Mariachi I - roześmiane lata: choć zawsze były w hangarze - może i uleciały, ale mój wszechświat nadal się śmieje, chociaż już nie jest ... cały Już trochę zostawił za sobą - niewiele ma do dania i czasem sunie bez skrzydeł ... pierzaste obłąkania Robię szpagaty w tych chmurach, mostki w dolinach, przewroty w górach - zawsze po sobie pozostawiam pręgę - złotego pyłu i stali pluszową udrękę Nie ma mnie tu. I nie będzie. Bo nie wiem, kiedy skończę remont. Bóg wciąż mocno trzyma drabinę, a gładzie szpachluje ... Demon ...
    5 punktów
  5. Prośba Póki śmierć nas nie rozłączy, póki śmierć nas nie rozdzieli, pozwól oczy mi wciąż topić w głębi jezior twoich źrenic. Póki w piersi bije serce, póki jeszcze tutaj jestem, pozwól niech me troski koi twoja skroń przy mojej skroni. A gdy przyjdzie ruszyć w drogę i pójść tam, gdzie trzeba odejść, nim mnie wieczne cienie połkną, trzymaj mnie za rękę mocno.
    3 punkty
  6. Usiadł na skarpie, pod wielkim drzewem, baldachim liści zesłał mu cień. Patrzył na rzekę, co myślał - nie wiem. I nie wiem nawet, czego tam strzegł. Właśnie przed chwilą tam go ujrzałam; był odwrócony tyłem, jak sen. Czyżby przeżywał gorycz rozstania, czy odpoczywał, kto to dziś wie? Siedział tak sobie, niby ktoś znany, choć był potrzebny, nie przybył tu... A może tylko liczył barany; czy ich wystarczy na noc, do snu? Czy niespełnione nigdy marzenia przelał w klepsydrze biegnący czas? Nic się nie stało, dramatu nie ma, wszakże... zostanie szumiący las.
    3 punkty
  7. W szklanej tafli ekranu, w dalekiej witrynie Bezmiaru, widzę słodkich winorośli misy, Myśląc, że to jej oczy, jej spojrzeń kaprysy Wnet ożywią fantazję, a myśl ma odpłynie… Szukam wśród czystości szkła wspomnień o dziewczynie, W cukierniczkach z fajansu znajduję jej rysy, Prawdziwe lub nie, śnione jak rajskie cyprysy, Czcionką tęsknoty szczere, jak światło w bursztynie. Czekam lecz nie ma Cię, ta chwila nie nadchodzi, Nie napełnisz zapachem kosmyka Swych włosów Mych ust, w których - nim ciężki jęk smutku się zrodzi, Szept nostalgii, skargę wyśle do niebiosów... I może wyjdziesz ze snu, który tak uwodzi, Zapętliwszy nas wspólnym pulsem naszych głosów...
    3 punkty
  8. W potarganych promieniach zawieruszył się motyl. Czas struny poprzeplatał, więc w sieci skarb złoty. Cieniem skrzydeł odmierza w piaskownicy marzenia. Hera mleko rozlała, struga niebo rozdziela. Mglista droga jak piorun z rozsianymi iskrami. Czy świat Zeus połączy, tak gwiezdnymi myślami? Niech spadnie magiczny deszcz, połączy wszystkie światła. Pióra orła spadają, wena w zamku pobladła.
    3 punkty
  9. Odkąd zamieszkaliśmy na obrzeżach piekła próbujemy nie słyszeć pod nami sąsiada, w tych ścianach gdzie westchnienie komara brzmi niemal jak orgazm, co dopiero ty, moja kochana. A co z tego sąsiad ma, gdy żyje tam z bratem do spółki z chorą matką plus babką też chorą? Nadal stać go na piwo i foliową siatkę. Już zaczynam się martwić kiedy pod podłogą cisza strunę przeciąga.
    3 punkty
  10. po co nam uśmiech po co nam łzy skoro mamy siebie i kolejne dni po co nam wolności po co nam mgły przecież i tak obrócimy je w sny po co nam pogrzeb smutek i wiele trudnych chwil ciemnych nocy ktoś powie jak to jak tak można bez łzy i usmiechu oraz pogrzebu przecież w nich tkwi cały sens który otwiera kolejne drzwi
    2 punkty
  11. różne bywają jesienie i lata nie takie same jedna spełniona i złota a w drugiej dni dżdżystych lament w jednej jest gorycz piołunu w tej drugiej słodycz ogrodów a każda przez własny pryzmat spoziera w stronę zachodu
    2 punkty
  12. możesz podzielić czas na takty rozbić na sample lub na bity możesz w ogóle go nie stracić a może zyskać nawet przy tym możesz podzielić czas na wersy rymem zaplatać go w warkocze zielonookiej wciąż nadziei brzemiennych nowych ciągle zwrotek możesz podzielić czas na klatki myśli zamieniać na obrazy możesz wyrzeźbić kamień rzadki który się jeszcze nie przydarzył możesz podzielić czas na działki albo roztrwonić go na gramy możesz się przy tym dobrze bawić gdy nieprzytomny i pijany masz chwilę na to i nic więcej choć tak ułudnie nieskończoną możesz rozłożyć ją na części aby budować z nich na nowo wybierać możesz nie do końca więc póki taką masz możliwość zanim Cię wciągnie kipiel wrząca pamiętaj jak to ważny wybór
    2 punkty
  13. zamocowana tensegralnie latami topiła siebie we mnie ścinałam łby przegryzały gardło fastrygując umysł w dwuwymiarowy świat prześlizgując wietrzyły mojej energii wchłaniały szarpiąc nerwy czaszki i krzyża nie dawały rosnąć jeśli umrzesz powieś klucz wiem co moje
    2 punkty
  14. @ais Zgadzam się z Iwoną na pewnej płaszczyźnie historycznej zdarzenia minione rozpatruje się tylko przez logikę dokonania. Czy musiało dojść do powstania? - Musiało skoro doszło. (tu chyba się kłania general Jaruzelski;) Kiedyś zapytałem pewnego kombatanta powstania ale też I drugiej wojny światowej. Czy tuż przed wojną to jest jej wybuchem dało się odczuć, że do niej dojdzie? A on mi odpowiedział w te słowa - Pod koniec 38' roku ludzie nie zastanawiali się Czy dojdzie do wojny tylko kiedy. To powstanie warszawskie w liczbach statystykach i racjonalności nie wytrzymuje żadnej krytyki dlatego łatwo jest wydać wyrok niepotrzebna strata ludzka. Ale jest coś i nie mówię tu o martylologii co wymyka się i ocenie i osądowi - ludzie chieli walczyć, chcieli umierać tak jak im było wygodnie i na ich warunkach bo życie w tamtym czasie to też wiem z opowieści ważyło najmniej(zdewaluowało się)do tego stopnia, że człowek śmiał się śmierci w twarz. Pan Ropuch
    2 punkty
  15. ––//–– gdy zmrok zapada umierają cienie czy tylko światło źródłem zbawieniem całość wzmacnia nadaje sens czasem deptane krzywione bardzo lub po troszeczku mimo tego zawsze na wierzchu zostawią ziemię samą na chwilę o świcie wrócą zmartwychwstaną
    2 punkty
  16. Toś zapomniał już o szkole, boś dawno dorosły? Ty z lat szkolnych nie pamiętasz, pamiętają osły. Pracujesz wytrwale, osieł mści się stale... Osły pecha ci zsyłają, w sposób mniej doniosły.
    2 punkty
  17. Tak, świetny wiersz, poruszający. Chociaż to co w puencie... różnie z tym bywa. Myślę, że nie do końca da się to przewidzieć. Bywa, że szanse są znikome a efekt jest i odwrotnie. Dla mnie to był akt heroizmu, tak to widzę. Nie można do końca iść na ugodę z agresorem. Traci się wtedy tożsamość. Pomimo naszej przegranej Niemcy też dostali w kość i już do końca wojny nie było im tak łatwo, a właściwie coraz gorzej. Ta ich wygrana to była taka pseudowygrana.
    2 punkty
  18. smak metalu w ustach i toaleta pełna dymu za oknem podróż wszystkich rzeczy widzialnych i niewidzialnych kpiąc z zależności i wołania o pomoc jak anioły bez oczu pielęgnujemy swój lęk przed prędkością przed przemijaniem a to świat ucieka - nie my my tańczymy w przedziałach między pustymi butelkami po wytrawnym żalu wspominając wakacje namiot pełen namiętności i rozstania rytmiczne jak stukot kół odjeżdżających pociągów do lepszego gdzieś my wieczni pasażerowie flirtujemy z nieznanym znanym gardzimy do czasu
    2 punkty
  19. tak było fajnie luźno radośnie a pociągnięcia łatwe i proste życie zmieniło barwy zbyt piękne w pędzle bez włosów farby zaschnięte wypłowiał obraz prawdziwy wspólny nie kazał zwątpić lecz czas był trudny teraz tak jakoś myśli są same została rama i płótno białe lecz cóż poradzić żyć jednak warto szkicować chociaż choć nie jest łatwo
    2 punkty
  20. Ludzie chcą koniecznie pozostawiać ślady po sobie. Uwodzi ich ta myśl, że brylowanie na afiszu świadczy o tym, że są ponad innych. Wrzask to zębatki w trybach tego świata, który nie komtepluje, ale konsumuje, więc nie zastanawia się a jedynie w nadaktywności zużywa się. Uwagi w wierszu celne i elegancko podane. Pozdrawiam.
    2 punkty
  21. Siadł, podumał i napisał, bo to tylko umie pan pretendent na poetę zagubiony w tłumie może nawet to i dobrze, że anonimowo bowiem w dobie inkwizycji mógł zapłacić głową. Na polanę starej puszczy nie dociera hałas i to tam poeta przyszły zrobił sobie szałas a w szałasie legowisko i kąt literata gdzie mu w nocy przyświecała księżyca poświata. Za dnia kąpał się w promieniach słonecznych od świtu potem pisał, potem czytał i pełen zachwytu sam do siebie nieraz mówił o przedziwny losie już mnie święta inkwizycja nie spali na stosie. Choć niektórzy bez ogródek mówią dostał jobla ja im wtedy ripostuję do nagrody Nobla będę kiedyś kandydował, jeżeli dożyję i nie dożył, wielka szkoda wilk mu przegryzł szyję. Nie wiem czy tak było, ale podobno w szałasie inny dziwak, z innej bajki i o innym czasie zajął szałas i przekształcił wedle nowej mody ma laptopa i Internet i pragnie nagrody. Nobel w grobie się przewraca, że taka miernota tworzy któryś już raz z rzędu bubel, czyli gniota powstał Albert z tego grobu z laską dynamitu rzekł poecie prosto w oczy - nie dożyjesz świtu.
    1 punkt
  22. Idziesz, idziesz... aż dojdziesz. Uczysz się... aż się nauczysz. Robisz, robisz... aż wykonasz.
    1 punkt
  23. @Pan Ropuch w sensie szukały mojej energii ?.
    1 punkt
  24. 1 punkt
  25. @Pan Ropuch Proszę o wybaczenie, że pominęłam Pana w podziękowaniach :( Dziękuję bardzo! Czy to już TWA? Miłego łikendu!
    1 punkt
  26. @Pan Ropuch Licytacja zakończona, lodówka zamknięta :)))
    1 punkt
  27. Co do tych nacisków, to różnie się to przedstawia, analizuje. Wiadomo, historycy też chcą mieć zajęcie. Dziś akurat oglądałam wywiady z uczestnikami powstania. To był zryw prawie wszystkich, ludność cywilna też chciała tego powstania. Myślisz, że gdyby powstania nie było Niemcy by zaprzestali wykańczania Polaków i mieli litość nad ludnością cywilną w tym dziećmi? Błędem była na pewno wiara w to, że przyjdzie pomoc z zewnątrz, bo historia uczy, że w czasie wojny każde państwo głównie chroni siebie. Ale już nie śmiecę pod wierszem :) Na pewno ważny temat i piękny wiersz.
    1 punkt
  28. @>Marianna< Z Kamczatki jeden pustelnik ogromnie lubił jeść sernik. Nie miał mu kto piec, chodził smutny, więc zamówił z prerii catering.
    1 punkt
  29. to co cię karmiło teraz cierniem rani lecz nie widać posoki ani łzy marnej to co cię bawiło teraz żalem trawi podobno kolej rzeczy czy na pewno aby dwa angielskie ziela liść laurowy dwa razy papryka, kolendra, curry oraz pieprz dla odwagi potem dłonie człowieka połączyć z sercem i duszą gotować do czasu aż zmięknie mina skosztować, nasycić, wydalić z potem, krwią, skórą zostaną jedynie kości co zetrzeć w proch trzeba tyle z tej miłości z życia tyle też
    1 punkt
  30. Zaimponowałaś mi tym wierszem. .Jakiś czas temu napisałem "Na słuszne sprawy" w tym duchu:
    1 punkt
  31. @ais przepiękny wiersz... Pozdrawiam.
    1 punkt
  32. to było męstwo koło mnie wymieni pomnik na czas, wyjdę na pamiątkę
    1 punkt
  33. Ludzie dzielni, tylko historia plugawa dla nich, tylko przywódcy dla porachunków z nią spaliło miasto... Cześć pamięci tych, którzy byli "kamieniami rzuconymi na szaniec"
    1 punkt
  34. mogę Ci dać wszystko i tak nam życie przeleci:)
    1 punkt
  35. Wydaje mi się, że rozumiem peelkę. Wiele tzw osób trzecich działa na mnie jak energetyczne wampiry. Wiele próbuje podcinać skrzydła i sprowadzać świat wielowymiarowy, wielobarwny, do płaskiego, czarno-białego. Z podobaniem i pozdrowieniem :))
    1 punkt
  36. @Pan Ropuch widziałam ostatnio zdjęcie mojej koleżanki, w realu taka sobie., a na zdjęciu jak Kardashianka. Biedni Ci mężczyźni, u których zdjęcie wzbudzi pokusę ???
    1 punkt
  37. Tak na szybko: Hiper od stop lajkowaniu i płenta na medal, no i tygrysie krewetki! Bo karmimy się złudzeniami, my, bańkożercy, uwielbiamy nierzeczywistosć, gdy rzeczywistość nas przerasta. Bo ogólnie zycie jest przereklamowane, ale cholernie podniecające. I już lecem, bo muszem. poZdróweczka!!!
    1 punkt
  38. Siedzi w sadzie, oparty o drzewo. Tęsknota rozszarpuje serce, tylko niestety nie pamięta, za czym tak tęskni. Jest starym człowiekiem. Siwe włosy, ładnie by wyglądały na tle żółtych mleczy, gdyby nie ciemność. Niewiele rozjaśniona poświatą księżyca. Tym co go cieszy najbardziej, w tej niewyjaśnionej sytuacji, jest wszechobecna cisza. Wtłacza w niego dziwny spokój. Mało widoczne cienie niewielkich jabłoni, jeszcze bardziej go wprawiają w dziwny, melancholijny nastrój. Właśnie kolejny raz przysypia, gdy nagle słyszy, cichy odgłos miękkiego upadku. Nie ma rozeznania, czy blisko, czy daleko, gdyż oczy kleją się do powiek. Zimno nie jest. Wręcz duszno. Koszulę ma przesiąkniętą potem. Jego dom stoi blisko. Tuż za sadem. Odgłosy dobiegają ze wszystkich stron. Częstotliwość wzrasta. Mało co dostrzega. Nagle uświadamia sobie, to o czym powinien pomyśleć od razu. Jabłka spadają z drzew. Dlaczego wszystkie naraz i właśnie teraz. Znowu zaczyna przysypiać. Łowi dźwięki jakby zza mgły. Powietrze już trochę chłodniejsze. Słyszy cichy szum drzew, kołysanych przez wiatr. Wiele gałęzi zdaje się być czarnych. Jak niektóre myśli. Mimo wszystko nie wraca do domu. Jakoś nadal nie ma ochoty. Wciąż te same dźwięki, lecz jeszcze coś poza tym. Chciałby sobie naprawdę przypomnieć, za czym tak bardzo tęskni. Nic z tego. Czarna plama w mózgu, zakryła wspomnienia. Zostawiła tylko tęsknotę na wierzchu. Do niej ma tylko dostęp. Na granicy snu i jawy, słyszy nie tylko odgłosy spadania na ziemię. Po każdym upadku jeszcze coś. Jednostajny szelest przesuwania czegoś na trawie. Blisko niego. Bardzo blisko. Wnioskuje to z odgłosów szurania. Zwiększają się z każdą chwilą. Otwiera oczy. Otaczają go ze wszystkich, możliwych stron. Następne przybywają, z zaciemnionych zakamarków sadu. Czuje intensywny, słodkawy zapach. Dziwne to wszystko. Nawet w pewnym sensie, odczuwa niepokój. Jak mogły do niego przyjść? Tak same ze siebie. To przecież nieracjonalne. W głowie pojawiają się strzępki wspomnień. Dopiero wychodzą z czarnej dziury, lecz są już niedaleko krawędzi. Nagle, ni stąd ni zowąd, czuje wielki głód. Odsuwa plecy od pnia i na klęczkach podchodzi do najbliższego jabłka. Chce je złapać, lecz ono turla się do tyłu. Inne też. Jednak po chwili, bierze jedno do ręki. Pragnie ugryźć, lecz nagle rzuca na ziemię. Z owocu wystaje pełno robaków. Jabłka prawie nie widać. Ogonek się wydłuża. Jest cienki i mocny. Oplata dłoń.. Przecina. skórę. Pojawia się krew. Z pozostałymi jest to samo. Atakują zewsząd. Czuje coraz większy ból. Nie może zdjąć czarnych sideł. Dusi go przeraźliwa woń jabłek. Znowu siedzi oparty o drzewo. Zaczyna się naprawdę bać. Jest mu wszystko jedno. Nie ma sił walczyć. Wtem słyszy głos: – Coś ty stary myślał. Że same tutaj przyszły. To moja sprawka. Pamiętasz, jaki dla mnie byłeś. Ile mi naubliżałeś. Ile razy powiedziałeś, że placek co zrobiłam, tylko na śmietnik wyrzucić. Widzi przed sobą starszą kobietę. Czyżby przyszła go zawołać na kolację? Tak późno? O księżycu. I co ona mówi o tych jabłkach. Że też jej się chciało takich figli. Boli jak diabli, a w głowie piekący zamęt. – Przepraszam Cię. Wiem, że jestem różny. Ale po co wstałaś w nocy? Żeby mnie przestraszyć? Zdejmij to ze mnie. Proszę. – Bądź tu jeszcze chwile. Pójdę coś słodkiego do zjedzenia przygotować. Za jakiś czas przyjdź. – Dobrze. Przyjdę. Nie wie, co o tym wszystkim myśleć. Zachowanie kobiety, było co najmniej dziwne. I za czym on tak nadal tęskni? Robi się naprawdę zimno. Z trudem wstaje. Nie ma żadnych jabłek wokół niego i ogonków na rękach. Widocznie nie zauważył, jak je gdzieś schowała, gdy mu z rąk zdjęła. Idzie w kierunku domu. Dziwi go tylko, że nie dostrzega żadnych świateł w oknach. Czyżby prąd wyłączyli. * Siedzi w mieszkaniu. Po chwili wstaje. Zagląda do kuchni, do pokojów, do pozostałych pomieszczeń. Nic. Cisza i spokój. * Wraca do kuchni. Na jego twarzy widnieje uśmiech. A jednak. Po prostu nie zauważył na stole jabłecznika. Jeszcze nawet z blachy nie wyciągnięty. Pokusa jest zbyt wielka. A przecież pamięta, że za bardzo za tym przysmakiem nie przepadał. Teraz jest inaczej. Siada, wyciąga z szuflady nóż i wykrawa sobie kawałek. Nawet nie zauważa, że na zewnątrz już dzień. Bierze pierwszy kęs do ust… ale nic nie czuje. Bierze drugi… to samo. Na domiar złego, słyszy gwar na zewnątrz. Po chwili wbiega zdyszana wnuczka: – Dziadku. Co tak siedzisz, przy tym pustym stole. No chodź wreszcie. Jedziemy na cmentarz. Dzisiaj rocznica. Nie pamiętasz? Czekamy na ciebie przy samochodzie.
    1 punkt
  39. choć wie jak smakują łzy nie żałuje tamtych chwil choć wie jak boli śmiech który siebie udawał jest ciągle za byłym wciąż do niego wraca pomaga mu tęsknota bo jest jak siostra choć wie jak smakuje zło na nim buduje lepsze chce by jego dom zawsze miał otwarte drzwi
    1 punkt
  40. 1 punkt
  41. Mam taki dyplom Ze złotym orłem Kochani rodzice Co będzie potem ? Mam te świadectwa Z czerwonym paskiem Aleś ty zdolny ! Echo za lasem .. Mam dzisiaj domek Na wsi daleko Mały stołeczek Siadam pod strzechą Mam teraz siebie Nie z czyichś marzeń Tamci odeszli W spełnieniu pragnień
    1 punkt
  42. Dzięki bardzo, pozdrówka też :) ;) dzięki :) Ukłony dla Mateusza @Mateusz :)
    1 punkt
  43. @ais Jedna kobieta - Koło - tak zacznę - robiła ciasto naprawdę smaczne. Często... sernik piekła, wszystkim ślinka ciekła. Prawda wygląda pewnie inaczej.
    1 punkt
  44. Siedzisz w bańce, bo się przejmujesz, czy w niej siedzisz :) Eksperymentuj, wszelkie oceny, w tym samoocena, nie pomogą Ci z tej bańki wyjść :)
    1 punkt
  45. Nasz Administrator to nie jest konserwator ni sekator ni fotoreambulator ni dezintegrator ni likwidator ni granulator ni kombinator ni półamator ni dyktator ni eksterminator lecz prędzej kardiostymulator katalizator humanizator inhalator innowator komunikator modulator modyfikator popularyzator obserwator termowentylator reorganizator racjonalizator koordynatoor pacyfikator kontemplator cywilizator aktywator kreator stymulator akompaniator to też nie poświętnik skarabeusz tylko Terminator Mateusz!
    1 punkt
  46. Nie ma wyjścia Zgubiłam się pośród zdobnych łąk, w karminowych łkaniach maków, wschodzących dziś, by jutro odejść, w ciszy i pokorze chyląc wątłe głowy ku ziemi, z której powstały. Zgubiłam się pośród łanów złotego milczenia, które zawiodło moją lunatyczną duszę na brzeg, skąd widać uśpiony węgieł świata i stado zatraconych, bezimiennych snów. Zgubiłam się między drzewami, podającymi lśniące od słodkiej, pełnej zieleni, załamane ramiona, rzucające życiodajny cień na szklane, przejrzyste czoło, na moje rozległe stopy włóczęgi. Zgubiłam się w sobie; ciemno tu i chłodno, niby w środku bezlitosnej zimy, na granicy sumienia i życiodajnej bliskości szeptów. Nie widać przejścia, światło ukryło się po drugiej stronie słońca. Wiem, że stąd nie ma wyjścia.
    1 punkt
  47. Poprzedni tekst, wycofałem. Druga taka podmianka, jak tylko Tu wrzucam. ––?/–– Wchodzę na wysoką górę. Nie wiem, czy słońce za chmurami, czy po prostu robi się ciemniej. Dla mnie to nie istotne. Wiem, że muszę wejść na sam wierzchołek. Zmęczenie daje znać o sobie, z każdą chwilą. Ile drogi za mną, a ile przed? Nie mam bladego pojęcia. Spoglądam do tyłu. Wszystko wokół, spowite dziwnym rodzajem mgły. Droga wygląda podobnie. Nie potrafię określić, na czym ta inność polega. Tak samo jak umysł. Póki co, zapakowanym prezentem. Staram się odpakować. Przecinam sznurki. Szarpię. Słyszę darcie papieru. To dobry znak. Dociera do mnie, po co tu jestem. Nie mam pewności, czy ma to jakiś sens. Na dodatek zaczyna padać deszcz. Woda spływa z góry, po ostrych kamieniach. Idę boso. Dlaczego? Chyba stopy krwawią. lecz nie czuję bólu. Jeszcze nie teraz. Za bardzo jestem skołowany. Droga cholernie wąska. Po obu stronach rosną krzaki. Ciemność coraz szczelniejszym całunem, zakrywa drogę. Lecz nie na tyle, żebym nic nie widział. Mokre, błyszczące gałęzie, ocierają się o mnie, jak pokrzywione ręce śmierci. Czuję wilgotny szelest, gdy przesuwają wstrętne łapska, po materiale kurtki. Ale cóż. Będę musiał pokochać drogę, chociaż nie wiem, ile mam przed sobą. ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~ – Nie martw się kochanie. Na pewno wyzdrowiejesz. – Chcę w to wierzyć, ale sam widzisz jak jest. – Cholera! Muszę wyjść na chwilę. Nie wiem dlaczego. Jakiś wewnętrzny głos mi każe. – Zgłupiałeś. Nie wiadomo, ile czasu zostało. Czy tobie zupełnie odbiło? Chcę pobyć z tobą. – Właśnie dlatego chce wyjść. To znaczy... coś mi mówi, że to wiele może zmienić na lepsze. Pokonać chorobę. – Nie zostawiaj mnie dupku. Proszę. – Nic się nie martw. Zaraz wrócę. ~~~ Stoję na ulicy, patrzę w niebo i wrzeszczę jak opętany: czy istnieje szansa na ratunek? Doznaje szoku, bo prawie natychmiast, krople deszczu wystukują słowa: – ''Musisz wejść na wysoką górę. Znajdziesz tam Bezimienny Kwiat. On zmieni waszą sytuację'' – Jak to zmieni sytuację? Na jaką? Moja ukochana wyzdrowieje? Powiedz coś więcej głupi palancie. Tylko tyle masz mi do powiedzenia? Przepraszam... to z nerwów. Nie gniewasz się? Dopowiedz coś więcej. Gdzie mam szukać? Chcesz, żebym zostawił ja samą, a ja w tym czasie, będę odgrywać jakąś skoczną kozicę Niestety. Głos milknie na zawsze, ale i tak jestem uradowany. Jakaś szansa istnieje. Co z tego, że zwariowana. Muszę poszukać tej góry. Tylko gdzie? Nie przypominam sobie, żeby w okolicach, było jakiekolwiek wzniesienie. Mimo wszystko wracam uradowany do żony. Powiem jej, że nie wszystko jeszcze stracone. Wchodzę do naszego domu i prawie biegnę po schodach. Nagle doznaje kolejnego szoku. Stopnie jakby zanikają. Odczuwam dotkliwy chłód. Kto powrzucał drobnych kamieni do naszego domu? Biegnę dalej. Schody zdają się nie mieć końca. Tak je w myślach nadal nazywam. Nie chcę uwierzyć, że już ich nie ma. Przecież na górze, w pokoju, leży moja żona. To mnie dopinguje do tego, żeby nie tracić sił na myślenie, tylko zwyczajnie zaufać usłyszanym słowom. Może rzeczywiście, ma to jakiś sens, którego nie pojmuję. Robi się cholernie ślisko. Mam wrażenie, że upadam do tyłu. W ostatniej chwili, chwytam poręcz... ...trzymam w ręce gałąź. Nie upadłem. Czyżbym na chwilę stracił rozeznanie? Nagle mnie olśniło zupełnie. Wiem już, jaki jest cel mojej wędrówki. Mam odnaleźć Bezimienny Kwiat. Czeka tam na mnie. U celu podróży. Droga ciągle taka sama. Jedyną zmianą jest coraz silniejszy wiatr. Słyszę wyraźnie, ocierające się o siebie, pokraczne szpony krzaków. Idę cały czas przed siebie. Nie zawracam. Choć nie mam już tyle sił, co przed początkiem wędrówki, to podpieram się laską, wyciosaną z nadziei. Wierzę, że to wszystko nie jest na próżno. Wiem... zostawiłem ją samą. Gnębi mnie to cholernie. Sumienie szarpie myśli, jak drapieżnik wnętrzności. Nie ustaje jednak w drodze. Mimo wszystko uważam, że słusznie czynię. Nagle ni stąd ni zowąd, zdaję sobie sprawę, że coś jest: nie tak. Nie z drogą, tylko ze mną. Nie chodzi o to, że wspinam się jak jakiś wariat, na jeszcze bardziej zwariowaną górę, tylko o poczucie mojego... ciała. W pierwszej chwili nie chcę wierzyć, w to co widzę. Wszakże nie dokładnie, bo ciemność nie ustępuje, ale jednocześnie nie jest tak gęsta, żeby nic nie dostrzec. Moje ręce są... starsze. Z lekka pomarszczone. Przecież mam dwadzieścia dwa lata. Coś mi tu nie pasuje. I to bardzo. Dotykam rękami twarzy. Także czuję zmarszczki. Jak długo już idę? – pytam samego siebie. Czyżby czas płynął tu inaczej? A może po prostu, starszy jestem, z każdym następnym krokiem. Nie chcę o tym za bardzo rozmyślać, bo zupełnie sfiksuję. A mam przecież zadanie do wykonania. Tylko sił zaczyna brakować. Już nie te lata, co kiedyś. Ile ich mam w tej chwili? Szkoda, że nie zabrałem lusterka. A może dobrze, że go nie mam. Wtem, kilkanaście metrów przede mną, widzę jakąś postać. Jest niewielka i ubrana na biało. Już naprawdę ledwo idę. Odczuwam skutki starości. Ona czeka na mnie. To mała dziewczynka. Trzyma coś na rękach. Podchodzę bliżej. Pyta się mnie zupełnie niespodziewanie: – Naprawisz mojego misia? – Czy naprawię... kim ty jesteś i co tutaj robisz? Sytuacja jest... jakby nie z tej ziemi. – Napraw. Proszę. Łapka mu odpada. Biorę pluszaka do ręki. Rzeczywiście. Misiowa ręka, wisi ledwo ledwo. Gdybym miał buty, to też sznurowadła. Wtedy mógłbym nimi przywiązać jak trzeba. – No co, da się? – Nie wiem jak. A poza tym, spieszę się na górę. Nie mogę tracić czasu, na naprawianie głupich misiów. Po co mi w ogóle głowę zawracasz. Przepraszam, ale sama widzisz, jak wyglądam. – Jak fajny stary dziadek. – No cóż... właśnie... przynajmniej mam pewność. – Naprawisz? Męczę się z tą całą naprawą paskudnie. Aż w końcu za pomocą cienkich gałązek, tyle o ile mi się udało. – Ojej! Dziękuję. – Daleko jeszcze do wierzchołka? Może wiesz dziewczynko. – Niedaleko. No to cześć. Rozglądam się na boki, lecz nikogo nie ma. Myślę sobie, że halucynacje w mojej sytuacji, chyba nie mogą być złudzeniem. Tylko jak rozróżnić, co naprawdę, a co nie. Dostrzegam wierzchołek. Cel podróży. Po jakimś nieokreślonym czasie, wlekąc starcze ciało, docieram do niewielkiego płaskowyżu. Szczytu góry. Jest jako tako oświetlony... tylko nie wiem czym... i pełno na nim kwiatów. To muszą być te. Tylko który jest: Ten? Słyszę z tyłu znany głosik: – Pokażę który. – Skąd się tu wzięłaś. I co tutaj robisz? – Nie jestem z... tutaj. – A skąd? – Dziadki nie powinny być takie ciekawe. Niby mi wesoło, ale nagle przypominam sobie, po co tu przyszedłem. Może potwornie źle zrobiłem. Zamiast być z nią, to idę jak czubek na pieprzoną górę, tracąc czas, który powinienem jej poświęcić. Stopy okrwawiłem, naprawiałem głupiego misia, a na dodatek, stałem się starym dziadem. Nawet jak wyzdrowieje, czy będzie takiego chciała? Wątpię. – Nie możesz wątpić. Twój wiek nie upoważnia ciebie, do gadania takich bzdur. – Wiek? Raczej wieko. Jak masz na imię? – Jestem Bezimienna. To ten Kwiat. – A niby skąd wiesz? – Bo go Misiu wskazuje łapką. Tą naprawioną. Pamiętasz? – Jakbym mógł nie pamiętać. Staruszka na górskim zboczu, przywiązującego pluszakowi łapkę, trudno określić czym. – Przestań marudzić, tylko bierz Kwiatka i zmykaj stąd. Tak musi być! – Łatwo powiedzieć. A z tobą co będzie? – Mną się nie przejmuj. – Krzyż mi dokucza, sflaczałe policzki, a w zmarszczkach chodzi mucha. – Weź się w garść. – Raczej w skórę i kości. – Podołasz. Nie biadol! – Ale... – Bo się naprawdę wkurzę. No złaź z tej góry, do jasnej cholery! – W ustach dziecka takie słowa? Do dupy z tym. Mam dość! – Spadaj! Bo tupnę nóżką! Zaczynam schodzić. Tą samą trasą, którą przyszedłem. Przestało padać jakiś czas temu. Mniej się ślizgam po kamieniach. Nadal nie wiem, ile mam lat. Na pewno nie mało, biorąc pod uwagę samopoczucie. Trzymam w ręce kwiat. Wierzę, że to ten właściwy. Tam, na szczycie, trochę w pewnym sensie odreagowałem. Pyskata to sprawiła. Kim ona jest? Wątpię, żebym się dowiedział. Idę już jakiś czas i tak samo jak przy wchodzeniu, z moim ciałem, zaczyna coś się dziać dziwnego. Jednym słowem: młodnieje. Za każdym krokiem, lat ubywa. Ręce robią się gładkie. Na twarzy nie czuję zmarszczek. Tylko Kwiat, który niosę, pomału więdnie. A byłem przekonany, że taki niezwykły, nigdy nie straci swojego blasku. Będzie wciąż taki sam. Życia nie straci. Nie wiem, czy go zdążę zanieść żonie. Na dodatek, kapie z niego krew. A ja jestem młodszy z każdą sekundą. Nie widzę siebie, ale wiem to na pewno. Dostrzegam charakterystyczną gałąź. Miejsce z którego wyszedłem. A poza tym, jest prawie jasno. Znikła ciemność. Ścieżka jest nadal wąska, lecz krzewy po bokach zakwitły. Widzę przed sobą jakby jasność. To znaczna polana. A właściwie pusta łąka. Nagle dostrzegam żonę. To musi być ona. Nie mam wątpliwości. Kiwa do mnie ręką. Podchodzę bliżej. To żadna halucynacja. Na pewno ona. Z dłoni lecą mi zwiędnięte strzępki. Widocznie spełniły swoje zadanie. Oddały swoją żywotność. Stoję blisko niej. Mówi do mnie: – Na drugi raz bądź tak miły i się nie spóźniaj. W końcu jestem twoją narzeczoną. Mamy się pobrać. Chyba nie zapomniałeś? Masz zamiar całe życie być takim spóźnialskim? – Narzeczoną? Co ty chrzanisz? Przecież jesteśmy małżeństwem od kilku lat! – Doprawdy kochanie? Traktuj mnie poważnie. Czyżbyś bredził po próżnicy? – Ale przecież... jesteś ciężko chora! Leżałaś w łóżku. – Mniemam najdroższy, że ktoś inny jest tutaj... jakby chory. Bardzo cię kocham... ale do prawdy nie rozumiem, o czym mówisz. Ja nigdy nie chorowałam. I oby tak dalej. Ta sytuacja mnie przerasta. To wszystko, co było, jest... i co będzie... o to jest pytanie. Chyba jej nie powiem o tym, jak od niej uciekłem, co przeżyłem, że byłem starym dziadem, a teraz jestem powtórnie młodym... a może jednak. Nie. To by nie miało żadnego sensu. I tak mi nie uwierzy. Słyszę jej głos: – Chyba widzisz tamtą drogę? – Widzę kochanie. – Tam jest przystanek autobusowy. Poczekamy trochę i pojedziemy. – Oczywiście. Jak sobie życzysz. Przestaje mnie cokolwiek dziwić. Nawet przystanek autobusowy na środku łąki. Stoimy i czekamy. Sceneria wokół normalna, lecz zarazem... dziwna. A poza tym, gdzie się podziała góra? – Kochanie. Widzisz? Autobus jedzie. – Widzę. – Jak przystanie, to do tego wsiadamy. – Trudno do innego, skoro będzie jeden. Wiem, że nie powinienem być taki... dowcipny, zważywszy na sytuacje, ale chcę zachować resztki świata, którego znam. Ona jest niewątpliwie moją żoną. Wiem, że ją kocham, ale... – Przygotuj się. Za chwilę wsiadamy. – Kochanie! Coś mi tu nie pasi. Jest coraz bliżej, a większy wcale. A zatem się zmniejsza. Czy aby się zmieścimy? – Zobaczymy. Podjeżdża autobus. Rzeczywiście jest mały, ale na tyle duży, że możemy wejść. Nachodzi mnie dziwaczna myśl, że inni nie mieli takiego szczęścia. A może czegoś wręcz przeciwnego? W środku jest pusto. Tylko kierowca. Moja żona jest trochę zdenerwowana. Nie wiem czemu. Popatruje po całym wnętrzu, jakby czegoś szukała. O co w tym wszystkim chodzi? Nagle słyszę zamykanie drzwi i pojazd rusza. Ukochana siedzi na siedzeniu i milczy. Jest dziwne nieobecna. Czyżby to wszystko było jeszcze bardziej pogmatwane, niż by się mogło wydawać? Czas upływa na podróży. Świat wokół, wygląda zupełnie normalnie. Zwyczajny autobus i zwyczajna łąka na zewnątrz. Niby wszystko pasuje. Oprócz ciszy. Coś powinienem słyszeć. Chociażby szum silnika. Cokolwiek. Nagle na przednim siedzeniu, coś zauważam. Siedzę trochę z tyłu, dlatego widzę jedynie część. Dopiero po jakimś czasie, dociera do mnie, na co patrzę. To widoczny fragment pluszowego misia. Ma łapkę przywiązaną sznurowadłem. Odruchowo spoglądam na swoje nogi. Jeden but ma puste dziurki. Co tu jest grane, do diabła? Przecież byłem bez butów... i o co chodzi z tym pluszakiem? Czyżbym nie pamiętał wszystkiego? Albo inaczej, niż być powinno. Postanawiam zrobić coś, co w takiej sytuacji jest w moim mniemaniu, bardzo zasadne. Idę do przodu i grzecznie pytam; – Przepraszam... ale dokąd my właściwie jedziemy? – A skąd mam wiedzieć. Jestem tylko kierowcą.
    1 punkt
  48. Imieniny Walentego też nie gorsze są od tego, jak świętuję Walentyna. Tylko Walentego... nie ma. Mamy ewenement taki, że to jemu noszą kwiaty.
    1 punkt
  49. zapraszam do siebie na miłą przekąskę.
    1 punkt
Ten Ranking jest ustawiony na Warszawa/GMT+02:00


×
×
  • Dodaj nową pozycję...