Ranking
Popularna zawartość
Treść z najwyższą reputacją w 06.06.2020 w Odpowiedzi
-
Dawniej z szablą był w galopie teraz kłusem mknie na mopie. Ceni równouprawnienie, lecz czy ona ma go w cenie? Jednak czekać nie chce dłużej bo zwyciężyć musi kurze co przyległy do podłogi, do nich zmierza rycerz srogi. Nie ma dla nich dziś litości, z wielką siłą, choć bez złości celnie mopem je traktuje i zwycięstwo odnotuje. Lecz to triumf pyrrusowy nie zawróci jej nim głowy, nie zdobędzie jej uznania, tym, że z mopem się ugania. Ona bowiem za rycerzem dzikim, lecz kochanym zwierzem, tęskni od samego rana chce być w takim zakochana. Jest to rozwinięcie fraszki "Mężczyzna dawniej i dziś".5 punktów
-
To jedynie drżenie szyby i jęczenie wiatru - - wyjaśnia racjonalista pierwszego kontaktu. Skrzypi krzesło i podłoga? - Taka w drzewie skłonność. W śnie przynoszą ci wiadomość? - Twoja podświadomość. Ruch złowiłeś kątem oka? - wiatr muska firany. Znowu obraz spadł ze ściany? - źle przymocowany. Coś huknęło lecz nie spadło? - pewnie u sąsiada. Jakieś szepty słychać wokół? - deszcz za oknem pada. Pies coś widzi, na coś warczy? - tak już bywa z psami. Przestań wreszcie w bajki wierzyć, uwierz żeśmy sami. Dzwoni dzwonek a za drzwiami nie ma żywej duszy? - to popsuta elektryka albo zbadaj uszy, lub zwyczajnie ktoś dla beki zrobił tobie kawał, usiądź, ochłoń i uspokój nim umrzesz na zawał. Nie przewracaj w domu krzeseł, nie zasłaniaj luster, bo nie będzie na czym siedzieć- zabobony puste. To są najzwyklejsze sprawy, nie ma po co gmatwać. Tylko cisza po umarłym jakaś bardziej martwa, i porządek drobnych rzeczy jeszcze jego dłoni ma na sobie ślad ostatni, że aż w uszach dzwoni.5 punktów
-
Rozwijam słońcu skrzydła, jak języki poezji. Zobacz jak wena tańczy, gorąca Madame crazy. Każdy oddech z chmur białych, krąży jak baletnice. Amor też chce zatańczyć, strzałą zrywa spódnicę. Promienie zwijają krzyk, muzyka nie w tym tonie. Dżentelmen pomylił rytm, Madame w pąku swym płonie. Puls żaru ulatuje i dym z wulkanu już grzmi. Gdzie Twoja mucha i frak, w walcu krążyła ta myśl.4 punkty
-
Zanurzam się cała w chwilach upojenia, zmysłów myślami powoli Cię rozbieram. Całując z czułością spełniam pragnienia, pieszczoty moje z wyczuciem wybieram. Tańczymy wtuleni w rytmie przyzwolenia, rośnie pożądanie coraz większej bliskości. W wyobraźni kreacji spełniamy marzenia, oboje pragniemy odwzajemnionej miłości. Chcielibyśmy, aby taniec trwał wiecznie, erotycznej rozkoszy doświadczały ciała. Ze sobą chcemy być blisko koniecznie, bo życie, to chwila zbyt krótka, za mała.4 punkty
-
wezbrane rzeki rozpaczy nie baczą na tamy które wyznacza czas przez jedną chwilę sięgałam nieba a teraz płynie wino i żal3 punkty
-
Błędne koło się toczy błędne koło się toczy, znów mam zawroty głowy, znowu zamykam oczy... Błędne koło wiruje, błędne koło wiruje; kalejdoskop pamięci szkiełka dni przesypuje... Turla się błędne koło, turla się błędne koło; czy to trans, upojenie, czy to młyn, czy to zioło? Błędne koło wciąż krąży, błędne koło wciąż krąży: czy je zdążę rozerwać, czy opętać mnie zdąży?2 punkty
-
Nawet podwójnie albowiem dziadek skromny, bo skromny, lecz zjadł obiadek wyszedł przed chatkę, siadł na ławeczkę i przez godzinę pykał fajeczkę z sąsiada żoną wdał się w dysputę czy lepiej mak siać czy może rutę więc uradzono, że i to i to a na dokładkę pszenicę, żyto. Słonko zaczęło kryć się za chmurki dziadek poczłapał do swej komórki naręcze drewna zaniósł do domu i nie zwierzając się już nikomu rozpalił w piecu, usiadł w fotelu trzymając w ręce swój napój z chmielu spojrzał w kierunku babci swej żony i nagle poczuł się wypalony.2 punkty
-
Wszystkie - bez wyjątku - nowe stare i te zdziczałe przy których stoją kikuty drogowskazów nazw zapomnianych porośnięte nie jedną trawą , dokądś prowadzą. Więc gdy poczujesz się zagubiony ... wędrując jedną z nich przypomnij sobie ten wiersz . A potem dalej śmiało idź przed siebie , bo może właśnie ta ... ta droga zaprowadzi cię dziś jutro albo po ... tam gdzie odnajdziesz to coś ... coś co nazwiesz swym szczęściem.2 punkty
-
Jako wszystek historyji przedtym się odbywały Azaż prawo by to się komu ludy frasowały? Historyja jak mokradło głęboka. Co jest, już było, k’ czemu sromota? Twa zgryzota od zamierzchłych czasiech znana. Wszego tesknica liczna jak morska piana. Duchy nieżywych zawżdy czują. Przeczże się ludzie potenczas wojują? Dokąd jest człowiek na ziemyjej ino te same są dzieje. Nie płaczże, gdy chata twa goreje. Od zarajadziejów ni lepiej ni źlej. Takoż k’ rozkoszy kuglij czyli wina lej.2 punkty
-
2 punkty
-
Kilogram ziemniaków I dwa bochenki chleba, żelki. I jakieś słodsze owoce, I chipsy orzechowe, których Nikt nie lubi, na przecenie. ... To stara lista zakupów Skitrana jeszcze w prawej Kieszeni pamiątkowej marynarki. Aktualna tuż przed oddelegowaniem Mnie jako reprezentanta ludzkości W gwiazdy. Może dlatego zapomniałem wyrzucić... ... "Potrzeby duchowe, Wyższe ideały, Poezja, Honor..." Chipsy i żelki podjadam Z lewej, ukrytej, zapinanej Na suwak kieszeni. Dopiero niedawno ją odkryłem.2 punkty
-
@Marek.zak1 he he fajny :) A może tak do mopa doczepić drewnianą białą głowę konia ;) Pozdrawiam :)2 punkty
-
nie czas biegać od sznura do sznura między przegniłymi tarcicami bezmiar nędz tego świata a w sercach dzwonów pomruki wojny przypominają nic czystego nie ma na tym świecie ech gdzie te nasze słodkie gruchanie miłosne i bezwstyd w oczach z najwyższego wierzchołka wieży utkwiwszy spojrzenie czułe i tkliwe w błękicie układam litanię do...2 punkty
-
domniemany późny barok polepiony betonem pokruszonym w koronie czerwonousta żaba mruga zalotnie do obsranego bociana również z plastiku przewróconego kopnięciem uwalonego w trzy dupy gospodarza półdziobu w wodzie jak żur i śmierdzi - a tak regularnie topią się tu jeże spragnione po brzegu z folii budowlanej zjeżdżają do perfekcyjnej pułapki za pięć koła od rządu2 punkty
-
2 punkty
-
@M.A.R.G.O.T W moim otoczeniu brak takiego dziadka ja choć jeszcze żyję, ale nie te latka a kiedy chcę strzelić chociażby po secie nie biegnę do sklepu, lecz zlecam kobiecie by w ramach codziennych typowych zakupów kupiła mi... małpkę? Bez takich wygłupów to więcej z butelki wytrąbi dziecina choć ona dopiera pić przecież zaczyna. Z natury nie jestem pazerny, dlatego do żonki się zwracam kup mi coś większego ćwiarteczkę powiadasz? Takiego litrażu użyję, gdy będę chciał pić dla kurażu dziś jednak od rana coś we mnie buzuje żoneczko, pół basa, to może poczuję że piłem, lecz żonka celowo mnie głodzi a przecież litr mleka i jej nie zaszkodzi. pozdrawiam :)))2 punkty
-
stąpa lekko po mgły poduszce Pani Wiosna rozpościerając swoją barwną szatę po nagich łąkach lodowa Pani zgubiła swój welon lecz kiedyś powróci na powtórny ożenek ze smutnymi konarami i zwiędłymi liśćmi1 punkt
-
Kiedy za siebie dziś rzucam spojrzenia, widzę promienne, świetliste marzenia; lecz gdy rękami je chwytam obiema - tego już nie ma. Gdy spojrzę w przeszłość, widzę drzew aleję i lekko po niej biegnącą nadzieję; lecz wkrótce na nią lęk jakiś cień rzuci - to już nie wróci. Gdy się obejrzę, zalśni czasem w oku wysoka postać o magicznym wzroku; lecz cóż - utkane z mgieł i świateł ciało już się rozwiało. Gdy się obrócę, wciąż jeszcze w oddali tajemny płomień niezmiennie się pali; lecz gdy krok jeden zrobię – wtedy właśnie niknie i gaśnie.1 punkt
-
Proza Poetycka Nie Da Się Żyć Na wojnie nie ma wakacji, Bo żyjcie to wojna, Lecz pamiętaj - Tej wojny nigdy nie wygrasz. Pamięć zostanie jedynie o bohaterach i wydarzeniach. Nie tchórzach i zerach. By nim zostać. Musisz poświęcić całe swoje życie. By w heroicznej walce osiągnąć swój główny cel. Własną śmierć. Umrzeć i przegrać wojnę i wszystko co było niby na pokaz warte. Nie dla wygody, spokoju, bezpieczeństwa - wyjałowionego życia. Tylko dla samej próby - podjęcia walki. Bo po to jest prawdziwe życie. Czego byś nie robił w życiu umrzesz i tak. Odejdziesz, z poczuciem dumy - że tak po prostu próbowałeś, że stawiałeś opór. Chodź tak zakończenie znałeś, już od samego początku. Jednak mniej to na uwadze, że tylko i wyłączenie, za życia - MASZ WYBÓR. Dalej nic nie ma, nie było i nie będzie - to koniec. Tak naprawdę nie masz, nic do stracenia, co jest coś niby warte. Ani to miłość - która bywa ślepa i bolesna. Ani to złudne marzenia - które się nie spełniają. Bo właśnie po to one są - by móc marzyć, by spełniło się coś. Co nigdy się nie wydarzy. Inni się bali, że im się nie uda - Mieli tu rację. Że coś stracą - i tak to stracą, a nawet i więcej. Zależało im na czasie. By móc jak najdłużej - według nich podobno żyć. A oni mieli nie żyli, choć, nie byli martwi za życia. Bo tak wygodniej , bo tak bezpieczniej. Bo nie trzeba ryzykować, lękać się, czuć strachu. Bo trud wymaga wysiłku, bo może się nie udać. Ty zatem odejdziesz spokojny, z poczuciem dumy. Z poczuciem własnej wartości. Że pomimo porażki, czujesz się jak wygrany. Czujesz, że żyjełeś - ŻE BYŁO WARTO. Oni zaś zamknął oczy z najgorszym smakiem na sercu. Że tak naprawdę, już za życia nie żyli - że już wcześniej umarli. I NIE COFNĄŁ TEGO JUŻ NIGDY PO PROSTU TAK SIĘ NIE DA... ... NIE DA SIĘ ŻYĆ! Autor ? Ardnas - 21.VII.2019 / "Sztuka To Ludzkość" Źródło: https://www.ardnas.pl/p/nie-da-sie-zyc.html1 punkt
-
I naprawiaj - i ja - i war pani. A naprawiano; tona i war pana. I naprawiono, i war pani.1 punkt
-
1 punkt
-
Dusza smętnie się snuje pod całunem smogu, Usmolona w żelazkach i oparach rtęci. Po dusznych alejczynach bezwiednie się kręci, Omija suche grzędy betonów odłogu. Przystaje przy witrynie oszklonej soczyście- Z rodzinnego zapiecka tam leżą fajerki, Zestaw szachów bez pionka, znad rzeki muszelki I jesienią zebrane, zasuszone liście. "Graj muzyko! Trwaj chwilo! Ale iść już muszę." Odwraca się i spluwa na ściekową kratę. Powietrze zaś tężeje i w krtań gryzie duszę. Wysysa z niej ostatnie przebłyski skrzydlate, Tak, że nigdy nie wzleci. To co pozostanie, To codzienne pod szybę jej pielgrzymowanie.1 punkt
-
Odzyskuję przytomność na gzymsie. Na zewnątrz budynku. Coś uciska moje nadgarstki. To pętle ze sznura. Tak samo dolne części moich nóg są nim owinięte. Wiatr by szeleścił w moich włosach, gdybym je miał. Schylam głowę. Dostrzegam malutkich ludzików i autka jak zabawki. Rześki poranek budzi świat ze snu. Przy moim bucie dostrzegam małego pieska. Nie wiem jakich jest faktycznie rozmiarów. Z mojego punktu widzenia – mniejszy od buciowego noska. Nie jest mi zimno, aczkolwiek mam drgawki. Staram się nie myśleć o tym , na jakiej wysokości umieszczono moje ciało. Póki co - jakoś żywe. Gzyms jest lekko pochyły i trochę oblodzony. Jestem rozkrzyżowany między dwoma oknami. Drugie końce sznurów znikają w prostokątnych wnękach. Podobnie jest z drugimi więzami, wstrzymującymi moje stopy. Czuję, że zaczynają się ślizgać w dół. Ku przepaści. Błagam w myślach - te nieznane siły - dzięki którym tutaj stoję, żeby mnie nie oswobadzały z ratujących pętli. Nie spełniają prośby. Oswobadzają. Głupki jedne. Od razu jedna noga zaczyna mi się smykać. Cofam ją do tyłu, a ona z chwilę – w przód. To ja znowu do tyłu, a ona znowu w przód. To cholerne szuranie zaczyna mnie wnerwiać. Serce chce ze mnie wyskoczyć, ale na szczęście zostaje we mnie. Dalej mnie bije nieustannie za to, że byłem taki nieuważny. i dałem się wpakować jak porąbany, w tą całą kabałę – na stojąco. Zostawili mnie na lodzie i poszli sobie. Sznurki trzymające moje ręce są… ale to wszystko. To znaczy – nie za mocne. Mam prawie pewność, że gdybym na nich zawisł, to tylko na krótki czas. Podyndał bym trochę i basta. A później to już bym leciał, jak sokół na betonową płaską mysz. Póki co jakoś stoję. Na nogach - traktory. A zatem mam nadzieję, że postoję jakiś czas – przy życiu. Może coś wymyślę. Wiatr się nasila. Kilka metrów na prawo ode mnie, skrzypi zardzewiała antena. Jak stara cmentarna brama, z huśtającym się na niej – grabarzem. Nie dziwię się wcale, że takie optymistyczne myśli, wlatują jak jaskółka, do mojej rozkołysanej głowy. Jaka sytuacja – taka wyobraźnia. Zastanawia mnie tylko jed… {O kuźwa! Znowu się smykam. No dobra. Stoję nadal}...no. Skąd się bierze ta dziwna mgła wokół mnie.Właściwie jest od początku. Spoglądam na obie strony i w dół. To co w dole widzę dokładnie. Mam nawet wrażenie, że – za dokładnie. Ale po bokach, z tą widocznością trochę nie ryktyk. Na kilka metrów, a później – to umarł w butach. Tak samo jak patrzę w górę. Też białawo. No cóż - mówię na głos – Pal to licho. Zamiast aniołków – białe misie wokół mnie – fruwają. Z tym fruwaniem to rzeczywiście wykrakałem. Na domiar złego, pętle na nadgarstkach zaczynają się robić… wspomnieniem. Nagle coś mnie dziabnęło w dłoń. Pomyślałem w pierwszej chwili, że to niedźwiedź mnie capnął. Ale gdyby rzeczywiście, to już bym wisiał na jednej ręce. To tylko jakiś ptak, zaczyna się do mnie dobierać. Z jednej strony się denerwuję, że nie mogę go odgonić, bo mam ręce przywiązane. Z drugiej jestem rad, bo gdybym miał je na wolności – to bym spadł na zbity pysk. Albo nawet nie tylko na swój, ale jeszcze na cudzy, gdyby się akurat nawinął pod końcówkę lotu mego. Patrzę w dół. Obraz jest niesamowicie wyraźny. Chyba już tego pieska w tym miejscu widziałem? Stało się. Więzy mnie opuściły. Słyszę jedynie, stuknięcie sznurka o gzyms. A ściślej mówiąc dwa stuknięcia. Z jednej i drugiej strony. Przyciśnięty jestem do ściany z całą mocą. Dłonie trzymam płasko na chropowatym murze. Wiatr znowu się nasila. Antena jęczy mój łabędzi śpiew. Kojarzy mi się, ze szuraniem powroza na wieku trumny. Na szczęście nie wracają do mojej głowy dziwaczne myśli. Tylko takie jak te – wygładzone. Ale wraca ptaszek. Pociesznie kiwa łebkiem, siedząc mi na nosie. Stoi bokiem. Jego spokojne oko widzi moje przestraszone. Na domiar złego z bliskiej odległości. Chyba nie muszę mówić o czym myślę. Na wszelki wypadek, oglądam wszystko - co tylko mogę – dla spokojności - na zapas. Mam dylemat. Bo nie chce bestia odlecieć. Jeżeli zacznę machać rękami, żeby upierdliwca przegonić, to na mur- beton spadnę. Pozostając nieruchomym, mogę stracić wzrok wraz z oczami. Spokojnie, bez nerwów, wydziobie moje wilgotne gałki. Może jeszcze zrobi kupę, do mojej dziurki w nosie – i odleci w siną dal. Zaczynam z lekka dygotać. Nie tylko od wiatru. Ptaszek siedzi jak najęty. Z tyłu zaczyna mnie uwierać jakaś wystająca cząstka. Chyba grudka tynku. Jeszcze ją diabli nadali. Akurat w takiej chwili, w której się ważą moje losy. Nagle wrzeszczę na całe gardło. Może się się ptaszysko przestraszy. Ale gdzie tam. Muszę gębę szybko zamknąć, bo zaczyna mi się ładować do środka. A co uduszonemu, po wzroku. Nawet najlepszym. Od tego hałasu, noga mi się ześlizguje. Na szczęście tylko jedna. Druga składa się jak scyzoryk mojego pierworodnego dziadka. Pierwsza dynda nad otchłanią a na drugiej ja przykucnięty dygocę. Dłonie pospiesznie dociskam do mego tyłu i jakoś wolniutko – wolniutko, powracam do postawy pierwotnej. Myślę sobie – no to po sprawie. Widzę jednak, że ptaszek siedzi na antenie, trzymając w łapce parasol. A obok siedzi biała myszka i gra na grzebieniu. Zaczynam podejrzewać, że coś ze mną nie tak. To ze strachu – myślę sobie. Co tu się wyprawia – krzyczę na cały głos? Czy ktoś lub coś robi ze mnie głupka ! ? Głupka nie – słyszę słowa z tyłu – Ale gościa z większą kasą – to tak. Jaką kasą – myślę sobie - Co do kuźwy nędzy się dzieję? Spoglądam cały czas pod górę i na boki. Boję się spojrzeć w dół. Przecież wiem na czym stoję. Ptaszka nie widać. Poleciał sobie. No niech pan na litość boską, spojrzy w dół – słyszę ten sam głos - Proszę się nie obawiać. Już po wszystkim. Spoglądam. Widzę ciemność. To jeszcze gorsze, niż tamto. Bo nie wiadomo jak głębokie Ciemny, bo wyłączony – znowu słyszę – To tylko ogromny ekran. Leży płasko. Ulica była na nim wyświetlana. W pętli, rzecz jasna. – Na jakiej wysokości się znajduję? – zaczynam pytać jak nie zdziwiony {to chyba z tego szoku} – Około jednego metra. Obraz jak żyleta. Przyzna pan? – Rzeczywiście. Zostałem nabrany. Ale jak tam się znalazłem. Bez mojej zgody? – Przecież pan się zgodził, wziąć udział w programie. Podpisał pan odpowiednie papiery. Proszę się uspokoić. Dokładnie rozejrzeć. Mgły już nie ma. To duże studio telewizyjne. – Ale nie wiedziałem w jakim? – Co w jakim? – Programie wezmę udział. – Pan wybaczy. Gdyby pan wiedział… – Zostałem uśpiony? – Można tak rzec. – Jak wypadłem ? – No nie mógł pan… – Nie o to pytam. – Znakomicie. Naprawdę. – Przepraszam, że zapytam z czystej ciekawości. Jak się wam udało wytresować ptaszka? – No wie pan… jakby to powiedzieć… wleciał nagle przez okno… – To nie był wytresowany!? To mógł mi wyżreć gałki !? Albo zrobić kupę do nosa !? – No przecież pana widzę. Nie stracił pan wzroku. – Ale mogłem stracić. – Jakoś to panu wynagrodzimy. Za każdą niewyjedzoną gałkę – z osobna. Proszę się uspokoić… – Uspokoić ? Zaraz panu usiądę na nos i powyżeram… – Proszę mnie zrozumieć. Jak się zaczęła scena z ptaszkiem… – …. to oglądalność diametralnie wzrosła. O to chodzi? – O to. Ma pan racje. Krótki epizod, ale świetny. Wyłupie, nie... – Żądam dużo więcej kasy, albo… – Dostanie pan. A proszę jeszcze pomyśleć o reklamach. – Na przykład czego, pytam się? – Chociażby... pożywienia dla domowych ptaszków. ………….???? …<<<@0000 ………..00000 ………….000;;;{{ ………...))))(((((((((( ……… ((((((())))))))))))<<<<<< …………...((((((((((((( ……………. 0……0 ………………0……..0 ‘’’’’’’’’’’’’’’’’’’’’''''(((‘’’’’’’’')))””””1 punkt
-
Nie wiem skąd przybyli. Atakują ze wszystkich stron. Wgryzają się w ciało. Tworzą cienkie rządki z wirującą kolczatką. Cholerne świdrujące kreski. Słyszę wilgotny szelest. Te jeszcze na zewnątrz, chwytam całymi garściami i rzucam na podłogę. Rozdeptuje. Słyszę jak pękają. To nic nie daje. Większość z nich zdążyła wejść w rękę. Wciąż przybywają nowe. Nieustannie. Płynące szare rzeki. Otaczają mnie ze wszystkich stron. Nieustanny skrzypiący szelest, jest nie do wytrzymania. Czuje je wewnątrz ciała, lecz o dziwo, nie odczuwam bólu i nie widzę żadnej krwi. Mam wrażenie, że płyną w żyłach w kierunku serca. Pulsuje ze strachu niczym zwierzątko w potrzasku. Skóra nieustannie faluje. Szara i chropowata. Są bardzo żywotne. Dalsza walka nie ma sensu. Zaprzestanie przyniesie więcej korzyści. Lepiej stać się nimi, wchłoniętym przez miliony żarłocznych punkcików. Przeżuwają nie tylko ciało, wnętrzności, ale także psychikę. Mam zupełnie inne myśli. Szybsze i dokładniejsze. Wiem co dla mnie najlepsze, a co może mi zaszkodzić. Czuję wewnętrzną przemianę. Jestem nią. Nieustannie drgającym. Setki z nich wylatuje z ust. Nie mogą się pomieścić, ale wracają. Uparcie dążą do celu. Wiedzą, że ich pragnę i oczekuję. Wchodzą do oczu. Przez moment jestem ślepy. Nawet zaczynam się bać. Zupełnie niepotrzebnie. Teraz widzę o wiele lepiej. Krystalicznie wyraźnie. Z samych siebie utworzyły nowe oczy, a w nich drgające źrenice. Robię się coraz większy. Włażą do uszu. Słyszę o wiele dokładniej. Nieustający świdrujący szum, jeszcze przed chwilą cholernie mnie denerwował. Teraz jest balsamem. Płynącą muzyką. Zmieniłem się. Już nie jestem tym samym, co na początku. Ciało i psychika są nowe, lepsze, bardziej wytrzymałe. Jestem nimi, a one mną. Muszę znaleźć więcej do mnie podobnych. Takich jak ja. Też staniemy w rządkach. Większych. Ogromnych. Potrzebujemy żywności. Nowych ciał do zawładnięcia. Nasze moce przerobowe znacznie wzrosną. Nauka nie poszła w las, ale jej owoce tak. Będzie łatwiej polować na grubą zwierzynę i na tych śmiesznych bezbronnych ludzików. Jesteśmy głodny. Dużo nas, cholernie dużo. Drgających olbrzymów. Mali wielcy tego świata, nie mogą mnie powstrzymać. Żadna bomba nam nie zaszkodzi. A nawet gdyby, to tylko na moment. Od razu wracam do pierwotnego kształtu. Nigdy się nie mylimy. Powroty zawsze są do macierzy. Na początku biliśmy słabe. Mało odporne. Można mnie było zmiażdżyć byle butem. Lecz w miarę wchłaniania kolejnych ciał, nasza odporność wzrastała. I wzrasta nadal. To jest ważne. Wziąłem ten świat w posiadanie. Żywe istoty już nam nie wystarczą. Zresztą niedużo zostało. Żywię się wszystkim. Nie ważne czy ma w sobie życie, czy nie. Pochłaniamy co popadnie, co staje mi na drodze. Kształty nasze są początkowe. Olbrzymich ludzi. Nie byle ludzików. Są we mnie. Jestem wieloma, składających się z milionów. Idziemy ciągle do przodu. Zostawiam za sobą puste przestrzenie. Więksi i większy. Coraz bardziej doskonali. Moja empatia jest przeogromna. Zrozumieliśmy ludzkie potrzeby i tęsknoty, jak żadne inne organizmy, przybyłe na tą planetę. Wchłaniać za bardzo już nie ma co. To cholernie dołujące. Miliony moich mózgów myśli intensywnie, jak wybrnąć z tej cholernej sytuacji. Dochodzę do wniosku, że musimy zacząć pożerać własne ślady oraz samych siebie. Postanowienie wprowadzamy skrupulatnie w życie. Poczucie psychicznego komfortu nieustannie wzrasta. Ciało jest większe i potężniejsze. Pochłaniamy wszystkie jeziora i wszystkie morza. Zauważam, że obszaru pode mną ubywa. Nie martwi nas to. Pragnę być jeszcze bardziej potężny, władny i absolutnie panować nad światem. Niby wszystko takie cudowne i wspaniałe, ale niektóre nasze maleńkie ciała, wyrażają obawy, czy aby postępuję słusznie. Nawet przytaczają maksymę tych śmiesznych minionych ludzików… o nie podcinaniu gałęzi, na której się siedzi. Nic dziwnego, że w nas takie niedorzeczności. Może nie wszystkich dokładnie strawiłem i pokręcone ludzkie myśli w nas pozostały. Na szczęście jest ich mało. Nie zakłócają naszej wędrówki i moich pragnień. Pochłaniamy świat konsekwentnie i metodycznie. Bardziej rozumny, rozsądni i rozważny. Tyle genialnych umysłów w nas siedzi. Różnorodnych, a takich samych. Oprócz wspomnianych kilku milionach wyjątków. Nie przeszkodzą nam. Nie powstrzymają. Jeszcze trochę i stanę się jedynym władcą tego świata. * O kuźwa! Chwila. Jakiego świata?1 punkt
-
mów do mnie ciszą gdy myśli krzyczą a słowa jedynie wyrzucają dźwięki wykrztuszam siłę by móc się oprzeć ciągłych potyczek rzemieślnik teraz milczysz o jeden gest za dużo twarzy wyraz obojętny czuję gęstość powietrza co utrzymuje dystans oddech następny między ciałem a cieniem pusta droga po cichu się zwęża lecz dotyk nie pomoże by scalić siebie czas nam sprosta1 punkt
-
można by uwierzyć w delikatność pantomimy rąk na tle bezgranicznych pojednań gdyby nie ruiny pół nocnej części szmaragdowych piasków można by uwierzyć w wiekuistość bóstw niezwykłą moc antycypacji gdyby nie groby konsekrowanych ofiar można by uwierzyć w arystokratyczne pochodzenie waz gdyby nie przesolona zupa kobiety ze śliwą można by uwierzyć w rycerzy okrągłego stołu u stóp Magdaleny gdyby nie zniesławienie symbolu niewinności można by uwierzyć we wszystko dla świętego spokoju gdyby nie fakt że Chrystus już kilkakrotnie przekręcił się w swoim grobie szukajcie drzew liny już wiszą.1 punkt
-
Zupełnie nie wie jak się tutaj znalazł. W krainie, której wyglądu nie potrafi określić. Składowych nigdy nie widział. A zatem całość, w pewnym sensie, jest poza jego postrzeganiem. Po prostu mózg jeszcze takich obrazów nigdy nie przetwarzał. Nie ma wprawy.Jednak coś niecoś dostrzega. Na tyle, żeby wiedzieć: co. Białą postać w bieli. Właśnie tak ją w myślach określił. Lecz twarzy dokładnie nie widzi. Słyszy pytanie: – Wiesz dlaczego tu jesteś? – A gdzie tam – odpowiada zmieszany. – Część twoich wspomnień zostało wykasowanych. Za chwilę zostaniesz poddany testowi. Będziesz sędzią. – Sędzią – pyta ciekawie – A za ile? – To bez znaczenia. Pójdź za mną. – A muszę? – zaczyna się droczyć. – Musisz. No i poszedł. Na skraj krainy. Zobaczył coś w rodzaju łąki, a na niej ogromny ekran. Taki najnormalniejszy w świecie prostokąt. W tle… jakby gdzieś daleko… niby… jasne, szare i ciemne drzwi. Wtem rozbłysło co miało, a on, chociaż nie bardzo chciał, zaczął oglądać film. Do pewnego stopnia widział co widzi. Człowieka. Zachowywał się nieszczególnie. Itp… lub nawet gorzej. Nagle ekran niespodziewanie znikł. Usłyszał proste pytanie: – Co o nim sądzisz? – O ekranie? Spoko jakość. W domu takiego nie mam. – To już nieistotne. O rozrabiace co myślisz? – Co myślę? Dobre sobie. Paskud ze wszystkich możliwych stron. – Rozumiem. No i… – Co… no i? – Jaka kara, byłaby dla niego najlepsza? – Najlepsza? Chyba najgorsza? – Jak zwał, tak zwał. – Dla takiego łajdaka? Szkoda słów. – Hmm… a jednak zdecyduj. Proszę. – No powiedzmy… niech powtarza wciąż to samo zło, przypiekany żwawym ogniem. Aż do usranej śmierci. – Taka jest twoja wola? – No przecież. – Do usranej śmierci nie da rady. Zastanów się jeszcze. Może byś jeszcze raz obejrzał. Mogłeś coś przeoczyć. Nie dostrzegłeś, że tak powiem… wszystkich za i przeciw. No wiesz… może takie małe przebaczonko by się zdało? Co ty na to? – Przebaczonko? A co ja mam z tym wspólnego? Mnie nie dokopał. – Pomyśl. A jeśli żałował? – Nad czym tu rozmyślać? Ten obleśny cham miałby czegoś żałować? Durnia ze mnie robisz? Nie wstyd ci? Wiem co widziałem. Ma otrzymać karę na jaką zasłużył. – Jesteś pewien? – Jak tego, że nie wiem, o co w tym biega. – Czyli taką jaką dla niego wybrałeś? – To chyba oczywiste. Nieprawdaż? – No cóż. Skoro tak uważasz, to proszę… chodź ze mną za ciemne drzwi. – A czemu za ciemne, a nie za jasne? – Wyczerpałeś limit pytań. – A w ogóle muszę tam iść? – O rany… aleś upierdliwy. Musisz, bo taka moja wola. Dowiesz się na miejscu. Zrozum. Wszystko ma swój czas, ale już nie tu. Rozumiesz? – Nic nie rozumiem! Co jest za drzwiami? Po co mnie tam prowadzisz?1 punkt
-
1 punkt
-
@Jan Paweł D. (Krakelura) Jestem tym racjonalistą z pierwszego wersu ale wiem ze jest cień nieodkrytego przez racjonalne poznanie dyskursu. Cień odosobnienia. Co jak i na ile nas to i gdzie zaprowadzi? Czas pokaże.1 punkt
-
Już niedługo dzień wyborów wystartuje tłum aniołów pretendentów do koryta taka dziś Rzeczpospolita żeby szanse były równe dopuszczono rzuty gównem każdy dużo obiecuje przeciwnika też opluje nikt z nich nie szanuje Patrii taką mamy demokracje najważniejsze wolność słowa prosta do sukcesu droga celebryci oburzeni oni solą naszej ziemi krzyczą komu mamy ufać to że dzieci lubią dmuchać nie w tej walce najważniejsze kler to robi przecież częściej kościół zawsze tradycyjnie u niewiernych szuka winy poprze tego kandydata który nie będzie przeszkadzał każdy z nas jest przecież grzesznym oni dzielą życiem wiecznym media również agitują kto jest dobry, kto jest ch… państwo prawa wolna prasa takie dzisiaj mamy czasy może to nie demokracja może to manipulacja elektorat podzielony prezydenci aniołowie każdy z nich to prawie mesjasz z każdym Polska jest bezpieczna ale ta wyborcza urna już od lat mnie ciągle wkurwia1 punkt
-
1 punkt
-
Bez jest nieopisaną radością, kiedy chodziłam z Elizą, z koleżankami do domu jej babci, gdzie rósł i przylegał do czarnych beli. To było urocze miejsce, gdzie był ład, wszystkie roślinki równo rosły, kwiaty wiły się do ścian, krawężniki były pomalowane na biało i tam towarzyszyłyśmy jej w odwiedzaniu. Płot był wysoki, szczelny i nie mogłam dostrzec dobrze co tam jest, uwielbiałam tam przychodzić i wtulać się w gałązki, były fioletowe, białe i te listki, jadłam. Wróżyłyśmy sobie, szukałyśmy, który ma więcej płatków.1 punkt
-
@[email protected] Coś w tym jest, naprawdę. Ta specyficzna nuta melancholii często jest inspiracją, przebłyskiem.1 punkt
-
1 punkt
-
Pozwolę sobie zacytować Alan'a Watts: “I have realized that the past and future are real illusions, that they exist in the present, which is what there is and all there is.” ― Alan Wilson Watts Tłumacząc na polski: „Zrozumiałem, że przeszłość i przyszłość są prawdziwymi iluzjami, że istnieją w teraźniejszości, która jest tym, co istnieje i wszystko, co istnieje”. - Alan Wilson Watts I jeszcze to: “There is only this now. It does not come from anywhere; it is not going anywhere. It is not permanent, but it is not impermanent. Though moving, it is always still. When we try to catch it, it seems to run away, and yet it is always here and there is no escape from it. And when we turn around to find the self which knows this moment, we find that it has vanished like the past.” ― Alan Watts „Teraz jest tylko to. To nie przychodzi znikąd ; nigdzie się nie wybiera. Nie jest trwałe, ale i nie jest nietrwałe. Choć w ruchu, zawsze jest nieruchomo. Kiedy próbujemy go złapać, wydaje się, że ucieka, a jednak zawsze tu jest i nie ma przed nim ucieczki. A kiedy odwracamy się, by znaleźć siebie, które zna ten moment, odkrywamy, że zniknęło jak przeszłość. ” - Alan Watts1 punkt
-
1 punkt
-
1 punkt
-
Krótki wiersz, ale wiele w nim treści. Z alkoholem - ostrożnie! :) Z żalem też... W drugim wersie napisałabym raczej: "nie baczą na tamy". Pozdrawiam1 punkt
-
Nie widzą siebie nawzajem i nie wiedzą gdzie mieszkają. Inne zmysły napędzają życie. Pojęcie pionu nie istnieje. Jak powstał ich świat i jak wygląda? Kim oni są? Też nie mają pojęcia. Poruszają się przylgnięci do podłoża. Wszystko takie jest. Doskonale płaskie. Nie wystaje poza świat. Ma jedynie grubość nałożonej farby. Kiedyś owa kraina, była Wielkim Białym Płótnem. Nad nimi pusta przestrzeń, którą trudno sobie wyobrazić. Dotyk, zapach, wzajemne rozmowy oraz coś, co po prostu trudno zrozumieć, ułatwiają trochę egzystencje. Aczkolwiek ciała nie mogą się na siebie nakładać. Tak samo jak cała reszta. Jedynie stykać bokami, niewyobrażalnie płaskimi. Do swoich domów, mogą wchodzić jedynie ustalonymi ścieżkami. Przesuwanie po ścianie, jest oczywiście niemożliwe. Wyobraźnia im nie wystarcza, żeby wyrobić sobie pojęcie, o wyglądzie świata, którego zamieszkują. Są jednak krótkie chwile, kiedy widzą przebłyski otoczenia, lecz niewyraźnie i jakby za mgłą. Dzieje się tak wtedy, gdy jedno z nich wykrusza się z podłoża lub jest bardzo wytarte, prawie niewidoczne. Wtedy jest Wielkie Święto. Wielkie Coś, włochate na końcu, zbliża się do świata i maluje nowego osobnika, na miejsce tego, którego już nie ma. No właśnie. W jaki sposób mogą określać słowami, to wszystko, co istnieje poza ich wyobrażeniem. Tego też nie wiedzą. Część malująca, w przekroju kołem, sprawia wrażenie ogromnego walca, składającego się z tysięcy cienkich nitek. Są mokre, a zatem błyszczące. I właśnie w nich, mogą widzieć jak za mgłą, zarysy samych siebie i otoczenia, spoglądając z ukosa na odbity obraz. Nie daje to jednak możliwości stwierdzenia, co tak naprawdę widzą. Nawet wtedy, gdy malowany jest większy obiekt i przestrzeń odbijająca jest większa. Tym bardziej, że tego typu czynność przebiega bardzo szybko. Kiedy postać już istnieje i zaczyna się ruszać, Wielkie Coś szybko znika. Zostaje znowu nad nimi absolutna pustka. Nastaje kolejna tak zwana: noc. Po przebudzeniu, nie wiedzą w pierwszej chwili, na co patrzą. Zdają sobie jedynie sprawę, że wszystko jest nie takie jak wczoraj. Szczególnie gdy spoglądają przed siebie. Widzą wielkie ilości kolorowych ruszających się kształtów. Jakby ktoś nad nimi rozwiesił ogromny obraz z ruchomymi postaciami. Dopiero po bardzo długim czasie, gdy ich mózgi dostosowały się do nowej sytuacji, zdają sobie sprawę, że patrzą na samych siebie. Widzą świat w którym żyją. Muszą tylko spoglądać w górę. Nie wiedzą skąd, ale przychodzi im na myśl, że jakaś ogromna siła o wielkich możliwościach, rozwiesiła nad nimi ogromne lustro, równoległe do ich świata. Wreszcie wiedzą, gdzie żyją, w jakim otoczeniu, jak wyglądają, jakich mają sąsiadów. Cieszą się i wiwatują. Na dodatek zwierciadło posiada przydatną właściwość. Dostrzegają siebie jakby spoglądali z góry. Gdyby cokolwiek pisali, napisy można by normalnie odczytać. To bardzo ułatwia postrzeganie tego co czynią. Radości i zachwytów nie ma końca, lecz po jakimś czasie, kiedy pierwsza euforia mija… zaczynają dostrzegać różnice… A im więcej różnic, tym więcej waśni się rozprzestrzenia. A ten ma ładniejszy domek lepszą farbką wybudowany, a sąsiad solidniejsze ciało, takie z utwardzaczem. W tym sadzie drzewa się nie łuszczą, a w innym liście odpadają. Jeszcze inny drugiemu terpentyną zalatuje. To dziecko z farbek wodnych, a inne z plakatowych. W jednym miejscu ślad po pędzlu widoczny, a obok sąsiada wszystko ładnie wygładzone. Nerwowość jest coraz większa. Im więcej obrazów dociera, tym konflikty się potęguję. Ktoś zechciał pomóc. Uszczęśliwić. Dał im możliwość, której jeszcze nigdy nie mieli. A może rzeczywiście owa Siła była przekonana, że lustrem polepszy. Zobaczą wreszcie świat w którym żyją. Będą wiedzieli jak się poruszać i co jest ważne, a co mniej. Niestety. Poszło niezgodnie z oczekiwaniami. Tylko nieliczni, po prostu nie patrzą w górę. Żyją tak jak kiedyś. Jakby lustro nie istniało. Nie jest im łatwo. I nie wiadomo, co lepsze. Zaczynają walczyć między sobą. Tym bardziej, że w lustrze widzą kogo tłuc. Oczywiście słowo: tłuc jest trochę nie na miejscu. Okazuję się, że odwieczna tradycja zabraniająca nakładania się na siebie, przestała obowiązywać. Osobniki z grubszej warstwy farby, włażą na te z bardziej cienkiej. Wydrapują te pod spodem, z podłoża. Inni znowu nasuwają się na ściany domów, by sąsiadowi życie uprzykrzyć. Niektórzy z nerwów, dostają łuszczycy. Mieszają się z innymi obrazkami. To całe zamieszanie rodzi wiele pustych wydrapanych miejsc. Wielki Pędzel nie nadąża malować nowych osobników. A jeżeli nawet, to wychodzi mu koślawo. Jest bardzo nerwowy. Koślawe nie chcą być koślawe. Mają pretensje do wszystkich w koło. Zawiść zaczyna wrzeć. niczym gotująca się farba. Niektórzy psują swoim ciałem okoliczne obrazki, żeby były tak samo brzydkie jak one. Nie ważne, czy żywe, czy nieożywione. Wielki Pędzel jest tak roztrzęsiony, że uderza w lustro. Powstaje ogromne pęknięcie. Część świata wraca do punktu wyjścia. Nie widzą samych siebie, ale inni dostrzegają ich i to niezwłocznie wykorzystują. Powstaje wielki chaos. Już nie jest tak pięknie jak kiedyś. Niestety, pęknięcie się niebezpiecznie powiększa. Znowu następni nie wiedzą jak żyją. A ci co jeszcze mają lustro nad głową, coś jednak widzą. Wreszcie dostrzegają swoich największych wrogów. A przynajmniej tak ich w myślach nazywają, bo nie wypada tłuc za nic. Wiedzą jak się do nich dorwać. Zdrapać do gołego płótna. Do ostatniej nitki. Same pozostając warstwą farby. Pęknięć w zwierciadle jest tak wiele, że wszyscy zdrapują wszystkich, nie wiedząc, czy to przyjaciel czy wróg. Słychać nieliczne głosy nawołujące o spokojne przyleganie do podłoża, ale na nic to się zdaje. Walka jest tak zacięta, że lustro zaczyna niebezpiecznie drgać, wpadając w rezonans. Na dole odbywa się prawdziwa wojna. Taka zajadła, że w płótnie powstają dziury. Wiele istot jest przedartych na pół lub dosłownie na strzępy. Niektóre części wojujących farb, wylatują przez rozdarcia w płótnie, w nicość. A że wojuje większość, to i niewinne kończą tak samo. Rezonans doprowadza do tego, że ogromne lustro rozpada się na kawałki, które zlatują na obraz. A właściwie na resztki, co z niego pozostały. Mieszają się z lepkimi cząstkami farbek, które jeszcze tak niedawno, były żyjącymi istotami tego świata. Ostre odłamki tną płótno na strzępy. Wszystko spada, w trudną do określenia rzeczywistość. Nie ma już obrazu ani lustra. Tylko zapach świeżej farby, gdzieniegdzie pozostał.1 punkt
-
Oczy mam przezroczyste Duszą jestem nie ciałem Oglądam świat przez przeźrocza Zapachu nie czuję wcale Oni chodzą doliną Ubrani w dziwne szaty Płaczą i ciagle krzyczą Rodzą się, umierają Ja to widzę z oddali Muskam skrzydłami ich usta Próbuję coś im powiedzieć Echo niesie głos pusty Oczy mam przezroczyste Duszą jestem, muzyką Oglądam każdy wschód słońca Jestem tylko aniołem1 punkt
-
@M.A.R.G.O.T Dwa są wyjścia, oba znane, które często ja stosuję pierwsze to jest powrót weny a to drugie, choć szwankuje zawsze trzymam na zapleczu w opuszczonej starej łaźni płomień świecy, chociaż skąpo ale zawsze mrok rozjaśni. pozdrawiam :)))1 punkt
-
@M.A.R.G.O.T Dziękuję, dziękuję, dziękuję i proszę jak pięknie rymuję wers pierwszy jest tutaj przykładem a dla mnie dość dźwięcznym podkładem gdyż dalsza treść jest już nie taka choć świadczy o formie pismaka a forma niestety przygasa bo wena po świecie gdzieś hasa. wzajemnie pozdrawiam i życzę Miłego Dnia :)))1 punkt
-
No nie, jak może taka wspaniała, będąca niemal motorem kampanii wyborczej obietnica prezydenta spotkać się z kpiną i niezrozumieniem. A przecież każdy z nas marzy o pięknym oczku wodnym na każdym piętrze bloku. Jak widać totalna opozycja totalnie niczego nie rozumie, odrzuca wszelkie odruchy pojednania społeczeństwa, jak to każda "chamska hołota". :(((1 punkt
-
@jan_komułzykant KTO O TO PYTA - TYP PYTA ? TYP. OTO OTK. * OTK - było coś takiego Obrona Terytorialna Kraju.1 punkt
-
1 punkt
-
1 punkt
-
Co symbolizują skrzydła? Władzę i możliwość podejmowania decyzji? Wolność dla głupiego (ośle uszy)? I ta idealnie odwzorowana twarz :))1 punkt
-
Zagubieni w chaosie często sprzecznych informacji, brniemy głęboko w świat postępu, w erę cyfryzacji. Duma z osiągnięć nauki, coraz mocniej pierś rozpiera, ale prawdziwe rozmowy przy stole, to prawie marzenia. Nowa era jest światem zaburzonych osobistych relacji, oraz pełnym ludzi bardzo nienawidzących innych nacji. Stary świat dobrych wartości, więc powoli nam umiera, a w nowym, już coraz więcej ludzi, życie sobie odbiera. Tak wielu polityków, przemawia do nas z fałszu ogładą, słuchajmy tych, co ludzkość chcą ratować przed zagładą. Jakie stworzyli programy, by nasz świat lepszym uczynić, czy potrafią skutecznie i mądrze los słabszych odmienić? Myśl techniczna się rozwija, projektujemy nowe gadżety. Cena tego jest zbyt wysoka, dużo na tym tracimy, niestety. Być może zbyt krytycznie, to oceniam, może się tutaj mylę, ale odnoszę wrażenie, że duchowo pozostajemy już w tyle.1 punkt
-
Czeka na ścieżce. Dzień Wigilii. Las przykryty delikatnym całunem mroku. Ośnieżone świerki po obu stronach drogi, oświetlone poświatą księżyca, tworzą swoisty szpaler. Niczym wyciosane ze śniegu roślinne posągi. Minął już jakiś czas od tego wydarzenia, ale im więcej go upływa, tym jest mu trudnej. Kocha nadal ludzi, lecz jednocześnie denerwuje go ich obecność. Jakby nie cały film widział... jakby istotnych scen brakowało... tego najważniejszego aktora. Nie odczuwa fizycznego chłodu. W ogóle mało co odczuwa. Wie tylko, że po coś tu przyszedł. Tylko nie wie po co, tak dokładnie. W tym szczególnym dniu, jakiś wewnętrzny głos podpowiada, że wydarzy się coś, czego nie zrozumie. Chociaż to tylko zwykły kawałek lasu. Nawet zwierząt nie widać. Podobno dzisiaj mówią ludzkim głosem. Może mu coś wytłumaczą. O dziwo, nie odczuwa wielkiego smutku. Widocznie zamarzł w sercu na tyle, żeby za bardzo nie ranić. Zamrożony śnieg lśni na igliwiu srebrną poświatą. Nagle świerki po obu stronach, zaczynają się lekko poruszać, chociaż nie odczuwa żadnego wiatru. Jakby coś nieokreślonego, weszło między drzewa. Z gałązki, widocznej na tle księżyca, spada trochę śniegu. Na końcu drogi dostrzega nieruchomą postać. Z takiej odległości, nie może widzieć dokładnie, by rozpoznać twarz. Lęku nie ma w nim wcale. Dziwi go tylko, że pojawiła się nagle, nie wiadomo skąd. Biegnące myśli w umyśle, natrafiają na różne przeszkody. Postanawia iść w tamtym kierunku. Podejść bliżej, by rozpoznać. Gdzieś w podświadomości, rodzi się przypuszczenie, kto to może być. Nie wie jednak, jak ma na imię. Zapomniał. Nawet wyglądu za bardzo nie pamięta. Lecz idzie dalej. Księżyc nadal jasno świeci, a śnieg trzeszczy pod stopami. Wtem zdaje sobie sprawę, że im dystans się zmniejsza, to widzi ją coraz mniej wyraźnie. Nie zraża się tym. Chce być bardzo blisko. Żeby dotknąć, spojrzeć, wiedzieć na pewno. Niestety, im jest bliżej, postać coraz bardziej znika. Robi się przezroczysta. Jakby już nie należała do miejsca, w którym ją widzi. Nie chce uwierzyć w tę prawdę. Gdy zaczynał wędrówkę, dostrzegł przed nią leżącą gałąź. Teraz, gdy przekroczył granicę, nikogo już nie ma. Próba nawiązania rozmowy, nie przynosi żadnego rezultatu. A miałby przecież tyle pytań i tyle chciałby powiedzieć. Za tak wiele przeprosić. Postanawia iść do tyłu. Wszystko się powtarza. Im jest dalej od tajemnicy, tym postać jest bardziej widoczna. Gdy wreszcie wraca, do punktu wyjścia, widzi ją o wiele wyraźniej, niż za pierwszym razem, ale nie na tyle, żeby mieć pewność. Na drugi dzień, przychodzi w to samo miejsce, o tym samym czasie. Wszystko się powtarza, dokładnie tak samo. Im jest bliżej, tym bardziej prześwituje przez nią las. Mimo wszystko nie chce się poddać. Wierzy, że w końcu poczeka na niego. Chociaż trochę z nim pobędzie. Nawet gdyby mieli wspólnie intensywnie milczeć. Aż pewnego razu, odczuwa w tym miejscu, tak silną czyjąś obecność, że nawet poświata księżyca wydaje się piękniejsza, a mróz mniej doskwiera. Do umysłu, wpływają wspomnienia. Ma wrażenie, że słyszy ulubioną kolędę: ''Cicha noc''. Tę najbardziej ulubioną. Dźwięki dobiegają zewsząd. Mieszają się z padającym śniegiem i niczym małe śnieżynki w kształcie nut, lecą na ziemię. Teraz wie. Dostrzega ślady stóp. Inne od swoich. A może tylko, tak naprawdę, bardzo chce... zobaczyć, usłyszeć, uwierzyć? Kiedy następnego razu wraca w to miejsce, nie widzi żadnej postaci. Już nigdy się nie pojawia. Nawet niewidoczną obecnością. Zostaje tylko zwykła ścieżka. Cieszy się, że było mu dane odczuć tak mało, a jednocześnie tak wiele, mimo tego, że wcale na to nie zasługiwał. Solidna gałąź ugina się pod ciężarem lodu.1 punkt
-
- Jakie to wszystko jest bez sensu - powiedziała mrówka przechodząc przez przejazd kolejowy. Pozdrawiam :)1 punkt
Ten Ranking jest ustawiony na Warszawa/GMT+02:00
-
Ostatnio dodane
-
Wiersze znanych
-
Najpopularniejsze utwory
-
Najpopularniejsze zbiory
-
Inne