Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki
nothing

lepsze życie nie istnieje

Rekomendowane odpowiedzi

Dołącz do dyskusji

Możesz dodać zawartość już teraz a zarejestrować się później. Jeśli posiadasz już konto, zaloguj się aby dodać zawartość za jego pomocą.

Gość
Dodaj odpowiedź do utworu...

×   Wklejono zawartość z formatowaniem.   Usuń formatowanie

  Dozwolonych jest tylko 75 emoji.

×   Odnośnik został automatycznie osadzony.   Przywróć wyświetlanie jako odnośnik

×   Przywrócono poprzednią zawartość.   Wyczyść edytor

×   Nie możesz bezpośrednio wkleić grafiki. Dodaj lub załącz grafiki z adresu URL.


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio komentowane

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Nata_Kruk Natko, jest w tym tekście pewna zagadka, bardzo trudna - bo nie wyrażona, ale jest. Łączy klamrą początek i koniec, nie wiedziałam czy ją wpleśćm ale powiem jaki zamysł: pamiętam jak droga na szczyt (obłędu)  Błędy to odchodzenie od siebie i nieświadomość. Obłęd to nieświadomość błędów. świadomość to zdrowie i powrót do siebie.  Zdrowie uwalnia od błędów, tak jak świadomość. Starczy, wiersz sam spłynął, pokroję go jeszcze, już w Twojej analizie widzę potencjał do ciachania. Dziękuję, bb  
    • ważne, że się powtarzasz! ;)
    • Wszystko zaczęło się od tego, że nasza ukochana babcia, mająca obecnie słuszny wiek, zapragnęła pojeździć na hulajnodze napędzanej przez dziadka. Nie koniecznie naszego. Miewała już różne pomysły, więc nie byliśmy zdziwieni.   *###*****###*   Pamiętam, że kiedyś poszła do dzwonnicy i schowała się w dzwon. Jak tam wlazła, nikt nie widział. Dopiero jak zaczęto dzwonić na mszę, to się obudziła i spadła. Oczywiście nic się jej nie stało. Była trochę przygłucha. Żaden hałas nie był jej wstanie zaszkodzić. Otrzepała się tylko, wyrzuciła mysz, która wzięła jej warkocz za kłosy zboża i poszła do kościoła. Mysz poszła do dziury, lecząc obolałe rany kawałkami sera. Babcia była rezolutna. Uprzedziła dziadka, że pójdzie na noc do bimbadła, więc nie był zdziwiony.   *###*****###*   Zresztą dziadek przestał się czemukolwiek dziwić w dniu wesela, kiedy to jego przyszła małżonka napluła mu do ucha, twierdząc uparcie, że jest za suche. Tłumaczyła, że przez to jej polecenia, nie ślizgają się odpowiednio szybko po małżowinie, a przez to dziadek dokładnie nie słyszy, co ona mu każe.   *###*****###*   Noc poślubną dziadek miał pracowitą. A to z tej przyczyny, że musiał odwijać… odwijać… odwijać… swoją żonę… żonę… żonę… bo zapragnęła być… być… być...jego najukochańszym… najukochańszym... kłębkiem wełny. Kiedy ją wreszcie odwinął do gołej nitki, to był taki zmęczony i skołowany, że tylko machnął ręką. Babcia miała nadzieję, że machnie czymś innym {na przykład kwiatami jako podziękowanie za to, że się dała się odwinąć} ale on tylko usnął.   *###*****###*   Pamiętam, że kiedyś babcia, chciała dziadkowi zrobić dobrze. Specjalnie dla niego, upiekła placek ze śliwkami. Oczywiście zrobiła to po swojemu. Zaczęła obrzucać śliwę ciastem, a następnie rozpaliła pod nią ognisko. Gdy zjawił się dziadek, to tylko ręce załamał i trochę gałęzi, żeby chociaż troszeczkę zjeść. Albo chociaż próbować. Sąsiedzi się nawet nie śmiali. Dla nich to była normalka. Nic takiego. Jeden tylko, taki zawistny, żeby nie być gorszym, zasypał cukrem kupę słomy i podpalił. Później wszystkich zapraszał na pieczoną trzcinę cukrową. Strażacy przyjechali bez zaproszenia, bo się trochę chałupy zajęło. Sytuacja została opanowana, także za pomocą babci, która zamaszyście pluła na płomienie. Miała wprawę.   *###*****###*   Podobno ktoś w sąsiedniej wiosce, rzucał kapustą na gołębie. Nie wiadomo, czy tak naprawdę było. Brakowało świadków. A z gruchania gołębi, trudno było coś wywnioskować. Gruchały niewyraźnie. Może miały zatkane dzioby… kapustą? Kiedyś dziadek, pozazdrościł swojej żonie jej głupich pomysłów. Postanowił, że też zrobi coś głupiego. Już od dawna posiadali konia na biegunach, dla swoich przyszłych dzieci. Miały mieć uroczy charakter, odziedziczony po matce. No więc dziadek pojechał do miasta i kupił cztery żółwie. Kiedy jego żona była zajęta w kuchni, przyrządzaniem normalnego obiadu, to on cichutko w krzakach przed domem, poprzyczepiał zwierzaki – po dwa na biegun. Następnie postawił owe dziwo na trawie i poszedł do kuchni. Podprowadził żonę do okna, mówiąc smutno:   – Popatrz kochanie. Nasz konik na biegunach odchodzi. Widocznie nas nie lubi.   Myślał, że wywoła u żony zdziwienie. Ale gdzie tam. Pogłaskała go tylko pyzą, mówiąc całkiem poważnie:   – Gdyby nas rzeczywiście nie lubił, to by uciekał szybciej.   Tak się sprawa zakończyła. Dziadek poszedł smutny do ogródka, pogadać z pasikonikiem, a babcia dalej miętosiła biedne pyzy.   *###*****###*   Pamiętam, że dwa lata po ich ślubie, babcia pomalowała się do połowy na czerwono i weszła na maszt. Wrzeszczała, że jest flagą państwową i należy się do niej odnosić, z należytym szacunkiem. Przyjechał sołtys, straż pożarna a orkiestra odegrała do połowy hymn, zanim się zorientowano, w czym rzecz.   *###*****###*   A wracając do hulajnogi, to dziadek przyczepił metalowy pręt do tylnej części babci i tym przedłużeniem babcię pchał. Pchały też inne dziadki, bo babcia chociaż dzika, była ogólnie lubianą i szanowaną osobą.   *###*****###*   Lecz w końcu naszemu dziadkowi się sprzykrzyło i chociaż raz {w ciągu całego pożycia małżeńskiego] – było mu dane przeżyć pełną satysfakcję.   Podłączył babcię na hulajnodze do drutów i babcia była trolejbusem. Co prawda… trochę zaiskrzyło w ich małżeństwie… ale później to już żyli długo i szczęśliwie.   *###*****###*   W międzyczasie, babcia została – matką chrzestną nowego dzwonu.  
    • Nie dało rady doczytać do końca  :)
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...

Powiadomienie o plikach cookie

Nasza witryna korzysta z plików COOKIES („ciasteczka”). Dowiedz się więcej o COOKIES z naszej Polityki Prywatności Polityka prywatności