Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Leżąc na dywanie i
rozglądając się dookoła
widzę swoją przyszłość
muzyka mnie kształtuje
teraz to wiem na pewno
być może straciłam dar
coś w imię czegoś
chyba jestem zdrowa
tak mi się wydaje
marzenia o odcięciu się
od rzeczywistości
wciąż idą w parze ze
wspomnieniami o przeszłości
jestem silna
bo kwitnę jak drzewo
kiedy wydam owoce?

Opublikowano

Patrycjo, miła dziecinko! (zareczam CI, że mogę tak mówic do Ciebie).
Na wszystko przyjdzie czas, w życiu trzeba przejść jego wszystkie etapy.
A to wymaga cierpliwości, rozsądku i twojego zdecydowania. Wymaga wiary i działania
z myśla, ze postepuje się słusznie. Dość tych morałów. Patrycjo, samo to, że
zdecydowałaś się pisać zasluguje na pochwałę. Patrycjo, nie daj żeby Cię zdominowała muzyka i miała Cię kształtować. Lępiej pisz wiersze.
A widzę, że umiesz przelać na papier wsystko co serduszko Ci dyktuje.
Błagam,nie pisz takich smutnych wierzy. Niech z nich wypływa radość życia.
Serdecznie Cię pozdrtawiam Twój starszy przyjaciel.

Opublikowano

Po pierwsze to urocze, że zwracasz się do mnie 'miła dziecinko' ;) zawsze chciałam, żeby ktoś mnie tak nazwał!
Jak uważasz w jakim etapie życia teraz jestem?

Piszę właściwie od zawsze. W ostatnim jednak roku szczególnie mi to pomogło. Niestety nie umiem napisać nic radosnego, choćbym próbowała...
Dziękuję za te morały, są bardzo cenne, zwłaszcza od człowieka z zewnątrz, a nie psychologa.
Patrycja.

Opublikowano

Cieszę się, że nie czujesz jakiejś urazy że tak cię nazwałem. jestem dobrym człowiekiem,
bardzo kochm młodzież. przez dwa lata współpracowałem z młodzieżą, psychologiem nie jestem, ale poznałem rożne charaktery. Zawsze miałem wspólny język z młodzieżą.
Jesli chodzi o etap twojego życia, domyślam się że jest on najważniejszy. Jesteś w/g mnie
na drugim etapie Twojego życia, jesteś na etapie kształtowania swojej osobowości,
swojego charakteru, swojego ja, stosunku do ludzi, do świata wogóle. Wykorzystaj go
właściwie, wykaż sie przy tym rozsadkiem i trzeźwością umysłu.
Życzę Ci szczęścia na Twojej drodze. Nie poddawaj się, nie cofaj idź zawsze do przodu.
Twój starszy przyjaciel Miła dziecinko. Serdecznie pozdrawiam.
P.S.
Napisz czy choć trochę zbliżyłem się do prawdy.

Opublikowano

Nie zbliżyłeś się do prawdy.
Całkowicie odgadłeś moje życie.
Wzruszając mnie przy tym ogromnie...
Wydaje mi się, że czytałeś wszystkie, albo zdecydowaną większość moich wierszy tutaj.
Dziękuję Ci bardzo za te słowa i również cię serdecznie pozdrawiam.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Krótki, ostrzegawczy szmer poprzedził huk, który rozszedł się w ciemności podziemia, głośny do tego stopnia, że z nadmiarem wypełnił pustą do tej pory przestrzeń zmysłów. Ryk żołądka fabryki jeszcze chwilę kaskadował, a Karol zdał sobie sprawę z tego co właśnie usłyszał - jedna z wielkich gór węgla musiała runąć na ziemię.

      Odurzony dziecięcą fascynacją, chłopiec z powrotem włączył latarkę, otrzepał spodnie, i ruszył w drogę powrotną. Wszystkie pomieszczenia zdawały się jałowe, ich osnowa tajemniczości leżała poszarpana w strzępach tłustych pajęczyn, lecz kiedy wreszcie Karol skierował wzrok latarki na drzwi pierwszego pokoju, ciemność nie ustąpiła ani kroku. Pierwszy raz dzisiaj jedenastolatka ogarnął prawdziwy strach, nie ten napędzający wolę walki, czy wzniecający pożądanie zakazanego, ale najprostszy, dziecięcy strach, ten sam, który każe chłopcowi bać się wilkołaków lub kosmitów. Przez chwilę, Karol stał wpatrując się w ścianę czerni, nie wiedząc nawet co ze sobą zrobić, aż instynktownie rzucił się ku zaspie wyrzucając z niej pojedynczo kolejne grudki węgla. Każdy wyrzucany kamyczek zdawał się być od razu zastępowany następnym i następnym, a niektóre zwalały do środka jeszcze więcej gruzu, aż rozsypywał się on pod butami chłopca. W panice Karol odrzucił latarkę, nadal żarzącą się w rogu pokoju, aby obiema rękoma wyryć sobie drogę przez zaspę. Kolejnymi, długimi zamachami wyrzucał sprzed siebie garści kamienia, jakby płynął w ciemności, jak niedoświadczony pływak - nieważne ile energii nie wkładający w swe ruchy, zastygły w miejscu. Chłopiec poczuł na sobie ciepły dotyk, a kiedy spojrzał w dół, zobaczył, że wokół jego paznokci zbiera się krew. Karol cierpiał na tę przypadłość, przez którą mdlał na widok własnej krwi. Jej mezalians z węglowym pyłem odbierał mu powoli wzrok. Musiał zrobić sobie przerwę, lecz praktycznie całą posadzkę pokoju pokrywały rozrzucone grudki węgla, przeszedł więc on do następnego pokoju, gdzie padł dopiero na ziemię, wychładzając się z pierwszego przypływu adrenaliny. Próbując racjonalnie myśleć, zdjął z siebie zimową kurtkę, pod którą zdążył się już porządnie spocić, wytarł w jej futro brudne dłonie i ustabilizował oddech. Przez jego gardło przeszedł najbardziej donośny krzyk na który mógł się zdobyć. Wzywał pomocy w regularnych odstępach, a jego ślina gęstniała z każdym kolejnym przełknięciem.

      Rozpłakał się. Spływające, gorące i ciężkie łzy, wytyczyły ślady w czarnym pyle pokrywającym jego policzki. Nie miał czasu się wstydzić, szlochał prawdziwie rozdzierająco, to znów przechodził w przerywany oddech, mamrotał pod nosem, lub trwał w całkowitej ciszy, gdzie tylko lekkie spazmy oznaczały rozpacz. Rozbolała go głowa, a ciemność przed nim zaczęły wypełniać finezyjne kształty i kolory, przypominające wygaszacz ekranu z domowego komputera - fioletowe i niebieskie wstążki zwijały się wokół Karola, kurczyły i pulsowały, uciekały na chwilę, i wracały z drugiego krańca wizji. Rozłożył się na posadzce, i mógłby przysiąc, że gdzieś w tle rozlega się kolejny szkolny dzwonek. Zatkał uszy palcami, a hałas trwał w najlepsze. Jak alarm przeciwpożarowy, nieprzerwany brzęk wdrążał się w jego mózg, tupot uczniowskich kroków na schodach wybijał marszowny, wojskowy krok, jakiegoś pośpiesznego i niecierpliwego wojska, głodnego krwi i śmierci. Tupot. Tupot. Trupot. Nieprzerwane bębny kołatającego serca. Karol zerwał się na równe nogi, a jego głowa pozostała na ziemi. Formy przed oczami przypominały lany w andrzejki wosk. Świetliste kontury składały się w rude gwiazdozbiory. Rude. Nitki rudych włosów trzepotały na wietrze ciała szklistego. Karol nachylił się, żeby je pocałować, a one odfrunęły pod sam sufit, nęcąc go po kolei swoją bliskością, tylko po to, aby uciec w ostatnim momencie. Zlizana z warg sól zdawała się teraz smakować owocową pomadką do ust. Truskawki. Kiedy jego mama usługiwała sąsiadom, aby zarobić na związanie początku miesiąca z końcem, zabierała go ze sobą do ogródka, on plewił chwasty, a ona zbierała z krzewów owoce - dojrzałe i ponętnie czerwone w skwarnym, letnim słońcu. Jego dłonie w roboczych rękawiczkach nie mogły się równać jej, czerwonym i gładkim, jak wyrobiony w korycie rzeki kamień.

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...