Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

"Gdzie nie sięga kot..." "... tam wiele jest szczurów"


Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

''Gdzie nie sięga kot...''

"Tak. Heniek z cudem usiadł, a potem już nie wstał. Miał mięśnie słabe i zwiały mu nogi... O, dzień dobry. W czym mogę służyć? Że co? No czubek, no! Kawał chłopa, a i tak ułomek... Nie ma rady... Drzwi się otworzyły i wszedł staruszek z barierką. Na kolanach miał starą, limitowaną bieliznę. To mnie zaskoczyło. Zapytałem go, czym mogę mu służyć. Miał absurdalną minę stojącego nad grobem człowieka. Zabuczał cicho, a potem huknął i potoczył się gdzieś daleko w ciemność... Wszyscy słyszeli ogromne dudnienie, a potem zaś się zaczęło... (...) Po godzinie czułem się dużo lepiej. Przyszedł do mnie Teofil Totti. Spojrzałem mu w oczy i powiedziałem, że jest mi potrzebny. Rzekłem mu: "Słuchaj, tam, gdzie nie może być żadnego kota, jest wiele szczurów." Totti powiedział, że to niemożliwe i spytał mnie co się stało. Kurcze, skleroza! Pacnąłem go w czoło. "Czy pamiętasz, jak mi kiedyś pomogłeś?" - spytałem. Nie... Dobra, coś się wykombinuje. Na salę dyskretnie wszedł jakiś ciołek. Nic nie robił. Wyprosiłem go, ale on tego nie odczytał. Jakiś idiota nieszczęsny... Spojrzałem na niego spod oka i wyjebałem go na bruk. On tylko krzyknął złowieszczo, że ja żartuję. A może jednak nie! Totti się zaśmiał... Po pewnym czasie wyszliśmy na miasto. Szliśmy leniwo. Mogliśmy zaszaleć... No, ciekawe. Po chwili zobaczyliśmy trupa na chodniku. Stało tam stado ludzi. Wszyscy spostrzegli, że całą twarz trupa pokrywały ściśnięte, pełne wosku, duże... nieduże wilki. Przywitałem Tomka, a on zaszczekał... Przeprosiłem i palnąłem go. Zignorował to. Poszedłem dalej z Tottim. Szliśmy i szliśmy wiele godzin, aż opanowaliśmy miasto. Czuliśmy się bezpiecznie. Na rynku zobaczyliśmy małpie dzieci ubrane w łachmany. Szybko skręciliśmy w zaułek i na wszelki wypadek postanowiliśmy nie opuszczać kryjówki. Minęła ósma godzina. Ja już przywykłem, ale Totti leżał za mną i trząsł portkami. Kiwnąłem na niego, a on zawył i rzucił we mnie rzeczową rurą... Ja podniosłem dwie pary prymitywnych, zardzewiałych kijków i przyłożyłem je do mojego towarzysza. Zostawiłem go i poszedłem na miasto. Skoczyłem przez bramę i po chwili ktoś strzelał... Obejrzałem się i zobaczyłem martwego kierowcę. Ktoś spróbował go wykończyć... "No pokaż się!" - krzyknąłem wodząc wzrokiem po ciemnej uliczce. Gdzieś w małej bramie skrzypnęły drzwi... Nagle wybiegł rozpaczliwy nieznajomy. Podbiegł do samochodu, jedną ręką załapał kierowcę za włosy i wyciągnął z ogromną wprawą na ulicę. Odciął mu głowę i uciekł w bramę... Dziwne to było, a silnik zgasł... Wokoło było ciemno, a coś cicho chrupało. Przez okno na pierwszym piętrze chlapnęła krew... Coś wybiegło na drogę i mruknęło. W pewnej chwili poderwało się to do biegu i poślizgnęło się na kałuży. Nie spodziewałem się tego wszystkiego. Przez pewną chwilę rozglądałem się wątpliwie, ale było cicho... Wszedłem na chodnik i spokojne podszedłem do bramy. Słyszałem śpiew. Krzyknąłem tam: "Ludzie, wyjdźcie!" i wyciągnąłem z kieszeni opasłe paliszcze... Z bramy wyszedł komitet powitalny. Takie ciule działają mi na nerwy... Jeden z nich ogłosił, że w środku siedzą różni wariaci i udało im się zastrzelić Kurewskiego. Drugi sięgnął do kieszeni... Nawet niebo nad nami było czarne... Nie czekałem. Bez wahania rzuciłem go na deski. Reszta nie wytrzymała - od razu pobiegli na cmentarz, a ja pomaszerowałem w stronę zatoki..." (.
..) c.d.n.



''...tam wiele jest szczurów''

c.d. (...) "W wielkim szoku doszedłem do zatoki. Dyszałem. Widziałem jak ktoś patrzył na mnie zza muru. Poszedłem kilka uliczek dalej i też to samo... Zawahałem się, ale poszedłem naprzód. Czułem jednak, że nie mogę tego tak zostawić. Ale było ryzyko... Pomyślałem, że przecież mnie nie złapią. Usłyszałem brzdęk i padłem na ziemię. Przeczołgałem się na cygański ogródek i spojrzałem w okna. W jednym z nich ktoś stał i wymachiwał kapciem. Nic nie wyglądało zwyczajnie... Rozejrzałem się, czy nikt przypadkiem nie nadchodzi i przeskoczyłem żywopłot. Miał trzy metry wysokości... Znów padłem na ziemię, przełknąłem ślinę i wyczołgałem się na ulicę. Wstałem i potem pokręciłem się trochę po ulicach. Nikt mnie nie strzelił. (...) Nastał ranek. Poszedłem w stronę placu i spotkałem, cholera, Kajtka. Chciałem go spytać co on tu robi, ale i tak by mi nie powiedział... Podał mi za to lornetkę i pokazał palcem na mur miejski. Zerknąłem i zobaczyłem cały mur otoczony przez Cyganów. Wszyscy rzygali... Stwierdziłem, że to nienormalne. Spytałem Kajtka, czy ma granata, ale nie miał... Szlag. Po paru godzinach zaczął padać deszcz. W międzyczasie poszedłem z Kajtkiem do sklepu. Kupiliśmy gwizdek, prosto z Rosji. (...) Zapadł ciemny zmierzch. Rzuciłem monetę, szedłem chodnikiem. Nagle doleciał do mnie szmer rozmowy. Kierując się zapachem ruszyłem na poszukiwanie tych osób. W pewnym zaułku zobaczyłem Murzyna i biskupa. Ten pierwszy złapał biskupa za nogę i naskoczył go. Zrobiło się zimno, a czarny przyrządził sobie potrawę... To było ekstra! Wszedłem w tą uliczkę i krzyknąłem: "Hej!" Murzyn podskoczył, złapał łopatę i zaczął kopać. Podszedłem do niego, chciałem przemówić, ale on się już dokopał i uciekł... Nie mogłem go złapać, bo bolała mnie głowa... Trudno. Skierowałem się więc w stronę rynku. Na głównej ulicy usłyszałem dzikie ryki. Jacyś ludzie tak krzyczeli, że na ulicy leżały potrzaskane dachówki, a z budynków odpadał tynk. (...) Na samym rynku stanąłem zdumiony... Przede mną było pełno chomików, a jakiś debil uganiał się za nimi i próbował je zasadzić. Rozejrzałem się kompletnie zdezorientowany, gdy ten, co biegał, nagle padł. O w mordę, ktoś go zastrzelił! Wzruszyłem ramionami... Wtem ktoś pojawił się obok mnie. Zmartwiłem się, ale miałem ogromne szczęście i go wyrżnąłem. O jeb, to był Anzelm... O ludzie, on miał dzieci... Złodzieje, mordercy! (...) Po czterech godzinach bezosobowego włóczenia się pomiędzy zamkniętymi straganami znalazłem bułkę na klombie. Był na nim krzak, a w nim siedziało kilku Chińczyków. Wyglądali prawie normalnie, ale mieli owłosione czapy. Zapadła cisza. Jeden z nich, bandyta, wyciągnął fajną, plastikową miskę i pomachał mi nią... Sam nie wiem kiedy trafiłem go w klatkę. Reszta Chińczyków wstała. Wyciągnęli oni szkatułkę i podali mi ją. Spytałem, czy to tylko jedna... (...) Poszedłem w uliczkę Świętojańską. Doszedłem do skrzyżowania. Dookoła było pusto, nikt mnie nie słyszał. Szedłem powoli, gdy naprzeciwko zobaczyłem grube, czarne futro... Niemożliwe, to nie mógł być kot. Wyciągnąłem z kieszeni pałkę i krzyknąłem: "Halo!" A więc to tak, to jest wielki, nieserdeczny dzik. A może... Albo nie. Zacząłem się skradać, ale mnie widział... Ludzie, wyobrażacie sobie jak szybko skoczyłem w cień? No ba! Wyjrzałem przez bramę, a dzik zaczął szaleć. Właśnie w tym momencie rozniósł na strzępy jakąś Mariolkę. To był jej ostatni spacer. Zza zaułka wybiegli strażnicy, ale ona już nie żyła. Było chłodno. Chciałem już iść do domu. Zrobiło się cicho, dzik uciekł, a na drodze zostawił martwe kury. Ludzie, to chore miejsce... Nie widać żadnych śladów normalności! Wszystko dotarło już na dno. Mam dość! Wtem z małej kapliczki wyszedł prawy dziad. Szedł zgarbiony i mruczał. Siadł na ławeczce i rzekł: "Tak, tam, gdzie nie ma kotów, tam jest wiele szczurów..." Westchnął." (...)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @KOBIETA Bądź  jak Supernova. 
    • @Radosław   wiem Radosław …niestety to takie silne oddziaływanie jest …międzygalaktyczne ;)))) nie wiem jak mogę Tobie pomóc…? ;) 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...