Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

"Gdzie nie sięga kot..." "... tam wiele jest szczurów"


Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

''Gdzie nie sięga kot...''

"Tak. Heniek z cudem usiadł, a potem już nie wstał. Miał mięśnie słabe i zwiały mu nogi... O, dzień dobry. W czym mogę służyć? Że co? No czubek, no! Kawał chłopa, a i tak ułomek... Nie ma rady... Drzwi się otworzyły i wszedł staruszek z barierką. Na kolanach miał starą, limitowaną bieliznę. To mnie zaskoczyło. Zapytałem go, czym mogę mu służyć. Miał absurdalną minę stojącego nad grobem człowieka. Zabuczał cicho, a potem huknął i potoczył się gdzieś daleko w ciemność... Wszyscy słyszeli ogromne dudnienie, a potem zaś się zaczęło... (...) Po godzinie czułem się dużo lepiej. Przyszedł do mnie Teofil Totti. Spojrzałem mu w oczy i powiedziałem, że jest mi potrzebny. Rzekłem mu: "Słuchaj, tam, gdzie nie może być żadnego kota, jest wiele szczurów." Totti powiedział, że to niemożliwe i spytał mnie co się stało. Kurcze, skleroza! Pacnąłem go w czoło. "Czy pamiętasz, jak mi kiedyś pomogłeś?" - spytałem. Nie... Dobra, coś się wykombinuje. Na salę dyskretnie wszedł jakiś ciołek. Nic nie robił. Wyprosiłem go, ale on tego nie odczytał. Jakiś idiota nieszczęsny... Spojrzałem na niego spod oka i wyjebałem go na bruk. On tylko krzyknął złowieszczo, że ja żartuję. A może jednak nie! Totti się zaśmiał... Po pewnym czasie wyszliśmy na miasto. Szliśmy leniwo. Mogliśmy zaszaleć... No, ciekawe. Po chwili zobaczyliśmy trupa na chodniku. Stało tam stado ludzi. Wszyscy spostrzegli, że całą twarz trupa pokrywały ściśnięte, pełne wosku, duże... nieduże wilki. Przywitałem Tomka, a on zaszczekał... Przeprosiłem i palnąłem go. Zignorował to. Poszedłem dalej z Tottim. Szliśmy i szliśmy wiele godzin, aż opanowaliśmy miasto. Czuliśmy się bezpiecznie. Na rynku zobaczyliśmy małpie dzieci ubrane w łachmany. Szybko skręciliśmy w zaułek i na wszelki wypadek postanowiliśmy nie opuszczać kryjówki. Minęła ósma godzina. Ja już przywykłem, ale Totti leżał za mną i trząsł portkami. Kiwnąłem na niego, a on zawył i rzucił we mnie rzeczową rurą... Ja podniosłem dwie pary prymitywnych, zardzewiałych kijków i przyłożyłem je do mojego towarzysza. Zostawiłem go i poszedłem na miasto. Skoczyłem przez bramę i po chwili ktoś strzelał... Obejrzałem się i zobaczyłem martwego kierowcę. Ktoś spróbował go wykończyć... "No pokaż się!" - krzyknąłem wodząc wzrokiem po ciemnej uliczce. Gdzieś w małej bramie skrzypnęły drzwi... Nagle wybiegł rozpaczliwy nieznajomy. Podbiegł do samochodu, jedną ręką załapał kierowcę za włosy i wyciągnął z ogromną wprawą na ulicę. Odciął mu głowę i uciekł w bramę... Dziwne to było, a silnik zgasł... Wokoło było ciemno, a coś cicho chrupało. Przez okno na pierwszym piętrze chlapnęła krew... Coś wybiegło na drogę i mruknęło. W pewnej chwili poderwało się to do biegu i poślizgnęło się na kałuży. Nie spodziewałem się tego wszystkiego. Przez pewną chwilę rozglądałem się wątpliwie, ale było cicho... Wszedłem na chodnik i spokojne podszedłem do bramy. Słyszałem śpiew. Krzyknąłem tam: "Ludzie, wyjdźcie!" i wyciągnąłem z kieszeni opasłe paliszcze... Z bramy wyszedł komitet powitalny. Takie ciule działają mi na nerwy... Jeden z nich ogłosił, że w środku siedzą różni wariaci i udało im się zastrzelić Kurewskiego. Drugi sięgnął do kieszeni... Nawet niebo nad nami było czarne... Nie czekałem. Bez wahania rzuciłem go na deski. Reszta nie wytrzymała - od razu pobiegli na cmentarz, a ja pomaszerowałem w stronę zatoki..." (.
..) c.d.n.



''...tam wiele jest szczurów''

c.d. (...) "W wielkim szoku doszedłem do zatoki. Dyszałem. Widziałem jak ktoś patrzył na mnie zza muru. Poszedłem kilka uliczek dalej i też to samo... Zawahałem się, ale poszedłem naprzód. Czułem jednak, że nie mogę tego tak zostawić. Ale było ryzyko... Pomyślałem, że przecież mnie nie złapią. Usłyszałem brzdęk i padłem na ziemię. Przeczołgałem się na cygański ogródek i spojrzałem w okna. W jednym z nich ktoś stał i wymachiwał kapciem. Nic nie wyglądało zwyczajnie... Rozejrzałem się, czy nikt przypadkiem nie nadchodzi i przeskoczyłem żywopłot. Miał trzy metry wysokości... Znów padłem na ziemię, przełknąłem ślinę i wyczołgałem się na ulicę. Wstałem i potem pokręciłem się trochę po ulicach. Nikt mnie nie strzelił. (...) Nastał ranek. Poszedłem w stronę placu i spotkałem, cholera, Kajtka. Chciałem go spytać co on tu robi, ale i tak by mi nie powiedział... Podał mi za to lornetkę i pokazał palcem na mur miejski. Zerknąłem i zobaczyłem cały mur otoczony przez Cyganów. Wszyscy rzygali... Stwierdziłem, że to nienormalne. Spytałem Kajtka, czy ma granata, ale nie miał... Szlag. Po paru godzinach zaczął padać deszcz. W międzyczasie poszedłem z Kajtkiem do sklepu. Kupiliśmy gwizdek, prosto z Rosji. (...) Zapadł ciemny zmierzch. Rzuciłem monetę, szedłem chodnikiem. Nagle doleciał do mnie szmer rozmowy. Kierując się zapachem ruszyłem na poszukiwanie tych osób. W pewnym zaułku zobaczyłem Murzyna i biskupa. Ten pierwszy złapał biskupa za nogę i naskoczył go. Zrobiło się zimno, a czarny przyrządził sobie potrawę... To było ekstra! Wszedłem w tą uliczkę i krzyknąłem: "Hej!" Murzyn podskoczył, złapał łopatę i zaczął kopać. Podszedłem do niego, chciałem przemówić, ale on się już dokopał i uciekł... Nie mogłem go złapać, bo bolała mnie głowa... Trudno. Skierowałem się więc w stronę rynku. Na głównej ulicy usłyszałem dzikie ryki. Jacyś ludzie tak krzyczeli, że na ulicy leżały potrzaskane dachówki, a z budynków odpadał tynk. (...) Na samym rynku stanąłem zdumiony... Przede mną było pełno chomików, a jakiś debil uganiał się za nimi i próbował je zasadzić. Rozejrzałem się kompletnie zdezorientowany, gdy ten, co biegał, nagle padł. O w mordę, ktoś go zastrzelił! Wzruszyłem ramionami... Wtem ktoś pojawił się obok mnie. Zmartwiłem się, ale miałem ogromne szczęście i go wyrżnąłem. O jeb, to był Anzelm... O ludzie, on miał dzieci... Złodzieje, mordercy! (...) Po czterech godzinach bezosobowego włóczenia się pomiędzy zamkniętymi straganami znalazłem bułkę na klombie. Był na nim krzak, a w nim siedziało kilku Chińczyków. Wyglądali prawie normalnie, ale mieli owłosione czapy. Zapadła cisza. Jeden z nich, bandyta, wyciągnął fajną, plastikową miskę i pomachał mi nią... Sam nie wiem kiedy trafiłem go w klatkę. Reszta Chińczyków wstała. Wyciągnęli oni szkatułkę i podali mi ją. Spytałem, czy to tylko jedna... (...) Poszedłem w uliczkę Świętojańską. Doszedłem do skrzyżowania. Dookoła było pusto, nikt mnie nie słyszał. Szedłem powoli, gdy naprzeciwko zobaczyłem grube, czarne futro... Niemożliwe, to nie mógł być kot. Wyciągnąłem z kieszeni pałkę i krzyknąłem: "Halo!" A więc to tak, to jest wielki, nieserdeczny dzik. A może... Albo nie. Zacząłem się skradać, ale mnie widział... Ludzie, wyobrażacie sobie jak szybko skoczyłem w cień? No ba! Wyjrzałem przez bramę, a dzik zaczął szaleć. Właśnie w tym momencie rozniósł na strzępy jakąś Mariolkę. To był jej ostatni spacer. Zza zaułka wybiegli strażnicy, ale ona już nie żyła. Było chłodno. Chciałem już iść do domu. Zrobiło się cicho, dzik uciekł, a na drodze zostawił martwe kury. Ludzie, to chore miejsce... Nie widać żadnych śladów normalności! Wszystko dotarło już na dno. Mam dość! Wtem z małej kapliczki wyszedł prawy dziad. Szedł zgarbiony i mruczał. Siadł na ławeczce i rzekł: "Tak, tam, gdzie nie ma kotów, tam jest wiele szczurów..." Westchnął." (...)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Berenika97 @Rafael Marius @Jacek_Suchowicz   Za mistrzem...   Fraszki to wszystko, cokolwiek myślimy, Fraszki to wszystko, cokolwiek czynimy; Nie masz na świecie żadnej pewnej rzeczy, Prózno tu człowiek ma co mieć na pieczy. Zacność, uroda, moc, pieniądze, sława, Wszytko to minie jako polna trawa; Naśmiawszy się nam i naszym porządkom, Wemkną nas w mieszek, jako czynią łątkom.    Dziękuję. 
    • nie pamiętam, kiedy to się zaczęło. czy wtedy, gdy furtka zgrzytnęła w środku nocy, jakby ktoś szukał wejścia nie na posesję, ale do mojego ciała. czy wtedy, gdy znalazłem pod wycieraczką zardzewiały gwóźdź, wygięty na końcach, gotowy wbić się w dłoń, w serce, w sen, jakby już wiedział, gdzie trafić. a może wcześniej. gdy jego córeczka biegała po ogrodzie i krzyczała do pustego powietrza: - nie ruszaj mamy. - nie ruszaj mamy. jakby ktoś stał tuż obok, dokładnie tam, gdzie nic nie powinno stać. robert był idealny. punktualny. pomocny. uśmiech miał gładki jak szkło polerowane w laboratorium cieni, tak czyste, że nie zostawiało odbicia. ale oczy… gdy w nie patrzyłem, zimno zaczynało się we mnie poruszać, powoli, jakby znało drogę. w źrenicach coś było - nie ciało, raczej miejsce po nim. głód bez kształtu, po czymś, co już zjadło swoje imię i nauczyło się patrzeć dalej. jego cień czasem nie nadążał. spóźniony o ułamek sekundy, jakby musiał się zastanowić, czy jeszcze chce za nim iść. kiedy mówił, odbicie w szybie nie otwierało ust. jakby coś z jego wnętrza słuchało osobno. pierwsze ciało we wrześniu. drugie w październiku. trzecie w grudniu, tuż przed świętami. kolejne w marcu. zawsze młotkiem. zawsze kobiety. zawsze noc. ostatnia, trzynaście lat. media pisały o „fryzjerze”. o tym, że wkładał im włosy w dłonie, jakby chciał, żeby coś jeszcze miały przy sobie po śmierci. ja wiedziałem wcześniej. widziałem go nocą z czarną torbą, spokojnego, jakby wracał z miejsca, gdzie wszystko było już załatwione. zacząłem dziennik. czasem kartki były ciepłe. jak skóra po czyimś dotyku. znały mój charakter pisma, zanim nauczyłem się go pisać. atrament pachniał metalem, zanim dotknąłem pióra. każdy krok. każdy oddech. każdy cień. śniłem o nim. za niego. czułem chłód żelaza, puls dłoni tuż przed śmiercią, serce drugiej osoby sekundę przed tym, jak świat przestaje się do niej odzywać. czasem nie wiedziałem, czy zapisuję, czy tylko pozwalam, żeby przechodziło przeze mnie. wysłałem anonim do policji. zdjęcia. cisza, która nie miała końca, tylko głębokość. potem list. w środku zdjęcie mojej córki. jej twarz - zamarznięta w półuśmiechu, jakby ktoś kazał jej nie oddychać. na odwrocie odcisk błotnistego buta. ciężki. pewny. tej nocy córka nie spała. chodziłem, zapalałem i gasiłem światła, sprawdzałem zamki, jakby dom mógł się jeszcze obronić. - tato? jej oczy patrzyły jak okna do innego czasu, takiego, który już się wydarzył, ale jeszcze nie dotarł. - tato… czy to, co patrzy przez twoje oczy, też śni? poszedłem do roberta. drzwi otwarte. on w kapciach. dziecko przy nodze. kolęda w tle. jabłka z goździkami. zapach, który powinien być bezpieczny. - potrzebujesz czegoś? zapytał. - nie. tylko… porozmawiać. uśmiechnął się. nachylił, jakby mówił nie do mnie, tylko do mojego odbicia: - trudno jest być tylko niewinnym, prawda? zamknął drzwi. zbyt cicho. zbyt dokładnie. jakby zamykał nie dom, ale proces. od tej nocy nie śpię. palę, bo dym zagłusza coś słodko-mdłego, jak gnijące jedzenie w ustach, jak obietnica, która już się psuje. czasem czuję coś obcego na dłoniach, jakby pamiętały pracę, której nie wykonałem - jeszcze. w szafie młotek. obok różowy bucik. nie od mojej córki. nie od nikogo, kogo znam. w dzienniku zapiski, które nie są moje: „nie krzyczała.” „skóra pod paznokciem.” „kolor włosów: ciemny blond. zbyt młoda.” litery są równe. spokojne. jakby pisane bez pośpiechu. pod poduszką pukiel włosów. idealny. zimny. jakby jeszcze o czymś pamiętał.   nie córki. nie wiem czyj. w nocy śniłem, że śpię. we śnie śniłem, że wstaję. obudziłem się w łazience. nóż do tapet w ręce. lustro zaparowane. ktoś narysował na nim odwróconą trójkę. znak, który wyglądał, jakby zawsze tam był, tylko czekał, aż zacznę patrzeć. coś drgnęło za mną. - tato? córka stała w drzwiach. czerwone plamy na jej palcach pulsowały, jakby nie były plamami, tylko miejscami, przez które coś oddycha. jej spojrzenie było spokojne. rozumiała więcej, niż powinna. - nie wychodź,  szepnęła. rano młotek w kieszeni. zardzewiały. ciepły. jakby oddychał wspomnieniami poprzednich nocy. trzymałem go jakby był mój od zawsze, pamięta mnie dłużej, niż ja pamiętam siebie. na ścianie nowe lustro. odbicie nie moje. przechodzę obok. moje oczy patrzą na mnie, jakby znały coś, czego ja jeszcze nie wiem. moją przyszłość. czuję już. coś we mnie patrzy przeze mnie. coś śni przez moje dłonie, przez moje ciało, przez moje dziecko. coś, co nie jest tylko innym. coś, co jest mną, zanim ja sam będę. coś, co ma więcej wspomnień z przyszłości niż ja z przeszłości.                
    • mam życiorys spisany na kolanie popruty profil z facebooka mechanizm iluzji i zaprzeczeń opancerzony wokół dendrytów mam gumę turbo i młodość za sobą   schowałem niewypowiedziane w równaniach bez reszty drobne nieścisłości zaliczone zostaną w błąd pomiaru   czarne poranki gdy nic nie trzeba chcieć czyste życie hemoglobiną wypełnia krew   podmiot nie jest dany podmiot stwarza się   patrzy na mnie kriszna w kołysce w całej osobie liczby pojedynczej tuż przed podziałem przed brakiem zanim rachunek zdań nazwie pierwszą rzecz    
    • Alana za siksą wąski sazan. Ala
    • Jem sód od ósmej   Ech, cmokam! Sód ósmakom chce   I namakam. Sód od ósmaka Mani   Sód ułud. Ós!
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...