Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.




A ja sądzę, że można to czytać i tak i tak - i to mi się własnie w tym wierszu podoba ;)

LadyC można to czytać i odbierać jak komu pasuje czyli iniwersalnie

dziękuję jak zawsze za poświęcenie czasu nad wierszem i kolejną wizytę

cieplutko

13
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Fly ja z Krysią to może tak ona jako Znawca sztuki pisze piękne wiersze, a ja tylko zabieram z jej wersów samogłoski i jakoś tak sobie piszę ale trafnie to zauważyłaś, gdyż tz przyjacielska dygresja ale nie plagiat zawsze jakoś mi tam może wychodzi, a lubię z Krysią się droczyć ale tylko przez głoski

serdecznie i dzięki za ponowne odwiedziny

13
Opublikowano

Tak rozumiem,
chociaż to dziwne i nie rozumiem... celu powtórzeń tych głosek u teresy943, nie bardzo to
w stylu Ars Poetica i powiem jednak i z przykrością niestety, gdyż zostawiam to do przemyślenia
dla mnie powtórzenia niektórych głosek (myślę że wiesz, o które chodzi) akurat przez teresę943 , są uzurpacją , co do Ciebie to chyba twoje są Twoje... chociaż tak płyną przez tyle też innych :D
Dziękuję za lubie i tylko to miłe.

pozdrawiam

(może kiedyś jeszcze tu zajrzę, hihihi)

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


przypadkiem zajrzałam w to miejsce i nie mogę milczeć, gdy czytam o sobie, jednak zanim coś napiszę, muszę się uszczypnąć, bo naprawdę nie wiem, o co Ci Eliko chodzi; myślałam, że każdemu (i mnie też) wolno komentować wiersze Sfinksa...czyżbym się myliła? Nie rozumiem tego komentarza, być może jestem ograniczona, ale jest mi strasznie przykro Fly...

Sfinksie, przepraszam, że pod Twoim wierszem, ale...musiałam to napisać, bo jak widzę i tu zaczyna być brzydko...

Pozdrawiam
Opublikowano

O jejju Krysiu, może część tego mojego komentarza powinna znaleźć się pod Twoim,
nie wiem czego nie rozumiesz albo inaczej szkoda, że nie rozumiesz... i tak Twoje wiersze powinny być Twoimi wierszami a nie opierać się czasem na komentarzach.
Co do rzeczy brzydkich to ich w rzeczywistości nie brakuje, wchodząc tutaj spodziewałam się, że poezja może być wolna od tego, ale z przykrością stwierdzam - niestety, że widzę iż tak nie jest. Że mój komentarz znajduje miejsce tu a nie gdzie indziej (?), jest wynikiem pewnej intencji, że zostanie zrozumiana pod poezją osób, którzy potrafią to zrozumieć, nie gdzie nawet, jak zwykle nie będą chcieli nawet rozumieć o co chodzi. Mam nadzieję, jak i wiem, że się nie mylę .
Jak również to Krysiu, że twoje zaangażowanie w Ars Poeticę będzie opierało się na prawach
faktycznie w schemacie upoważnienia przyjacielskiego między ludźmi. Poza tym schematem,
Twoja poezja będzie obrazować twoją wynikającą z Twojego wnętrza poetyckiego, ocenę
innej w sensie poetyckim duszy od Twojej. Ponadto przy wyrażaniu jakiekoś zdania pod wierszem jednej osoby a dotyczącej wcześniej komentarza mojego dotyczyło dwojga osób (bo przecież widzę, nie jestem ślepa :) nie widzę, że robi się coś brzydko, tylko dlatego że moje zwrócenie się o wyjaśnienie znalazło się pod wierszem Sfinksa, a to z powodu,
że takie pytanie-sugestie chciałam zwrócić się do Sfinksa właśnie. Jest to jawne i czytają osoby zainteresowane. Podsumowując, pisząc cokolwiek, gdzieś należy zachować przynajmniej jakieś najmniejsze poczucie odpowiedzialności za pisanie mające na celu
dążenie do oceny stanu faktycznego pewnej znanej nam ściśle pewnej rzeczywistości, aby
nie prowadziło do wypaczania pewnych zjawisk w tej rzeczywistości jak i przez zasugerowanie się sugestiywnością poezji nie wyprowadzało w jej istocie na jeszcze głębsze wody, które jeszcze bardziej upłynniaja ją w fikcję a nie poetyckie z duszy wynikające realia.
Po to na swoją obronę ten komentarz wyrażam tutaj oraz czynię to po to aby powstajace
portale takie jak choćby ten służyły poetyckiej i słusznej ideoologii życia duchowego a
nie były popisem dla ludzi z uwagi na pobudki rozrywkowe wychodzące z ciemniejszej strony
obcowania człowieka w świecie otaczającym go czasami bez możliwości zmiany 'takiegoż'
a przez to i też bywa, że jedynie pozostającego w pewnym dostosowaniu się bądź co bądź nieraz w stopniu minimalnym, w celu doznania, jak najmniejszego skutku krzywdzącego.

Proszę więc o wyrozumiałość Sfinksa, na umieszczenie mojego komentarza pod jego wierszem, jak i znalezienie Twojej osoby Krysiu w tym komentarzu.

Serdeczności.
Można pływać z poezją pięknie i obronnie, ale z rozsądkiem i umiarem...
:)

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Nie ma powtórzeń a głoska to liera, więc napisałem to żartem, ale zawsz z poezji Krysi coś wynika i wnikając i brnąc przez jej wiersza zawsze w moim umyśle rodzi się jakiś pomysł, a to chyba nić złego i nie nowego, to normalne zjawisko myślenia nad poezją

serdecznie

13
Opublikowano

Można pływać z poezją pięknie i obronnie, ale z rozsądkiem i umiarem...
:)

Ostatnio edytowany przez Fly Elika (Dzisiaj 11:54:42)

Oj FLY nie wiem , co miał wnieść ten wywód, ale wiem jedno zawsze ucz się od najlepszych wtedy do czegoś mażna dojść. Ja w tym portalu mam swoje autorytety jest kilka osób od których można się wiele nauczyć

serdecznie

13

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


przypadkiem zajrzałam w to miejsce i nie mogę milczeć, gdy czytam o sobie, jednak zanim coś napiszę, muszę się uszczypnąć, bo naprawdę nie wiem, o co Ci Eliko chodzi; myślałam, że każdemu (i mnie też) wolno komentować wiersze Sfinksa...czyżbym się myliła? Nie rozumiem tego komentarza, być może jestem ograniczona, ale jest mi strasznie przykro Fly...

Sfinksie, przepraszam, że pod Twoim wierszem, ale...musiałam to napisać, bo jak widzę i tu zaczyna być brzydko...

Pozdrawiam

Nie przepraszaj, gdyż przyjaciół się nie przeprasza i mam to wszystko gdzieś skoro człowiek nie rozumie życia, to marna filozofia pisania w przypadku FLY, ale cóż i tak dajesz mi wenę, a to chyba nie jest czymś złym czy wypaczonym:):):):) bużka

Jedna strona szczera
druga to fałsz
i z przyjażni
powstaje farsz.:):):):):_) ba i znów myśl z Twojego wiersza

serdecznie

13
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



To wskaż mi Sfinksie te autorytety, bo niestety inaczej i śmiem wątpić w jakąkolwiek rolę nawet
w Ars Poetica mającą jakby nie było minimalny szacunek i szczerość dla drugiej osoby?
Opublikowano

Fly ok Adolf, Teresa , Picaso, Aluna, Baba i wiele innych to w całej okazałośći wspaniali ludzie jak i pisarze

serdecznie i ciepło

13ba szczerości nie znajdziesz w tym portalu jak i dobroci niestety , a to już inne sedno sprawy

Opublikowano

Aha to cóż powiem wybieram jednak inną poezję do czytania dla przyjemności...
bo tej autorytarność się tylko ociera, ale nic więcej, zatem nie jest dla mnie autorytem, jedynie roztkliwianiem nad własną postrzegawczością, jakże mającą nieraz małą styczność z realiami, ze względu na stawianie pod dużym znakiem zapytania istotnej w praktyce wartości poznawczej... i dlatego bardzo w to wątpię. Bo to tutaj to nic innego jak przelewanie w próżne i..
poniewąż to zależy również właśnie od zastosowania w praktyce a nie życia tylko słowem.
Poezja nie dążąca do styków z realiami, jest tylko sztuką dla sztuki i nic po niej.
Na dobre to tylko to, że autorytet poezji staje się autorytem, kiedy jego sztuka staje się
prawdziwym aurotytem i w rzeczywistości, tzn. do tego zmierza, ale tylko wtedy.
Jeżeli tak jest to niech będzie.

Pozdrawiam

Opublikowano

Tak Sfinksie, wiem.
I tak jak innym mnie też trudno nieraz jest zrozumieć poezję innych. Nie znaczy to, że ja akurat mam zmieniać swoje podejście do poezji. Mogę też swoje zdanie czasem wyrazić
większym komentarzem. Jeśli uczyniło to Tobie czy komuś jakąś szkodę, to przepraszam.
Nie było to w moim zamiarze, a wręcz przeciwnie. Raczej osłabiło to tylko moją nadzieję
w sensie odbiegania od większości co do zapatrywania się na poezje.

serdecznie ...

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @KOBIETA Bądź  jak Supernova. 
    • @Radosław   wiem Radosław …niestety to takie silne oddziaływanie jest …międzygalaktyczne ;)))) nie wiem jak mogę Tobie pomóc…? ;) 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...