Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Z założenia powstało to jako piosenka, wad znajdziecie sporo, no ale cóż...

To ktoś, to ktoś, czyta i czyta,
bez przerwy słowa z ust wydobywa.
Z klatki zaś słychać ciągle pisk słowika,
który to lektora swoim śpiewem wzywa.
Odezwij się do mnie odezwij się raz,
ja tylko dla ciebie tak śpiewam.
A on dalej on dalej nad książką jak głaz.
Słowiku przeszkadzać nie trzeba!

Nie mogąc przez trele tak czytać i czytać,
zadusił ptaszynę na stronie.
Znów słowa wymawia tak jak zdarta płyta
i zepsuta igła w starym gramofonie.

To ktoś, to ktoś smuci się, smuci,
bez przerwy wylewa łzy drugiej potęgi.
Wnet słowik miałby humor zły ukrócić
śpiewem, co się ciśnie poprzez kraty pręgi...
Odezwij się do mnie odezwij się raz,
ja tylko ciebie już słucham.
A on dalej on dalej martwy jak głaz,
a jego odpowiedź wciąż głucha.

Wódeczki nalał po brzegi kielicha,
zatopił swe smutki na stronie.
Znów słowa wymawia tak jak zdarta płyta
i zepsuta igła w starym gramofonie.

To ktoś, to ktoś sam dawno nie żyje
i pustka oblega ściany jego domu.
Żadna butelka tego nie ukryje,
ni spirytus o mocy nieznanej nikomu.
Tylko ciąży trupek w pozłacanej klatce,
a echo jego śpiewu wolnością odbija
głosząc tę historię o małej krwawej jatce,
o lektorze, co w szale ptaszynę zabija.

Zaś gramofon stojący przy pustym wazonie,
odparł cicho swoim zgrzytem niepojętym:
Zabił własne życie na jednej stronie,
Na drugiej smutki topił w klatce swej zamknięty.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...