Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

„A jeśli czas też jest chorobą?”


- Posłuchaj mnie. Gdy coś się kończy, a cały świat nagle się zmienia, trzeba to jak najszybciej zaakceptować. Miałam kiedyś znajomą, która powiedziała mi, że w takiej sytuacji pomógł jej powrót do miejsca z dzieciństwa, w którym czuła się bezpiecznie. Może spróbujesz?
Siedzę skulona w fotelu i patrzę na swoje ręce, które są mokre od łez. Beata mówi do mnie od trzydziestu minut. Od trzydziestu minut nie zrobiła pauzy w swoim monologu i wydawało mi się, że przestała oddychać. Wiem, że teraz oczekuje na moją odpowiedź. Tylko, że ja nie wiem co mam powiedzieć. Najbardziej chciałabym żeby już poszła i pozwoliła mi w spokoju posprzątać łazienkę po raz pięćdziesiąty.
- Anka, to trwa już zbyt długo. W twoim przypadku czas jest chorobą.
- „Niebo nad Berlinem”.
- Tak. I pamiętasz, co zawsze powtarzałaś po obejrzeniu tego filmu?
- „Beata, słuchaj- nie pozwólmy żeby nasz czas był kiedyś chorobą”.
Pierwszy raz od jakiegoś czasu spoglądam na nią i zauważam, że się zmieniła. Jak zwykle jej włosy są spięte w ciasny kok, a brwi lekko podkreślone czarną kredką. Jednak pod oczami dostrzegam parę dodatkowych zmarszczek, a jej usta wyglądają tak jakby oduczyły się uśmiechać. Zastanawiam się czy ona zawsze tak wyglądała, czy może ja potrzebowałam tego wstrząsu by nauczyć się dostrzegać prawdziwe oblicze mojej przyjaciółki. To ona przez ostatni rok płaciła moje rachunki, wyciągała pieniądze z mojego konta, robiła mi zakupy, gotowała i pilnowała żebym zjadła chociaż połowę posiłku. Poczułam wdzięczność dla tej drobnej kobiety, która poświęciła mi tak wiele czasu.
- Beato- spojrzała na mnie badawczo i lekko przymrużyła oczy- proszę opowiedz mi co u ciebie słychać?


Oto brama po przekroczeniu, której znowu będę miała dziesięć lat. Przypomina mi się jak wraz z moją siostrą łowiłam w pobliskim stawie żaby, kładłam je na trawie i czekałam aż z powrotem trafią do wody. Każda z nich zawsze powracała do swojego „mokrego domu”. Pewnego dnia doszłam do wniosku, że ja też zawsze wracam do miejsca, w którym czuję się bezpiecznie.
Ogródek przy domu babci był jak zawsze nienaganny. Kochałam moment, gdy ubierała ogrodniczki, długie kalosze, słomkowy kapelusz i szła sadzić kwiaty w czarnej, pulchnej ziemi. Tak naprawdę w domu dziadków wszystko wyglądało idealnie. Były drewniane ściany, ciasto i ogień w kominku. Byłam ja siedząca u stóp babci i słuchająca jej opowieści. Na początku opowiadała o szkole, przyjaciołach, potem, gdy byłam już pełnoletnia mówiła o swoich miłościach i pierwszych pocałunkach. Dla niej każdy pocałunek był pierwszym- przynajmniej każdy tak traktowała. Uwielbiałam jej historie, które były obsadzone w trudnych czasach . Dzięki nim uwierzyłam, że dobre rzeczy przytrafiają się wszystkim. Babcia mówiła: „Wiesz kochanie, z dziadkiem poznaliśmy się w czasie wojny. I gdy go pokochałam, zastanawiałam się czy to wina trudnych czasów, czy to prawdziwe uczucie. Było tak źle, że każdy pragnął czegoś lepszego. Ja miałam dziadka i zazdrościłam go sobie. Po wojnie zamieszkałam z nim i znienawidziłam jego brudne skarpety i zainteresowanie polityką, ale ta wojna tak nas zbliżyła, że wiedziałam, że prać będę tylko jego skarpety.”. Kochała go miłością pierwszą. To tak jak z pocałunkami. Każda miłość była pierwsza.
- Kochanie. Dlaczego wciąż tu stoisz?- spojrzałam w oczy mojego ojca. – Wejdź do środka.
Weszłam do pięknego domu, który od trzydziestu lat pozostawał taki sam. Stare fotografie cały czas wisiały na pokrytych drewnem ścianach. Na podłodze dalej leżał ten sam pstrokaty dywan, który wyglądał tak jakby czas nie miał na niego żadnego wpływu. W salonie był malutki kominek, który trzeba było rozpalać ręcznie. Po prawej stronie zobaczyłam duży, dębowy stół z czarnymi wykończeniami. Pod ścianą stała półka wypełniona książkami, a na środku kilka wygodnych i starych foteli. Jeszcze jedno się nie zmieniło. Babcia witająca mnie z otwartymi szeroko ramionami i dziadek stojący obok niej z fajką w ustach.
- Kochanie, tak dobrze cię widzieć. Jak zwykle jesteś zbyt mizerna. Poradzimy coś na to.- powiedziała mocno mnie przytulając.
- Daj jej spokój, Elu. Dziewczyna musi tu trochę wypocząć, prawda? – dziadek jak zwykle pocałował mnie w czoło. Tata z babcią poszli rozpakować moje rzeczy w pokoju, a dziadek usiadł w jednym z foteli z książką, którą właśnie czytał.
- No, Aniu. Jak uważasz, czy moje zakola są już tak bardzo widoczne? Jestem jeszcze atrakcyjny dla babci?- spojrzałam na łysą głowę dziadka, schowałam ręce w dłoniach i zaczęłam się trząść.
- Co ci jest kochanie?- gdy odjęłam ręce od twarzy na moich ustach widać było naprawdę szczery i szeroki uśmiech.
- Nic, dziadku. Po prostu teraz już wiem, jak bardzo za wami tęskniłam.
Mój ukochany senior spojrzał na mnie widocznie uszczęśliwiony. Za chwilę zagłębił się w
lekturze książki. Postanowiłam usiąść niedaleko niego w moim ulubionym fotelu. Rozłożyłam się w nim wygodnie i przez chwilę nie myślałam o niczym, ale nagle to wszystko do mnie dotarło. Zapach obiadu z kuchni, śpiew ptaków za oknem, ciche pykanie fajki dziadka i śmiech babci coś opowiadającej. Pierwszy raz od jakiegoś czasu poczułam się żywa i szczęśliwa. A co najważniejsze- poczułam się jak w domu.

Nie wiedziałam, który to tydzień spędzałam na wsi u mojej babci. Wiedziałam tylko, że ból nie był już taki dokuczliwy jak wcześniej. Jednak coś nie dawało mi spokoju. Podobno niektóre rzeczy trzeba komuś opowiedzieć by je zaakceptować. Tego dnia było pochmurnie, ale dziadek i tak postanowił wybrać się na ryby. Babcia i ja siedziałyśmy w salonie. Ona robiła na drutach, a ja przeglądałam książki na półce. Wyciągnęłam jedną z nich i usiadłam w swoim ulubionym fotelu. Jednak wiedziałam, że dzisiaj w końcu nadszedł ten dzień. Nagle, po prostu zaczęłam mówić:
- Tego dnia strasznie padało. Zostałam pilnie wezwana do szpitala. Moja pacjentka po rozległym zawale potrzebowała natychmiastowej operacji. Gdy w końcu wsiadłam do taksówki byłam już spóźniona. Do szpitala wbiegłam całkowicie przemoczona, zrzuciłam płaszcz i kazałam pielęgniarce natychmiast przygotować pacjentkę do zabiegu. Musisz wiedzieć, że panią Marię darzyłam szczególną sympatią. Nie mogłam pozwolić na to by umarła. To był dobry dzień- pani Maria przeżyła. Po skończonej operacji podeszła do mnie pielęgniarka i powiedziała, że w holu czeka jej syn. Zdjęłam rękawiczki, okrycie głowy i postanowiłam pójść z nim porozmawiać. Uwielbiam przekazywać członkom rodziny dobre wiadomości. Wtedy w ich oczach widzę najczystszą radość. Nie ma piękniejszej radości od tej właśnie. Przysłaniam ręką ogień świeczki.
Syn pani Marii- Sebastian stał na korytarzu i patrzył na mnie, kiedy do niego podchodziłam. Gdy usłyszał, że operacja się powiodła chwycił moją dłoń i pocałował jej wewnętrzną stronę. Oczy miał koloru wiosennej trawy. Powiedział wtedy: „Jeszcze komuś podziękuję za pani dłonie.” i odszedł. Patrzyłam na jego oddalającą się sylwetkę i doszłam do wniosku, że jest idealny. Miał 190 centymetrów wzrostu, czarne, krótkie włosy i bardzo szerokie ramiona. Już wtedy podświadomie wiedziałam, że nigdy nie chcę patrzeć w inne oczy. Następnego dnia spotkaliśmy się w pokoju jego matki. Zaprosił mnie na kawę, później na drinka, następnie do kina i na kolację. Oświadczył mi się rok później. Powiedział wtedy: „Wiem, że jesteś jedyną osobą, którą mam ochotę oglądać do końca swojego życia.”.
Wiesz, że gdy nie mogłam zasnąć on czytał mi na głos książki, które trzymał pod łóżkiem? Sebastian był astronomem i wszystkie jego książki właśnie tego dotyczyły. Przez pięć lat mojego małżeństwa dowiedziałam się bardzo wiele o księżycach, gwiazdach i planetach.
Najbardziej bolało, gdy umierał mi pacjent. Wtedy wracałam do domu, brałam długą, gorącą kąpiel i kładłam się do łóżka. Podczas takich nocy nigdy nie gasiłam lampki. Sebastian leżał obok mnie i również nie mógł zasnąć. Pewnego dnia zapytał: „Jak miał na imię twój pacjent?”- odpowiedziałam. „Co robił, kim był?”- odpowiedziałam. „Co lubił? Jak się zachowywał?”- a ja mówiłam. Opowiadałam, śmiałam się i płakałam, a on głaskał mnie po włosach. Wiedział, że do każdego chorego podchodziłam osobiście. Starałam się dowiedzieć, co go cieszy, co lubi, jak żyje poza szpitalem. Sebastian pytał po to, bym mogła mówić. Potrzebowałam tego, a przecież nie miałam z kim porozmawiać. Jestem tylko i aż lekarzem. Nie członkiem rodziny, nie przyjacielem, nie znajomym. Jestem chyba ważniejsza, bo ratuję życie i umożliwiam dalsze bycie bratem, siostrą, przyjaciółką.
To Sebastian przynosił mi do szpitala kawę waniliową i czekał na mnie w holu, czasem po kilka godzin. Nigdy nie robił mi przez to wymówek. Powiedziałam mu, że nie musi czekać, może wrócić do domu, ale on nie lubił sam wracać. Pewnego dnia przyszedł do mnie i oznajmił, że został wolontariuszem. Nie lubił czuć się bezużyteczny, więc gdy ja pracowałam, on zamiast czekać na mnie na korytarzu, odwiedzał chore dzieci. Czasami patrzyłam na niego, gdy siedział przy jednym z łóżek i śpiewał piosenki. Boże, jak on okropnie śpiewał, ale dzieciaki go uwielbiały.
Pewnego dnia dostał ofertę pracy w obserwatorium astronomicznym w Chile. Pozwoliłam mu jechać- przecież nigdy, niczego sobie nie zabranialiśmy. Na początku wracał do domu co trzy miesiące. Potem jego wyjazdy przedłużały się do pięciu miesięcy. Następnie dzwonił do mnie codziennie, aż w końcu przestał. Starałam się z nim skontaktować, ale numery, które podał były nieaktualne. Po dwóch tygodniach dostałam od niego list.
Wyjęłam pogniecioną kartkę z tylnej kieszeni dżinsów i postanowiłam przeczytać mojej babci na głos treść tego listu. Jej pierwszej pozwoliłam na zapoznanie się z tymi paroma zdaniami.
Aniu!

Nie powinienem robić tego w ten sposób. To Ty zawsze potępiałaś tchórzostwo i mimo że starałem się tego od Ciebie nauczyć, jak widać nie wyszło. Kiedyś rozmawialiśmy o poszukiwaniu swojego miejsca. Chcę tylko napisać, że ja swoje znalazłem. Tu, w tym ciepłym klimacie, który teraz już mi nie przeszkadza. Pamiętaj jednak, że Chile, to nie jest Twoje miejsce na ziemi. Zadbam o formalności związane z naszym małżeństwem. Już niedługo będzie tak jakbym nigdy nie istniał. Dziękuję za wszystko i przepraszam.

Sebastian
PS. Zawsze będę się o Ciebie bał.



Złożyłam kartkę i położyłam ją na stole. Moja babcia patrzyła na mnie w osłupieniu. Jak żona Lota na swoje płonące miasto. Nigdy nie płakałam czytając ten list. Jednak ciągle miałam wrażenie, że za chwilę umrę. Wzięłam głęboki oddech, położyłam drżące ręce na kolanach i mówiłam dalej:
- Gdy przeczytałam ten list postanowiłam posprzątać łazienkę, potem kuchnię, przedpokój i dwa pokoje. Gdy wszystkie pomieszczenia były czyste, postanowiłam coś ugotować po to by zabrudzić kuchnię i móc ją znowu posprzątać. Trwało to w nieskończoność. Beata codziennie mnie odwiedzała. Mówiła do mnie, krzyczała, płakała, biła mnie po twarzy. Jednak nic do mnie nie docierało. W szpitalu wzięłam zaległy urlop i zamknęłam się w domu. Po dwóch tygodniach od otrzymania wiadomości od Sebastiana, pocztą przyszły papiery rozwodowe. Musiałam złożyć na nich jedynie podpis. Zaoszczędził mi swojego widoku. Podpisałam je zaraz po przeczytaniu. Zostawiał mi wszystko, ale to Beata poszła odesłać dokumenty jego adwokatowi. Po trzech miesiącach życia w ciągłym otępieniu, gdy wszystko już posprzątałam na chwilę usiadłam w swoim ulubionym fotelu. I pierwszy raz gorzko zapłakałam. Babciu! Tak się nie robi. Nie można zostawiać w taki sposób. Zwłaszcza, gdy było się tak pięknym człowiekiem. Nie można sprawiać tyle bólu ukochanej osobie, nie można pozwolić na to by ona była narażona na cierpienie. Dużo czasu zajęło mi stwierdzenie, iż wszystko to jednak można zrobić.
W Sebastianie byłam zakochana prawdziwie. Gdy brał mnie w ramiona, gdy trzymał mnie za rękę, gdy lekko się o mnie otarł, czułam się bezbronna. Bezpiecznie bezbronna. W takich momentach mógł mnie ulepić od nowa. Miałam w sobie tyle miejsca do zapisania. Z każdym dniem coraz więcej. Czułam się jak dziecko ze zawiązanymi oczami w sklepie z zabawkami. On był moim drogowskazem. Tylko jego chciałam znaleźć w tym gąszczu.
Po nim już nic nie chciałam. Ludzie tacy jak ja kochają raz i cierpią raz. Nie mamy już nadziei na coś lepszego. Wszystko blednie przy wspaniałych wspomnieniach. Babciu, muszę cierpieć by pewnego dnia po prostu poczuć się lepiej. Nie można mi pomagać, to nie działa w tę stronę. Ludzie chcą mi pomóc, ale zabraniają mi go kochać. Dlaczego? Przecież ja nie przez tę miłość cierpię. Cierpię, bo nie mam jej z kim dzielić.
- Musisz to zaakceptować kochanie, a na to potrzeba czasu.– odezwała się babcia. Jej głos był zachrypnięty, tak jakby z trudem go z siebie wydobywała.
- A jeśli czas też jest chorobą? – zapytałam.
- Wtedy zrobimy wszystko by znaleźć na niego lek.- powiedziała. Podeszła do mnie i bardzo mocno mnie przytuliła. Wyswobodziłam się z jej uścisku, wzięłam list od Sebastiana z szafki, podeszłam do kominka i wrzuciłam go w ogień. Usiadłam na swoje miejsce i pomyślałam, że moja kuchnia jest na pewno bardzo, bardzo brudna.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • []

      Postarzały mężczyzna zaczął opowiadać. 

      — Jeśli Państwo pozwolą, to chciałbym podzielić się historią pewnego człowieka, który trafił do Piekła.

      Rozejrzał się powoli.

      — Piekło może być podobne do miejsca, w którym właśnie się znajdujemy. Podobne — zaledwie. Tam, każda postać nosiła maskę.

      Zapadła cisza.

      []

      Ciemność przylegała do skóry.
      Okowy były brudne i oślizgłe.
      Chłód stali palił boleśnie.
      Było gorąco, a potem zimno.
      Diabły siedziały dalej. Nie zwracały na niego uwagi. Grały w karty.

      []

      — Zaczynam być ciekawa.

      — Oszukiwali?

      Śmiech przeciął ciszę.

      []

      — Witamy, chłopczyku.

      — To i tak stosunkowo wysoki tytuł.
      Czyżby pojawiła się pokusa na mały zakład?

      Głos był wszędzie.

      — Twój widok.

      Mlasnął z niesmakiem.

      — Stawiam wszystko, że nie masz nam nic do zaoferowania. Ciało… daruj. Mamy wyższe ambicje.

      Ktoś splunął w jego kierunku, a ślina spłynęła mu po twarzy.


      — Cóż mógłby nam zaproponować?

      — Ja… 

      Wyszeptał z trudem.

      — Ty. Rzecz jasna, że ty, czyli niczyj.

      — Bezpański.

      — Bezpański… ładnie powiedziane.

      — Trafnie, przede wszystkim.

      Uderzył talią o stół.

      []

      — Zaraz, zaraz. Skąd wiadomo, kto kim był?

      — Za chwi… 

      — Czego chciały Diabły?

      Barman przeciął odpowiedź.

      []

      Ból stępiał. Kontury gęstniały. W ustach pojawił się niesmak. 

      — Mości Panowie, czas na pierwszą rundę. To będzie przyjemność.

      Diabeł ściągnął cylinder i ukłonił się.
      Pozostali gracze przesunęli żetony. Jego stos nie zmniejszył się.

      — Ryzykować czy nie ryzykować?

      — Ryzykować? — odezwał się środkowy.

      — Państwo gotowi? Poprosimy o karty.

      Krupier klasnął, a talia zaczęła tasować się sama.

      — Panowie. Bez tradycji?

      Odezwał się Elegancki. Lekko uniósł dłonie.
      Wstał spokojnie. Wskazał na bar. Zatoczył w powietrzu krąg.
      Pusta butelka rozbiła się mężczyźnie na głowie. Na chwilę poczuł ulgę. 

      — Tradycji stała się zadość.

      — Powiem.

      Wykrztusił mężczyzna.

      — Powiem.

      Ryknęli wszyscy. Elegancki zawył jak wilk.
      Środkowy tylko parsknął i splótł dłonie. Czekał.
      Zrobiło się goręcej, a potem zimniej.

      — Bardzo chętnie wysłuchamy tej historii… 

      — może…

      — …miłosnej?

      Elegancki zawył jeszcze głośniej. Krupier strącił cylindrem stos żetonów. Rozsypały się po stole.
      Powietrze reagowało na ich głos.

      — Bo ja…

      — Bo ty.

      — Cisza!

      Powietrze zatrzasnęło się.

      — Jestem tchórzem.

      []

      — Nieźle. Ciekawe, że głos potrafi zrobić więcej niż słowa.

      Dziewczyna zmarszczyła brwi.

      — A dlaczego w Piekle miałoby zabraknąć barmana?

      Barman uśmiechnął się. Nie zauważył, że przestał wycierać szkło.

      — Nie musiało.


      []

      Mężczyzna podniósł głowę.

      — Panowie pozwolą.

      Pierwsza z kart pojawiła się na stole. Diabły milczały w bezruchu.

      — Poznałem ją wtedy, gdy nie powinienem był się odwracać.
      Na początku tylko na siebie patrzyliśmy. Za długo.

      Zatrzymał się. W gardle zacisnął się żelazny uścisk. Wziął głęboki oddech.
      Środkowy głaskał maskę.

      — Widywaliśmy się częściej. Zbieraliśmy kwiaty.

      Elegancki z trudem powstrzymał chichot.

      — Spacery dłużyły się, rozmowy przeciągały. Dłonie znajdowały się same.

      Środkowy chrząknął. Gorycz zalała mężczyznę. Coś truło go od środka. Płakał, ale kontynuował.

      — Myślałem, że wszystko ułoży się samo.

      Szlochał dalej. Musiał to powiedzieć.

      — Miałem powiedzieć jej coś ważnego… Długo na mnie patrzyła.

      Na stole pojawiła się kolejna z kart.

      — Dosyć — uciął Środkowy.

      Głowa opadła w dół. Nie skończył.

      []

      Gdy mężczyzna skończył mówić, ktoś upuścił szklankę.

      — Cholera. Teraz?

      Barman porwał zmiotkę i szufelkę.

      Starszy siedział z zaciśniętymi ustami.
      Młodszy kręcił guzikiem koszuli.
      Dziewczyna oparła głowę na dłoniach.
      W barze zrobiło się cieplej.

      — Co było dalej?

      Młodszy podniósł gwałtownie głowę.

      — To nie koniec, prawda?

      — Nie… nie koniec.

      []  

      Gdy otworzył oczy, przy stole trwała zażarta dyskusja.

      — Panowie. No to jak będzie? Mam jasność.

      Zaśmiał się krótko. Przesunął na środek stołu kilka żetonów. Rozparł się wygodnie.

      — Twój ruch.

      Skinął na Krupiera. Ten wyciągnął kieszonkowy zegarek i zerknął.

      — Skąd ten pośpiech? Dojrzałe decyzje wymagają czasu.

      Kiwnął głową w stronę mężczyzny. Coś ścisnęło go. Lód stali wbijał się w skórę.

      — Przede wszystkim, skąd nagła skłonność do ryzyka?

      Środkowy spojrzał na Eleganckiego. Ten pochylił się delikatnie i poprawił mankiet. Nie odpowiedział.

      Krupier przeliczył żetony. Pstryknął palcami. Był przy mężczyźnie.

      — To ty za to zapłacisz. Tak czy inaczej.

      Serce uderzyło gwałtownie. Pstryk — znów siedział przy stole.

      — Sprawdzę.

      Wskazał na pulę. Żetony zawisły w powietrzu. Wyrównał stawkę.

      — Pas.

      Środkowy rzucił kartami. Splótł dłonie przed sobą.

      — Skoro pas, to pas.

      Cisza.

      — Jak pas to pas! — wrzasnął Elegancki.

      Wstał gwałtownie. W następnej chwili trzymał w dłoni pasek. Powietrze drgało z gorąca. Mężczyzna zdążył tylko zamknąć oczy.

      Leżał na ziemi. Skulił się.

      — Nie powiedziałem jej.

      []

      Siedział sam w długim tunelu. Migotało rubinowe światło.
      Zimno wchodziło pod skórę.
      Krople wody spadały głośno. Zbyt głośno. 

      []

      Diabły rozkoszowały się oceną.
      Maski leżały na stole.

      — Panowie. Z pewnością tchórz, ale jest jeszcze jeden ważny element. Naiwność.

      Zadarł głowę Krupier i przymknął oczy.

      — Zakończy się fatalnie — to więcej niż oczywiste.

      Elegancki Diabeł ziewnął i zapalił cygaro. Rzucił nogi na stół.

      — Moje zwycięstwo w pierwszej rundzie było… nieuniknione. 

      — Sądzę, że wystarczy odrobina stosownej motywacji… i skromna łapówka.

      Krupier uśmiechnął się.

      — Nie za duża. Są też inni, a jak dobrze wiemy… trzeba się dzielić.

      Zatarł przed sobą dłonie. Śmiech był krótki.

      [] 

      Z daleka usłyszał kroki. Powolne. Pewne.
      Przez chwilę pomyślał, że to…

      Cylinder nie pozostawiał wątpliwości. 
      Diabeł jednak ściągnął go i wziął pod ramię.

      Zrobiło się cieplej. Światło przestało migotać.

      — Nie cierpię tego prostaka. Klnę każdą chwilę w jego towarzystwie.

      Prychnął. Mężczyzna drżał.

      Diabeł kucnął. Zaczął przecierać jego dłonie. Pachniał wanilią.

      — Hierarchia jest wszędzie. Ja też jestem na dnie. Delikatność źle się tu kończy.

      Podciągnął rękaw.
      Na przedramieniu biegły cienkie, poprzeczne blizny. Jedna przy drugiej.
      Opuścił rękaw.

      — Wybacz… tę tkliwość. Nie po to tu jestem. Pozwolisz?

      Klęknął. Odłożył cylinder.
      Położył dłoń na łańcuchu — metal rozpłynął się bez dźwięku.

      Dotknął jego nadgarstków. Oddech mężczyzny wyrównał się.
      Ramiona opadły.

      — Dlaczego?

      — Nawet my potrafimy mieć nadzieję.

      Jego oczy błysnęły.

      — Ty też?

      — Bystry i zawzięty. Wiedziałem, że to nie koniec.

      — To nie koniec.

      — Pomóżmy sobie.

      Odczuł ciepło słów na skórze.

      — Czego chcesz?

      Diabeł uniósł głowę.
      Patrzył długo.
      Nie odezwał się.

      []

      Starszy wstał. Krzesło zgrzytnęło o podłogę.

      — Przepraszam. Potrzeba.

      Odszedł szybkim krokiem. Oblał twarz zimną wodą. Nie spojrzał w lustro.

      Wrócił.

      Barman wyraźnie się ożywił. Sięgnął pod ladę i wyciągnął butelkę.

      — Szkocka. Rocznik sześćdziesiąty siódmy. Rzadko się zdarza.

      Nalał wszystkim. Sobie również — lecz swoją szklankę wsunął pod ladę.

      — Za historię.

      []

      Siedział przy barze. Bar zmienił się, lśnił. 

      Mężczyzna miał ochotę dotknąć blatu. Widział i słyszał wyraźnie.

      — Panowie, czas najwyższy. Stawki poproszę. Zaczynamy drugą rundę.

      Diabeł ukłonił się. Gracze dostali karty.

      — To obelga. Psy przy stole.

      Syknął elegancki. Pozostali zaśmiali się krótko.

      — Mam nadzieję, że będzie ostrzej.

      — Oby.

      Złożył dłonie środkowy. Spojrzał na Krupiera.
      Odetchnął wolno. Płomienie świec cofnęły się wraz z wydechem.

      — Czekamy… z niecierpliwością.

      Zimny głos przytłumił światło. Na stole pojawiła się karta.

      — Mam mówić dalej?

      Pstryk. Przed mężczyzną pojawiła się szklanka. Zapach dotarł natychmiast.

      Wanilia.

      []

      Barman szybko chwycił szklankę i powąchał zawartość.
      Młodszy mężczyzna i dziewczyna spojrzeli na niego pytająco.
      Uśmiechnęli się pod nosem.

      — Nie…

      Rozejrzał się nerwowo. Zarumienił się.

      []

      — Okłamywaliśmy się od początku. Pięknymi słowami przykrywaliśmy ból. 

      Ktoś pociągnął nosem. Zapach uderzył w nozdrza.

      —  Tylko dla siebie. Godziny. Dni. Bez początku i końca.

      — Czyli nie pożądanie… tylko konsumpcja.

      Wycedził elegancki Diabeł i wstał.
      Chwycił wieszak i przycisnął do siebie.
      Otwartą dłonią przeciągnął od pasa w górę.
      Wciągnął powietrze zbyt wolno, zbyt głęboko.
      Jego kształt falował.
      Czas zastygł.
      Środkowy obrócił wolno maskę. Elegancki wrócił na miejsce.

      — Muszę przyznać… — zebrał się w sobie mężczyzna.

      — …że to było miłe?

      — Tylko na chwilę.

      Na stole pojawiła się karta.

      Diabeł wskazał palcem w górę. Światło świec zgasło.
      Zrobiło się zimniej.
      Krótkie dmuchnięcie. Świece znów zapłonęły.
      Wszystkie żetony środkowego znalazły się na środku stołu.

      — Va banque. 

      Obrócił głowę na obie strony. Diabły powolnie odłożyły karty.

      — To nie koniec historii?

      Mężczyzna zadygotał na dźwięk zimnego głosu.
      W gardle pojawiła się suchość.
      Oddech urwał się w pół taktu. Zamarł.
      Miał wielką ochotę wypić zawartość szklanki… 
      Nie zrobił tego.

      — Nie uniosłem jej żaru — zrobili to za mnie.

      [] 

      Starszy długo i ślepo patrzył w jeden punkt. 

      — Domyślam się, że nie chcielibyśmy wchodzić w szczegóły?

      Młodszy potarł brodę.

      — Lepiej nie.

      — Nie napił się ze szklanki?

      — On nie, ale ja chętnie to zrobię.

      Zrobiło się późno. 

      []

      — Moja kolej.

      Oczy Diabła zapłonęły. Ledwie poruszył dłonią.
      Zanim zrozumiał, leżał na ziemi. Coś zacisnęło się na jego karku.

      Diabeł zapalił cygaro. Drugi koniec trzymał w ręku.

      — Chodź… przejdziemy się.

      Ruszył w ciemność, ciągnąc go za sobą.

      []

      Do baru weszły dwie, roześmiane dziewczyny.

      — Zamknięte!

      Krzyk padł, zanim drzwi zdążyły się domknąć.

      — Ale przecież…

      Dziewczyny spojrzały po sobie. Żachnęły. Obróciły się na pięcie i wyszły.

      []

      Znajdował się teraz na peronie.
      Związany i niemy. 
      Mógł jedynie obserwować.
      Ciężar osiadł w piersi.
      Diabeł siedział rozparty, z ręką na oparciu ławki.
      Oddzielały ich tory.

      — Od początku wiedziałem, że to obelga. Psy przy stole?

      Warknął, kręcąc przy tym głową.

      — Klasyka. Nieśmiertelna.

      Zawył głośno.

      Na peronie zaczęli pojawiać się ludzie. Zajęci zwykłymi sprawami. Dzieci biegały. Dorośli sprawdzali zegarki.
      Nagle z jednej strony peronu wyszła para.
      Mężczyzny nie rozpoznał.
      Ją — od razu.

      Szarpnął się, ale liny tylko zacisnęły się mocniej. Diabeł zaczął czytać gazetę. 
      Szli blisko, trzymając się za ręce.
      Szeptali sobie do ucha.
      W pewnym momencie wskazała w jego stronę — na zegar nad nim.
      Pożegnali się, gdy nadjechał pociąg.
      Ona wsiadła. 

      W tej samej chwili z drugich drzwi wysiadła inna. 
      Czekający na nią mężczyzna wyrzucił ręce w górę i podbiegł do niej. Uścisnęli się.
      Trzymali się teraz za dłonie, a on zabrał jej bagaż.
      Odeszli w drugą stronę.

      — Podziwiam, jak regularnie kursują tutaj pociągi.

      Odezwał się w końcu Diabeł.

      Kolejna para. Kolejny pociąg.

      []

      — Panowie! Wielki finał! Czas na ostatnią rundę.
      Pytanie, które mam śmiałość postawić, jest proste…
      Czy psy zaczną w końcu szczekać?

      Mężczyzna nie zareagował. Był wyczerpany. W głowie wciąż słyszał dźwięk pociągu. Wciąż widział sylwetki kolejnych osób.
      Diabły przesunęły kilka żetonów na środek stołu.

      — Tradycyjnie poprosiłbym o stawkę na wejście i…

      — Pas.

      — Ja również.

      Kart nie rozdano.

      Siedział na krześle. Oddech przyspieszył.

      — Tym razem, łatwo nie będzie.

      Zimny głos uderzył go.
      Środkowy Diabeł machnął dłonią. Zostali sami.
      Ściągnął maskę i położył ją obok. Mężczyzna nie potrafił go ujrzeć.
      Brakowało mu tchu.
      Pstryk.
      Mężczyzna siedział teraz przed lustrem. 
      Było zakurzone.
      Milczało.

      []

       


        

       

       

       

        

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...