Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

W barze przybywało ludzi. Nadeszła dziesiąta rano – pora drugich śniadań, nazywanych teraz przerwami na lunch. Pani Maria uwijała się szybko, zadziwiająco energicznie jak na swój wiek – miała dobrze ponad czterdzieści lat. Ocierając pot z czoła, starała się nie myśleć o zmęczeniu, którego od poprzedniego dnia nie zniwelował nocny sen.
Ale nie narzekała. Była wdzięczna szefowi, że ją przyjął na kelnerkę mimo wieku, w którym już nie zatrudnia się kobiet w tym kraju. Inni albo grzecznie się wykręcali, że nie ma miejsc pracy, albo mówili otwarcie i bardzo chłodno: „Dziękujemy, szukamy kogoś młodszego”. Odkąd zamknięto przedszkole, w którym przepracowała ponad dwadzieścia lat w pocie czoła - jako pomoc wychowawczyni, czyli posługaczka do wszystkiego – minął prawie rok, zanim znalazła nową pracę tutaj. Wszędzie zamykano jej drzwi przed nosem, wszędzie dowiadywała się, że jest już niepotrzebna, już „na odstrzał”.
Podobnie traktowała ją rodzina – ciotki i wujaszkowie, u których musiała się zadłużyć; nie robili jej wymówek, nie odmawiali pożyczek, ale traktowali protekcjonalnie i czuła, że z chęcią pozbyliby się tego niepotrzebnego ciężaru, jakim była dla nich; wiedzieli zresztą – podobnie jak ona – że zapewne nie będzie nigdy mogła oddać zaciągniętego długu.
Nie była bowiem mężatką. Tak jakoś życie jej się ułożyło. Może dlatego, że była zbyt cicha, zbyt nieśmiała? Może też dlatego, że zbyt mało zarabiała? Może nie ubierała się dość modnie i krzykliwie? Nie potrafiła zwrócić na siebie niczyjej uwagi, zatrzymać jej dłużej na sobie. Wierzyła, że kiedy spotka wreszcie bratnią duszę, to się rozpoznają nawzajem – i z tą wiarą samotnie dożyła lat czterdziestu z hakiem.
Nie było jej łatwo samej. Maleńka pensyjka fizycznej pracownicy resortu oświaty... Ale nie to było najgorsze. Najtrudniej było jej znieść tę niemodną, wyśmiewaną często przez znajomych, jej własną naturę – rodzinną i uczuciową. Bardzo pragnęła być żoną i matką, żyć dla najbliższych, dbać o nich, kochać ich, opiekować się nimi. Tylko nie wiedziała, jak to zrobić, jak inne kobiety to robią, że wychodzą za mąż, i to często po kilka razy w życiu... Jej się nie udało ani razu.
Dopóki pracowała w przedszkolu, przynajmniej w namiastce realizowała silną potrzebę macierzyństwa, nadmiernie przywiązując się do dzieci. Zwłaszcza tych „wycofanych”, jak to nazywali psycholodzy – tych nieśmiałych, smutnych, poszturchiwanych przez inne. Takie dzieci odwzajemniały jej uczucia, kochając ją jak dobrą ciocię, garnąc się pod jej ochronne, łagodne skrzydła.
Odkąd straciła pracę w przedszkolu, było jej coraz trudniej znosić samotność, a wraz z nią wszelkie codzienne zmartwienia i upokorzenia. Często wspominała z rozrzewnieniem swoich wychowanków; to dodawało jej siły, kiedy musiała przetrwać jakieś trudne chwile, znosić przykrości, lęki o jutro. Pamiętała ich wszystkich, od pierwszego dnia swojej pracy tam, a było to – ile?... – już osiemnaście lat temu! Często liczyła, które z „jej” dzieci ile ma teraz lat... Najstarsze z nich właśnie przeżyły dwudziestą pierwszą wiosnę. Prawie dorośli ludzie!
Pamiętała ich wszystkich, ale nigdy ten pierwszy dzień pracy w przedszkolu nie przesunął się przed jej oczami tak wyraźnie, jak miało się to stać za chwilę.
Tłok w barze rósł, kelnerzy i kucharze zwijali się jak w ukropie, w kuchni co chwila coś spadało na podłogę, coś się tłukło, ktoś na kogoś wpadał, ktoś rzucał przekleństwo, ktoś inny mówił: „przepraszam”. Na sali pozostał już ostatni wolny stolik, właśnie w jej rewirze.
Nie na długo; kiedy niosła komuś jajecznicę, do baru weszli dwaj młodzi chłopcy i zajęli wolne miejsca. Mijając ich spojrzała kątem oka – zdawali jej się jacyś tacy znajomi. Wracając do bufetu przyjrzała się im lepiej: ależ tak, to byli oni! Jej chłopcy z przedszkola! Tak, na pewno: te same oczy, nosy, usta, te same spojrzenia – jedno zawadiackie, filuterne, a drugie zamyślone, nieobecne, trochę smutne. Spojrzała jeszcze raz zza bufetu: tak, nie ulegało wątpliwości!
Serce jej biło radośnie i mocno, po prostu dudniło, aż się bała, że szef usłyszy i wyjdzie z kantorka, żeby ściągnąć ją z obłoków na ziemię. Pomyślała, że zanim podejdzie do nich po zamówienie, sama przygotuje im coś dobrego, tak jak kiedyś, w przedszkolu. Zrobi im niespodziankę. Ciekawe, czy ją od razu poznają? Pokrajała maszynką do wędliny kawałek dopiero co przywiezionej szynki, wzięła dwa talerze, położyła na nich po trzy plastry, a potem na mniejszych talerzykach umieściła duże kawałki pachnącej, świeżo upieczonej szarlotki – „przysmak firmy”. Szarlotka będzie za darmo, od niej, na koszt firmy, a szynka... no, zobaczymy, pewnie i tak by ją zamówili, bo jest pierwszorzędna i w tej chwili rozpakowana. Jeszcze bułki... dziś grahamki są najbardziej miękkie. Masło, sztućce, kawa z mlekiem...
Szykując śniadanie, wróciła myślami w tamten dzień, który był pierwszym dniem jej pracy w przedszkolu, a jednocześnie dniem, w którym pierwszy raz zobaczyła tego chłopca i pokochała go całym swoim samotnym, macierzyńskim sercem. Zobaczyła wszystko jak na jawie, jak na filmie, lepiej niż na filmie, wszystkie kolory, kształty, ruchy, wszystko słyszała jak wtedy, każde słowo, wszystko po kolei...

- Pani Marysiu – mówiła pani Lucyna, wesoła, żwawa nauczycielka - na po śniadaniu będę potrzebowała... Wojtek, postaw ten stół na miejscu! Skaranie z tym dzieciakiem, rozniesie nam przedszkole, zanim dojdzie do zerówki! Proszę mi na po śniadaniu przygotować farby, wodę na każdym stoliku, pędzelki, kartony. A po malowaniu umyje pani stoły, krzesła, podłogę, ściany w pobliżu i upierze pani dzieci. Co pani tak patrzy? Proszę się nie przerażać, wszystkie przez to przeszłyśmy i dałyśmy sobie radę, przedszkole jest dla ludzi, chociaż nie wygląda na to. O, widzi pani tego małego pod ścianą? Znowu płacze. Nie może się przyzwyczaić. Są takie dzieci. Dobrze, że chlipie sobie po cichu, bo niektóre bachory drą się wniebogłosy, mają to po szympansach podobno. A ten to z tych dzieci nadwrażliwych, samotnik, ma tylko jednego kolegę, i to właśnie tego największego urwipołcia, proszę sobie wyobrazić. Niech pani go pocieszy, zagada, pani jest nowa, to zrobi pani na nim nowiutkie wrażenie, powinien zapomnieć, że płacze. Dzieci, idziemy myć ręce! Pamiętamy, że myjemy ręce, a nie rękawy!
Maria podeszła do skulonego w kącie chłopczyka o nieobecnych, mokrych oczach. Uśmiechnęła się. Był śliczny.
- No, nie płacz już krokodylimi łzami.
- Kokodilimi uzami... – powtórzyło dziecko chlipiąc.
- Jak się nazywasz?
- Mal... Malćsinek Ziającik...
- Marcinek Zajączek? Ślicznie! Nie płacz. Przecież w przedszkolu jest wesoło. No nie?
- W... esioło... w piśćkolu...
- No właśnie – wyjęła chustkę z kieszeni fartuszka chłopczyka i wytarła mu łzy z pucołowatych, piegowatych policzków pod wielkimi, granatowymi, smutnymi oczami w oprawie gęstych, czarnych rzęs.
Nigdy nie widziała piękniejszego dziecka. Nigdy żadne dziecko mnie miało tyle wdzięku, delikatności; nie było tak nieśmiałe, cichutkie, samotne, smutne; żadne dziecko dotąd nie potrzebowało nigdy jej opieki.
Tak się zaczęła ich wielka miłość.
Następnie Lucyna wróciła z łazienki.
- Dzieci, siadamy przy stołach, raz, dwa, trzy! Kto jeszcze nie siedzi? Pani Marysiu, tylko niech się pani nie rozpłacze razem z Zającem! Agatka, gdzie twoja łyżka? Natychmiast ją wyjmij z doniczki! Wojtek, jak będziesz bił Grzesia, to zawołam policjanta!
- Mój tatuś jest policjantem.
- Tak? Pani Marysiu, niech pani weźmie za uszy Wojtka, wrzuci go do klozetu i spuści wodę! Wojtek spłynie do Wisły i będzie święty spokój.
- Mój tatuś powiedział, że Wisły nie wolno zanieszyszać!
- Umyłeś ręce? To się nie martw o Wisłę! Jedz, bo umrzesz.
- Plosie pani, a Dajek mi zjadł zupę i chce mu się wymiotować!
- A Kasia to ma węża!
- Nie skarżyć, bo pomaluję języki na zielono i będziecie rechotać!... Jakiego węża, Matko Bosko?!
- Takiego wielkiego! O, chodzi tam, po stole!
- Kaśka! W tej chwili wyrzuć dżdżownicę za okno! Tu, za to okno z trawnikiem, nie na taras pani dyrektor! Tak. A teraz znowu umyj ręce, tylko bez rękawów! Zając, nie płacz, kochanie, jedz, bo umrzesz.
- Ja się naziwam... Mal... Malćsinek... Ziającik...
Pani Lucyna mrugnęła figlarnie do Marysi, mówiąc raz do dzieci, raz do niej:
- Dobrze, Zajączek. (On naprawdę nazywa się Zając. A Wojtek jest Komar). Wojtek Koszmar, nie bij Agaty łyżką! Ani niczym! (Pewnie się zakochał). Wojtuś, z kim się ożenisz?
- Z Malcinkiem Zajączkiem.
- Jak jeszcze raz uderzysz Agatę, to ja się z tobą ożenię! Zajączek, jedz, jak chcesz być duży.
- Ja nie chciem być dużi.
- W zasadzie to masz rację. Ale jak nie będziesz jadł, to się zaczniesz zmniejszać. Koszmar, nie obgryzaj paznokci Agacie!
- A pani nowa na nas nie krzyczy.
- Pani Marysia też zacznie krzyczeć w swoim czasie. Dzieci, kto zjadł, to niech idzie do łazienki, bo potem nie będzie latania! Potem będzie malowanie! Jacek, nie chcesz do łazienki? Ja ci zapowiadam uroczyście, że jak się znowu zlejesz, to ci zawiążę siusiaka na kokardkę! Pani Marysiu, niech pani je, bo pani umrze.
- Dobrze – Maria się uśmiechnęła.
Powiodła wzrokiem po dziecięcych główkach przy stolikach i trafiła na głębokie, poważne spojrzenie wielkich, granatowych oczu w czarnej oprawie długich, gęstych rzęs; podeszła i pogłaskała rudawe, puchate kędziorki:
– Jedz, Zajączku.

- Co pani mówiła?! – młody człowiek raptownie odskoczył razem z krzesłem, strącił jej dłoń ze swoich włosów i szeroko otworzył zdumione oczy, wielkie i ciemne niczym głębokie, granatowe jeziora.
Uśmiechała się radośnie. Co za spotkanie! Ciekawe, czy już ją zaczynają poznawać? Bo - że ją pamiętają, co do tego nie miała wątpliwości.
A więc nadal się przyjaźnią – tyle lat! Muszą już być dla siebie jak bracia. No tak, przecież mieszkają w jednym bloku.
Pochyliła się nad nimi i konspiracyjnie zniżyła głos niemal do szeptu, żeby inni goście nie słyszeli:
- Przygotowałam wam kanapki z najświeższą szynką. Inni kończą jeszcze wczorajszą – mrugnęła porozumiewawczo - I przyniosłam przepyszne ciasto. Najlepsza szarlotka pod słońcem! Ale ćśśś... to tajemnica.
- Nie prosiliśmy o świeżą wędlinę – drugi, wysoki chłopak przybrał wojowniczy ton – Czego pani od niego chce?
- Dzieciaki! – roześmiała się – rośniecie na ślicznych kawalerów! Panny pewnie oglądają się za wami?
- Nie pani sprawa! – wstał gwałtownie; kilka osób umilkło i spojrzało w ich stronę.
Zrobiło jej się przykro i nieswojo, ale jeszcze próbowała się śmiać:
- Siadaj, Koszmarek, nie gorączkuj się! – chwyciła go łagodnie za ramię, ale je wyrwał i zawołał:
- Proszę mnie nie dotykać! Marcin, idziemy, odjazd! Ta starsza pani próbuje cię poderwać! – obwieścił, a cała knajpa już przyglądała się jej z milczeniem pełnym zgorszenia.
Obaj wstali i szybkim krokiem skierowali się ku wyjściu. Przez chwilę stała nieruchomo z zastygłym, idiotycznym uśmiechem. Kiedy już byli w drzwiach, odzyskała głos i krzyknęła ochryple:
- Marcin Zając, Wojtek Komar! Nie pamiętacie mnie? Znamy się z przedszkola!
Marcin znieruchomiał w pół kroku, zaś Wojtek roześmiał się szyderczo:
- A nie z domu starców raczej?!
Ale natychmiast spoważniał i zapytał podejrzliwie:
- Skąd pani zna nasze nazwiska? Można wiedzieć?
Tymczasem Marcin powoli się odwrócił i przez moment popatrzył na nią, ale natychmiast odwrócił wzrok, uciekając przed jej oczami, i spuścił głowę.
- Byłam pomocnicą nauczycielki w przedszkolu, tam, gdzie chodziliście. To ja, pani Marysia. Nie pamiętacie? Podawałam wam jedzenie, zmywałam, sprzątałam, myłam stoły, szykowałam wszystko potrzebne na zajęcia, sprzątałam, myłam, rozkładałam leżaki, myłam wam ręce... rękawy, jak mówiła pani Lucyna – zaśmiała się cicho – Jakieś... jakieś piętnaście lat temu. Kiedy odchodziliście, dałam Marcinowi na pamiątkę gumowego krokodyla, żeby już nigdy nie płakał, żeby teraz już krokodyl płakał za niego, bo w szkole nie można płakać, bo inne chłopaki się śmieją z beksy, pamiętasz, Marcin? Tak się umówiliśmy!
Znów rzucił krótkie spojrzenie spode łba i natychmiast utkwił wzrok w podłodze; pyzate (do tej pory) policzki zaczęły nabierać purpurowego odcienia. Nie odzywał się. Teraz goście baru wlepili oczy w niego.
Za to Wojtek nie dał się zbić z tropu:
- I co? Mamy uwierzyć w pani matczyną serdeczność, tak? Jasne, jasne, sentymenty po tylu latach, tak? Pewnie panią wyrzucili za... kochanie dzieci! – zaśmiał się obleśnie i zwrócił do „widowni” – Wiecie, czym się różni pedagog od pedofila? Pedofil naprawdę kocha dzieci!
Kilka osób cicho zachichotało.
- Tutaj mamy, zdaje się, dwa w jednym! – ciągnął rozochocony tym chłopak - Chodź, Marcin, odjazd! Nie wniesiemy skargi za próbę molestowania, nie jesteśmy kable, ale więcej tu nasza noga nie postanie! – energicznie wypchnął zesztywniałego przyjaciela na ulicę i wyszedł za nim, trzaskając drzwiami.
„Publiczność” wpatrywała się w nią znowu, czekając w napiętym milczeniu na zakończenie przedstawienia.
Znów przez chwilę nie mogła się poruszyć; patrzyła na drzwi oczami, w których zastygło bolesne, zdumione pytanie: „Dlaczego?” Potem wolno, drżącymi rękami wzięła ze stołu talerze z kanapkami i szarlotką, i nie patrząc na nikogo, ruszyła w kierunku zaplecza. Tuż przed wyjściem nagle wszystko rozmazało jej się we mgle, a po piekących policzkach popłynęły gorące strużki, które poparzyły jej oczy; przyspieszyła i prawie wybiegła, uderzywszy się o framugę.
Na sali jeszcze przez chwilę trwała cisza, a potem wszyscy powrócili do spożywania swoich śniadań i do przerwanych rozmów. Nikt nie komentował zajścia, z wyjątkiem jakiegoś szczerbatego, około sześćdziesięcioletniego robotnika w brudnej koszuli, który głośno mówił jakby do siebie, kończąc kanapkę z serem:
- Ja ją znam, co dzień tu jestem i gadam z obsługą. To stara panna. Teraz wiadomo, dlaczego: dojrzali faceci jej nie podchodzą. Za starzy, kurka. Pełno teraz pedofili w przedszkolach, w szkołach; wiadomo, kto idzie na nauczycieli - za takie pensje?! - no to muszą chyba z czystej miłości do dzieci, kurka! Ale i nie tylko tam. Ciągle słychać gdzieś o pedałach. Wszędzie. Bo im teraz wszystko wolno, chcą równych praw, paradują, chcą adoptować dzieci, kurka! Ja bym im dał dzieci, skurkowańcom! Idę do roboty – wstał – i więcej tu też nie przyjdę. Ja nie chodzę do pedalskich knajp! – zakończył z dumą, przekraczając drzwi.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Naprawdę, tym bardziej, że systematycznie odwiedzam przedszkole i uczestniczę w jego życiu wewnętrzym, tym razem jako rodzic, przypominając równocześnie sobie własne dzieciństwo. Mógłbym jeszcze dodać, wiedziałaś kiedy opublikować, ach Ty! Ti,ti,ti;).
Opublikowano

Aaaa, to dlatego tak Cię trafiło! He he, widzisz, trza mieć nosa, kiedy się wstrzelić w zapotrzebowanie społeczne na swoją literaturę! ;-D
Ale masz fajnie. A moje maleństwo już dorosłe, pracuje... :-( Ale też jeszcze dziecko.

  • 5 miesięcy temu...
Opublikowano
traktowali protekcyjnie - chyba "protekcjonalnie"? :)
Najstarsze z nich właśnie przeżyły dwudziestą pierwszą wiosnę. Prawie dorośli ludzie! - Dzięki wielkie. Też Cię kocham. XD
Agatka, gdzie twoja łyżka? Natychmiast ją wyjmij z doniczki! Wojtek, jak będziesz bił Grzesia, to zawołam policjanta!
- Mój tatuś jest policjantem.
- Tak? Pani Marysiu, niech pani weźmie za uszy Wojtka, wrzuci go do klozetu i spuści wodę! Wojtek spłynie do Wisły i będzie święty spokój.
- Mój tatuś powiedział, że Wisły nie wolno zanieszyszać!
- właśnie leżę pod biurkiem i wyję ze śmiechu! :D

Powracając do opowiadania - od kiedy napisałaś, że chciała dla nich wszystkiego, co najlepsze, wiedziałam, jak to się skończy. Niemniej, poruszyło mnie to. Wzruszające.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Cylinder zastygł w bezruchu 

      a tuba zamilkła.

      Tym razem nawet igła fonografu 

      zdawała się nie mieć ochoty 

      wracać na powierzchnię cylindra 

      po raz setny tej przeklętej nocy.

      Obiecałem,

      że pomogę w poszukiwaniach,

      lecz po tym czego się tu dowiedziałem 

      i po tym co usłyszałem i zobaczyłem,

      stwierdzam jasno, 

      choć z dozą 

      naprawdę przejmującej rozpaczy,

      że mój nieodżałowany ojciec,

      został pochłonięty w odmęty, 

      bezdennej paszczy szaleństwa.

      Po czym uleciał w kompletny niebyt,

      bagiennych wrzosowisk

      północnej Szkocji.

      Przeszukano cały dom

      od piwnicy po strych.

      Wszystkie pozostałe obejścia i budynki.

      Studnie, staw

      a nawet rozkopano

      przydomowy ogródek

      ze wspaniałymi krzewami piwonii

      o które tak dbał.

      Bardziej niż o jedyne dziecko.

      Wszystko zaczęło się 

      gdy byłem jeszcze dzieckiem.

      Ojciec był 

      szanowanym profesorem archeologii 

      na uniwersytecie oksfordzkim.

      Był najlepszy w swoim fachu

      i dzięki temu pozostawał w kontakcie

      z najtęższymi umysłami

      z całego świata.

       

       

      Pamiętam doskonale zimowy poranek,

      jakieś piętnaście lat wstecz.

      Zakładałem szkolny mundurek 

      i z teczką w prawej dłoni 

      zmierzałem ku drzwiom domu.

      Ojciec szedł za mną.

      Trzymał mnie delikatnie za ramię,

      tłumaczył mi że jeśli 

      nie zakończy 

      zaplanowanego wykładu na czas 

      to odbierze mnie ze szkoły 

      nasza sąsiadka panna Stevenson.

      A jeśli wszystko zakończy się 

      zgodnie z planem 

      to obiecuję zabrać mnie

      potem na łyżwy.

       

       

      Nic nie poszło zgodnie z planem.

      Otworzyłem drzwi i o mało co 

      nie zderzyłem się w nich 

      z ponurym, wysokim 

      i dość postawnym jegomościem 

      w szarym, długim,

      dwurzędowym płaszczu 

      o prostym kroju.

      Jego fason

      nie był typowym dla wyspiarza

      a raczej obywatela zbuntowanej kolonii.

      Dziwny gość

      otarł mnie ledwie wzrokiem 

      zza przyciemnianych, wąskich szkieł

      i zwrócił się do mojego ojca.

      Bardzo przepraszam

      za tak nagłe najście 

      ale na uniwersytecie powiedziano mi,

      że jest Pan

      jeszcze w domu panie Fodden

      a sprawa z którą przychodzę nie cierpi już zwłoki ponad to co nadłożyłem starając się dostarczyć Panu interesujące dokumenty, zapis z fonografu oraz przedziwny szczątek metalu, który

      z pewnością pana zainteresuję.

       

       

      Wyjął z płaszcza niewielkie opakowane szarym papierem zawiniątko

      i wręczył je ojcu.

      Nazywam się Peter Noyes 

      i jestem zastępcą profesora Clarka 

      na uniwersytecie Miscatonic w Arkham.

      Myślę, że to Panu wiele wyjaśnia.

      Profesor liczy na Pana pomoc

      w tej sprawie.

      Jeśli tak w istocie będzie 

      czekam na Pana 

      w dniu jutrzejszym w południe 

      na nabrzeżu numer dwa,

      celem odbycia podróży

      najpierw do Bostonu 

      a potem do Arkham.

      Proszę pamiętać, 

      że nie ma czasu do stracenia.

      Gwiazda czy też planeta,

      powoli pojawia się 

      w naszych snach nieprawdaż?

      Nie czekając na odpowiedź,

      odwrócił się na pięcie i szybko

      znikł za zakrętem skrzyżowania.

      Ojciec nie tłumacząc niczego zaprowadził mnie do pani Stevenson

      i nakazał jej 

      by zajęła się mną przez jakiś czas 

      bo czeka go długi

      i pilny wyjazd do Bostonu.

       

       

      Zostałem u niej długie lata.

      A ojciec wrócił podobno kilka lat temu.

      Nikt nie wiedział skąd ani po co.

      Uważano go za zmarłego.

      Zaginął gdzieś w lasach Nowej Anglii 

      razem z tym całym

      Noyesem i Clarkiem.

      Nadal gdzieś w szufladzie biurka 

      mam jego nekrolog

      z jednej z gazet z Arkham.

      Żył ale przypłacił to szaleństwem.

      Nie widziałem go już nigdy później.

      A teraz zaginął po raz wtóry.

      Podobno planeta 

      znów nawiedzała go w snach.

       

       

      Odebrałem telefon z policji 

      i obiecałem przybyć na miejsce 

      by jakkolwiek pomóc śledczym.

      Bo sami nie rozumieli 

      w środek jak wielkiego szaleństwa 

      przyszło im wpaść i brnąć

      dzięki zostawionym wszędzie przez ojca dokumentom i zapiskom.

      Już ich pierwsze pytanie zdawało się idiotycznie niedorzeczne.

      Czy mówi mi coś nazwa Yuggoth?

      To miasteczko, osada czy może 

      jakaś kodowa nazwa 

      jakiejś świątyni czy wykopalisk?

      Znaleźli pamiętnik ojca,

      gdzie ta nazwa pojawia się ciągle.

      Ten krótki wpis ołówkiem 

      sprzed wielu tygodni.

      Wreszcie odezwali się do mnie

      Ci z Yuggoth.

      Będą czekać w oktawę święta 

      ojca Yog-Sottotha przy ołtarzu na wzgórzach.

      Zabiorą mnie znowu…

      Brzmiało to jak żart.

      Lecz jedno było pewne.

      Mój ojciec nigdy nie był skory do żartów.

       

       

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...