[]
Postarzały mężczyzna zaczął opowiadać.
— Jeśli Państwo pozwolą, to chciałbym podzielić się historią pewnego człowieka, który trafił do Piekła.
Rozejrzał się powoli.
— Piekło może być podobne do miejsca, w którym właśnie się znajdujemy. Podobne — zaledwie. Tam, każda postać nosiła maskę.
Zapadła cisza.
[]
Ciemność przylegała do skóry.
Okowy były brudne i oślizgłe.
Chłód stali palił boleśnie.
Było gorąco, a potem zimno.
Diabły siedziały dalej. Nie zwracały na niego uwagi. Grały w karty.
[]
— Zaczynam być ciekawa.
— Oszukiwali?
Śmiech przeciął ciszę.
[]
— Witamy, chłopczyku.
— To i tak stosunkowo wysoki tytuł.
Czyżby pojawiła się pokusa na mały zakład?
Głos był wszędzie.
— Twój widok.
Mlasnął z niesmakiem.
— Stawiam wszystko, że nie masz nam nic do zaoferowania. Ciało… daruj. Mamy wyższe ambicje.
Ktoś splunął w jego kierunku, a ślina spłynęła mu po twarzy.
— Cóż mógłby nam zaproponować?
— Ja…
Wyszeptał z trudem.
— Ty. Rzecz jasna, że ty, czyli niczyj.
— Bezpański.
— Bezpański… ładnie powiedziane.
— Trafnie, przede wszystkim.
Uderzył talią o stół.
[]
— Zaraz, zaraz. Skąd wiadomo, kto kim był?
— Za chwi…
— Czego chciały Diabły?
Barman przeciął odpowiedź.
[]
Ból stępiał. Kontury gęstniały. W ustach pojawił się niesmak.
— Mości Panowie, czas na pierwszą rundę. To będzie przyjemność.
Diabeł ściągnął cylinder i ukłonił się.
Pozostali gracze przesunęli żetony. Jego stos nie zmniejszył się.
— Ryzykować czy nie ryzykować?
— Ryzykować? — odezwał się środkowy.
— Państwo gotowi? Poprosimy o karty.
Krupier klasnął, a talia zaczęła tasować się sama.
— Panowie. Bez tradycji?
Odezwał się Elegancki. Lekko uniósł dłonie.
Wstał spokojnie. Wskazał na bar. Zatoczył w powietrzu krąg.
Pusta butelka rozbiła się mężczyźnie na głowie. Na chwilę poczuł ulgę.
— Tradycji stała się zadość.
— Powiem.
Wykrztusił mężczyzna.
— Powiem.
Ryknęli wszyscy. Elegancki zawył jak wilk.
Środkowy tylko parsknął i splótł dłonie. Czekał.
Zrobiło się goręcej, a potem zimniej.
— Bardzo chętnie wysłuchamy tej historii…
— może…
— …miłosnej?
Elegancki zawył jeszcze głośniej. Krupier strącił cylindrem stos żetonów. Rozsypały się po stole.
Powietrze reagowało na ich głos.
— Bo ja…
— Bo ty.
— Cisza!
Powietrze zatrzasnęło się.
— Jestem tchórzem.
[]
— Nieźle. Ciekawe, że głos potrafi zrobić więcej niż słowa.
Dziewczyna zmarszczyła brwi.
— A dlaczego w Piekle miałoby zabraknąć barmana?
Barman uśmiechnął się. Nie zauważył, że przestał wycierać szkło.
— Nie musiało.
[]
Mężczyzna podniósł głowę.
— Panowie pozwolą.
Pierwsza z kart pojawiła się na stole. Diabły milczały w bezruchu.
— Poznałem ją wtedy, gdy nie powinienem był się odwracać.
Na początku tylko na siebie patrzyliśmy. Za długo.
Zatrzymał się. W gardle zacisnął się żelazny uścisk. Wziął głęboki oddech.
Środkowy głaskał maskę.
— Widywaliśmy się częściej. Zbieraliśmy kwiaty.
Elegancki z trudem powstrzymał chichot.
— Spacery dłużyły się, rozmowy przeciągały. Dłonie znajdowały się same.
Środkowy chrząknął. Gorycz zalała mężczyznę. Coś truło go od środka. Płakał, ale kontynuował.
— Myślałem, że wszystko ułoży się samo.
Szlochał dalej. Musiał to powiedzieć.
— Miałem powiedzieć jej coś ważnego… Długo na mnie patrzyła.
Na stole pojawiła się kolejna z kart.
— Dosyć — uciął Środkowy.
Głowa opadła w dół. Nie skończył.
…
[]
Gdy mężczyzna skończył mówić, ktoś upuścił szklankę.
— Cholera. Teraz?
Barman porwał zmiotkę i szufelkę.
Starszy siedział z zaciśniętymi ustami.
Młodszy kręcił guzikiem koszuli.
Dziewczyna oparła głowę na dłoniach.
W barze zrobiło się cieplej.
— Co było dalej?
Młodszy podniósł gwałtownie głowę.
— To nie koniec, prawda?
— Nie… nie koniec.
[]
Gdy otworzył oczy, przy stole trwała zażarta dyskusja.
— Panowie. No to jak będzie? Mam jasność.
Zaśmiał się krótko. Przesunął na środek stołu kilka żetonów. Rozparł się wygodnie.
— Twój ruch.
Skinął na Krupiera. Ten wyciągnął kieszonkowy zegarek i zerknął.
— Skąd ten pośpiech? Dojrzałe decyzje wymagają czasu.
Kiwnął głową w stronę mężczyzny. Coś ścisnęło go. Lód stali wbijał się w skórę.
— Przede wszystkim, skąd nagła skłonność do ryzyka?
Środkowy spojrzał na Eleganckiego. Ten pochylił się delikatnie i poprawił mankiet. Nie odpowiedział.
Krupier przeliczył żetony. Pstryknął palcami. Był przy mężczyźnie.
— To ty za to zapłacisz. Tak czy inaczej.
Serce uderzyło gwałtownie. Pstryk — znów siedział przy stole.
— Sprawdzę.
Wskazał na pulę. Żetony zawisły w powietrzu. Wyrównał stawkę.
— Pas.
Środkowy rzucił kartami. Splótł dłonie przed sobą.
— Skoro pas, to pas.
Cisza.
— Jak pas to pas! — wrzasnął Elegancki.
Wstał gwałtownie. W następnej chwili trzymał w dłoni pasek. Powietrze drgało z gorąca. Mężczyzna zdążył tylko zamknąć oczy.
…
Leżał na ziemi. Skulił się.
— Nie powiedziałem jej.
[]
Siedział sam w długim tunelu. Migotało rubinowe światło.
Zimno wchodziło pod skórę.
Krople wody spadały głośno. Zbyt głośno.
[]
Diabły rozkoszowały się oceną.
Maski leżały na stole.
— Panowie. Z pewnością tchórz, ale jest jeszcze jeden ważny element. Naiwność.
Zadarł głowę Krupier i przymknął oczy.
— Zakończy się fatalnie — to więcej niż oczywiste.
Elegancki Diabeł ziewnął i zapalił cygaro. Rzucił nogi na stół.
— Moje zwycięstwo w pierwszej rundzie było… nieuniknione.
— Sądzę, że wystarczy odrobina stosownej motywacji… i skromna łapówka.
Krupier uśmiechnął się.
— Nie za duża. Są też inni, a jak dobrze wiemy… trzeba się dzielić.
Zatarł przed sobą dłonie. Śmiech był krótki.
[]
Z daleka usłyszał kroki. Powolne. Pewne.
Przez chwilę pomyślał, że to…
Cylinder nie pozostawiał wątpliwości.
Diabeł jednak ściągnął go i wziął pod ramię.
Zrobiło się cieplej. Światło przestało migotać.
— Nie cierpię tego prostaka. Klnę każdą chwilę w jego towarzystwie.
Prychnął. Mężczyzna drżał.
Diabeł kucnął. Zaczął przecierać jego dłonie. Pachniał wanilią.
— Hierarchia jest wszędzie. Ja też jestem na dnie. Delikatność źle się tu kończy.
Podciągnął rękaw.
Na przedramieniu biegły cienkie, poprzeczne blizny. Jedna przy drugiej.
Opuścił rękaw.
— Wybacz… tę tkliwość. Nie po to tu jestem. Pozwolisz?
Klęknął. Odłożył cylinder.
Położył dłoń na łańcuchu — metal rozpłynął się bez dźwięku.
Dotknął jego nadgarstków. Oddech mężczyzny wyrównał się.
Ramiona opadły.
…
— Dlaczego?
— Nawet my potrafimy mieć nadzieję.
Jego oczy błysnęły.
— Ty też?
— Bystry i zawzięty. Wiedziałem, że to nie koniec.
— To nie koniec.
— Pomóżmy sobie.
Odczuł ciepło słów na skórze.
— Czego chcesz?
Diabeł uniósł głowę.
Patrzył długo.
Nie odezwał się.
[]
Starszy wstał. Krzesło zgrzytnęło o podłogę.
— Przepraszam. Potrzeba.
Odszedł szybkim krokiem. Oblał twarz zimną wodą. Nie spojrzał w lustro.
Wrócił.
Barman wyraźnie się ożywił. Sięgnął pod ladę i wyciągnął butelkę.
— Szkocka. Rocznik sześćdziesiąty siódmy. Rzadko się zdarza.
Nalał wszystkim. Sobie również — lecz swoją szklankę wsunął pod ladę.
— Za historię.
[]
Siedział przy barze. Bar zmienił się, lśnił.
Mężczyzna miał ochotę dotknąć blatu. Widział i słyszał wyraźnie.
— Panowie, czas najwyższy. Stawki poproszę. Zaczynamy drugą rundę.
Diabeł ukłonił się. Gracze dostali karty.
— To obelga. Psy przy stole.
Syknął elegancki. Pozostali zaśmiali się krótko.
— Mam nadzieję, że będzie ostrzej.
— Oby.
Złożył dłonie środkowy. Spojrzał na Krupiera.
Odetchnął wolno. Płomienie świec cofnęły się wraz z wydechem.
— Czekamy… z niecierpliwością.
Zimny głos przytłumił światło. Na stole pojawiła się karta.
— Mam mówić dalej?
Pstryk. Przed mężczyzną pojawiła się szklanka. Zapach dotarł natychmiast.
Wanilia.
[]
Barman szybko chwycił szklankę i powąchał zawartość.
Młodszy mężczyzna i dziewczyna spojrzeli na niego pytająco.
Uśmiechnęli się pod nosem.
— Nie…
Rozejrzał się nerwowo. Zarumienił się.
[]
— Okłamywaliśmy się od początku. Pięknymi słowami przykrywaliśmy ból.
Ktoś pociągnął nosem. Zapach uderzył w nozdrza.
— Tylko dla siebie. Godziny. Dni. Bez początku i końca.
— Czyli nie pożądanie… tylko konsumpcja.
Wycedził elegancki Diabeł i wstał.
Chwycił wieszak i przycisnął do siebie.
Otwartą dłonią przeciągnął od pasa w górę.
Wciągnął powietrze zbyt wolno, zbyt głęboko.
Jego kształt falował.
Czas zastygł.
Środkowy obrócił wolno maskę. Elegancki wrócił na miejsce.
— Muszę przyznać… — zebrał się w sobie mężczyzna.
— …że to było miłe?
— Tylko na chwilę.
Na stole pojawiła się karta.
Diabeł wskazał palcem w górę. Światło świec zgasło.
Zrobiło się zimniej.
Krótkie dmuchnięcie. Świece znów zapłonęły.
Wszystkie żetony środkowego znalazły się na środku stołu.
— Va banque.
Obrócił głowę na obie strony. Diabły powolnie odłożyły karty.
— To nie koniec historii?
Mężczyzna zadygotał na dźwięk zimnego głosu.
W gardle pojawiła się suchość.
Oddech urwał się w pół taktu. Zamarł.
Miał wielką ochotę wypić zawartość szklanki…
Nie zrobił tego.
— Nie uniosłem jej żaru — zrobili to za mnie.
[]
Starszy długo i ślepo patrzył w jeden punkt.
— Domyślam się, że nie chcielibyśmy wchodzić w szczegóły?
Młodszy potarł brodę.
— Lepiej nie.
— Nie napił się ze szklanki?
— On nie, ale ja chętnie to zrobię.
Zrobiło się późno.
[]
— Moja kolej.
Oczy Diabła zapłonęły. Ledwie poruszył dłonią.
Zanim zrozumiał, leżał na ziemi. Coś zacisnęło się na jego karku.
Diabeł zapalił cygaro. Drugi koniec trzymał w ręku.
— Chodź… przejdziemy się.
Ruszył w ciemność, ciągnąc go za sobą.
[]
Do baru weszły dwie, roześmiane dziewczyny.
— Zamknięte!
Krzyk padł, zanim drzwi zdążyły się domknąć.
— Ale przecież…
Dziewczyny spojrzały po sobie. Żachnęły. Obróciły się na pięcie i wyszły.
[]
Znajdował się teraz na peronie.
Związany i niemy.
Mógł jedynie obserwować.
Ciężar osiadł w piersi.
Diabeł siedział rozparty, z ręką na oparciu ławki.
Oddzielały ich tory.
— Od początku wiedziałem, że to obelga. Psy przy stole?
Warknął, kręcąc przy tym głową.
— Klasyka. Nieśmiertelna.
Zawył głośno.
Na peronie zaczęli pojawiać się ludzie. Zajęci zwykłymi sprawami. Dzieci biegały. Dorośli sprawdzali zegarki.
Nagle z jednej strony peronu wyszła para.
Mężczyzny nie rozpoznał.
Ją — od razu.
Szarpnął się, ale liny tylko zacisnęły się mocniej. Diabeł zaczął czytać gazetę.
Szli blisko, trzymając się za ręce.
Szeptali sobie do ucha.
W pewnym momencie wskazała w jego stronę — na zegar nad nim.
Pożegnali się, gdy nadjechał pociąg.
Ona wsiadła.
W tej samej chwili z drugich drzwi wysiadła inna.
Czekający na nią mężczyzna wyrzucił ręce w górę i podbiegł do niej. Uścisnęli się.
Trzymali się teraz za dłonie, a on zabrał jej bagaż.
Odeszli w drugą stronę.
— Podziwiam, jak regularnie kursują tutaj pociągi.
Odezwał się w końcu Diabeł.
Kolejna para. Kolejny pociąg.
[]
— Panowie! Wielki finał! Czas na ostatnią rundę.
Pytanie, które mam śmiałość postawić, jest proste…
Czy psy zaczną w końcu szczekać?
Mężczyzna nie zareagował. Był wyczerpany. W głowie wciąż słyszał dźwięk pociągu. Wciąż widział sylwetki kolejnych osób.
Diabły przesunęły kilka żetonów na środek stołu.
— Tradycyjnie poprosiłbym o stawkę na wejście i…
— Pas.
— Ja również.
Kart nie rozdano.
Siedział na krześle. Oddech przyspieszył.
— Tym razem, łatwo nie będzie.
Zimny głos uderzył go.
Środkowy Diabeł machnął dłonią. Zostali sami.
Ściągnął maskę i położył ją obok. Mężczyzna nie potrafił go ujrzeć.
Brakowało mu tchu.
Pstryk.
Mężczyzna siedział teraz przed lustrem.
Było zakurzone.
Milczało.
[]
@violetta
:) fajnie, ja za bardzo nie jestem zmysłowa ;) ale nawet trochę podobna do Hilary :) chociaż bardziej do Scarlett Johansson :) a Ty do kogo? :)