Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Do AA przywlokła mnie niemal siłą. Osoba ekspansywna, apodyktyczna i władcza. Pod każdym względem doskonała. Taka była moja mama, która miała nosa do ludzi i potrafiła swatać zranione dusze jak nikt na świecie.
- Chodź, poznasz Zbyszka. To facet po przejściach, alkoholik. Jego też rzuciła kobieta.
To mi się spodobało. Facet, który zapija się na śmierć, musi mieć powód. Miesiąc po tym jak odeszła wypisał jej imię na ścianie swego M1. To był jego ostatni miesiąc sam na sam z butelką i lustrem. Pił i palił papierosy, jeden za drugim. W akcie desperacji napisał list do Boga: "Boże, przytulam się do ściany" i za wszystkie pieniądze jakie posiadał przy sobie nakupował siwuchy, później poszedł do piwnicy z zamiarem zapicia się na śmierć. Uratowało go tylko to, że zanim skończył pić stracił przytomność. Kiedy go zobaczyłem, miałem wrażenie, jak bym znał tego człowieka od dziesiątków lat. Opuchnięta gęba i przebarwienia skóry, widok dobrze mi znany. Twarz nakarmiona zmarszczkami, ściśnieta grymasem cierpienia i tęsknoty. I pomyśleć, że Zbi był facetem po studiach. Cholera wie co tam za kierunek robił, on sam chyba nie bardzo to pamiętał. Był przecież zlepkiem wczorajszych dni, wrakiem na mieliźnie, cieniem człowieka z kaesem na karku. Z taką niewydolnością serca i pięćdziesiecioprocentowym uszczerbkiem na zdrowiu, mógł żyć tylko Zbi - włóczega duszy prześladowany przez fatum.
Zbi miał kobietę na studiach. Szaleli za sobą. Mieli plany, marzenia i ten skarb - miłość niemal do szaleństwa. To jest już ten stan, kiedy bez drugiego nie można jeść, oddychać, żyć... Tak oto ich wspólne plany staneły przed ołtarzem. Na tydzień przed ślubem puściła go kantem z nalepszym kolegą z roku. Zbi nie wytrzymał i zaczął chlać. Jak skończył studia? Nikt nie wie. Na uczelni znano go dobrze. Krążyła o Zbi obiegowa opinia. Kiedy ktoś się napił za mocno na imprezie, to mówiono do niego: "Napiłeś się jak Zbyszek". Zbi pił, by zapomnieć o swoim złamanym sercu i o kobiecie, która była dla niego wszystkim co miał. Przemierzył z nią całą Europę. Pokazał życie barda, kiedy na skwerkach Paryża i Wiednia grał na akordeonie pieśni francuskich poetów. Kiedy z grania na "Piazza San Pietro" żywił ich dwoje i opiewał jej piękno w sercu Wiecznego Miasta. W ten sposób wpisywał ją w panteon bogiń, które stają się zgubą dla swoich błędnych rycerzy.
Po swojej nieudanej próbie z samozniszczeniem, ocknął się dopiero na wytrzeźwiałce i pod okiem pani Mani doszedł do stanu możliwej używalności władz cielesnych i umysłowych. Byłem jej wdzięczny, kiedy słuchałem gitarowych zaśpiewów o Griszy i Saszy co to z radosnym sercem szli do kołchozu. To zbyszkowe granie mialo swój niepowtażalny charakter, swojski i ludyczny. Kiedy brał do ręki stare ruskie wiosło sprzed 20 lat pierwszysraz w życiu widziałem kogoś, kto żyje poezją, sam stając się jej najlepszym przejawem. Zaśpiewywaliśmy się do białego rana w stachurowskich pieśniach. Pisaliśmy wtedy kilka własnych i nigdy nie było końca poetyckim biesiadom. Zawsze, gdy go zapraszałem do siebie, słyszałem tylko pytanie: "Będzie czarna kawa i papierosy?". "Jasne Zbi. Wpadaj. Drzwi mojego domu stoją przed Tobą otworem". Zarywaliśmy całe noce na czytanie poetów wykletych. Rankiem budził mnie i śpiewał coś co ułożył, gdy spałem. W Jego przebarwionej wymuszoną abstynęcją twarzy i przekrwionych oczach widziałem jakiś błysk, jakby płomiń nadzieii na cokolwiek, co będzie lepsze niz to piekło z którego wrócił. Cedził przez zęby: "Ojczyzną moją jest muzyka a ty mi jesteś jak ta nuta rzewna..." - zagięty na gitarze jak gwóźdź.

Mi także kobieta złamała duszę. Mięliśmy więc tę samą ranę. Jak mawiał Sted: "Z bliźnim się można zabliźnić" - dlatego Zbi potrzebował mnie a ja jego.

- Otwieraj! - Krzyczałem mu prosto w twarz, podając butelkę drżącymi rękami. Widziałem jak przełyka ślinę i jak cedzi słowa przez zaciśnięte zęby.
- Myślisz, że nikt nie widzi i nie wie, że robisz z siebie degenerata!? Ale pamiętaj nie jesteś sam. Ja jestem z tobą. Masz tu kurwa przyjaciół. Myślisz, że pozwolimy Ci na to, abyś zniszczył siebie i swoje życie, to się mylisz. Otwieraj! Pijemy razem. Jak chcesz się znowu zapić to zrobisz to ze mną. Otwieraj!
Głos grzązł mi w gardle. Ręce odmawiały posłuszeństwa. Widziałem, jak ślini się coraz bardziej. Miałem szum w głowie a serce powoli wyłamywało mi się z piersi.
- Co nie chcesz pić ze Mną? Strach Cię obleciał?
Nagle Zbi wyrwał mi butelkę i sprawnym ruchem uderzył nią o rant pomostu tak zmyślnie, że utrącił szyjkę. Dalej podniósł ją do ust. Ale zawahał się. Patrzył na mnie wilczym wzrokiem. Widziałem jak łzy napływają mu do oczu.
- Nie chcę. Nie. Prosze Cię M pomóż mi. Kurwa, pierdolone...jak boli, boli mnie. Dlaczego? Pomóż bo umieram.
Złapałem ręką za butelkę w miejscu, w którym szkło miało ostre zakończenia i ścisnąłem ile sił. Na mojej dłoni Zbi zacisnął swoją aż pojawiła się cienka strużka krwi. Siłowaliśmy się w milczeniu aż zsiniały nam ręce. Wyrwałem mu ja po chwili i wrzuciłem do wody. Kręgi wygasły powoli i jezioro odzyskało gładkośc lustra. Obaj oddychaliśmy ciężko i mięliśmy łzy w oczach.
- Dzięki bracie - powiedziałem a głos łamał mi się przy każdej sylabie.
- Skończyłem... rozpoczynaj - powiedział Zbi i wiedziałem, że piekło chociaż tego dnia pozostało puste.


Któregoś upiornego ranka obudził mnie śmiertelnie przejęty.
- Te poeta! Wstawaj! Mam złotą myśl. Ty M masz tam znajomości w tym ośrodku. Znasz ludzi, zaangażujesz się. - Zbi miał już wszystko poustawiane.
- Zaraz Zbi. Czekaj. Nie widzisz, że śpię?
Zbi zdjął z pleców gitarę niczym myśliwy łuk i już po chwili śpiewaliśmy wszystkie piosenki, które udało nam się ułożyć od kiedy tylko podaliśmy sobie prawice na znak przyjaźni. Później przyszedł czas na wiersze i poematy. Od kilkugodzinnego recytowania rozbolały nas uszy i postanowiliśmy zająć się stroną organizacyjną. Na pierwszy ogień poszły wszystkie telefony do całej paczki i już po niemal godzinie mięliśmy na 12 metrach kwadratowych kilkunastoosobową naradę strategiczną na temat pomysłu Zbi, aby wystąpić z materiałem autorskim na wieczorze poezji w miejscowym ośrodku. Gawiedź przytaknęła i w pokoju zrobiło się jak w klubokawiarni - papieroski, kawa i szekspirowskie bla, bla, bla.

Moja wrodzona cecha organizatora wzięła górę nad literackim zamieszaniem w momencie, kiedy towarzystwo miało w organizmie więcej kofeiny niż krwi. Wywaliłem hołotę z domu na miasto w celu zrobienia reklamy przyszłej imprezie. Kodżo zabrał wiosło i poszli grając na skwerkach.
Nazajutrz miałem już opracowany plan przygotowywania całej imprezy. Najpierw chodnik zaprowadził mnie do pani K z miejskiego ośrodka. Kobieta wyglądała mi na uzależniona od wyszukiwania miejskich talentów. To od niej dowiedziałem się, że w ośrodku kultury istnieje Klub Ludzi Artystycznie Niewyżytych, ale brakuje mu kadry a nasz pomysł jest jak najbardziej do zrealizowania. Zaprosiła całą paczkę na kawę i ciasteczka. Bardzo chciała nas poznać. I już na drugi dzień cała trupa zległa gdzie tylko było można na kameralnej sali, chcąc zaprzyjaźnić się z miejscem naszego przyszłego występu. Wymianie pomysłów towarzyszył akompaniament Kodża i śpiewy małej K. Moondek nieobecnym wzrokiem wierszował jakiś ćpuński poemat jednej z tutejszych klubowiczek i powoli porywał ją na swoją bezludną wyspę, czyli do M1 na ulicy K. Duża E spotkała tam ponoć swojego wyśnionego Jimma Morissona, niejakiego Wojtka, który miał buty ze skóry krokodyla. Zbi przyszedł ze swoją świerzutką muzą Katrin i co rusz przerywał nasze dysputy opiewając przy dźwiękach gitary swą nową Dulcyneę. Kodżo wyrwał z domu i przyprowadził ze sobą Pawła, wiernego fana Pink Floyd. Właśnie ćwiczył solo z "Dark Side of The Moon", wbity z gitarą w swój twórczy fotel. Przyszedł tak jak go Kodżo zastał, w laczkach i ze słuchawkami na uszach.
Na planecie dziwaków wiekie poruszenie. Ktoś musiał się zając plakatami, ktoś ułożeniem programu, zaproszeniem specjalnych gości, generalnie chodziło o szum wokół całej sprawy. Efekty spotkania u pani K przerosły nasze pierwsze oczekiwania. Chyba wszyscy bez wyjątku złapali bakcyla organizacyjnego, bo natychmiast po opuszczeniu sali artystycznej rozlecieli się do swoich wcześniej otrzymanych obowiązków. Zostałem sam na placu przed domem kultury i dotarło do mnie, że mam misję. Jestem potrzebny moim przyjaciołom, innym ludziom, temu miastu a przede wszystkim sobie samemu. Czułem się jak szkło powiększające, kiedy skupia w sobie promienie słońca - płonąłem wewnętrznie i zapalałem innych. Widziałem, że jestem potrzebny, ponieważ byłem ogniwem spinającym wszystkie światy ludzi, którzy mnie otaczali. Światy odległe, niekiedy niemożliwie odległe. Jednak coś we mnie samym ciągnęło mnie do szaleństwa, któremu na imię szczęście. Czułem się tak, jakby życie naprawdę było piękne.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.




Oj Judyt Judyt...
czasem szukamy w śmieciach, czasem w kwiatach
"są tam dzieci o poranku"...

mrs
no może i tak Marku, ale przejedź z góry do dołu
po wierszach- tak, zauważasz w kwiatach więcej
czy w śmieciach?
chociaż swoją drogą to śmieci w tym świecie są
chwytliwsze(niestety)
Opublikowano

"Jak śmierć potężna jest miłość,
żar jej to żar ognia"... Pnp

W śmieciach i na wysypiskach ludzkich losów; w rubieżach szklanych domów i na zakolach dróg; w rwących nurtach zwątpienia i w potrzasku bez wyjścia; na scenie samotności i w tłumie bezsilnego krzyku - tam...


mrs

Opublikowano

Powinieneś wrzucić ten kawałek na prozę. Jest tam kilka osób, które trochę podpowiedzą np.Rachel, Ania Ostrowska...
Zanim to zrobisz, przeczytaj jeszcze raz dokładnie i popraw błędy, spacje itp.
Jest pomysł, klimaty, przesłanie, ładna poetyka - "Kręgi wygasły powoli i jezioro odzyskało gładkośc lustra". Początek nieco słabszy od reszty. Zakończenie całkiem,całkiem :) "Czułem się jak szkło powiększające, kiedy skupia w sobie promienie słońca - płonąłem wewnętrznie i zapalałem innych. Widziałem, że jestem potrzebny, ponieważ byłem ogniwem spinającym wszystkie światy ludzi, którzy mnie otaczali. Światy odległe, niekiedy niemożliwie odległe. Jednak coś we mnie samym ciągnęło mnie do szaleństwa, któremu na imię szczęście. Czułem się tak, jakby życie naprawdę było piękne."
Przeczytałam z zaciekawieniem, odnalazłam trochę swoich klimatów.
Pozdrawiam Stachu rowo ;)

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.




A nie mogę jeszcze na prozę, bo tam jest takie dziwne coś, że kiedy walniesz teks i go skasujesz, bo trzeba poprawić, to później nie dasz rady ponownie. Poczekaj sobie kolego tydzień ;) I czekam.
Tekst jak najbardziej do dopracowania.

Pozdrawiam
Stasiukowo :)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Moją równowagą jest smutek  Moją powagą jest smutek Moją prostotą jest smutek    Taki niski   Kiedyś w złych sytuacjach bardzo chciałem być radosny    Są antydepresanty  Ale nie ma tabletek na wywoływanie płaczu    Nie rozumiem tego a to dużo mówi    Ta złość która żyje we mnie musi odejść  Ta frustracja  Ta niezgoda    Ostatnio smutek nawiedził mnie w romantycznym okresie mojego życia młodości  Byłem outsiderem    Teraz smutek przychodzi do nienawiści, jakby przywołany przez nienawiść    Jest, mam wrażenie tyle nieodkrytych sfer w moim odczuwaniu    Po kolei, było tak: nienawiść potem bunt i złość, potem użalanie się nad sobą i bycie ofiarą   Potem destrukcja, potem znowu złość i cierpienie    Teraz poddanie się i smutek.   Najpiękniejszy, najdelikatniejszy on nie stwarza fałszu, on mi pokazuje prawdę taką jaką jest , wybacza zamiast karać.   A gdzie jest teraz sumienie i wewnętrzny krytyk?    Niewiem jak to osiągnąłem, pozwoliłem sobie na uczucie miłości i wdzięczności w relacji przyjacielskiej   Dla mnie smutek jest wolnością  Jest powrotem zakochanego    Teraz to widzę - upadek nastał kiedy niegdyś zacząłem szukać pocieszenia    Czy możliwe że..... skoro teraz mam wiek Chrystusowy to można to interpretować tak, że zaczyna się dobre życie a ten smutek jest związany z opuszczeniem ukochanego Człowieka, Bliźniego?   I.... może momentem samowiedzy, iż śmierć nie jest dla mnie końcem, przejściem ani nowym początkiem    Jest opuszczeniem ukochanego Człowieka.              
    • z trudnością się wyrasta przy małej ilości światła każdy zakalec wie dokładnie jak bardzo trzeba się naszarpać o odrobinę miejsca   wzdłuż wszerz w górę   mechanizmy tego klimatu nie są zbyt skomplikowane chelicery hoduje się własne a posila się bardzo rzadko na wstręt już nie zauważając   ani na własną okrutność   bo w ciemnym świecie żyje zwykle ciemne pożywienie i niejasne są przypadłości jakimi kieruje się posiłek znajdujący się tuż obok   może szuka odskoczni   gdzie wino nabiera mocy a na półkach obok niego kurzą się graty pośrupane imadło lub emaliowany garnek które nie chcą urosnąć   i nigdy nie potrzebowały  
    • @Maciej Szwengielski - mało osób potrafi właściwie zinterpretować Kazanie na górze, a przecież są dylematy, które tylko serce rozwiązuje właściwie. Wiele u Jezusa opowieści zilustrowanych przykładami, w których zawarto stosowne wskazówki – to pewnik. Czasem ewidentnie widać, że w danej sprawie należy się pokierować sercem, bywa, że nie ma wątpliwości. Duchowni krytykują z ambony modernizm, twierdząc, że to odejście od prawdziwej wiary. Czasem jednak wydaje się, że i u konserwatywnych filozofów katolickich jest za dużo wniosków na wyrost, a u duchownych – za dużo formalności. Kto ma czas zatrzymać się każdego dnia i przeczytać fragmenty, chociażby o rozmowach Chrystusa z faryzeuszami? Przecież tam Nazarejczyk mówi do każdego z osobna, to nauki o sercu. Przez miłość do Boga i ludzi. Po co to komplikować? Nie ma sensu mnożyć bytów ponad miarę.
    • Dedykuję wszystkim Polskim Asom przestworzy, którzy walczyli o wolność i honor dla Polski – niech ich odwaga i poświęcenie nigdy nie znikną z pamięci współczesnych Polaków. Jan Jarosław Zieleziński -----------------------------------------------------------------------------------------   Historia ta o Sprawie i Ludziach Honoru, ze zdjęć starych, pożółkłych – prawie bez koloru, O polskich pilotach wojny strasznych dni, Wolnych i walecznych – tak jak fri-ou-fri*. To historia o Polsce i jej losach w przestworzach, O sile i braterstwie będzie tutaj mowa. Przypomniemy Polaków bohaterskie dni, Z polskiego dywizjonu – asów fri-ou-fri. A więc, żeby nie przedłużać i zacząć od razu, Zasiądźmy za sterami i dodajmy gazu! Wzbijmy się angielskim myśliwcem w przestworza, Cząstki cień historii usłyszeć zza morza... Witold Urbanowicz, będąc nazbyt szczery, na zawodach, z Niemcami miał niezłe afery, Lecz pomimo dąsów i szwargotu pytań, do poziomu sprowadził pana Messerschmidta*. Potem w Anglii, będąc jako wing commander, RAFu opieszałość poznał całą prawdę. Miast czym prędzej Niemcom przypiłować śrubę, Cierpliwości Polaków RAF testował próbę*. Kapitan Paszkiewicz przerwał passę marną. Skrzydłami zahuśtał, po czym krzyknął: „Za mną!” I tak oto RAF z końcem dni sierpniowych, dopuścił dywizjon do lotów bojowych*. Znowu nas wysłali nad londyńskie doki, Blenheimy beztrosko suną przez obłoki... Znowu pilot „Paszko” wszystko to ogarnął. Klucz poderwał słowami: „Do ataku! Za mną!” Jan Zumbach w manewrze samolot przechylił. Już ma Szwaba w muszce! Ale cóż to? Chybił? „Coż to się tu stało?! A niech to cholera! Blokady ze spustu żem nie zdjął gdym strzelał!”* Skręcając dość silnie, aby się nie zderzyć, Blackoutu* doświaczył, lecz zdołał to przeżyć. Lecz co się odwlecze – to już nie uciecze... Cyk-cyk-cyk! – do Heinkla*, dym za nim się wlecze. Kanadyjczyk John Kent nos często zadzierał, By o mały włos Niemiec go ostrzelał, Pan Henneberg Zdzisław na niego nurkuje, Browning Hurricane’a Szwabu nos „pudruje”. „Dzięki, Sir” – Kent mówi (już podczas powrotu), „Żeś mi Messerschmidta zmusił do odwrotu.” „Nie ma za co, lecz poprawkę proszę małą wnieść: Sześć było tych Niemców. Nie jeden, a sześć.”* Stanisława Skalskiego Cyrk był niezłą hecą, Messerschmidtów chmara – Szkopy dzielnie lecą. Garstka polskich asów z nieba na nich spada! Strach Niemców obleciał – biada Niemcom, biada. Innym razem Skalski po podniebnych szrankach: radiostacja milczy, skrzydło ma w kawałkach, Hurricane’em swoim, gdzie zbiornik przecieka, Dotarł do Leconfield – tam już spokój czeka. Mechaników zespół złapał się za głowę: (Samolotu z akcji zostało z połowę) „Dziękuj Bogu na mszy metrową gromnicą! Bo Twój Hurricane, kolego, dziurawy jak sito...”* Zdecydować się na manewr „martwego silnika”*, To doprawdy rozterka pełna wszelkich pytań. Zabronionym manewrem, odwagą się wsławić, By maszynę wierną od śmierci ocalić. Pan Mirosław Ferić zapisał się chwałą, stworzył rzecz tak prostą jak i niebywałą, Dziennik dywizjonu, co się rzucał w oczy, Jerzy Szósty – Król Anglii – też inkaustem zroszył*. Dywizjonu dziennik chłonął wpisów inkaust i zgłoskami złotymi historię zapisał. Zaiste, alianci mogli Polakom zazdrościć – Dywizjonu 303 zwanego „Kościuszkowskim”. Jan Zumbach fantazji ułańskiej dochował, Tuż przy śmigle Kaczora pięknie namalował. Luftwaffe spogląda na raport wieczorem: „Zestrzelił nas ten podły samolot z kaczorem.”* „Johnny” wrócił „zawiany” po balandze nocnej, Do raportu stanął, RAF wkurzał wciąż mocniej. Jego para rąk się jednak w walce nada, Poleciał na akcję i zestrzelił Szwaba.* Wtem RAF raport słyszy przesuwając plansze: „Spokojnie, koledzy, ja go ciut postraszę.”* I już Zumbach serią zaczyna swe szycie, Kolejny Messerschmidt pożegnał się z życiem. Pan Josef František, co odłączał z szyku, stał się w RAF-ie pierwszym z takich samotników. Nad kanałem na Niemców często on polował, i kulami śmierci gęsto ich częstował.* Hurricane, Spitfire i inne maszyny, Tak zabójczo piękne jak alianckie dziewczyny*, Siekające ogniem karabinów Browninga*, Dobrych niemal prawie jak system Gatlinga*. Historia ta ma jednak gorzkie zakończenie: W Jałcie sojuszników zdrada cicho drzemie. Przywódcy aliantów tamtych strasznych dni – Churchill, Roosevelt, Stalin – ci nas zdradzili*. Defilada zwycięstwa i wolności znaków, Wszystkie armie świata, ale... bez Polaków. Ach! Nie sposób zdołać zawiłości tłumaczeń, Na pytanie starszej Lady: „Dlaczego pan płacze?”* -------------------------------------------------- Wiersz napisany na podstawie książki Lynne Olson i Stanley Cloud pt. "Sprawa honoru".

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      -------------------------------------------------- Wyjaśnienia do wiersza: [fri-ou-fri* – jest to swoista gra słów – otóż: liczba 303 wymawiana po angielsku w slangu wojskowym fonetycznie dokładnie tak brzmi, czyli: „three ou three”, natomiast paradoksalnie można ją czytać również jako „free, O! free...”, co w wolnym tłumaczeniu można by przetłumaczyć jako: <Polscy Piloci> „niosący wolność, którą tak ukochali”.] [*"do poziomu sprowadził pana Messerschmidta" -> patrz: opis incydentu przyłapania niemieckiego konstruktora Willy'ego Messerschmidta podczas wkroczenia na polskie zawody lotnicze NIELEGALNĄ i NIEPRZEPISOWĄ drogą, za co Witold Urbanowicz "ukarał" go upokorzeniem w postaci położenia się na ziemi pod groźbą użycia broni przez strażnika lotniska, gdzie odbywały się owe zawody lotnicze -> patrz: książka pt. „Sprawa honoru”, strony: 57–58 (rozdział: „Polska „będzie walczyć”)] [*"Cierpliwość Polaków RAF testował próbę" -> patrz: opis odwlekania przez dowództwo RAF-u włączenia Polskich Pilotów do lotów bojowych -> patrz: książka pt. „Sprawa honoru”, strony: 120–127 (rozdział: „Bitwa w Northolt”)] [*"dopuścił dywizjon do lotów bojowych" -> patrz: moment, kiedy dowództwo RAF-u – w obliczu wysokich strat własnych pilotów angielskich i brawurowej i udanej akcji zestrzelenia Messerschmidta – w końcu sierpnia 1940 roku zdecydowało się dopuścić Dywizjon 303 do lotów bojowych -> patrz: książka pt. „Sprawa honoru”, strony: 127–128 (rozdział: „Bitwa w Northolt”)] [*„Klucz poderwał słowami: „Do ataku! Za mną!”” -> patrz: opis rozpoczęcia ataku na niemieckie bombowce (Blenheimy) przez klucz „żółty” prowadzony przez Kpt. Ludwika Paszkiewicza -> patrz: książka pt. „Sprawa honoru”, strony: 139–140 (rozdział: „Mój Boże, oni naprawdę ich koszą!”)] [*„Blackoutu” -> czytaj: „blekautu”. „Blackout” jest to chwilowa utrata przytomności spowodowana nagłym spadkiem dopływu krwi do mózgu, najczęściej w wyniku przeciążeń, gwałtownych manewrów lub skrajnego stresu. Objawia się ciemnym „zamgleniem” w polu widzenia i utratą świadomości, która zwykle trwa kilka sekund. [*„Blokady ze spustu żem nie zdjął gdym strzelał!” -> patrz: próba otwarcia ognia ze swoich karabinów Browninga przez Jana Zumbacha i jego reakcję -> patrz: książka pt. „Sprawa honoru”, strony: 140–141 (rozdział: „Mój Boże, oni naprawdę ich koszą!”)] [*„Heinkla” -> czytaj: „Hajnkla”. Heinkel He 111 był niemieckim bombowcem średniego zasięgu używanym w II Wojnie Światowej we wczesnych latach 40-tych] [*„(...) Nie jeden, a sześć.” -> patrz: opis ocalenia życia kanadyjskiemu pilotowi i jednemu z dwóch dowódców-nadzorców RAF-u Dywizjonu 303 (John Kent) przez polskiego pilota Dywizjonu 303 pana Zdzisława Henneberga -> patrz: książka pt. „Sprawa honoru”, strony: 146–147 (rozdział: „Mój Boże, oni naprawdę ich koszą!”)] [*„(...) Innym razem Skalski (...)” -> o bohaterskich wyczynach Stanisława Skalskiego i jego Polskim Zespole Bojowym (ang. PFT = Polish Fighting Team, znanym częściej jako „Cyrk Skalskiego”) możemy dowiedzieć się z wielu źródeł, m.in.: książka pt. „Sprawa honoru”, strony: 268–269 (rozdział: „Wojna toczy się w Polsce”), lub np. książka pt. „Cyrk Skalskiego”, autor: Bohdana Arct (również polski pilot RAF PFT)] [*„manewr „martwego silnika”” -> był to zabroniony przez dowództwo RAF manewr polegający na zrestartowaniu silnika przez jego wyłączenie (i czasem ponowne załączenie). Manewr ten był często praktykowany (mimo kategorycznego zakazu dowództwa RAF) przez doświadczonych, polskich pilotów, w dwóch przypadkach: 1. Ocalenia maszyny po ciężkiej walce, kiedy maszyna była tak poszatkowana kulami wroga, że silnik ledwo „dociągał” do lotniska i wówczas piloci wyłączali silnik, żeby w końcowych kilometrach wylądować niczym szybowiec, LUB 2. Manewr ten był wykonywany w celu zyskania przewagi nad przeciwnikiem atakującym z dużą prędkością z ogona, kiedy to, wyłączając silnik np. Spitfire’a, polski pilot wykonywał manewr niemalże natychmiastowego zatrzymania Spitfire’a w miejscu (opór powietrza na wyłączone śmigło był znaczny), kiedy to wrogi samolot, np. Messerschmidt, dosłownie w ciągu 3-4 sekund wyskakiwał do przodu, stając się bardzo łatwym celem. Wadami tego manewru była wysoka zawodność silników Rolls-Royce Merlin, które miały problem z ponownym uruchomieniem w powietrzu. Pamiętać też należy, że w przypadku awarii na zbyt małej wysokości pilot myśliwca ginął, ponieważ wówczas nie było jeszcze systemu katapultowania się na spadochronie, a pilot, który chciał się uratować, musiał to zrobić ręcznie: otworzyć kabinę, wyjść/wyskoczyć i... PRZEŻYĆ, bo dość często zdarzały się przypadki rozstrzeliwania praktycznie bezbronnych pilotów opadających na spadochronie -> patrz: str. 62, książka pt. „Sprawa honoru”, rozdział: „Polska „będzie walczyć””] [*„Jerzy Szósty – Król Anglii – też inkaustem zroszył” -> patrz: opis złożenia wpisu przez Króla Anglii Jerzego VI w Dzienniku Dywizjonu 303 -> patrz: książka pt. „Sprawa honoru”, str. 152 (rozdział: „Jak wiele im zawdzięczamy”)] [*„Zestrzelił nas ten podły samolot z kaczorem” -> Jan Zumbach na drzwiach swojego Spitfire’a na dziobie (a więc nieopodal śmigła samolotu) namalował Kaczora Donalda, wówczas popularnej bajki Walt’a Disney’a puszczanej jako filmy rozrywkowe w kinoklubach/messie oficerskiej -> patrz: książka pt. „Sprawa honoru”, zdjęcie na str. 117 (rozdział: „Bitwa w Northolt”)] ["Poleciał na akcję i zestrzelił Szwaba." -> patrz: Jan Zumbach, „Ostatnia walka”, wspomnienia pilota Dywizjonu 303 – opis zestrzelenia niemieckiego bombowca podczas Bitwy o Anglię.] ["Spokojnie, koledzy, ja go ciut postraszę." -> patrz: książka pt. „Sprawa honoru”, str. 150 (rozdział: „Jak wiele im zawdzięczamy”)] [*„Pan Josef František” -> był to pilot RAF-u czeskiego pochodzenia, ale pragnący latać w Dywizjonie 303 razem z – tak jak i on, nieco krnąbrnymi w kontekście sztywnych procedur RAF-u – Polakami. Zasłynął z tego, że często odłączał się z szyku, żeby „polować” na niemieckie samoloty, które „na oparach” paliwa wracały/uciekały w stronę niemieckich lotnisk -> patrz: książka pt. „Sprawa honoru”, strony: 119–120 (rozdział: „Bitwa w Northolt”), oraz strony: 154–157 (rozdział: „Jak wiele im zawdzięczamy”)] [*„alianckie dziewczyny” -> mowa o wszystkich kobietach sił Aliantów, które swoją bohaterską postawą dołożyły się do zwycięstwa Aliantów w II Wojnie Światowej (w tym Polkach z polskich formacji wojskowych w kraju, tj. AK, NSZ czy BCh)] [*„karabinów Browninga” -> mowa o karabinach maszynowych stosowanych na pokładach samolotów myśliwskich. Choć wymienione zostały tutaj karabiny Browninga (najczęściej kaliber .303/7,7 [mm]) jako przykład, warto wiedzieć, że myśliwce dysponowały większym asortymentem rodzajów broni, jak np. CKM = Ciężkie Karabiny Maszynowe kalibru .50 (12,7 [mm]), działka Hispano kalibru 20 [mm], a nawet rakiety i bomby] [*„system Gatlinga” -> mowa o nowoczesnym typie ciężkich karabinów maszynowych wykorzystujących tzw. system Gatlinga, gdzie system zamka, spustu i budowy lufy umożliwia strzelanie amunicją wysokokalibrową tak, jakby to był bardzo szybki karabin maszynowy. Najbardziej znane przykłady to M-134 Minigun, czy działko Vulcan montowane m.in. we współczesnych myśliwcach F-16 Fighting Falcon.] [*„(...) ci nas zdradzili” -> patrz: historia zdrady honorowych przyrzeczeń wojskowych opartych na faktach na przykładzie Teheranu -> patrz: np. książka pt. „Sprawa honoru”, strony: 275–277 (rozdział: „Wojna toczy się w Polsce”) oraz strony: 289–299 (rozdział: „Sprawa honoru”)] [*„Na pytanie starszej Lady: „Dlaczego pan płacze?”” - (czyt. "na pytanie starszej Lejdi: „Dlaczego pan płacze?”" -> patrz: opis defilady tzw. „wojsk sprzymierzonych” w kontraście do przepełnionego smutkiem Asa Polskich Pilotów Myśliwskich – Witolda Urbanowicza jako symbolu „zwycięskiej” Armii Polskiej, która na skutek nacisków Stalina i cichego przyzwolenia Roosevelta i Churchilla nie mogła uczestniczyć w zwycięskiej paradzie, która odbyła się 8 czerwca 1946 w Londynie -> patrz: np. książka pt. „Sprawa honoru”, strony: 15–18 (rozdział: „Prolog”)]    
    • śnię o umarłych nie widząc ich twarzy nigdy nie widziałem   cień pod ścianą stary przyjaciel którego porzuciłem   woła mnie matka ma otwarte ramiona za późno na miłość   jestem jak ona w krainie nieżywych tęsknię za życiem  
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...