Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

W ogrodzie poezji
kanony pachną najbardziej
kroplami weny zraszane
podziwem nasycane
odurzają zapachem
jeszcze bardziej.

W ogrodzie poezji
dzikie nowalijki bledną
z pogardy ziaren poczęte
pachną nawet lepiej
cieniem prawdy przysłonięte.

W ogrodzie poezji
pod gwiezdnym kandelabrem
nowalijki giną jak chwasty
kanony znów pachną najbardziej.

Opublikowano

Dziekuję za komentarze. Matmi, oto właśnie w tym wszystkim chodzi, że tak naprawdę chwasty nigdy nie zginą. Chwasty (maki polne, chabry, mniszek lekarski rumianek, łubin i wiele innych) są równie piekne i ujmujące , a na dodatek niektóre z nich nawet zbawienne(medycyna). A jednak większość ludzi stara się je unicestwić, bo zagrażają innym roślinom. Tak jest w poezji. Tylko wiersze trzymające się ściśle kanonu są dostrzegane, uznawane, natomiast te oderwane od kanonu są przeważnie z góry traktowane. Subiektywnie uważane za coś gorszego. Chciałam właśnie na to zwrócić uwagę. Dziękuję za skupienie uwagi na ogrodzie poezji. Pozdrawiam:))))

Opublikowano

Załapałem o co chodzi w wierszu :) Ale to porównanie do chwastów mi wyjaśniłaś. Ale ja bym raczej skłonił się ku teorii że 'chwasty' pomimo wypleniania zawsze przetrwają :) Pozdrowienia :)

Opublikowano

Kanony - świetne, tylko, że w tym kontekście kojarzą się raczej z armatami, w przeciwieństwie do wiersza, który kojarzy się raczej z kulą w płocie. Kandelabr - 3x duże P: pretensjonalne, pretensjonalne, pretensjonalne. Ale nikogo nie skreślam od razu. Chętnie zapoznam się z przyszłą twórczością. Widać, że autorka czytała nie tylko książki kucharskie.

I Tyle.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...