Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

DALSZY CIĄG STAREJ HISTORII

Doktor P. miewał dolegliwości gastryczne, do których przyznawał się z całą otwartością. Zwierzał mi się, kiedy wracaliśmy razem z pracy pociągiem podmiejskim do O.
Jakis czas temu spotkalismy się po latach rozstania i niewidzenia (zmieszani obydwoje) i Doktor P. nie omieszkał pochwalić mi się, że awansował.. Był teraz dyrektorem. I to znacznie bliżej Warszawy. No proszę!
W tym czasie usiłowałam zmienić pracę. Zapytałam – tak mi się wydaje, czy nie mógłby mnie zatrudnić. Nie. to chyba nie było tak. To on mi pracę zaproponował, a ja w pierwszej chwili powiedziałam, że jeszcze się zastanowię. Ale zgodziłam się od razu.
Tak więc teraz, obydwoje zadowoleni, wracając pociągiem z pracy do tego naszego O. rozmawialiśmy z przyjacielską poufałością.
Coś się zmieniło jednak. Doktor P. im piął się wyżej, tym gorliwszym był komunistą. Egzekutywy, towarzysze sekretarze, plena – to był jego żywioł i jego świat. Zostałam wciągnięta w ten świat niechcący, w sposób zupełnie ode mnie niezależny. Malowałam za przepierzeniem w dużej sali konferencyjnej plansze przeznaczone dla Ośrodków Zdrowia, których tematem bywała przeważnie zachęta do mycia zębów, a obok, co jakiś czas odbywało się zebranie „podstawowej organizacji”. Nie wolno mi było wtedy wychodzić zza przepierzenia, właściwie powinno mnie tam nie być, ale byłam, bo co miałam niby ze sobą zrobić? I musiałam siedząc cichutko wysłuchać referatu przepisanego z broszurki dla lektorów, a potem – niewidzialna – uczestniczyć w tej ich dyskusji. Głównie o sprawach personalnych. Przyznaję, ta część zebrania nie zawsze była taka okropnie nudna.
Z tego partyjnego towarzystwa znałam jedynie Stefanię, pielęgniarkę z zawodu, byłyśmy koleżankami, pracowała w tym samym dziale, co ja. Pochodziła z odległej wsi, z okolic Łukowa i miała brata, który pracował w KC. Podejrzewam, że to nie było KC, tylko Służba Bezpieczeństwa, ale nikt na ten temat niczego nie mówił nigdy, jakby ta sprawa dla wszystkich była obojętna. Dostał mieszkanie w Warszawie, a jakże, na tyle obszerne, że mógł tam przygarnąć siostrę. Stefania niezamęzna, była spragniona miłości i chociaż koledzy brata nie wyróżniali się chyba niczym, ( zadania ich były przecież ściśle określone, tajne), ta okoliczność musiała mieć dla niej nieodparty, choć raczej dość specyficzny urok.

Któregoś dnia, nienaturalnie ożywiona, zwierzyła się na osobności doktorowi P. (była jego protegowaną, łączyła ich zażyłość), a on oczywiście opowiedział o wszystkim mnie prosząc o dyskrecję. Stało się. Zakochała się z wzajemnością i to właśnie z nim, z tym Zdziśkiem ma spędzić sobotę, a może i niedzielę w ośrodku kempingowym, w Rudce. Ta sprawa nie była taka prosta i to spotkanie nie mogło odbyć się byle gdzie, bo Zdzisiek był niestety żonaty. Chociaż - jak zapewniała Stefania doktora P. – zamierzał się rozwieść.
W sobotę, bardzo podniecona, zaczęła rozpowiadać, że ma egzamin w Wyższej Szkole Nauk Politycznych przy KC, gdzie rozpoczęła tego roku zaoczne studia. Nie wiedziała, że ja wiem, a ja przyglądałam się jej dyskretnie. Jej szaleństwo, nadzieja, pobudzały moją wyobraźnię. Jak też on wygląda, ten Zdzisiek? Zapewne wysoki, szczupły – w grubym by się nie zakochała, skądże, nieźle ubrany no i przystojny - oczywiście.
To chyba głupie, ale ja również byłam podekscytowana. Tak po prawdzie, nie mogłam się od tego uwolnić zarówno w sobotę wieczorem, jak i przez całą niedzielę. Wyobrażałam sobie tych dwoje tak realnie. Przekopuję ogródek, albo zmywam, albo robię cokolwiek innego i widzę Stefanię jadącą pekaesem do Rudki. Domyślam się; będzie pierwsza – na pewno tak się umówili. Zna numer domku, sama załatwiła jego wynajęcie. Wchodzi nieco zbita z tropu chłodem obcego miejsca, ale powoli się przyzwyczaja. Czekając rozkłada to, co przywiozła ze sobą. Co to może być? Coś do zjedzenia, zapewne. Czekanie się dłuży, chociaż trwa tylko chwilę. Zdziśka (ma ze sobą w papierowej torbie butelkę wina) podrzuca kolega służbowym samochodem. Wie gdzie i po co. Nie da się z czegoś takiego zrobić tajemnicy. Kolega domyśla się, że to nie chodzi o byle dziewuchę – Zdzisiek zbytnio jest podniecony. Wie o Zdziśku to co trzeba, zna nawet jego żonę, wiec stara się być dyskretny. Nie wiadomo, co jemu samemu się przydarzy, czy nie będzie potrzebował rewanżu.
Zdzisiek wysiada w pewnej odległości od kempingu i idzie w stronę domku piechotą. Przeczuwa, co się za chwilę stanie, czuje rozdrażnienie i lęk, aż do przykrego ucisku w żołądku. Znają się dobrze, ale nie aż tak... Nigdy nic nie wiadomo, może powstać jakiś problem. Domek stoi na uboczu pod lasem. Drewniany, pojedynczy, obdrapany domek. Te lepsze, murowane są podwójne. I chociaż wszystkie puste, bo to dopiero wczesna wiosna, ten pod lasem wydaje się najodpowiedniejszy. Zdzisiek puka. Skąd wie, że ona jest w środku? Pewno tak się umówili – on tu jest incognito. Chociaż to ryzykowne. Zwierzchnicy powinni wiedzieć o wszystkim, nawet o takim romansie. Stefania słyszy jego kroki, serce jej zamiera, ale nie rusza się z miejsca, bo drzwi są otwarte.
Przyznaję, że utknęłam. Trudno mi było wyobrazić sobie, co stało się potem. Przyjęłam wariant stłumionej namiętności i zmieszania, które ogarnęło ich oboje. Niezręczność. Myślę, że ona pierwsza zaproponowała wino, żeby w ten sposób się odprężyć. To przecież nie są ludzie przyzwyczajeni do spontanicznych zachowań – nie byliby tam, gdzie są. Na dworze jest jeszcze widno. Może zaproponowała spacer? Piękna okolica. Z jednej strony rzeka, rzeczka raczej, a z drugiej, bliżej ruchliwej szosy, oddzielona od niej rzadkim sosnowym laskiem, duża glinianka - kąpielisko. Jeszcze nieczynne. Za zimno.
Jestem pewna, że ona boi się zdradzić, jak bardzo jej na nim zależy, są w takiej sytuacji, że pewna powściągliwość i stwarzanie pozorów, że przyjechali tu w celach towarzyskich, na razie, póki co, może okazać się najbezpieczniejsze. Stefania musi z nim porozmawiać poważnie - po to się spotkali - stworzyć odpowiedni nastrój. Ani on, ani ona nie mają jeszcze trzydziestu lat, (on jest chyba starszy), ale Stefania już się czegoś boi, już stoi na krawędzi, u siebie, na wsi uchodzi za starą pannę, nie ma tej śmiałości, jaką miałaby dziesięć lat temu. A może jest zupełnie inaczej, może wiek dodaje jej tupetu i pewności siebie? Może od razu przywarli jedno do drugiego? Nie. On się przyczaił. Przyjął postawę wyczekiwania. Nie spieszy mu się. Nie jest przecież taka ładna. Z jego strony, tak mi się wydaje, to nie może być wielka namiętność.
Jednak na spacerze zaczynają się całować i do domku wracają wtuleni w siebie. Gotowi. Nawet nie mają czasu się rozebrać. Potem noc, a potem ranek, budzą się i znowu zatracają w sobie, każda cudowna chwila jest jak wieczność.
Domek nie jest skanalizowany, za potrzebą wychodzą kolejno na dwór. Umywalnia też jest na zewnątrz, pośrodku kempingu – mosiężne krany nad korytkiem, z którego woda ścieka gdzieś tam. Zimno. Na ścianie wisi lustro, Stefania widzi swoją twarz i przez chwilę ma ochotę schować się przed sobą. Korzysta z tego, że Zdzisiek dość długo jest nieobecny i poprawia makijaż. No, teraz wygląda prawie dobrze.

Jest niedziela. Mają przed sobą cały dzień. Teraz dopiero przychodzi ochota na jedzenie. Po wczorajszej kolacji zostały zimne przekąski i trochę wina. To śniadanie, prosto z papieru powoduje, że utrwala się ich zażyłość. Teraz już są razem, mieszkają wspólnie, przynajmniej przez parę godzin. A może tak będzie zawsze? On wydaje się taki zakochany... ogarnia ją na chwilę spokój i pewność, że wszystko jakoś się ułoży. Chociaż... na razie nie wspomniał jeszcze o rozwodzie.
Nie spieszą się. Tak, przed nimi cały, długi dzień. Ona nie musi tłumaczyć się z nieobecności, a jego, w domu nikt o nic nie zapyta. Znowu leżą obok siebie, ale on myślami, przez chwilę, jest gdzie indziej. Ona o tym nie wie. A jednak... odczuwa jak gdyby lekki powiew chłodu. Nie jest w pełni szczęśliwa pomimo tej bliskości, pomimo tego, że czuje go całym ciałem i ten zapach... Tu nie można się umyć, a wiec wciąż jeszcze unosi się wokół nich zapach miłości. To znaczy.. no... Jego biała koszula zmięta, spodnie od garnituru w nieładzie... Mężczyzna.., mój mężczyzna - myśli Stefania patrząc na niego z czułością - Na zawsze.
On dyskretnie zerka na zegarek. Od strony bramy wjazdowej, obok której stoi domek przerobiony na restaurację, słychać hałas. Stefania unosi się na łokciu i patrzy przez okno. To ajent otworzył bar. Na pewno przywieźli piwo i wiadomość o tym rozeszła się po okolicy tak szybko, jakby ktoś walił w bęben. No cóż? Może skoczymy tam na chwilę? Zdzisiek ma najwyraźniej ochotę napić się piwa. Wychodzą. Restauracja jest stylowa, meble zrobione z uciętych pni, lakierowane. Trochę niewygodnie się siedzi, ale dobrze, że w ogóle jest jakieś miejsce. Do jedzenia są tylko pieczarki. Mięsa podawać ajent nie ma prawa, zresztą po co mu ten kłopot i tak ma nadmiar gości. Biorą więc dwie porcje pieczarek i piwo. Otoczeni gwarem, który ich nie dotyczy, przepychankami podchmielonych, które nie mogą im zagrozić, czują się bezpiecznie, jakby w środku ula. Nikt ich nie zna, nie budzą ciekawości – to przecież kemping, stale są jacyś obcy. A jednak coś się wdziera pomiędzy nich, jakaś szklana ściana... Tak bardzo – myśli Stefania - chciałabym go dotknąć.

Tak to sobie wyobrażałam. Tak musiało być. Tak było na pewno. Znam przecież to miejsce. Żeby się stamtąd wydostać, trzeba stać na szosie i czekać na autobus do O. Stoją obok siebie. Ona z torbą, a on bez bagażu. Stefania mówi – No więc? Ale on jakby tego nie słyszał. Stało się to, czego się obawiał. Ta sprawa nie będzie miała łatwego końca.

W poniedziałek śledziłam dyskretnie Stefanię szukając pozostałości tamtego dnia. Ale była jak gładka tafla wody. A więc jednak spokojna. Tylko dlaczego, za każdym razem, kiedy dzwoni telefon, podnosi głowę?
- Do mnie?
No tak. To nic dziwnego. On teraz będzie dzwonił. Nie będzie dnia bez telefonu. I rzeczywiście. Telefon od niego. Twarz jej kamienieje i mówi nadspodziewanie ostro – To nic, to nic.

Musiała się komuś zwierzyć – opowiedziała o wszystkim doktorowi P. Ta zażyłość doktora P. z kobietami sprawiała mi pewną przykrość. Ale dzięki temu dowiedziałam się, jak było. Nie przyjechał. Czekała do późnej nocy, musiała przenocować i wyjechała z samego rana. Z torbą pełną zapasów. (To już sobie dopowiedziałam sama). Nie usprawiedliwiał się – powiedział, że nie mógł, że to nic straconego i Stefania zrozumiała oczywiście tą wyższą konieczność. To nie było przecież zerwanie, zresztą nie było czego zrywać, bo nic się jeszcze nie stało. A gdyby nawet... Stefania sobie z tym poradzi. Świat przecież się nie kończy.

Siedzieliśmy z doktorem P. w pociągu, naprzeciwko siebie przy oknie i on mi to opowiadał z zadziwiającą, w jego wypadku, troską. Więc, widocznie miał dla niej wyłącznie przyjaźń, mnie pewnie by tak nie współczuł. Znękany tego dnia nieco bardziej niż zwykle dolegliwościami zapytał mimochodem, czy nie chciałabym należeć do partii. Patrzyłam przez okno. Mijaliśmy Radość. Odwróciłam powoli głowę w jego stronę i powiedziałam, że nie.

  • 1 miesiąc temu...
Opublikowano

Ani krzty humoru, ani trochę obyczajowej satyry, za to pełno przydługich opisów tego, co wyobrażała sobie ciekawska narratorka - mdłe, przesłodzone uczucia, jakby jedno i drugie w tej parze było jeszcze dziewicą, a nie parą kochanków na tajnej schadzce w tajemnicy przez żoną jednego z nich.
Opis zebrań partii nijak nie wiąże się z późniejszymi zdarzeniami, jakby to były dwa różne opowiadania o zupełnie różnych bohaterach.
Z opowiadania nic nie wynika - ot, taka banalna historyjka - ale rozumiem, że to część jakiegoś cyklu, który zmierza do pokazania czegoś nadzwyczajnego w zwyczajnym życiu?
I nie wiadomo dlaczego miejscami robisz podwójne lub potrójne spacje - co to ma oznaczać?

  • 1 miesiąc temu...

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Bułat OkPAPIERY POETY... NA PAPIEŻE
      Bułat Okudżawa

      Styx, AD 1965

      Płyniesz jak rzeki bieg i tak dziwne imię masz!
      Asfalt twój w słońcu lśni, jak rzeki toń we mgle
      Ach, Arbat, mój Arbat
                                           Tyś mój przeznaczenia szlak
      Ty i radość co dnia i nieszczęście me

      Przechodzący tu biegną tak od lat
      Wciąż obcasów stuk, za sprawami bieg
      Ach, Arbat, mój Arbat,
      Tyś mą religią jest
      Pode mną rozwijasz się w miraż mostów przęsł

      .. na twą miłość mi wciąż leku, antidotum brak,
      Choć tysiąca bym innych mostów kochał trakt
      Ach, Arbat, mój Arbat
                                                      Tyś ojczyzna ma
      Nigdy nie,
      Po sam kres...
      Nie przemierzę cię..

      1959
      Ostatnie tango na Newskim

      Kiedy ze starą biedą nie rady nie daję już,
      Gdy ogarnia mnie chandra, wtedy z biegu
      Wsiadam w akurat jadący trolejbus, siny niby śnieg,
      Ostatni,
      Chociaż pierwszy z brzegu.
      – I uciekam przed biedą nową wciąż jak z zimna siny zbieg;
      Wsiadam w podjeżdżający trolejbus, ten najzwyczajniejszy
      Trolejbus ostatni,
      Chociaż z brzegu pierwszy

      Nocny trolejbusie, w pustkę ulic gnaj wciąż
      I po bulwarach, skrzyżowaniach krąż,
      I daj schronienie tym, co w tę ciemną noc
      Przeżyli kraksę,
      Tragiczny zbieg szos

      Północny trolejbusie, w pustkę ulic pędź
      I wśród życia skrzyżowań sanktuarium schroń
      Dla tych, którzy w ten czarny dzień
      Przeżyli kraksę,
      Katastrofę strof.

      Twoich pasażerów rozpoznaję w mig -
      Tych żeglarzy słodkich wód, ich półgwiezdny szlak.
      Lecz gdyby nie nosił ich mój ciasny świat,
      Nie po drodze by było mi nie współczuć im.
      I gdyby nie byli tu od miliona lat,
      To czuć ich ból tak łatwo bym mógł

      Trolejbus jedzie wciąż, ostry cień tnąc mgły
      I wspomnienie wraca tak, jak w starym kinie film...

      O, Moskwo ma, jesteś jak równina fal,
      W ja w nim na dobre i na złe tkwię jak w oknie łza
      O, Moskwo moja, tyś ocean mój, a ja -
      Jestem kroplą w otchłaniach twych, plamką rdzy
      – a we mnie zawsze ty.
      |---|---|Na czarnym ekranie białych nocy...

      | Виноградную косточку в теплую землю зарою, |
      Winogrona pestkę w ciepłej ziemi zasadzę,
      | и лозу поцелую, и спелые гроздья сорву, |
      i ziemię ucałuję, i grona ich zerwę, jak życia nić.|
      | и друзей созову, на любовь свое сердце настрою... |
      i przyjaciół zwołam, i miłość na serca tronie osadzę... |
      | А иначе зачем на земле этой вечной живу? | (Jeśli nie, po co mi na tej wiecznej ziemi żyć? ) |
      | | |
      | Собирайтесь-ка, гости мои, на мое угощенье, |
      Zbierajcie się, goście, na uczty mej uciechy |
      | говорите мне прямо в лицо кем пред вами грешен,
      | mówcie mi, w czym zgrzeszyłem, nie kryjąc nic|
      | Царь небесный пошлет мне прощение за прегрешенья... |
      Bóg przecież i tak wybaczy mi grzechy... |
      | А иначе зачем на земле этой вечной живу? | (Bo inaczej po co mi na tej ziemi żyć? ) |
      | | |
      | В темно-красном своем будет петь для меня моя Дали, |
      W sukni ciemnokrwistej zaśpiewa mi Dali, |
      | в черно-белом своем преклоню перед нею главу, |
      A ja, na czarno-biało przed nią skłonię się, skromny widz|
      | и заслушаюсь я, и умру от любви и печали... | I w jej pieśń wsłucham się i umrę ze miłości tej, co pali... |
      | А иначе зачем на земле этой вечной живу? | (Bo jak tak, po co mi na ziemi żyć!) |
      | | |
      | И когда заклубится закат, по углам залетая, | A gdy mgiełką zajdzie słońce, i zaprosi do świateł psoty, |
      | пусть опять и опять предо мною плывут наяву: |
      Niech znów i na nowo płyną, bo móc, to być: |
      | синий буйвол, и белый орел, и форель золотая... |
      Siny bawół, biały orzeł, i ten pstrąg złoty... |
      | А иначе зачем на земле этой вечной живу? | (Bo inaczej nie umiem już żyć... )

      Песенка о Павке Морозове
      (Dosłowne tłumaczenie)

      За что ж вы Ваньку-то Морозова?
      No i cóż chcecie od Morozowa, Vasslyia?
      Ведь он ни в чем не виноват.
      Przecież niczemu nie winien on....
      Она сама его морочила,
      Ona sama go (bynajmniej) zauroczyła,
      а он ни в чем не виноват.
      Przecież niczemu nie winien on....
      Она сама по проволоке ходила,
      Ona sama za cienki drut go wodziła
      махала белым рукавом,
      Białym rękawem go zawodziła to tam, to tu.
      а то, что Ваньку погубила,
      I koniec z końcem Waśkę całkiem zamuliło
      так это было уж потом.
      A potem drut zmiękł mu aż miło
      А он, кулак к щеке прижавши,
      A on, zacisnąwszy przy policzku pięść,
      на ту на проволоку глядел,
      Wciąż ciągnął swego życia cienki drut
      и все глядел, и все вздыхал он,
      i patrzył w siną dal i łza mu się do rzęs kleiła,
      и все сидел и все бледнел.
      i ciągle siedział, ciągle bladł, i ciągle chudł

      А в цирке музыка гремела,
      A do szpagatu na drucie muzyka przygrywała,
      гремел литавр, труба звала,
      Grzmiał bęben, trąbka wzywała do..
      а в цирке публика шалела,
      A publiczność jak drut się wystroiła,
      кричала: «Браво!» и ума...
      Krzyczała: „Brawo!” i odchodziła zmysłów od!

      А он пошел в ресторан «Савой»,
      A on poszedł do kasyna „Royale”,
      где пьют вино, едят медуз,
      Gdzie wina w bród, i meduz huk,
      и там, качая головой,
      i tam, prosty jak drut ( mal mince, mais fatale )
      свой изливал тяжелый груз.
      Podlewał i rwał swój gorzki żal

      За что ж вы Ваньку-то Морозова?
      Co chcecie (by najmniej) od Vasslyia?
      Ведь он ни в чем не виноват.
      Przecież niczemu nie winien on....
      Она сама его морочила,
      Ona go (by naj mniej) zauroczyła
      а он ни в чем не виноват.
      A jego życia drut już jest kaput
      I nie ciągnie wsiom...
      Wsie paszli won!


      Duszny zaduch róż 33 BC

      Już od podwórza widać nasz dom
      Obskurny więcej, jak Szymborskiej tom
      Tylko że tam, gdzie stał płot,
      Stoi Czarny Kot.

      On łapą sobie szarpie wąs i już,
      Podwórze patroluje... niczym w święto stróż
      Tylko że tam, gdzie stoi z azbestu płot
      Stać będzie Czarny Kot.

      Mówią, że to pech,
      Gdy kot ów w drogę wejdzie ci (nie daj Boże trzy)
      Ale na razie jest tak (niech weźmę dech) -
      Że kot czarny jak grzech ma niezły pech

      A kot przy w winklu siedzi, tu
      I czeka, aż rybka z akwarium zbiegnie mu
      Albo mysz (tam gdzie płot)
      Prosto w paszczę trafi jak w lot

      Złapie czy nie - to mu wsio rawno:
      Mir to czy hyr nieważne, bo –
      Dla niego świat to po pierogach z pyr
      W ten deseń na deser serwowany syr.

      Wielkie nam pustki poczynił kot bez cnot j
      Jest teraz ciszej, jak słyszę (a Bóg drży w ciszy)
      Teraz pomieszkują tam (a bo wim) tylko myszy
      I tylko tam, gdzie łatwopalny płot
      Czuwa płomieniem czarnym Czarny Kot.

      ───

      Ad acta

      Żołnierz ten kiedyś na świecie żył
      Piękny i mężny, aż dziw bierze
      Lecz zabawką wojsk rodzajów był -
      Tylko z papieru żołnierzem.

      Chciał, byśmy byli szczęśliwi,
      I świat naprawić jak, miał zmysł,
      Lecz od papierów żołnierz to był na niby,
      I sam na cienkiej nitce zwisł...

      Gotów był za wszech w ogień i dym
      Pójść nie raz, lecz dwa i trzy razy
      A nas czułością ujął i tym,
      Że za świat umrzeć chciał, licho pal rozkazy!

      No, jak i gdzie sam idziesz w bój?
      Ach, widzowie aż siedzą niemi, ...
      „I dokąd lecisz tak, ach Boże mój?
      Przecież pod tobą nie ma ziemi!”

      Lecz on rzucił się w płomieni cień
      Jak zwierz, co jeńców nie bierze,
      Ale bohater będzie marny zeń:
      Papiery na żołnierza miał... na papierze
      !

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Bułat OkPAPIERY POETY... NA PAPIEŻE Bułat Okudżawa Styx, AD 1965 Płyniesz jak rzeki bieg i tak dziwne imię masz! Asfalt twój w słońcu lśni, jak rzeki toń we mgle Ach, Arbat, mój Arbat                                      Tyś mój przeznaczenia szlak Ty i radość co dnia i nieszczęście me Przechodzący tu biegną tak od lat Wciąż obcasów stuk, za sprawami bieg Ach, Arbat, mój Arbat, Tyś mą religią jest Pode mną rozwijasz się w miraż mostów przęsł .. na twą miłość mi wciąż leku, antidotum brak, Choć tysiąca bym innych mostów kochał trakt Ach, Arbat, mój Arbat                                                 Tyś ojczyzna ma Nigdy nie, Po sam kres... Nie przemierzę cię.. 1959 Ostatnie tango na Newskim Kiedy ze starą biedą nie rady nie daję już, Gdy ogarnia mnie chandra, wtedy z biegu Wsiadam w akurat jadący trolejbus, siny niby śnieg, Ostatni, Chociaż pierwszy z brzegu. – I uciekam przed biedą nową wciąż jak z zimna siny zbieg; Wsiadam w podjeżdżający trolejbus, ten najzwyczajniejszy Trolejbus ostatni, Chociaż z brzegu pierwszy Nocny trolejbusie, w pustkę ulic gnaj wciąż I po bulwarach, skrzyżowaniach krąż, I daj schronienie tym, co w tę ciemną noc Przeżyli kraksę, Tragiczny zbieg szos Północny trolejbusie, w pustkę ulic pędź I wśród życia skrzyżowań sanktuarium schroń Dla tych, którzy w ten czarny dzień Przeżyli kraksę, Katastrofę strof. Twoich pasażerów rozpoznaję w mig - Tych żeglarzy słodkich wód, ich półgwiezdny szlak. Lecz gdyby nie nosił ich mój ciasny świat, Nie po drodze by było mi nie współczuć im. I gdyby nie byli tu od miliona lat, To czuć ich ból tak łatwo bym mógł Trolejbus jedzie wciąż, ostry cień tnąc mgły I wspomnienie wraca tak, jak w starym kinie film... O, Moskwo ma, jesteś jak równina fal, W ja w nim na dobre i na złe tkwię jak w oknie łza O, Moskwo moja, tyś ocean mój, a ja - Jestem kroplą w otchłaniach twych, plamką rdzy – a we mnie zawsze ty. |---|---|Na czarnym ekranie białych nocy... | Виноградную косточку в теплую землю зарою, | Winogrona pestkę w ciepłej ziemi zasadzę, | и лозу поцелую, и спелые гроздья сорву, | i ziemię ucałuję, i grona ich zerwę, jak życia nić.| | и друзей созову, на любовь свое сердце настрою... | i przyjaciół zwołam, i miłość na serca tronie osadzę... | | А иначе зачем на земле этой вечной живу? | (Jeśli nie, po co mi na tej wiecznej ziemi żyć? ) | | | | | Собирайтесь-ка, гости мои, на мое угощенье, | Zbierajcie się, goście, na uczty mej uciechy | | говорите мне прямо в лицо кем пред вами грешен, | mówcie mi, w czym zgrzeszyłem, nie kryjąc nic| | Царь небесный пошлет мне прощение за прегрешенья... | Bóg przecież i tak wybaczy mi grzechy... | | А иначе зачем на земле этой вечной живу? | (Bo inaczej po co mi na tej ziemi żyć? ) | | | | | В темно-красном своем будет петь для меня моя Дали, | W sukni ciemnokrwistej zaśpiewa mi Dali, | | в черно-белом своем преклоню перед нею главу, | A ja, na czarno-biało przed nią skłonię się, skromny widz| | и заслушаюсь я, и умру от любви и печали... | I w jej pieśń wsłucham się i umrę ze miłości tej, co pali... | | А иначе зачем на земле этой вечной живу? | (Bo jak tak, po co mi na ziemi żyć!) | | | | | И когда заклубится закат, по углам залетая, | A gdy mgiełką zajdzie słońce, i zaprosi do świateł psoty, | | пусть опять и опять предо мною плывут наяву: | Niech znów i na nowo płyną, bo móc, to być: | | синий буйвол, и белый орел, и форель золотая... | Siny bawół, biały orzeł, i ten pstrąg złoty... | | А иначе зачем на земле этой вечной живу? | (Bo inaczej nie umiem już żyć... ) Песенка о Павке Морозове (Dosłowne tłumaczenie) За что ж вы Ваньку-то Морозова? No i cóż chcecie od Morozowa, Vasslyia? Ведь он ни в чем не виноват. Przecież niczemu nie winien on.... Она сама его морочила, Ona sama go (bynajmniej) zauroczyła, а он ни в чем не виноват. Przecież niczemu nie winien on.... Она сама по проволоке ходила, Ona sama za cienki drut go wodziła махала белым рукавом, Białym rękawem go zawodziła to tam, to tu. а то, что Ваньку погубила, I koniec z końcem Waśkę całkiem zamuliło так это было уж потом. A potem drut zmiękł mu aż miło А он, кулак к щеке прижавши, A on, zacisnąwszy przy policzku pięść, на ту на проволоку глядел, Wciąż ciągnął swego życia cienki drut и все глядел, и все вздыхал он, i patrzył w siną dal i łza mu się do rzęs kleiła, и все сидел и все бледнел. i ciągle siedział, ciągle bladł, i ciągle chudł А в цирке музыка гремела, A do szpagatu na drucie muzyka przygrywała, гремел литавр, труба звала, Grzmiał bęben, trąbka wzywała do.. а в цирке публика шалела, A publiczność jak drut się wystroiła, кричала: «Браво!» и ума... Krzyczała: „Brawo!” i odchodziła zmysłów od! А он пошел в ресторан «Савой», A on poszedł do kasyna „Royale”, где пьют вино, едят медуз, Gdzie wina w bród, i meduz huk, и там, качая головой, i tam, prosty jak drut ( mal mince, mais fatale ) свой изливал тяжелый груз. Podlewał i rwał swój gorzki żal За что ж вы Ваньку-то Морозова? Co chcecie (by najmniej) od Vasslyia? Ведь он ни в чем не виноват. Przecież niczemu nie winien on.... Она сама его морочила, Ona go (by naj mniej) zauroczyła а он ни в чем не виноват. A jego życia drut już jest kaput I nie ciągnie wsiom... Wsie paszli won! Duszny zaduch róż 33 BC Już od podwórza widać nasz dom Obskurny więcej, jak Szymborskiej tom Tylko że tam, gdzie stał płot, Stoi Czarny Kot. On łapą sobie szarpie wąs i już, Podwórze patroluje... niczym w święto stróż Tylko że tam, gdzie stoi z azbestu płot Stać będzie Czarny Kot. Mówią, że to pech, Gdy kot ów w drogę wejdzie ci (nie daj Boże trzy) Ale na razie jest tak (niech weźmę dech) - Że kot czarny jak grzech ma niezły pech A kot przy w winklu siedzi, tu I czeka, aż rybka z akwarium zbiegnie mu Albo mysz (tam gdzie płot) Prosto w paszczę trafi jak w lot Złapie czy nie - to mu wsio rawno: Mir to czy hyr nieważne, bo – Dla niego świat to po pierogach z pyr W ten deseń na deser serwowany syr. Wielkie nam pustki poczynił kot bez cnot j Jest teraz ciszej, jak słyszę (a Bóg drży w ciszy) Teraz pomieszkują tam (a bo wim) tylko myszy I tylko tam, gdzie łatwopalny płot Czuwa płomieniem czarnym Czarny Kot. ─── Ad acta Żołnierz ten kiedyś na świecie żył Piękny i mężny, aż dziw bierze Lecz zabawką wojsk rodzajów był - Tylko z papieru żołnierzem. Chciał, byśmy byli szczęśliwi, I świat naprawić jak, miał zmysł, Lecz od papierów żołnierz to był na niby, I sam na cienkiej nitce zwisł... Gotów był za wszech w ogień i dym Pójść nie raz, lecz dwa i trzy razy A nas czułością ujął i tym, Że za świat umrzeć chciał, licho pal rozkazy! No, jak i gdzie sam idziesz w bój? Ach, widzowie aż siedzą niemi, ... „I dokąd lecisz tak, ach Boże mój? Przecież pod tobą nie ma ziemi!” Lecz on rzucił się w płomieni cień Jak zwierz, co jeńców nie bierze, Ale bohater będzie marny zeń: Papiery na żołnierza miał... na papierze !
    • A czytam tak:   Chciałabym uciec od problemów świata, odlecieć od ludzi: co nie mówią mi jak wysoko, beztrosko i wolno orzeł lata...   I tak podobnie i tak dalej
    • @wiedźma Sugestywny obraz przemijania i upadku. Pozdrawiam Cię.
    • @.KOBIETA. Po to jesteśmy, żeby się pragnąć odnaleźć. Spotykać wielu, żeby spotkać Tego/ Tą. Piękny wiersz, dziękuję.
    • @Leszek Piotr Laskowski bardzo dziękuję

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...