Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Wczesne popołudnie zaczynało już kroczyć ku przyszłości, gdy zobaczył ja na swojej drodze. Właściwie rozumieć przez to trzeba to, iż zjawiła się na jego drodze we cudzysłowie, a nie bezpośrednio, mógł obejść ją wcale nie krzyżując z nią ścieżki, lecz nie zrobił tego. Kiedy jego oczom ukazał się jej widok w pierwszym momencie zatrzymał się. Nim oczy przekazały nowy obraz do jego mózgu, a ten wydał nowe dyspozycje dotyczące dalszego postępowania, uświadomił sobie, że widzi cos zjawiskowego i wykraczającego poza ramy jego doświadczenia. Może to właśnie jest miłość od pierwszego wejrzenia. Wtedy kiedy zatrzymujemy się nim zdamy sobie w pełni z tego sprawę?
Akacje kłuły samym już swoim widokiem. Kiwały się jakby chciały za wszelką cenę poczuć dotyk wiatru i okazać mu swą czułość. Jak to jest kiedy nawet z pozoru martwe drzewa okazują oznaki zmęczenia i samotności? Chropowaty brąz; wyblakły i błotnisty. Tylko błękit nieba mógł poprawić humor i samopoczucie, komuś kto patrzył i nie mrużył oczu. Niebieskie niebo i reszta tego świata pokryta brązem w takim czy innym odcieniu. To dziwne. Nawet szare, granitowe i czarne nagrobki zdawały się brązowieć i nie zwracać uwagi na prawidła natury i mylna fizykę Arystotelesa. Poczuł ciepło i zmieszanie spowodowane jej widokiem. Przez podeszwy swych butów wyczuwał ziemie choć nie chciał tego. Kiedy zwrócił na to uwagę dotarło do niego to, iż ma już kompletnie dosyć wszystkiego począwszy od smaku kakao z rogalikiem, aż po rozważania dotyczące genezy totalitaryzmu w filozofii klasycznej. Kiedyś siedział w pewnym barze i kiedy właśnie konsumował rogalika, a właściwie kończąc już trzeciego i popijając czekoladą z papryczką w jego wnętrzu zaświtała ponownie stara już myśl. Z trudem znalazła miejsce miedzy kolejnymi litrami limfy, a smakiem czekolady i jej składem chemicznym. „We wszystkim znajduje śmierć”. Sam nie wiedział czemu tak dziwne i absurdalne zdanie mogło zaistnieć właśnie teraz, gdy był w trakcie konsumpcji wyrobu piekarskiego dostarczonego przed paroma minutami z gorącego piecyka. Może to przez to, że przed jego stolikiem pewna starsza nieznajoma osoba z trudem oparła resztki swego istnienia na nowym krześle co niewątpliwie kontrastowało. A może powodem było zobaczenie młodej dziewczyny przechodzącej za szyba odzianej w białe dżinsy? Powtórzył w głowie pomyślane zdanie. „We wszystkim znajduję śmierć” To było dobre zdanie, to znaczy takie, które jest dobrym komentatorem wydarzeń. „Jeśli jest tak w istocie...Jest tak. To jest moja śmierć. Tam jest i twoja.” A teraz stojąc mocno na wcześniej udeptanej ziemi patrzył się na odzianą na czarno młoda dziewczynę przechodząca powoli, niepewnym krokiem przez cmentarną aleje o piątej popołudniu, w środku złotej jesieni, kiedy już w powietrzu prześwituje metaliczna posoka zwiastująca niechybnie deszcz lub śnieg, a często jedno i drugie.
Czarne buty lekko stąpały po podłożu nie nazbyt pobudzając je. Lubił patrzeć kiedy glany osadzone są na stopach kobiety, a tym bardziej kobiety „ciekawej” oraz niepasującej do nich. Wydawać, by się mogło, że to same buty nadawały dziewczynie żelaznego tonu i pewności siebie jakiej najwidoczniej mogło jej brakować. „Niezła” – pomyślał. Kiedy on myślał o jej myśli, ona zaprzątała sobie głowę innymi sprawami na przykład poczuciem pustki i absolutu jaki zaczął się jej udzielać w tym dziwnym miejscu. Myślała, w rzeczy samej, o sobie i o nagrobkach, medalionach i o tym, że nie umie wyrazić słowami „dowolności” istnienia w tym świecie i w chwili, w słowie i rozmowie, temacie. Myślała o zmienności, a myśl o kruchym ludzkim istnieniu pocieszała ja. Łączymy w sobie bardzo wiele, a poznawanie wszystkich połączeń może pomóc nam w lepszym zrozumieniu nie tylko siebie lecz także otaczającej nas rzeczywistości. „To miłe” – wydukała pod nosem, sama nie do końca zdając sobie sprawę z tego że w istocie coś mówiła, a ni o czym mówiła.
Kiedy jego oczy już na dobre przykuły się do jej powiek zaczął odczuwać pewien dyskomfort polegający na, według niego, nie bezpodstawnej obawie o własny, prawidłowy wygląd zewnętrzny. Jego czarna marynarka wydawała się być porządna, ale czy na pewno? Kieszenie. Spodnie...Wszystko było na swoim miejscu. Marynarka. Lubił marynarki. Lata osiemdziesiąte w jakimś mieście na Florydzie. Vice City. Lata w których panowała tylko jedna pora roku – lato i nieskończone morze potu. Białe marynarki, garnitury bez krawatów. Piękne wspomnienie niedoświadczonych chwil. Jej czarna kurteczka i kręcone, ciemne włosy – o czym myślały tańcząc na wietrze? Czy na tym wietrze można myśleć? Kiedy to się skończy? Nic nie widzimy. Tylko szukamy czegoś po omacku.
Gdy jej ręka musnęła spodnie poczuła w tym samym momencie znajomy jesienny zapach palonych liści. Właściwie kiedy jej nozdrza odczuły tą dziwną woń nieświadomie skojarzyła swoją rękę i gest, który wykonała przed chwilą w łańcuch przyczynowo – skutkowy. Oczywiście w net zdała sobie sprawę z absurdalności swych implikacji jednak nawet ta błaha myśl umiała rozbawić ją i wprowadzić w dobry nastrój mimo tego skrajnie odległego miejsca. W gruncie rzeczy nowy zapach wzbudził w niej przez chwile odrazę. Jej zdziwienie nie znało granic, kiedy uświadomiła sobie ten dziwny fakt. Dlaczego dziwny? Zazwyczaj bowiem, gdy tylko poczuła ten zapach stawała się z chwili na chwile szczęśliwsza. Tym razem było jednak inaczej i do końca Ne zdawała sobie sprawy dlaczego tak się dzieje. Zapach był ostry i przenikliwy. Tym razem ognisko znajdowała się widocznie niedaleko. Szary, przeszywający, ostry, żrący i suchy dym skłaniający oczy do rodzenia łez. A jednak lekka gorycz ustępowała miejsca zadowoleniu i radości, które brały się niewiadomo skąd.
„Może to przez dobre wspomnienia” – wymamrotała. Może to przez dobre wspomnienia... Kto to wie...Lawendowe wzgórze ukwiecone zniczami i malachitem. Czy cmentarz może być piękny? Czemu cmentarz nie miałby być piękny? Czemu jest piękny? Suweren życia w pełni wigoru i polotu. Makabryczny spektakl cieni i szarości. Zawsze szarości. Z odrobina czerni. Teraz dym przenikał jego włosy i nadawał im jaśniejszego wyrazu. „Czemu nie wziąłem czapki, a może i dobrze?” – spytał się, zagniewany beztrosko. „A może i dobrze?” Słońce świeciło jasno, a jego czoło powoli robiło się czerwone i święcące od potu. Jego pory produkowały pot nie tylko z powodu przymusu ochłodzenia ciała nadmiernie przegrzanego przez słońce, ale również i z kwestii bardziej dosiężnych jego intelektowi i hormonom. „ To chyba dziwne miejsce dla takiej kobietki jak ona? – pomyślał. Mogła by być równie dobrze zupełnie gdzie indziej. Rozmawiać, śmiać się czy po prostu udawać, że zaloty jakiegoś dupka do niej nie przemawiają.” To dziwne stworzenie widocznie bardziej upodobało sobie jednak towarzystwo szarych i bezimiennych nagrobków niż żyjących w koło ludzi.
Szare rozstępy pokrywające nagie twarze grobów czarniały od napisów, które nie znaczyły już nic. Kto tu leży? – garść prochu i litania spopielonych ciał. Niektóre groby były zapadłe już od starości i tylko przykuwały cudzą uwagę swym malkontenctwem. Przyszedł tu by oddać hołd nie zmarłym, ale pamięci i wspomnieniom o nich. Hołd złożony samemu sobie smakuje lepiej od tego dawanego obcym. Będąc tu odczuwał tylko ciekawość z wejrzenia jednocześnie w życie i śmierć. Ten mały, żółty kwiat koło grobu powinien już dawno rozpłynąć się w szarości. Co on tu robił? Co on tu robił? Myślał nie o zmarłej rodzinie, która rozpłynęła się w mroku niedopowiedzenia, lecz o kobiecie z krwi i kości, będącej żywym zaprzeczeniem tego miejsca.
„Jesteśmy wywróceni, miedzy słowami” – pomyślał, nie chwaląc się tym osiągnięciem nikomu. Sam nie zdawał sobie do końca sprawy ze znaczenia tych słów, zresztą jak miał zdawać sobie sprawy z czegoś co mogło wcale nie mieć sensu? „Ma ładne nogi choć...nie...nie...ładne są...zaraz przejdzie może i nigdy się już nie spotkamy nigdy a przecież można było wtedy kiedy teraz pójść i...takie smutne...szkoda” Gdy jego myśli traciły już zdolności do systematyki i semantyki, jedna z ich odnóg wysnuła teorie, która głosiła, iż gdyby spróbował zagadnąć owa nieprzenikniona istotę mógłby się z nią w niedługim czasie ożenić mieć dzieci i mieć dom i mieć szczęście i mieć złotą starość skryta w jej ramionach. Nadzieja i potrzeba to jedne z największych przekleństw człowieka, choć stanowić mogą również i błogosławieństwo.
Trawa prześwitywała już niepozornie spod zwałów liści. Jej zamyślona twarz wydawała się okazywać zmęczenie i coś w rodzaju grymasu bólu. Jej białe ząbki przygryzały jej małe wargi z lekkością i dziwnym urokiem. Gest ten nadawał jej lekko inteligenckiego tonu, choć zazwyczaj była odbierana przez innych jako miłośniczka transcendentalnych uciech i nieśmiałości, którą została bujnie obdarzona przez naturę. Jej włosy będące żywym świadectwem urody jej matki ukwiecały okoliczne sarkofagi dodatkowym czarem. Ich kolor nie dawał się określić, wyrazić prostymi słowami; był połączeniem brązu, czerwieni i czerni – jej, zresztą, ulubionych kolorów. Kiedy tańczyły i oplatały nostalgicznie jej szyje jej twarz nabierała niezwykle erotycznego i ciekawego polotu. To właśnie dzięki jej włosom w jego umyśle pokazała się niewidoczna jeszcze niedawno myśl - „Ona wygląda jak te kobiety z „Miasta kobiet” , ta sama karnacja i to coś. Chciałbym umrzeć przy tobie, albo Anoku Aime.” Drobne dłonie i stopy, liście i drzewa w kołysaniu tam były i ty tam byłaś.”
- „Czy wie pan może, która godzina?”

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Dokąd zmierzasz świecie…? Jak karawana na pustyni, po niknących śladach szukasz próżno oazy.   Dokąd zmierzasz, świecie…? Gdy falujące morza i oceany kłaniają się wyspom naprzeciw, ty wciąż nie dostrzegasz celu.   Człowiek pręży się i maskuje, łamie rozum, by pojąć boże zamysły, stawiając siebie na piedestale.   Dokąd zmierzasz, świecie…? Wieża Babel dawno upadła, jakże jesteś nierozumny, jak Ikar, zbyt blisko słońca.
    • @Migrena

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • Idiotka     Ewa J., obecnie wyższa urzędniczka w ministerstwie kultury, swojego przyszłego męża poznała na plaży w Międzyzdrojach, gdzie na wypoczynek skierowała tę dwudziestoczteroletnią panienkę jej macierzysta firma. Wpadł jej w oko już pierwszego dnia. Elegancki, chociaż tylko w slipach, spacerował po plaży i czasami tylko udawał się na płytkie wycieczki w morze. Ewa J. umieściła swój kocyk w kratę właśnie obok „majdanu” przystojniaka w slipach. Reszta urlopu młodej pracownicy ministerstwa upłynęła na towarzyszeniu poznanemu na plaży chłopcu – chociaż może akurat było odwrotnie. Przedstawił się jako Jasiek C. Dowiedziała się jeszcze od niego, że skończył prawo i jest pracownikiem Ministerstwa Obrony, a jakże. Po samochodowym powrocie z urlopu (Jan C. był zmotoryzowany) romans trwał w najlepsze i po roku zakończył się bardzo kameralnym weselem. Młoda mężatka przeprowadziła się do eleganckiego, chociaż architektonicznie siermiężnego, tak zwanego dolarowca, do mieszkania męża. Dwa lata później Ewa C. urodziła chłopca, któremu dano na imię Piotr. Po wykorzystaniu urlopu macierzyńskiego młoda mama wróciła do pracy, a małemu Piotrowi wynajęto bardzo drogą, bo dobrze wykształconą opiekunkę. Lata płynęły. Państwo C. spędzali razem urlopy, powodziło im się doskonale, byli kochającym i czułym małżeństwem. Mieli własny jacht na Mazurach oraz domek myśliwski zagubiony gdzieś w bieszczadzkich lasach. Czasami przyjmowali gości, ale byli to zawsze znajomi pani Ewy. — Mąż, ze względu na tajny charakter swojej pracy, nie ma przyjaciół — mawiała do swoich przyjaciółek pani Ewa. — A co to za praca? — dopytywały zaciekawione. — Sama nie wiem, ale to jakaś osobliwa wojskowa tajemnica — odpowiadała. 23 lata po ślubie Ewa C. zjawiła się nieproszona na policji i zażądała rozmowy z oficerem, bo to, co ma do przekazania, jest rewelacyjnie ważne i niezwykle tajne. Policja chętnie nadstawia ucha, bo bardzo sobie ceni donosy, a szczególnie takie, w których żona donosi na własnego męża. Ewa C. zeznała, że odkąd poznała Jana C., on zawsze pracował w ministerstwie obrony. Miał legitymację służbową przedłużaną w grudniu na następny rok. Ale w 23. roku wspólnego życia pani Ewa C., urzędniczka w ministerstwie, udawała się do swojego chorego szefa, dyrektora departamentu, w celu zasięgnięcia jego opinii w sprawie służbowej. Było to przed południem, przed ekskluzywnym budynkiem mieszkalnym, ostatnio oddanym do użytku w Warszawie. Zobaczyła mianowicie swojego męża w garniturze i z czarną teczką w dłoni (tak właśnie o tej porze roku wychodził do pracy), jak sprężystym krokiem przemierza przeszklony korytarz na pierwszym piętrze, zatrzymuje się, otwiera jakieś drzwi i wchodzi do czyjegoś, jak sądziła, mieszkania. Przyjrzała się dobrze tym drzwiom. Były identyczne jak siedem pozostałych. Pospiesznie załatwiła swoje sprawy z pryncypałem, ale do pracy już nie wróciła. Zaintrygowana i pobudzona siedziała w samochodzie, obserwując znajome drzwi z numerem, za którymi zniknął mąż. Kilka minut po szesnastej elegancki pan, czyli właśnie Jan C., wyszedł z mieszkania, przemierzył korytarz, zjechał windą na parking, wsiadł do swojego samochodu i odjechał, a czatująca żona podążała za nim. Pan Jan podjechał pod dom państwa C. i niespiesznie się do niego udał. Chwilę po nim do domu weszła małżonka. Nie dała po sobie poznać, że oto poznała jakąś męża tajemnicę. Standardowe pytania: jak w pracy, wszystko dobrze, obiad, syn na randkę z dziewczyną lub chłopakiem, lektura gazet, kolacja, telewizor, łóżko. Rano Jan C., jak co dzień, wychodzi pierwszy, ale tuż za nim wybiega Ewa C. Podróż małżonka kończy się pod domem z wczorajszych obserwacji Ewy C. Pan Jan opuszcza samochód, idzie chwilę korytarzem i znika za drzwiami mieszkania, czy diabli wiedzą czego, oznaczonego numerem sześć. Żona idzie za nim, podchodzi pod drzwi, nasłuchuje, ale nie dobiegają do niej żadne dźwięki. Jest cicho. Wsiada do swojego samochodu, jedzie do pracy, bo dzisiaj akurat musi, ale wychodzi wcześniej, jedzie na Mazurską (tak ją tutaj nazwijmy). Tuż po szesnastej wychodzi mąż, wsiada do samochodu i jedzie do domu. Ale zaraz po obiedzie żona pyta męża, czy u niego w pracy wszystko w porządku. — Oczywiście, jest spokojnie — odpowiada. Jest klasycznie spokojnie i dodaje jakąś ciekawostkę o generale, którego żona zna tylko z telewizora. I jest następny dzień. Rano małżonkowie, oboje, ale oddzielnie, jadą na Mazurską, ale tym razem Ewa C. dzwoni do ministerstwa, że dzisiaj do pracy nie przyjdzie, bo – delikatnie mówiąc – niedomaga. Siedzi osiem godzin przed pracą, a raczej przed sama nie wie czym swojego męża, aż wreszcie kilka minut po szesnastej pracownik ministerialny opuszcza, powiedzmy, że pracę i jedzie do domu. Małżonka jedzie za nim. W poniedziałek Ewa ze swoją koleżanką z pracy podjeżdża na Mazurską. Poinstruowana kobieta idzie do mieszkania nr 6 i dzwoni. Otwiera jej mąż Ewy C. (ona go zna, on jej nie) w samej koszuli, krótkich spodenkach i na bosaka. Koleżanka żony pyta, czy zastała Stefana. Jan C. bardzo grzecznie, z uśmiechem na twarzy i na luzie odpowiada, że tutaj nie ma nie tylko Stefana, ale nawet żadnego innego mężczyzny. Ewa C. analizuje swoje życie, a raczej życie swojego męża, Jaśka. Chodzi codziennie przez 23 lata do tej samej pracy, zawsze ubrany elegancko, wręcz wytwornie, jak na człowieka z dużą klasą i na stanowisku przystało. O jego pracy nigdy szeroko nie rozmawiają, bo to są tajemnice i lepiej dla niej, aby nic nie wiedziała. Nie ma przyjaciół ani kolegów. Małżonkom nie zbywa na niczym. Mąż jest czuły i troskliwy, a więc jest świetnym partnerem i ojcem. Każdego miesiąca oddaje do domowego budżetu swoje zarobki w bardzo przyzwoitej wysokości. Ale w rzeczywistości do pracy nie chodzi, bo z tego, co ona się orientuje, to jeszcze u nas tak nie ma, żeby ministerstwo zlecało swoim pracownikom chałupnictwo. A więc tak, myśli Ewa C.: albo w grę wchodzi jakiś niezrozumiały romans z kobietą, albo mąż jest uwikłany w bardzo nieczyste interesy. Pewnego popołudnia, kiedy mąż jest w domu, jedzie na Mazurską i dzwoni do drzwi z numerem 6. Cisza, chociaż dzisiaj modnie byłoby napisać, że słyszy ciszę. Nie ma spisu lokatorów. Jeździ tak kilka razy, ale nigdy jej nikt nie otwiera. Wtedy jedzie na policję, która skrupulatnie spisuje jej zeznania, na koniec prosząc o dyskrecję. Oni się do niej odezwą. Policjanci szybko orientują się, że jeżeli w grę wchodzi pracownik Ministerstwa Obrony, o którym oni sami w swoich aktach mają pustkę, to sprawę należy przekazać do kontrwywiadu wojskiem. Agenci kontrwywiadu, wietrząc szpiegostwo na dużą skalę, zakładają na Jana C. całkowitą inwigilację. W nocy wchodzą do mieszkania na Mazurskiej i skrupulatnie je przeszukują. Jest to 90-metrowy apartament, bardzo bogaty i wykwintnie wyposażony w najlepsze włoskie meble skórzane, super sprzęt audio, kino domowe, obrazy, puszyste dywany... Jednym słowem, mieszkanie jest urządzone z niebywałym przepychem, aczkolwiek z zachowaniem niebanalnej elegancji. Na półkach stoją tysiące dysków z filmami i muzyką jazzową. Na powierzchni około 20 m² rozłożona jest instalacja kolejki elektrycznej. Nie są to jednak tanie zabawki z dawnego NRD czy chińska tandeta. Te kolejkowe zabawki wytwarzane są na zamówienie w Japonii przez firmę produkującą je dla bardzo zamożnej klienteli. Tory są szersze niż w normalnych zabawkach, lokomotywy i wagoniki wykonane z dbałością o każdy szczegół, jest komputerowe zarządzanie ruchem, a całość ma wartość luksusowego samochodu osobowego. W rogu stoi najnowsze dziecko firmy Lockheed Martin, przeznaczone dla dużych i bardzo bogatych chłopców. Jest to wart kilkadziesiąt tysięcy dolarów symulator lotniczy do walk w powietrzu, bombardowań, atakowania czołgów i tak dalej. W klaserach na półkach są zbiory monet. Jak szybko orientują się agenci, są to monety najdroższe na świecie. A więc, pomyśleli agenci przeszukujący mieszkanie, człowiek tu mieszkający pławi się w luksusie, na jaki stać tylko ludzi najbogatszych. W mieszkaniu z numerem 6 instalowane są podsłuchy głosowe i wizyjne. Jan C. zostaje zaś poddany totalnej inwigilacji. Prześwietlone zostaje życie obserwowanego od jego narodzin. Obserwuje się również jedyną bliską mu osobę, czyli jego matkę, Kazimierę C. Jest ona byłą urzędniczką do spraw bezpieczeństwa i higieny pracy w centrali PKP, aktualnie – ale od 21 lat – na rencie po stracie nogi w wypadku kolejowym. Kobieta ta pobiera 1920 zł renty, jest domatorką, nigdy i nigdzie nie wyjeżdża. Agenci szybko ustalili, że Kazimiera C. jest właścicielką wartego 950 tysięcy zł mieszkania na Mazurskiej oraz luksusowego, sportowego mercedesa GLE Coupe wartego pół miliona złotych, jakiego używa jej syn Jan. W mieszkaniu Kazimiery C. zjawia się agentka podająca się za pracownika Urzędu Skarbowego, pytając, skąd posiadała ona pieniądze na zakup mieszkania i samochodu. Kobieta nie jest speszona ani zdenerwowana pytaniami. Odpowiada, że o wszystko należy pytać jej syna, czyli Jana C. Groźby i perswazje nie rozwiązują jej języka. Trzymiesięczna totalna inwigilacja, podsłuchy i nagrania nie odpowiadają na żadne istotne pytania służby wojskowej. Wiadomo jedynie, że Jan C. nie tylko aktualnie nie pracuje, ale w ogóle nigdy i nigdzie nie pracował. Kontrwywiad ustala też, że obserwowany prowadzi niezwykle ustabilizowane życie. Każdego dnia jedzie do „pracy”, czyli na Mazurską, bawi się tam jak chłopiec, ogląda filmy, słucha jazzu, czasem się zdrzemnie i wraca po „pracy” – czyli po wszystkim, co w swoim, a właściwie swojej mamy mieszkaniu robił – do domu. Sprawia wrażenie człowieka bardzo pewnego siebie, ale ciepłego i miłego. Nie ma znajomych, z nikim się nie kontaktuje, nikt go nie odwiedza. Kontrwywiad zwraca sprawę policji, a ta decyduje się na zatrzymanie Jana C. Na pierwszym przesłuchaniu zatrzymany opowiada policji bajkę o tym, że kilkadziesiąt lat temu, kiedy zażywał życia w lenistwie, bo właśnie rzucił liceum po drugiej klasie szkolnych trudów, spotkał na ulicy szczupłego mężczyznę, który powiedział mu mianowicie, że jest jego ojcem. Powiedział też synowi, że porzucił matkę i jego, kiedy syn miał 5 lat. Dzisiaj przychodzi tu, aby nadrobić krzywdę, jaką mu wyrządził swoim odejściem. Powiedział też, że nie zapomniał o chłopcu i z bagażnika poloneza wyjął niewielką skórzaną torbę, wręczając ją synowi. — Masz tutaj ogromny majątek — powiedział — bądź tylko mądry, a wystarczy ci na całe życie. Chociaż Jasiek C. nie rozpoznał w nieznajomym ojca, to jednak po wypytaniu mamy, jak wyglądał tata, zorientował się, że to był właśnie on. W skórzanej teczce znajdowało się kilkadziesiąt papierowych pakunków, w każdym z nich było po kilka szlifowanych kamieni. Były to brylanty. Jan C. kupił odpowiednią literaturę, odwiedzał sklepy jubilerskie i powoli docierało do niego, że naprawdę został właśnie bogaczem. Pewnego dnia z dwoma niedużymi kamyczkami udał się do złotnika. Ten obejrzał towar i powiedział, że to dla niego zbyt poważny interes i nie jest zainteresowany zakupem, ale może skontaktować sprzedającego z odpowiednią osobą. Osoba ta zjawiła się na umówione spotkanie. Był to mężczyzna mówiący po angielsku, ale znał też wiele słów polskich. Obejrzał i zważył małą wagą jubilerską kamienie i powiedział, że może za obydwa zapłacić jakąś astronomiczną dla Jana C. kwotę. Transakcja doszła do skutku. Wtedy Jan C. powiedział Anglikowi, że niebawem będzie miał do sprzedania znowu dwa kamienie. Kupujący pozostawił swoją wizytówkę i powiedział, że czeka na telefon. Przez 25 lat Jan C. dzwonił do Anglika kilkanaście razy. Nauczył się mówić po angielsku. Przyzwyczajeni jednak do trochę bardziej realistycznych bajek policjanci zaproponowali w rewanżu za opowieść Janowi C. areszt. Prokurator wystąpił o jego zastosowanie do sądu, ale ten nie znalazł ku temu podstaw prawnych. Jana C. zwolniono. W kilka dni później został jednak ponownie zatrzymany pod zarzutem podrabiania dokumentów, a mianowicie legitymacji służbowej Ministerstwa Obrony. Zatrzymany przyznał się do zarzucanych czynów i zeznał, że wykonał ją sam, korzystając z drukarki i maszyny do foliowania. Co roku wypełniał też odpowiednie rubryki, co miało świadczyć o ważności legitymacji w kolejnym roku, własnoręcznie wykonaną pieczątką. Należy jednak stwierdzić, co przyznał również prokurator, że wygląd zrobionej przez zatrzymanego legitymacji bardzo daleko odbiegał od oryginału, a nawet był do niego zupełnie niepodobny. Zatrzymany przyznał się do zarzucanego czynu i chociaż prokurator sporządził wniosek do sądu o zastosowanie wobec podejrzanego aresztu, to jednak sąd nie znalazł ku temu odpowiedniego powodu. Jeszcze raz policjanci próbowali nakłonić Jana C. do uwiarygodnienia swojej opowieści przez okazanie pozostałych brylantów. — Będzie panu lżej, panie Janie — przekonywali. — Nie bądźcie panowie śmieszni — odpowiedział grzecznie zatrzymany i udał się do domu. W jakiś czas później Jan C. otrzymał wezwanie do prokuratury i udał się tam ze swoim świetnym adwokatem. Prokurator przedstawił podejrzanemu akta sprawy przed skierowaniem do sądu. Z akt Jan C. dowiedział się, że za całą sprawą stała jego żona Ewa, składając na własnego męża donos na policję. Wkrótce odbyła się sprawa sądowa, a sąd, z powodu małej szkodliwości społecznej czynu, sprawę umorzył. Jan C. przeprowadził rozmowę z żoną. — Słuchaj, wiem, że to ty na mnie doniosłaś. Zachowałaś się jak ostatnia zdzira, ale ci wybaczam, bo cię kocham — powiedział, a w odpowiedzi usłyszał to, czego ona dowiedziała się od policji. — Jak ja mogłam tyle lat żyć z prostakiem bez zwykłej matury?! Jesteś dla mnie oszustem! Jak mogłam wyjść za człowieka z gminu?! — krzyczała nie tylko mężowi w twarz, ale w kilka dni później również prosto w oczy swoim bardzo licznym a ciekawskim przyjaciółkom. Jan C. jak stał, tak wyszedł ze swojego mieszkania. Nigdy już do niego nie wrócił. Wkrótce z wniosku pani Ewy odbyła się sprawa rozwodowa i już na pierwszej rozprawie sąd zarządził rozwód. Ewa C. wytoczyła następnie swojemu byłemu mężowi sprawę o podział majątku. „Mieszkanie i samochód jest byłej teściowej, ale my z mężem mamy luksusowy jacht i dom myśliwski w lesie” – napisała w pozwie Ewa C. Łączna wartość majątku małżeństwa została oszacowana na sześć milionów złotych. Na sprawie świetny, ale bardzo drogi adwokat męża przedstawił zaświadczenie, że trzy miesiące temu na jachcie, którym płynął jej mąż, wybuchła butla gazowa i doszczętnie go zniszczyła. Jana C. wyłowiła z wody łódka wędkarska, a zaraz potem przyjęła go na pokład motorówka policji wodnej. — Tutaj jest cała dokumentacja zdarzenia — powiedział i położył na stole sędziowskim plik dokumentów. — Tylko przez zwykłe przeoczenie Jan C. zapomniał o opłaceniu ubezpieczenia wypadkowego — dodał mecenas. — Ale jest jeszcze dom! — darła się w sądzie Ewa C. Adwokat z kamienną twarzą położył przed sędzią notatki z policji i straży pożarnej stwierdzające, że w dniu takim a takim, prawdopodobnie od zwarcia instalacji elektrycznej, wybuchł pożar, po którym wspaniały dom myśliwski zamienił się w stertę gruzu. — On to spalił! — wrzeszczała przed sądem Ewa C., mając widocznie na myśli swojego byłego męża. — Bardzo wątpię — powiedział adwokat i położył na stole sędziowskim dokumenty stwierdzające, że w dniu pożaru Jan C. towarzyszył swojemu mercedesowi w wymianie oleju w autoryzowanym serwisie, setki kilometrów od uroczego domku w lesie. Syn małżonków C., Piotr, kupił sobie na raty – aczkolwiek, jak głosi plotka, za pieniądze tatusia – mieszkanie i zamieszkał tam ze swoją dopiero co poślubioną żoną. Kolorowe gazety doniosły ostatnio, że śliczna młoda aktorka, grająca już nie tylko w serialach, poślubiła przystojnego i bogatego, chociaż już starszego pana. Chodzi właśnie o Jana C. Idiotka Ewa J., dawniej Ewa C., mieszka obecnie w wynajętej, obskurnej kawalerce gdzieś na Ursynowie. Głupota towarzyszy ludzkości od samego jej początku, małostkowość zaś jest tym jej elementem, który potrafi zniszczyć życie nie tylko śmieciarza, doktora habilitowanego czy prostego magistra, ale również ministerialnej urzędniczki. I to byłoby na tyle.              
    • zima nadeszła za wcześnie. rozpalone płatki śniegu, rozkładają się w podłożu.   nie przyjdzie więcej, nareszcie... lata spędzone w szeregu, marsz do zbiorowego grobu.   pamięć twa nałogiem, chodnik twym cmentarzem, cegła twym nagrobkiem.   głoś więc w szczelinach na wpół skremowany, ostatnie kazanie oddechem urwanym. niech wiedzą, że papież nie został wybrany, a ty wiedz, że byłeś, tym razem, ostatnim.  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • Nieco z góry, wszystko wyda się mile i słodkie, w tej naszej imagino manipulacji zwanej kreacją ;) Z rozmachem, niezwykle. Pozdrawiam

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

       
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...