Wilczy apetyt
-
Ostatnio w Warsztacie
-
───
I. Moskwa – Odessa
Który już raz lecę z Moskwy do Odessy –
I znów złapali mnie w nie linii lot!
Ale oto nadlatuje księżniczka-błękitka stewardesa messy,
Niezawodna niby Wołga wszystkich flot.
Nad Murmańskiem ni chmurki – rejs mych snów,
I mógłbym teraz być już w Aszchabadzie,
albo w Trieście...
Otwarty Kijów, Charków, Kiszyniów, Lwów,
Wszystkie otwarte, lecz ja chcę być w Odessie wreszcie...
Mówili mi: „Nie licz na te adresy,
Na żaden z niebios komunizmu dar”.
A tu mi znów opóźniają mój lot do Odessy –
Teraz jest oblodzony pas na start!
A w Leningradzie z dachu woda kapie,
Więc może mi pisane lecieć do Leningradu?
Tbilisi to jedyny jasny punkt na tej podniebnej mapie,
Tam herbata rośnie w sadzie, lecz ja Tbilisi mam w głębokim rozkładzie!
Słyszałem, że Rostowianie idą w kurs!
A mnie głupiemu wciąż chce się do Odessy,
Ale mnie trzeba tam, gdzie od trzech dni nie honorują promesy,
I dlatego opóźnili ludzkiej surówki spust!
Ja muszę lecieć tam, gdzie chłód i lód,
Gdzie jutro zapowiadają taaaki śnieg,
Choć wszędzie indziej nieba czystego w bród,
To miło, ale nie po to wrzuciłem piąty bieg!
Nie wypuszczają mnie tu i nie wpuszczają tam,
Niesprawiedliwe to, ale nie poradzę nic –
Stewardesa, cudnie złudna, siódme niebo obiecuje nam,
A z góry na nas patrzy tej całej floty widz!
Otwarty najsłodszych smakołyków wielki tort,
Lecz, by tam lecieć najsłodsze słodycze mnie nie skuszą.
Otwarty nawet Władywostoku zamknięty port!
I Paryż jest otwarty, ale tam jechać nie muszę.
No, wreszcie! Pogoda, jak drut, dobry wiatr sprzyja skrzydłom,
Samolot się napręża, śmigła w ruch, pełny bak,
Lecz już nie wierzę, bo – mnie i tak tam nie przyjmą!
Znajdą powody nawet, gdy powodów brak...
Ja muszę lecieć tam, gdzie zamieć i mgła,
Gdzie jutro gradobicie zapowiadają.
Londyn, Delhi, Magadan przede mną się otwierają,
Wszystkie stoją otworem, ale nie dla mnie ta w ciuciubabkę gra!
Masz rację – śmiej się albo płacz: jestem znów na starych adresach,
I masz: znowu spóźnienie, niedostępny lot –
I smukła jak TU-104 stewardesa – panna Odessa,
Tak przystępna, jak ten cały fłot,
Znów mnie przestawia na ósmą zero dźwięk,
A towarzysze pasażerowie posłusznie zasypiają w krąg,
Mam tego dość już, psia kość,
I lecę tam, gdzie mi pozwalają!
Mam tego dość, już mnie całkiem zżarła złość,
I lecę tam, gdzie mi otwierają!
II. Polowanie na wilki
Biegnę z całych sił, szarpię każdym ścięgnem,
Ale dziś – jest jak jutro, i wczoraj, i potem
Otoczyli mnie, otoczyli ciasnym kręgiem
Rozwścieczają mnie do szpiku mej wilczej istoty.
Dwururki schowały się w cień jódł
Tam myśliwi skryli się swą sforą podłą;
Wilki tarzają się w śniegu, co stopił się i zmókł
Wystawiając się na łatwy strzał tych ogrów,
Refren:
Polowanie na wilki trwa, trwa polowanie!
Na szare samce, matki i szczenięta.
Gończy krzyczą, psy szczekają, a przynęta -.
To na śniegu krew i plamy krwawych flag.
W tej walce wilka z łowcami nie ma żadnych praw,
Strzelającym nie zadrży ręka,
Ogrodzili naszą wolność krwawych szmat strzępami,
Biją bez litości, a ich kula celu sięga.
Wilk nie może złamać tradycji czasem uświęconej;
Widzisz te ślepe szczenięta? Ledwo od sutka matki odstawione
Wyssały z jej mlekiem, czy to wilk czy ptak
Prawdę jedyną: „Strzeż się ludzkich flag!”
Refren
Łapy u nas i szczęki wytrwałe.
Dlaczego, wodzu, proszę powiedz mi,
Gonimy za szczeniakami i ubijamy je jednym strzałem,
Łamiąc zakaz, że nie wolno ich bić!
Wilk nie może inaczej. Sucho, to takie wilcze prawo.
A moje dni już są policzone.
Myśliwy już broń ujął w rękę prawą
Z uśmiechem, i kulą, dla mnie przeznaczoną.
Refren
Wyszedłem ze świętego kręgu krwawych flag —
Chęć życia jest we mnie silniejsza!
I usłyszałem za sobą westchnienia, wrzask
I krzyk myśliwych. Ich zdobycz będzie dziś mniejsza.
Szarpię się z całych sił, gnam każdym strzępem ścięgna,
Ale dziś – widzę jutro niż wczoraj jaśniejsze.
Otoczyli mnie, otoczyli w krwawych kręgach,
Ale gończym nic nie zostanie w rękach!
Refren
III. Polowanie z helikopterów
Jak brzytwa, świt przeciął nam oczy,
I otwarła się brama hangaru,
A my przecieramy szlak, przez śnieg nasz tłum się toczy
Most chrzęsci pod naszym ciężarem.
A oni trzepotali skrzydłami tuż nad tajgą,
A śnieg wolno spada z gałęzi świerków.
A na naszym szlaku, nad tą krwawą bajką,
Śmigłowca huk był jak psa warkot.
Refren:
Jest polowanie z helikoptera, hej na łów!!
Na wilki szare, uparte i gniewne
Ci, co usiedli u karabinów sterów - jest ich dwóch,
Już zapomnieli o litości pewnie—
A kule koszą wsio stworzenie.
Biegnę i wdycham te mroźne opary,
Lecz nie zdołam uciec już przed przeznaczeniem.
Mechaniczne potwory nade mną krążą jak janczary.
A ja biorę oddech jeszcze jeden w wilczy pysk,
Lecz łopaty wyją coraz bliżej, wyraźniej,
A ziemia pod mymi łapami aż kwiczy ziemi bryzg
Śmieją się z kokpitu: „Dawaj! Raźniej!”
I spuszczają mi na zad ołowiu deszcz.
Refren
Leżę pod drzewem złamanym, w mchu schroniłem się;
Gdzieś przegapiłem ten zjazd na tyłku.
I niech ci na górze próżno szukają mnie –
Zostanę na dole; wpadłeś w zasadzkę, wilku!
A ten piekielny huk rozpłynął się, znikł wtem;
Znów śnieg na bagnach wolno pada;
Wstałem, strząsnąłem silnika ryku mgłę,
Żyję! Nie zabijecie mnie nigdy, gady!
───
@Michał PawicaWstęp:
Cień Arbacie, Cień Łubianki
Bułat miał rację, mówiąc o Polsce z tym swoim melancholijnym, moskiewskim zachwytem.
Widział nas przez pryzmat hejnału mariackiego, znoszonych garniturów siedemnastolatków idących na barykady i rzewnych łez Jarosławny.
Dla niego byliśmy mądrzy, muzykalni, subtelni – jakbyśmy wszyscy zostali ulepieni z tej samej gliny, z której Agnieszka wycinała swoje najpiękniejsze strofy. To była miłość bezgraniczna, sygnał alarmowy czysty i wyraźny, grany na trąbce przez zamordowanego rzemieślnika historii.
Ale Bułat pisał swoje eposy, gdy nad Moskwą szalała zaledwie majowa burza. Nie mógł przewidzieć, że jego ukochany, boczny cygański trakt z Arbacie skręci kiedyś gwałtownie w ponure korytarze Łubianki, a dym z płonącej planety uniesie się nad naszą ziemią jak nad gorejącym krzewem. Że jego dziesiąty, desantowy batalion – ten, który szedł w noc od Kurska i Orła – zamiast wolności przyniesie swastykę Ruskiego Mira, a zamiast bitnych pieśni rozbrzmiewać będzie tępy śmiech chłopców z Omonotworu pałujących kobiety na placach Pitera.
Kiedy mit pęka, język zaczyna dychać coraz ciszej. Zamiast czułej struny akordeonu dostajemy mokry worek nadziany na dumną głowę i ślady paralizatora na dłoniach.
Wujek Wołodia – ten swojski sąsiad z bloku, były szpieg i perełka z korytka KGB – zaczął dokręcać nam śruby tak mocno, że nasza wspólna, wątła nić zaczęła pić krew. Kręci je dalej, w szale, bez rozkazu, aż po sam grób.
Dlatego ta opowieść nie ma dialogów. Jest jak powieść historyczna pisana przez emerytowanego porucznika w cieniu zatrutej róży, wciśniętej w oszroniony kufel po tanim, importowanym piwie. To mit, w którym człowiek pisze, co Bóg jeszcze ledwo słyszy przez ryk silników i dym Nord-Ost. Wszystko to minie, powtarzamy jak mantrę, łykając czarny, więzienny chleb.
Zanim jednak bramy Lefortowa runą, a dyktator stanie się zimnym trupem w kostnicy, musimy wykrzyczeć słowa podejrzanej konduity. Nawet jeśli nasz rym już ledwo dyszy. Nawet jeśli przyjdzie nam krzyczeć z całych płuc, prosto w twarz tej bladej godzinie, która z miłości zostawiła nam tylko swąd...
0
-
-
Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach
-
- 62 odpowiedzi
- 1 375 wyświetleń
-
- 61 odpowiedzi
- 1 040 wyświetleń
-
- 59 odpowiedzi
- 1 117 wyświetleń
-
- 50 odpowiedzi
- 1 041 wyświetleń
-
- 44 odpowiedzi
- 709 wyświetleń
-
Rekomendowane odpowiedzi
Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto
Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.
Zarejestruj nowe konto
Załóż nowe konto. To bardzo proste!
Zarejestruj sięZaloguj się
Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.
Zaloguj się