Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Haiku? O jesieni? Aha... chodzi o to, że to jest troszkę ;) dłuższe?


tajemnica

iść nie dojść nigdzie
zwyczajna to ludzka rzecz
przepaść nagle gdzieś

śnieżna pustynia
ślad w pół drogi urwany
przełamany w krew

zagadka w puchu
przed idącym została
drogi samej cel

iskrząca cisza
ciągle do podeptania
przez innego biel


A tak? Nie jest to haiku, choć układ sylab podobny w strofach, ale skoro lubisz...
Super, że zajrzałaś, co za radość (dnia) :)
  • Odpowiedzi 44
  • Dodano
  • Ostatniej odpowiedzi

Top użytkownicy w tym temacie

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Image. Czy raczej taka moja wada, jedna więcej, bo skoro ich suma jest zawsze taka sama,
rozmieniam je na drobne ;)

ahi, bo zastanawiałam się, czy ma to np zwiazek z zapożyczeniami albo cuś w tem guście :)
Możliwe. Image są do siebie podobne dlatego, że z założenia mają być inne ;)
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Już odpowiedziałem, choć przyznaję szczerze, że niejasno ;)
Sam nie wiem? Dopóki nie wymyślą czcionki oddającej indywidualny charakter pisma,
z mojej strony to pierwszy krok (czytaj: nieudany, niepewny) w tym kierunku.
Dziękuję.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Hanie przeżyją nas wszystkich :) Mam na poparcie tego teorię, związaną z reinkarnacją:
podobno źli ludzie przychodzą na świat w innym wcieleniu, żeby kolejny raz mogli
odkupić swoje winy. I właśnie dlatego Hanie nas przeżyją :)

Naprawdę cieszę się, że Ci się podobało. Dziękuję.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Hanie przeżyją nas wszystkich :) Mam na poparcie tego teorię, związaną z reinkarnacją:
podobno źli ludzie przychodzą na świat w innym wcieleniu, żeby kolejny raz mogli
odkupić swoje winy. I właśnie dlatego Hanie nas przeżyją :)

Naprawdę cieszę się, że Ci się podobało. Dziękuję.

Hania właśnie mnie uczy dobrych manier :)))
W sumie to powianiem też się zbulwersować, ech...

Pozdrawiam i idę obciąć sobie jęzor.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Powiem tak: można, czy raczej trzeba czasem zakląć, byle bez przesady.
Ale i nie przeklinania też nie należy traktować przesadnie ;)
Przekleństwo zależy tylko od odbiorcy i gdyby przyszło nam kląć w samotni,
czy miałoby to jeszcze jakieś znaczenie? Nikogo by to nie obrażało,
nikt by się nie gorszył, nie byłoby dzieci, które uczyłyby się złych słów.
Albo bekanie a nawet puszczanie bąków: u nas jest to wstydliwe, zaraz
obok, u naszych sąsiadów całkiem naturalne.

Pozdrawiam, a co do języka... nic tak go nie skaleczy, jak właśnie dobre przekleństwo :)
Nawet Hania o tym trąbi.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Hanie przeżyją nas wszystkich :) Mam na poparcie tego teorię, związaną z reinkarnacją:
podobno źli ludzie przychodzą na świat w innym wcieleniu, żeby kolejny raz mogli
odkupić swoje winy. I właśnie dlatego Hanie nas przeżyją :)

Naprawdę cieszę się, że Ci się podobało. Dziękuję.

Hania właśnie mnie uczy dobrych manier :)))
W sumie to powianiem też się zbulwersować, ech...

Pozdrawiam i idę obciąć sobie jęzor.
o tak, tak pawianem ,pawianem poczęstować wszystkie HA
hehee
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Powiem tak: można, czy raczej trzeba czasem zakląć, byle bez przesady.
Ale i nie przeklinania też nie należy traktować przesadnie ;)
Przekleństwo zależy tylko od odbiorcy i gdyby przyszło nam kląć w samotni,
czy miałoby to jeszcze jakieś znaczenie? Nikogo by to nie obrażało,
nikt by się nie gorszył, nie byłoby dzieci, które uczyłyby się złych słów.
Albo bekanie a nawet puszczanie bąków: u nas jest to wstydliwe, zaraz
obok, u naszych sąsiadów całkiem naturalne.

Pozdrawiam, a co do języka... nic tak go nie skaleczy, jak właśnie dobre przekleństwo :)
Nawet Hania o tym trąbi.

myślę, że sztuką jest tak napisać wiersz...aby nawet najgorsze przekleństwa w nim nie raziły.Tobie się to udało...wulgaryzmy nie tylko wzmacniają puentę, ale rozrzewiają:)...pozdr.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


A co to za samokrytyka Kogoś, kto należy do tych, których obowiązkowo czytam
kiedy tylko tu zaglądam? Miało chyba zaboleć a... ucieszyło, że coś podoba się wzajemnie :)
Dziękuję pięknie.
czemuż, o panie, nie zostawiasz więc komentarzy? :))
cieszę się, że ucieszyło, gdyż ponieważ bo ucieszyć miało.

pozdrawiam.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Czemu? Coraz częściej obawiam się, jak zostaną przyjęte :) Łatwo jest napisać: ładne, gniot
ale kiedy przedstawia się jakiś swój obraz widzenia wiersza, nierzadko okazuje się ,że człowiek staje się nagle wrogiem - dosłownie publicznym - Autora ;)
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Czemu? Coraz częściej obawiam się, jak zostaną przyjęte :) Łatwo jest napisać: ładne, gniot
ale kiedy przedstawia się jakiś swój obraz widzenia wiersza, nierzadko okazuje się ,że człowiek staje się nagle wrogiem - dosłownie publicznym - Autora ;)
Kaloszu (lub, jak kto woli - Boskie ;)), na mnie to nie działa. możesz śmiało komentować, jeśli najdzie ochota.

pozdrawiam.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Sprawiło mi radość, że tak uważasz :) Dość dawno pojąłem, że przekleństwo tak naprawdę stało się dla niektórych rodzajem broni. I jak nóż pomaga na skróty przyrządzić obiad (kiedyś takie kury patroszono zębami) ale może też posłużyć do zranienia kogoś, tak samo jest z przekleństwami. Jeśli nie dotykają kogoś osobiście, są tylko jednym z wielu słów ze Słownika.

Wszystko zależy wyłącznie od naszych (przykro to powiedzieć ale chorych) skojarzeń. Dlatego taki "kutas" przez wiele lat oznaczał po prostu niewinny wisiorek, aż znaleźli się tacy, którym wisiorek kojarzył się tylko z tym, co wisi mężczyźnie zaraz obok niego. I tak oto mamy dzisiaj zakazane słowo więcej.
Za to możemy mówić "kiep", co było chyba najgorszym polskim przekleństwem odkąd zaistnieliśmy jako Naród. Dziwne jest, że w tak zwanej grypserce do dziś za nazwanie kogoś kiepem, czy powiedzenie, że jest kiepski, można przy okazji zapoznać twarz z najnowszymi osiągnięciami w dziedzinie chirurgii plastycznej aby wyglądała mniej więcej tak jak wtedy, zanim nazwaliśmy go kiepskim.
Czyżby ludzie z tak zwanego marginesu społecznego byli ostatnimi dinozaurami naszej mowy? ;) Ale z tego wyłaniałby się bardzo ciekawy aspekt:
to reszta odeszła od korzeni w stronę... wisior jeden wie czego :)

Mógł sobie taki Zamoyski pisać rzewniej (co oznaczało: dawniej) bez obawy:


Przestrzegałem cię, abyś u Filipa
Nie bywał, bracie, choć ci wstaje pipa:
Już ci raz była skaziła się cera,
Że jej z trudnością poprawił Petera.
Diabeł ci pomógł a toż też na swego
Trafiłeś, co-ć rzekł: Nie (ruszaj cudzego].
Był też ktoś drugi na tę sierć ochoczy,
Co-ć nos ukrwawił i podpisał oczy.
Dobrze tak na cię, aza po niewoli
Ludzie cię dobrzy oduczą swawoli
I prędzej niźli francowate guzy
W cnotach wyćwiczą pięści, tykwy, tuzy.


Nazywał rzecz po prostu, po imieniu, żeby ostrzec innych przed Złym.
I tutaj rodzi się kolejna dygresja: kto wie, jakimi słowami posługiwał się sam Jezus?
Może wiele z nich nabrało po upływie aż dwóch tysięcy lat znaczeń równie ordynarnych? Naiwnie byłoby założyć, że tylko język polski ewoluował w tym przypadku.
Wracając do Zamoyskiego, bardzo interesująca jest historia choroby, przed którą ostrzega
w wierszu. I tak jak my przejęliśmy prawdopodobnie od wschodnich sąsiadów słowo "jebać", które początkowo było czymś w rodzaju: zabić kogoś (zajebać go), tak Rosjanie oskarżali nas
o przywleczenie do nich choroby wenerycznej na którą nie było lekarstwa.
Z tego też pozostaje dziś chyba tylko się śmiać, choć miliony ludzi umierało
z tego powodu i jeszcze więcej cierpiało.
Otóż syfilisa próbowano tu i ówdzie leczyć krwią węża (nie mam pojęcia jakiego)
lub rosołem z sępa z dodatkiem kolcowoju lekarskiego (nie wiem ki diabeł ten kolcowój, ale pięknie się nazywa, zresztą można spytać Hani, ktora na co dzień zajmuje się gotowaniem). Pewien włoski lekarz wojskowy dał nawet rozkaz wycięcia 5 tysiącom żołnierzy
ich najważniejszego organu, od czego stracili werwę a zwłaszcza głos tak,
że ich wojenne okrzyki na tyle rozśmieszały wroga, na ile zasmuciły żony
już przy pierwszej przepustce.
A podobno nie kto inny, tylko podręcznikowa chluba ludzkości - Krzysztof Kolumb
przywiózł jakąś wredną odmianę tej wstydliwej choroby, raz dwa nazwanej dumnie przez Hiszpanów hispaniolą. Włosi też tak uważali (że to hispaniola), ale już Francuzi
oskarżali o nią Włochów, zas Francuzów Anglicy, Turcy i Polacy
zgodnie nazywając syfilisa: "francuską chorobą".
Natomiast Rosjanie, jakby mogło być inaczej - byli przekonani, że przywlekły ją Lachy,
zwani też popularnie Polaczkami. Tak więc syfilis stał się raz dwa świetną okazją
do załatwiania porachunków za pomocą ówczesnej propagandy dyplomatycznej (taka dzisiejsza Tarcza) i gdyby już wtedy żył Hitler, miałby wspaniałą okazję do oczyszczenia świata z tego świństwa wycinając za przykładem włoskiego lekarza genitalia,
ale już razem z resztą delikwenta poszczególnych, skażonych regionów.

Wspomniałem o tym przy okazji, żeby pokazać jak interesując może być to,
co uważa się za jednostronnie złe, jak potrafi wpłynąć na dzieje Świata.
Przekleństwa postrzegane są jako emanacja czegoś złego, o znaczeniu pejoratywnym -
ale skoro podlegają procesowi ewolucyjnemu, skoro zwykłe słowa stają się po czasie nimi,
a to co było przekleństwem staje się zwykłym słowem oznaczałoby,
że zło podlega ewolucji razem z człowiekem i jest zależne tylko od tego,
jak, czy raczej: czym je ujmuje w danym momencie.


Ech... rozpisałem się, a przecież są (jak pisałem dojrzały do tego razem z nami)
takie krótkie słowa na zło którego przecież nie da się ująć... niczym godnym ;)

Pozdrawiam.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Więcej nic nie ma. Czy raczej właśnie jest i gdybym próbował napisać co, byłaby to tylko moja własna interpretacja tego co sam o tym sadzę.
Wyobraź więc sobie, że to Ty idziesz śladami ciągnącymi się w dal i te nagle się urywają.
Nie ma oznak walki, ktoś idący nie przyspieszył kroku, nie skręcił na bok - po prostu
w pewnym momencie przepadł... bez śladu.
Ale nie nadaremnie: teraz, w tym nieoczekiwanym miejscu Ty podejmujesz drogę.
Twój umysł, przeczucia, przeżyte doświadczenia, zasłyszane nieprawdopodobne historie.
Nie mogę Ci pomóc jak autor, bo po prostu... sam nie wiem na pewno, co może być dalej?

Pozdrawiam.
Opublikowano

z jednej strony wiersz dobry ,ale tylko w porówaniu z poziomem jaki tutaj panuje
a z drugiej nie zachwyca, przeczytałem i nawet wróciłem, czyli coś jest na rzeczy, ale żeby oklaskiwać, to chyba jeszcze dla mnie za mało

pozdrawiam

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Wiadomo, że niczym nie dogodzi się wszystkim. Wiedzą o tym sprzedawcy kolorowych parasoli
z takimi i siakimi rączkami, producenci co rusz innych marek samochodów, nawet hodowcy drobiu lub jabłek - więc czemu zakładać, że z wierszami miałoby być inaczej? A gdyby było... powiałoby nudą. Dlatego p. Dehnel pisze tak jak pisze, p. Bargielska i p. Tomaszewska po swojemu, a ja, tu powyżej buduję atmosferę jeszcze inaczej.
Zazwyczaj podoba się/nie podoba zależy od oczytania się czymś i porównywanie potem
czegoś innego ze znanym już wcześniej tekstem. Coś jak sushi albo dobre wino, czyli:
apetyt rosnący w miarę jedzenia. Toteż nie bardzo potrafię odnieść się do tego rodzaju komentarzy. Nie wiem, co właściwie komentujący ma w takich razach na myśli:
nie przypomina mu to ukochanego Leśmiana, jest dalekie od fascynacji p. Barańczakiem,
czy może p. Świetlickim?

Odpiszę więc, że przyjąłem do wiadomości, że nie podoba się :)
I tym bardziej dziękuję za czytanie mimo tego dwa razy.

Pozdrawiam.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   - Oby Njord podarował nam dobre wiatry, moje dzieci – mawiał ojciec do Vivian i Hespera przed każdym wejściem na statek. Łowili dorsze i halibuty, czasem homary. Morze zazwyczaj było spokojne. 

        W domu nie głodowali. Nawet jeśli dzieciom po wielu godzinach rejsu zaczynała doskwierać monotonia i rozrabiały na pokładzie, to pracę ojca darzyły szacunkiem. Co dzień na stół trafiała świeża ryba. 

        Hesper był kłopotliwym chłopcem. Wspinał się na maszty i pokazywał język wołającym za nim marynarzom. Bujał się na linach, rozplątywał supły. Nierzadko przemycał na pokład farby i pędzle, skrzętnie ukryte pod kamizelką.  Każdego popołudnia ktoś zmywał mopem namalowane przez niego murale. Załoga pokpiwała z jego dzieł inspirowanych Alidą Withoos. Jemu mówili, że niewieścieje, a między sobą szeptali o jego talentach. Twierdzili, że ma potencjał na wielkiego artystę, lecz nikt nigdy nie powiedział mu tego w twarz.

        Vivian na morzu odnajdywała spokój, którego nie mogła zaznać na lądzie. Uwielbiała wpatrywać się w bezkresne wody i słuchać ich szumu. Wyobrażała sobie, co kryje się za horyzontem. Dopiero gdy jod dostawał się do jej nozdrzy czuła, że naprawdę oddycha. Ścigali się z Hesperem w ilości złowionych ryb. Przed zmrokiem ojciec ważył ich zdobycze. Zwycięzca otrzymywał tabliczkę czekolady. Hesper przeważał siłą fizyczną i niemal zawsze pokonywał starszą siostrę.

        Ojciec dbał, by jego dzieci miały fach w ręku. Uczył ich wiązać węzły, sprawdzał czy pamiętają ich nazwy i zastosowanie; pokazywał jak zarzucać sieci i jak uniknąć szkorbutu, kazał im uczyć się na pamięć każdej części pokładu. Tym samym zapewniał im przyszłość, wyjście awaryjne, gdyby ich plany się nie powiodły.

        Przed zachodem słońca, kierując się do portu, stawali we trójkę na dziobie i podziwiali horyzont. Pewnego razu zadał im pytanie poprzedzone ociężałym westchnieniem, jak gdyby przez długi raz zbierał się do tego, co ma powiedzieć.

        - Powiedzcie mi, dziatki, macie jakieś marzenia?

        - Być bogatym! – wykrzyknął od razu Hesper, którego sny o zostaniu światłym malarzem zostały stłamszone przez złośliwości marynarzy. 

        Vivian zastanawiała się przez moment. Do tej pory nie rozmyślała nad swym losem, nie szukała sensu istnienia. Do szczęścia wystarczyły jej wyprawy w morze i słuchanie szumu fal. Cieszyło ją, że rodziny nie dotyka głód. 

        - Pragnę spokojnej duszy, tato – powiedziała. Uśmiechu ojca nie było widać pod gęstym wąsem, ale zawsze wiedziała, kiedy się pojawiał – A ty? 

        - Ja już mam wszystko, co miałem… choć jest jedna rzecz, o której marzę skrycie każdej nocy…

        - Co to takiego? – spytało równocześnie rodzeństwo. Nie mogli doczekać się, aż usłyszą nową historię.

        - Jak myślicie, co znajduje się za horyzontem? – każdą opowieść ojciec poprzedzał pytaniem. 

        Nieznane lądy? Nowe cywilizacje? Dzikusy? Skarby? Koniec świata?, padały odpowiedzi i fakt – każda z nich mogła być tą poprawną, lecz on na myśli miał tylko jedną. 

        - Zgadza się, moi mali. Mnóstwo, mnóstwo skarbów…

        - Co to za skarby? – Hesperowi oczy zabłysły na wieść o bezpańskich bogactwach.

        Ojciec roześmiał się ciepło.

        - Oczka ci się świecą, synku – pogładził chłopca po głowie – Pewnie widzisz już te wszystkie skrzynie ze złotem i klejnotami, które zostawili po sobie piraci. Tak, to też znajdziemy na wyspie Hollowstone, lecz prawdziwy skarb kryje się w jaskini przy brzegu.

        Dzieci milczały, w napięciu czekając na to, co dalej usłyszą; zachwycały się obrazami tworzącymi się w ich głowach.

        - Można tam wpłynąć tylko łodzią. Podobno na środku jeziora rośnie drzewo o liściach czerwonych jak krew i miękkiej, brunatnej korze. Mówi się, że jego sok zapewnia zdrowie na pięćdziesiąt lat! Żadna choroba nie jest ci straszna! 

        Zapał ostygł w sekundę. Vivian i Hesper spodziewali się usłyszeć o górach monet. Zdrowia oboje mieli w dostatku.

        - Teraz mnie nie rozumiecie, ale z czasem… z czasem sami dojdziecie do tego, jak bardzo jest to ważne.

        - Jak tam się dostać, tato? - zapytała Vivian po kilku minutach ciszy, podczas których ojciec wpatrywał się markotnie w horyzont. Z westchnieniem wyprostował plecy.

        - I to, moja córeczko, jest najtrudniejsze do wykonania… Otóż drogę na wyspę mogą wskazać jedynie duchy żeglujące po Morzu Dusz od początku istnienia. Kiedyś powstała pieśń, która przywołuje je i wszystkich, którzy spoczęli pod falami, chcąc napić się soku z drzewa Arbivon. 

        - Dlaczego ten sok nie daje nieśmiertelności. Ja nie chcę umierać! - zawołał rozczarowany Hesper, na co ojciec roześmiał się serdecznie. 

        - Prędzej, czy później wszystko obróci się w proch. Poza tym, gdzieś tam czeka na nas lepsze miejsce - powiedział, spoglądając w niebo.

        Wszystkich bywających w porcie ludzi Vivian i Hesper znali od najmłodszych lat. Kiedy przychodzili z ojcem, marynarze i ich żony głaskali ich czule po łowach, pytając o zdrowie. Przed wejściem na statek ojciec lubił uciąć sobie pogawędkę z kobietami żegnającymi mężów. Rodzeństwo oglądało wtedy kilkumetrowy, strzelisty monolit. Czytali na głos wyryty na nim cytat: Pamięci tym, co wybrali Morze i spoczęli na jego dnie. Pod spodem spisano nazwiska żeglarzy, którzy nie powrócili ze swoich wypraw i zostawili rodziny.

        Nocami ojciec chwytał za lupę i przy świetle kilku świeczek studiował mapy. Latami szukał informacji o Hollowstone. Wertował książki, wypytywał kolegów i co jakiś czas zagajał starego Hermita, nie skorego do wspominek. Jak trafił na właściwy trop, nigdy rodzinie nie ujawnił. Pewnego poranka wszedł do kuchni z tobołkiem na plecach i oznajmił, że zbiera załogę. Ucałował żonę, pokrzepił dzieci i rzucił na stół garść monet i zwinięty w rulon papier - testament mający wejść w życie po roku jego nieobecności. 

        Vivian co świt i po zmierzchu wyruszała z latarnią na plażę. Wypatrywała statków powracających do portu. Składała modły, by na którymś pokładzie wracał do niej jej ojciec. Bogowie jednak nie byli łaskawi. Dni mijały, ewoluując w tygodnie, miesiące, aż w końcu i lata. Dopiero skończywszy osiemnaście lat, Hesper przestał wypytywać w każde urodziny, czy tata zjawi się z prezentem. Dorosłość rodzeństwo osiągnęło pod okiem jedynie matczynym, pod okiem smutnym i wyczerpanym. Nazwisko Carsena Vissera zostało wyryte na monolicie na wieki.

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach




  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • - Oby Njord podarował nam dobre wiatry, moje dzieci – mawiał ojciec do Vivian i Hespera przed każdym wejściem na statek. Łowili dorsze i halibuty, czasem homary. Morze zazwyczaj było spokojne.    W domu nie głodowali. Nawet jeśli dzieciom po wielu godzinach rejsu zaczynała doskwierać monotonia i rozrabiały na pokładzie, to pracę ojca darzyły szacunkiem. Co dzień na stół trafiała świeża ryba.    Hesper był kłopotliwym chłopcem. Wspinał się na maszty i pokazywał język wołającym za nim marynarzom. Bujał się na linach, rozplątywał supły. Nierzadko przemycał na pokład farby i pędzle, skrzętnie ukryte pod kamizelką.  Każdego popołudnia ktoś zmywał mopem namalowane przez niego murale. Załoga pokpiwała z jego dzieł inspirowanych Alidą Withoos. Jemu mówili, że niewieścieje, a między sobą szeptali o jego talentach. Twierdzili, że ma potencjał na wielkiego artystę, lecz nikt nigdy nie powiedział mu tego w twarz.   Vivian na morzu odnajdywała spokój, którego nie mogła zaznać na lądzie. Uwielbiała wpatrywać się w bezkresne wody i słuchać ich szumu. Wyobrażała sobie, co kryje się za horyzontem. Dopiero gdy jod dostawał się do jej nozdrzy czuła, że naprawdę oddycha. Ścigali się z Hesperem w ilości złowionych ryb. Przed zmrokiem ojciec ważył ich zdobycze. Zwycięzca otrzymywał tabliczkę czekolady. Hesper przeważał siłą fizyczną i niemal zawsze pokonywał starszą siostrę.   Ojciec dbał, by jego dzieci miały fach w ręku. Uczył ich wiązać węzły, sprawdzał czy pamiętają ich nazwy i zastosowanie; pokazywał jak zarzucać sieci i jak uniknąć szkorbutu, kazał im uczyć się na pamięć każdej części pokładu. Tym samym zapewniał im przyszłość, wyjście awaryjne, gdyby ich plany się nie powiodły.   Przed zachodem słońca, kierując się do portu, stawali we trójkę na dziobie i podziwiali horyzont. Pewnego razu zadał im pytanie poprzedzone ociężałym westchnieniem, jak gdyby przez długi raz zbierał się do tego, co ma powiedzieć.   - Powiedzcie mi, dziatki, macie jakieś marzenia?   - Być bogatym! – wykrzyknął od razu Hesper, którego sny o zostaniu światłym malarzem zostały stłamszone przez złośliwości marynarzy.    Vivian zastanawiała się przez moment. Do tej pory nie rozmyślała nad swym losem, nie szukała sensu istnienia. Do szczęścia wystarczyły jej wyprawy w morze i słuchanie szumu fal. Cieszyło ją, że rodziny nie dotyka głód.    - Pragnę spokojnej duszy, tato – powiedziała. Uśmiechu ojca nie było widać pod gęstym wąsem, ale zawsze wiedziała, kiedy się pojawiał – A ty?    - Ja już mam wszystko, co miałem… choć jest jedna rzecz, o której marzę skrycie każdej nocy…   - Co to takiego? – spytało równocześnie rodzeństwo. Nie mogli doczekać się, aż usłyszą nową historię.   - Jak myślicie, co znajduje się za horyzontem? – każdą opowieść ojciec poprzedzał pytaniem.    Nieznane lądy? Nowe cywilizacje? Dzikusy? Skarby? Koniec świata?, padały odpowiedzi i fakt – każda z nich mogła być tą poprawną, lecz on na myśli miał tylko jedną.    - Zgadza się, moi mali. Mnóstwo, mnóstwo skarbów…   - Co to za skarby? – Hesperowi oczy zabłysły na wieść o bezpańskich bogactwach.   Ojciec roześmiał się ciepło.   - Oczka ci się świecą, synku – pogładził chłopca po głowie – Pewnie widzisz już te wszystkie skrzynie ze złotem i klejnotami, które zostawili po sobie piraci. Tak, to też znajdziemy na wyspie Hollowstone, lecz prawdziwy skarb kryje się w jaskini przy brzegu.   Dzieci milczały, w napięciu czekając na to, co dalej usłyszą; zachwycały się obrazami tworzącymi się w ich głowach.   - Można tam wpłynąć tylko łodzią. Podobno na środku jeziora rośnie drzewo o liściach czerwonych jak krew i miękkiej, brunatnej korze. Mówi się, że jego sok zapewnia zdrowie na pięćdziesiąt lat! Żadna choroba nie jest ci straszna!    Zapał ostygł w sekundę. Vivian i Hesper spodziewali się usłyszeć o górach monet. Zdrowia oboje mieli w dostatku.   - Teraz mnie nie rozumiecie, ale z czasem… z czasem sami dojdziecie do tego, jak bardzo jest to ważne.   - Jak tam się dostać, tato? - zapytała Vivian po kilku minutach ciszy, podczas których ojciec wpatrywał się markotnie w horyzont. Z westchnieniem wyprostował plecy.   - I to, moja córeczko, jest najtrudniejsze do wykonania… Otóż drogę na wyspę mogą wskazać jedynie duchy żeglujące po Morzu Dusz od początku istnienia. Kiedyś powstała pieśń, która przywołuje je i wszystkich, którzy spoczęli pod falami, chcąc napić się soku z drzewa Arbivon.    - Dlaczego ten sok nie daje nieśmiertelności. Ja nie chcę umierać! - zawołał rozczarowany Hesper, na co ojciec roześmiał się serdecznie.    - Prędzej, czy później wszystko obróci się w proch. Poza tym, gdzieś tam czeka na nas lepsze miejsce - powiedział, spoglądając w niebo.   Wszystkich bywających w porcie ludzi Vivian i Hesper znali od najmłodszych lat. Kiedy przychodzili z ojcem, marynarze i ich żony głaskali ich czule po łowach, pytając o zdrowie. Przed wejściem na statek ojciec lubił uciąć sobie pogawędkę z kobietami żegnającymi mężów. Rodzeństwo oglądało wtedy kilkumetrowy, strzelisty monolit. Czytali na głos wyryty na nim cytat: Pamięci tym, co wybrali Morze i spoczęli na jego dnie. Pod spodem spisano nazwiska żeglarzy, którzy nie powrócili ze swoich wypraw i zostawili rodziny.   Nocami ojciec chwytał za lupę i przy świetle kilku świeczek studiował mapy. Latami szukał informacji o Hollowstone. Wertował książki, wypytywał kolegów i co jakiś czas zagajał starego Hermita, nie skorego do wspominek. Jak trafił na właściwy trop, nigdy rodzinie nie ujawnił. Pewnego poranka wszedł do kuchni z tobołkiem na plecach i oznajmił, że zbiera załogę. Ucałował żonę, pokrzepił dzieci i rzucił na stół garść monet i zwinięty w rulon papier - testament mający wejść w życie po roku jego nieobecności.    Vivian co świt i po zmierzchu wyruszała z latarnią na plażę. Wypatrywała statków powracających do portu. Składała modły, by na którymś pokładzie wracał do niej jej ojciec. Bogowie jednak nie byli łaskawi. Dni mijały, ewoluując w tygodnie, miesiące, aż w końcu i lata. Dopiero skończywszy osiemnaście lat, Hesper przestał wypytywać w każde urodziny, czy tata zjawi się z prezentem. Dorosłość rodzeństwo osiągnęło pod okiem jedynie matczynym, pod okiem smutnym i wyczerpanym. Nazwisko Carsena Vissera zostało wyryte na monolicie na wieki.
    • @Nata_Kruk to prawda , te tak uważam.   
    • @huzarc.. to, co w wierszu, to .. trwanie... czasem cholernie  trudne, bo.......

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      ... na władzę przymykam oko.. ale być odpowiednią funkcją, czemu nie.
    • @Radosław   Bardzo dziękuję! Pozdrawiam. :)
    • Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      ... ponoć, jest jednak niepewność, a życie czasami potrafi pokrzyżować... Od tego.. my.. żeby prostować zawiłości
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...