Zgłoś
-
Ostatnio w Warsztacie
-
0
-
-
Zarejestruj się. To bardzo proste!
Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.
-
Ostatnio dodane
-
Ostatnie komentarze
-
Przez Poezja to życie · Opublikowano
Jak dobrze Z tobą być I tańczyć W świetle księżyca Nie bać się niczego Czuć twój głęboki oddech Nawet gdy wdychamy Spaliny z ulicy -
Przez Konrad Koper · Opublikowano
Jegomoście ze wsi „Ksyki” pokazywali błazeńsko języki Na dodatek recytowali kalecząc liryki i wykoślawiając limeryki Dlatego krytycy zatkali ich – wzięli rzemyki… -
Przez FaLcorN · Opublikowano
@KOBIETA W sensie kocha/nie kocha? Czyli na zgodę kilka razy dziennie? -
Przez Arsis · Opublikowano
Momenty świetliste. Astralne błyski… Wyłaniam się znikąd. Z warstwy porzuconego czasu. Z kazachskich stepów, w których tkwiłem korzeniami stworzenia. W domu tym. W ostatnim skrawku zieleni. Wśród ścian drewnianych. Przegniłych. Wśród okien wychodzących w przestwór nieistnienia… Ojciec leżał pijany w obskurnym świetle żarówki. Na podłodze usłanej okruchami czerstwego chleba i grudkami zaschniętego błota. Leżał na wznak jak trup blady. Jak woskowa kukła. Sztywna, nieruchoma kłoda. W pokoju tym. W kuchni... … wszędzie odór rozkładu…. I wszędzie szarość dnia wpełzająca natrętnie wszelkimi szparami nieba. Gdzieś spomiędzy chmur ciężkich od mroku. Od zwalającego się z hukiem deszczu. I wtedy nastąpiło wniebowstąpienie. Na skraju. Oślepiające zstąpienie z niebiesiech. Coś na kształt nuklearnego grzyba. Taka próba sięgnięcia mackami złotego tronu tego, co się w nim rozsiadł bezczelnie na szczycie tajemnicy czasu. Wiesz o czym mówię? Bo mówię do ciebie. Więc nie odwracaj się. Nie ignoruj. Nie traktuj tego jak powietrze! Patrz na mnie! Spójrz i współczuj. I płacz. I niech ten płacz niesie się echem na wskroś ciągnących się strumieni zimnego wiatru. I tego wiatru szarpiącego za poły koszuli, za włosy. Tego wiatru wyjącego szaleńczą nostalgią unicestwienia. Skąd tutaj tyle mroczności i smutku? Korzenie wyrosły z wystygłej już dawno filiżanki herbaty. Gałęzie. Na stole. Na parapecie. Obrosłe mchem krzesła i pufy. Szuflady wypełnione kurzem i pyłem zapomnienia. Książki zwalone na stos pod sufit wyrosły… Gdzie ty jesteś? Nie ma cię, mimo że jesteś wszędzie... Lecz cóż robił i robi wciąż tam mój ojciec? To lękiem wyrosły obraz. Nawarstwiony przez lata. Szare niebo. Pochmurne. Szara równina nasiąknięta wilgocią. I to wszystko skurczone w oczekiwaniu, jakby szykujące się do skoku. Do gardła, aby je rozgryźć kłami. Rozszarpać… Mój ojciec… Nie! To Sołżenicyn pełzający w skurczu boleści. Wijący się w szponach atakującego raka. W pożerającej go okrutnej śmierci… Uciekł jednej w łagrowych ostępach, wpadając prosto w ramiona następnej. Gdzieś w szare mury rakowej kliniki. „Panie! Czy tu się umiera?” Zapytał go jeden ze współcierpiących. „Nie wiem” – odparł. – „Nie wiem… „ - już bardziej senny… Szare, woskowe twarze wokół. Wykrzywione cierpieniem. Trwogą i nadciągającym nieubłaganie kresem. Wokół trupy. Żyjące jeszcze, ale umierające za życia woskowe manekiny. Skórzane toboły leżące w milczącym spazmie agonii. Na skraju łóżek. Zgięte w znaki zapytania. Albo nieruchomo pod kołdrą. Nieruchome podłużne kształty… Spójrz na mnie! Ja jestem tam. Daleko. Idący ku kresowi. Ku końcowej metamorfozie kształtu. Ku zmierzchowi obszytemu zasłoną nocy. Spadam wciąż z bardzo wysoka w te zimne obszary. W objęcia niczyje. W niczyje ramiona i szepty przymilne ust przywartych do mojego ucha… Kto tak tu szepcze nietrudzenie. Majaczy? Widzę ciebie w przywidzeniach. W majakach sennej maligny. W zapowiedzi śmierci. Strasznie to wszystko bez logiki i sensu. Strasznie otumanione niemocą jesiennego mroku, w której jedynie wróble, gołębie… Wrony kraczą i kruki… I chłód cmentarny niesie się z daleka. Spomiędzy rzeźb i krzyży. Spomiędzy płyt marmurowych, lastryko. Z kamienia… Idzie powoli, taplając się w błocie. W kałużach, w których chmury kłębią się nisko… Tak bardzo nisko, że aż zawadzają o wszystko. O wszystko… Ach, to ty! Podajesz mi rękę skostniałą. Podajesz mi usta do pocałunku, zimne, lodowe bryłki. Nieruchome, oślizłe kamienie. Omszone zapomnieniem i ciszą… Idziemy w niebyt. W śmierć idziemy pod rękę. Zakochani. Zakochani... (Włodzimierz Zastawniak, 2026-02-22) -
Przez KOBIETA · Opublikowano
@FaLcorN mmm …jakie to zabawne, taka sztuczna opozycyjność;) ja również nie lubię.! i często zmieniam zdanie;) nawet kilka razy dziennie;)
-
-
Najczęściej komentowane
-
Wiersze znanych
-
Najpopularniejsze utwory
-
Najpopularniejsze zbiory
-
Inne