Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Szejk Nasralla siedział w swoim apartamencie w arabskiej dzielnicy Bejrutu, Hamra. Ten polityczny przywódca Hesbollachu był już niemłodym, siwiejącym mężczyzną o typowo arabskiej urodzie. Skromna galabija , kufija i ikal , stanowiące ubiór szejka, niczym nie wyróżniłyby Nasralli spośród wielu milionów Arabów. Całości stroju dopełniały skórzane sandały. Apartament szejka był nad wyraz skromny. Kilka prostych, acz stylowych mebli, kilka drobnych bibelotów. Można było powiedzieć, że niemal ascetyczny.
Od kiedy szejk związał się z Hesbollachem, życie nie szczędziło mu przykrych niespodzianek. Ciągle był narażony na ataki agentów izraelskiego Mossadu, czy służb specjalnych niektórych państw zachodnich. Za swoją działalność zapłacił najwyższą cenę – zabito mu jedynego syna. Był jednak na tyle mądrym człowiekiem, że nie pozwolił, aby nienawiść przesłoniła mu cele walki, którą toczył. Wszechstronnie wykształcony, potrafił trzeźwo oceniać realia w których przyszło mu żyć. Był też przebiegłym politykiem, potrafiącym przewidzieć skutki działania. I to zarówno te bezpośrednie jak długoterminowe. To jego osobistym sukcesem było zwerbowanie pułkownika izraelskiego wywiadu i schwytanie dwunastu izraelskich komandosów mających wysadzić budynek Narodów Zjednoczonych w Bejrucie tak, aby zamach poszedł na konto Hesbollachu. Izrael drogo zapłacił za tą wpadkę. Musiał wypuścić z niewoli kilkuset żołnierzy Nasralli, a sama wymiana trwała kilka tygodni. Od tego czasu Izraelczycy nawet nie próbowali przekroczyć tak zwanej "niebieskiej linii" w dolinie Bekaa.

Przy niewielkim biurku szejka siedziało jeszcze dwóch mężczyzn. Byli to jego najbliżsi współpracownicy . Abdul Makhoul i Salim Bou Andre.
Nasralla dopiero dzisiaj postanowił wtajemniczyć ich w swoje najbliższe zamiary, choć wcześniej nigdy nie miewał przed nimi tajemnic.
- Przyjaciele, czas abyście poznali pewien niezwykle istotny plan, który w przypadku powodzenia, zapewni pokój na Bliskim Wschodzie- odezwał się Nasralla
- Jak wiecie, sytuacja się zaostrza. Trudno powiedzieć, czy Amerykanie poradzą sobie w Iraku, Jassir Arafat nie kwapi się do współpracy, o Izraelczykach nie wspominając. Nadszedł jednak moment, kiedy należy wykorzystać sprzyjającą koniunkturę polityczną. Dzisiaj, jak wskazują najnowsze badania, świat za największego terrorystę postrzega nie nas, nie Libię a Izrael i Stany Zjednoczone. Ta sytuacja nie będzie trwać wiecznie, więc musimy działać szybko. Jak wiecie, podczas mojej ostatniej wizyty w Dubaju spotkałem się z generałem Mostovojem, z rosyjskiej FSB. Zarówno my, jak i Rosjanie podobnie postrzegamy problem pokoju na Bliskim Wschodzie. Tym problemem jest Ariel Szaron.
Abdul Makhoul nerwowo poruszył się w fotelu.
- Nie mamy szans nic zrobić z tą sytuacją. Dobrze wiesz, ze niższe szczeble naszej organizacji są infiltrowane przez Mossad.
- Nie sami, oczywiście – odpowiedział Nasralla. Pomogą nam Rosjanie.
- Dlaczego mieli by to robić ? – zapytał Bou Andre.
- Dlatego, że ich interesy na Bliskim Wschodzie cierpią. Nie zapominajcie, że połowa obywateli Izraela pochodzi z terenów byłego ZSRR a druga z Polski. Rosyjskie lobby żydowskie ma wielkie wpływy, ale nawet oni nie zdołali
zapobiec wygranej Szarona nad Ehudem Barakiem w wyborach 2001 roku. Izraelski Kneset też jest zbyt słaby, aby cokolwiek zaradzić na problemy palestyński i południowego Libanu. Liczba turystów, którzy jeszcze niedawno odwiedzali Izrael spadla gwałtownie i zmniejszyły się wpływy do kieszeni bogatych Żydów. Spotkania Szarona i premiera Palestytnczykow Abbasa, to tylko zasłona dymna. Szarona można słuchać, ale jednocześnie trzeba patrzeć mu na ręce, gdyż jego poczynania przeczą deklaracjom.
- Zgoda. Ale przecież nie możemy liczyć na cud. Rosjanom patrzą na ręce Amerykanie i cala Europa zachodnia. Broni od nich raczej nie dostaniemy. A i to na wiele by się nie zdało. A organizowanie kolejnego zamachu na Szaona to bezsensowne wysyłanie ludzi na śmierć. Palestyńczycy próbowali wiele razy – bezskutecznie.
- To prawda. Rzecz jest zresztą nie w broni, której i tak nie potrafilibyśmy wykorzystać. Tak się złożyło, ze nasze interesy paradoksalnie są zbieżne z rosyjskimi i interesami frakcji pokojowych w Izraelu. Popatrzcie na Bejrut – kiedyś był Paryżem Morza Śródziemnego. A dzisiaj każdemu Europejczykowi kojarzy się z bombami, zamachami i terroryzmem. A przecież nie strzela się u nas od ponad 10 lat.
I dlatego Mostovoj w największej tajemnicy spotkał się ze mną. Wiem, ze posiada pełnomocnictwa najwyższych władz państwowych Rosji. A my jesteśmy jedynymi, którzy są w stanie wesprzeć działania ich człowieka, który ma zabić Szarona.
- Zabić Szarona, żachnął się Makhoul? – przecież to samobójstwo polityczne.
- Tak mogło by się zdawać. Ale z dużą dozą prawdopodobieństwa można założyć, że płakać po nim długo nie będą. Mam zresztą nadzieje, ze Rosjanie przyślą kogoś, kto będzie potrafił zrobić to w białych rękawiczkach. Co oczywiście będzie piekielnie trudne. Ale nie ma rzeczy niemożliwych.
- Czy ustaliliście z Mostowojem jakieś szczegóły zadania ?
- Nie. Wszystko ma wiedzieć jego człowiek – Vladimir. Wiem tylko, że przylatuje jutrzejszym samolotem z Warszawy. Do ciebie , Salim, będzie należał odbiór go z lotniska i bezpieczne dostarczenie tutaj. I zrób to tak, żeby nikt o tym nie wiedział.
- Tak zrobię, odpowiedział Salim.
Makhoul i Bou Andre wyszli. Nasralla wstał, otworzył okno i spojrzał na nocną panoramę Bejrutu.
Jak u diabla Rosjanie chcą to zrobić? – myślał. Przez ochronę Izraelczykow nie przecisnęła się do tej pory przysłowiowa mysz. Jedyna teoretyczna szansa, to człowiek z wewnątrz. O takiej właśnie możliwości myślał Nasralla rozmawiając z Mostovojem w Dubaju. Sądził, ze Rosjanie maja kogoś takiego. A tu okazuje się, że nie dość, że nie mają, to jeszcze trzeba będzie organizować mu bezpieczny przerzut do Izraela, co samo w sobie stanowiło dostatecznie niebezpieczne zadanie i realnie było piekielnie trudne. Nasralla postanowił dalsze działania uzależnić od spotkania z rosyjskim agentem. Choć nie wszystkie. Nawet swoim najbliższym współpracownikom nie powiedział o teczce z dokumentami otrzymanej od Mostovoja. A właśnie materiały zawarte w tej teczce dawały częściową odpowiedź na pytanie, jak można się zabrać do tej akcji. Czas najwyższy, aby sprawy zaczęły się jakoś układać, pomyślał. Zgasił światło i wyszedł do sypialni.


***

Po emocjach związanych z wylotem zasnąłem w samolocie jak kamień. Trzy i pół godziny lotu minęły jak jedna chwila. Obudziłem się czując zmiany ciśnienia w uszach, kiedy samolot podchodził do lądowania. W iluminatorach po lewej stronie widać było tysiące świateł miasta. Lądowanie, jak to zwykle u naszych pilotów, było delikatne. Samolot podkołował do rękawa i pasażerowie zaczęli wychodzić do hali odpraw. Stanąłem w kolejce do odprawy paszportowej, ale żołnierz cofnął mnie do innego stanowiska, w którym musiałem wykupić znaczki wizowe. Obok, przy długiej ladzie, kłębił się tłum panienek szwargoczących po rosyjsku. Jak się potem miałem dowiedzieć, były to "artystki" jadące do pracy w miejscowych night clubach zwanych popularnie kabaretami.
Zapłaciłem 34 dolary za znaczki i nic już nie stało na przeszkodzie abym otrzymał libańską wizę. Wypełniłem kwestionariusz imigracyjny i po odebraniu bagażu wyszedłem przez szklane drzwi do sali przylotów. Lotnisko było wielkie. Z żalem pomyślałem, że nasze Okęcie to, przy tym obiekcie, kurnik. Wzdłuż barierki stały dziesiątki osób oczekujących na podróżnych. Po chwili zacząłem rozglądać się za przyjacielem Saszy, który powinien na mnie czekać. Wśród oczekujących dostrzegłem ubranego po arabsku mężczyznę z tabliczką z napisem VLADIMIR. Domyśliłem się, że Sasza podał swoim libańskim partnerom rosyjskie brzmienie mojego imienia.
Podszedłem do Araba i powiedziałem po angielsku :
- Myślę, że czeka pan na mnie. Jestem Vladimir. Od Saszy.
Arab szybko rozejrzał się wokół i powiedział
- Jestem Salim, miło mi. Musimy jak najszybciej dostać się do samochodu. Tu nie jest najbezpieczniej

To mówiąc wziął mnie pod rękę i skierował się szybkim krokiem w stronę podziemnych parkingów. Zauważyłem, że co chwilę dyskretnie ogląda się za siebie. Na parkingu czekał poobijany Mercedes 126. Kątem oka zauważyłem jednak, że ma sportowe felgi i nowiutkie niskoprofilowe opony. Salim energicznie wrzucił mój bagaż na tylne siedzenie. Udzieliła mi się jego nerwowość, więc szybko zająłem miejsce obok kierowcy. Arab ruszył z piskiem opon. To nie był zwykły gruchot. Pod maską grał doskonale wyregulowany silnik, którego pomruk sygnalizował wielką moc i możliwości. Coś tu było mocno nie tak, ale nie wiedziałem jeszcze co.
- Ukryjemy cię w nowym hotelu Royal. Mamy tam swoich ludzi. Zostaniesz zameldowany jako jeden z szejków z Emiratów Arabskich. Właściwy szejk jest w stanach i szybko się u nas nie pojawi.
- Dlaczego tak? Zapytałem.
- Tak będzie bezpieczniej. Jutro, najdalej pojutrze, jeśli wszystko będzie w porządku, spotkasz się z szejkiem Nasrallą.

Nie bardzo rozumiałem, o co w tym wszystkim chodzi, ale zmęczony poprzednim dniem i lotem, pytania postanowiłem zostawić na później. Odwróciłem się do tyłu, aby sięgnąć po gumę do żucia schowaną w bocznej kieszeni torby. Nie wiem, co zwróciło moją uwagę na jadącego za nami Jaguara. Może to, że na długich odcinkach trasy był jedynym samochodem w pobliżu? Za kierownicą siedziała ładna blondynka, którą oceniłem na około trzydziestkę.
- Ten Jaguar jedzie za nami od lotniska- powiedział Salim, dostrzegając to samo, co ja.
- Zaraz go zgubimy- dodał.
Przycisnął mocniej pedał gazu i gwałtownie zmieniając pas wjechał w wąską uliczkę odchodzącą od głównej trasy w stronę wzgórz. Dziewczyna w Jaguarze próbowała powtórzyć manewr Salima, ale nie miała tyle czasu i miejsca. Gwałtowny skręt w prawo przypłaciła strata lewej , przedniej opony, która pekła z głośnym hukiem. Jaguarem zarzuciło i stanął bokiem. Z tyłu pojawił się jeszcze jeden samochód, który zaskoczony manewrem blondynki uderzył z całą prędkością w tył jej pojazdu..
- No, w porządku - powiedział Salim. Mamy ich z głowy.
Zauważyłem, że kluczył jeszcze jakiś czas po wąskich uliczkach, zanim ponownie wyjechał na główna drogę. W końcu podjechaliśmy pod piękny, nowy hotel. Niesamowita architektura i oświetlenie zapierały dech w piersiach. Całości wrażenia dopełniał alabastrowy podjazd.
Salim podjechał pod główne wejście. Jeszcze nie zdążyliśmy wysiąść z samochodu a już Murzyn w uniformie wycierał szmatką ślady kół zostawione na podjeździe.
Hmm..Sasza mówił coś o apartamencie za 350 dolarów miesięcznie.... a to mi zupełnie na to nie wyglądało - pomyslałem.

***

Oleszuk wysiadł z samolotu dyskretnie obserwując swojego podopiecznego. Tamten podszedł do stanowiska odpraw, ale cofnął się od razu do okienka bankowego. Nie ma wizy, pomyślał Oleszuk, będzie musiał wykupić znaczki.
Nieśpiesznie oddał paszport do kontroli. Żołnierz odezwał się :
- był pan może w Izraelu ?
- Nie byłem, skłamał Oleszuk pomny instrukcji, jakich udzielono mu przed odlotem. Wiedział, że Libańczycy zawracają z granicy wszystkich, którzy kiedykolwiek byli w Izraelu.
- W porządku, powiedział żołnierz oddając Oleszukowi paszport.

Agent kątem oka obserwował Podwanieckiego, który odebrał bagaż i skierował się do sali przylotów. Oleszuk poszedł za nim i zobaczył, mężczyznę z tabliczką. Arabski strój utrudniał identyfikację, ale Oleszuk miał wyjątkową pamięć do twarzy. A tę twarz kiedyś już widział. Nie mógł sobie tylko skojarzyć kiedy i kto to jest.
Do Oleszuka podszedł wysoki mężczyzna w koszuli z krótkim rękawem.
- Kapitan Oleszuk? Witam, jestem Szarski. Mam pana odebrać i odwieźć do ambasady. Moi chłopcy zajmą się pańskim obiektem.
- W porządku. Pułkownik Kędzierski mówił mi o tym.

Szarski wziął bagaż Oleszuka i poszli do samochodu. W tym czasie dwaj młodzi ludzie szybkim krokiem przemieszczali się za Połanieckim i mężczyzną w arabskim stroju.
Nikt z nich nie zauważył młodej blondynki pilnie obserwującej obu mężczyzn. Ona zaś wsiadła do Jaguara, który czekał na nią bezpośrednio przed wyjściem z hali przylotów.
CDN

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Bożena Tatara - Paszko Poglądy sumienia chowają, idiotyzmy wprowadzają, idioci im klaskają, bo koryta pełne mają .   Pozdrawiam serdecznie 5 Miłego dnia 
    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @KOBIETA Bądź  jak Supernova. 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...