Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Przyznam się w sekrecie, że do teatru też mnie trochę ciągnie. To znaczy żeby tam od razu jakoś co tydzień chodzić to może niekoniecznie, ale żeby sztuki pisać: o, to już tak. Już przynajmniej do trzech dramatów robiłem podejścia, ale wszystkie utknęły w połowie. Jak tak sobie czasem o nich myślę, to nawet nie były najgorsze, tyle, że były jakieś takie... niesceniczne. Bardziej do czytania. I to może też jest pomysł, żeby pisać dramaty, ale do czytania; powieści, ale zupełnie nie do czytania, no i przede wszystkim wiersze – mogą być całkiem do niczego...
Bo największy problem to stworzyć coś oryginalnego, cokolwiek; takie coś oryginalnego może być nawet totalnym chłamem, byleby było oryginalne: jak będzie oryginalne, ale to tak naprawdę oryginalne, to dożywotnia sława i splendory już zapewnione.
Pewien Amerykanin na przykład (ci są najlepsi w wymyślaniu oryginalnych rzeczy) tworzył obrazy, jeśli można je w ogóle obrazami nazwać, w następujący sposób: umieszczał na szklanej płytce odrobinę swojej krwi, moczu, śliny i spermy, po czym całość nakrywał drugą szklaną płytką i oprawiał w ramki. Jaka w tym jego zasługa, nie wiem: bo przecież nie taka, że miał jakieś specjalnie atrakcyjne wizualnie płyny ustrojowe. Jego dzieła (widziałem kilka z nich i przyznać muszę, że są wcale ciekawe) są po prostu oryginalne – i to wystarczy.
A żeby stworzyć coś oryginalnego, trzeba być oryginalnym w każdym calu. Ja jeszcze niczego oryginalnego nie stworzyłem, ale już staram się być pod wieloma względami oryginalny. Weźmy takie na przykład wakacje: wszyscy sobie wyjeżdżają na jakieś Teneryfy czy inne Hondurasy, a ja co? siedzę w bibliotece. I wcale nie robię tego celem się udręczania, ćwiczenia charakteru czy oszczędzania pieniędzy: ja tak robię, bo lubię. W dobrej bibliotece na przykład jest klimatyzacja, cisza i dużo ciekawych książek pod ręką, a na takiej Teneryfie to słońce pali, trzeba się rozbierać, a żeby się bez stresu rozebrać, trzeba się wcześniej przez parę miesięcy w siłowni pocić, głodzić i w ogóle katować niemiłosiernie. Nie można nosić ulubionych ubrań, tylko jakieś śmieszne pedalskie gatki, a na domiar złego: morze szumi i gwarno naokoło tak, że własnych myśli nie słychać. O nie, żebym zamiast w bibliotece wakacje spędzał na Teneryfie, to ktoś by mi musiał solidnie dopłacić!
A że żaden chętny do dopłacania się nie znalazł, wakacje zawsze spędzam w bibliotece; za czasów studenckich na przykład: w bibliotece uniwersyteckiej. Nie byłem nigdy żadnym pozbawionym życia towarzyskiego kujonem, spędzającym wolne chwile z podręcznikami - co to, to nie; biblioteka uniwersytecka była przecież właśnie największym ośrodkiem studenckiego życia towarzyskiego (chociaż nie przeczę, że już wtedy wyobrażałem sobie z satysfakcją, jak mówię swojemu dziecku: “ja w twoim wieku całe wakacje spędzałem w bibliotece!”).
Żeby nie było wątpliwości: do biblioteki uniwersyteckiej nie chodzi się po to, żeby pożyczać książki. Gdyby tak było, w ogóle bym tam nie zaglądał. Jeśli już koniecznie muszę w bibliotece coś czytać, przynoszę własne książki, albo kupuję w księgarni (w bibliotece uniwersyteckiej są, nota bene, dwie księgarnie). Ale przeważnie nie czytam tam w ogóle żadnych książek. Zamiast tego siedzę sobie jak angielski lord, wedle woli: to pod dachem, to w cieniu pnącz, to w słońcu, przechadzam się wte i wewte, przeglądam opozycyjną prasę, czytam zamieszczone na słupach ogłoszenia, jem ulubione lody importowane i przepijam importowaną kawusią. A przede wszystkim: podsłuchuję.
W wakacje w BUWie podsłuchiwać najłatwiej, a to dlatego, że – paradoksalnie – jest tam wtedy najmniej ludzi, wszystkie rozmowy słychać jak ze sceny i nie trzeba wytężać słuchu, by odsiać je od innych, nieciekawych rozmów.
To właśnie w uniwersyteckiej bibliotece spotkałem ją po raz kolejny, tą spod Smyka, tą z iberystyki. To znaczy: była z iberystyki, bo teraz chyba zmieniła studia na jakąś etnografię czy coś równie przyjemnego, bo i wygląd jej się zmienił (na znacznie milszy). Właściwie to jej nowe emploi zasługiwało na cały osobny akapit.
Opis wyglądu atrakcyjnej kobiety, do której narrator ma pozytywne nastawienie, wedle wszelkich prawideł prozatorskiej sztuki powinien zaczynać się i kończyć na wytworach jej naskórka: zaczynać mianowicie na włosach, a kończyć na paznokciach. Sam opis może natomiast czasem poprzedzać jakaś mądra uwaga o charakterze ogólnym. Zatem: jak każdy mężczyzna jestem koneserem kobiecej urody i jaki taki wiem, że idealna uroda jest kwestią harmonijnej równowagi. Kobiety, z tego co zauważyłem, swoim wewnętrznym trzecim okiem dokonują partycji własnego ciała: nos mam garbaty, oczy mogą być, zęby ładne, biust nieco obwisły, nogi krzywe. Patrzeć na ciało kobiety jak na utwór muzyczny, jak na pewną całość, której nie sposób ocenić tylko na podstawie poszczególnych części, potrafią tylko mężczyźni.
A u niej właśnie ta całość sprawiała niezwykle miłe dla oka wrażenie, chociaż nie dało się wskazać, która pojedyncza jej część w największym stopniu się do tego przyczynia. Włosy miała zdrowe, raczej krótkie, ufarbowane na platynę (niebiosa! jak ja nie znoszę włosów farbowanych na platynę!), zapięte na co najmniej pół tuzina spinek w jakiś dziwny i bliżej mi nieznany sposób, tak, że całkowicie odsłaniały kark. Skórę bladą (o, to lubię: blada skóra w środku lata), ale niespecjalnie gładką, zwłaszcza na czole, nieco chyba zbyt wysokim. Oczy duże i bardzo niebieskie, wręcz skandynawskie; usta małe, o pełnych wargach (nie mogłem oprzeć się skojarzeniu tych warg z cząstkami mandarynek), a za wargami zęby odrobinę za duże, dotknięte fluorozą; twarz owalną, wąską, uszy o delikatnych płatkach, a w nich kolczyk tylko jeden, w nietypowym miejscu, bo na samym, lekko spiczastym czubku prawego ucha. Przy tym szyję cienką i niezwykle długą (choć może był to tylko efekt zmyślnego upięcia włosów), gładko przechodzącą w ramiona; biust B (schudła chyba, bo teraz wyglądało mi to na 70B), talię ładnie zaznaczoną (co u studentek, pozwolę sobie zauważyć, nie przesądza jeszcze o zgrabnej sylwetce, a wystarcza zaledwie na tróję). Dłonie wąskie, o długich palcach, z krótko obciętymi, niepolakierowanymi paznokciami.
W dwóch słowach: uroda utylitarna; ten przewrotny styl, którego – jak sądziłem – nie znosiłem, niby na chłopaka, ale ze stanowczym zaznaczeniem pierwszorzędnych cech płciowych: bo niby włosy krótko, paznokcie krótko, niby spodnie i koszulka, a wszystko ciasno opięte wokół ewidentnie dziewczęcej sylwetki.
No, ale ja tu o stylu, a ona stoi i się patrzy tymi swoimi wielkimi niebieskimi oczami, przekrzywia tą swoją łabędzią szyję (przypomniało mi się: kiedy spotkałem ją po raz pierwszy, pod Smykiem, też tak przekrzywiała, ale wtedy była jesień i nie wyglądała ani odrobinę łabędzio) i mówi, formując głoski tymi swoimi wargami przypominającymi cząstki mandarynki:
-O, ty tutaj?
No pięknie – poznała mnie; i w dodatku od razu wzięła za swojego. Nie znoszę bezceremonialnych dziewuszysk. Zwłaszcza ufarbowanych na platynę. Trudno, teraz już się nie wykręcę od teatrzyku.
ONA (zaskoczona): O, ty tutaj?
JA (z ociąganiem): No, tak się składa...
ONA (pogodnie): To jednak nie wszyscy wyjechali na Teneryfę.
JA (skwapliwie): Nie wszyscy.
(cisza)
ONA (odrobinę retorycznie): Czekasz na kogoś?
JA (udając zamyślenie): Ja? Czekam? Nie, właściwie nie.
ONA (z radością): To się dosiądę.
(siada. cisza. odgłos picia kawy przez słomkę z plastikowych kubków)
ONA (głupkowato): Wiesz, my to się właściwie prawie nie znamy.
JA (ponuro): To fakt, jako żywo.
ONA (cokolwiek uroczyście): Mam na imię Alicja. A ty?
JA (patrząc w ścianę): A ja... ja mam na imię trochę inaczej.
ONA (śmieje się)
MOJE MYŚLI: Pewnie zaraz powie: “zabawny jesteś”. Trzy, dwa, jeden...
(cisza)
MOJE MYŚLI: No dobra, teraz chyba moja kolej.
JA (bez zainteresowania): Co studiujesz?
ONA: Lingwistykę stosowaną.
JA: A do czego stosowaną?
ONA: Do niestudiowania niczego innego.
MOJE MYŚLI: No dobra, celnie.
(cisza)
JA (znudzony): To jakie języki? Hiszpański z angielskim?
ONA: Francuski z rosyjskim.
JA: To pośrodku wypada polski?
MOJE MYŚLI: To było głupie. Zmień temat.
JA: A dlaczego akurat takie połączenie?
ONA: Jest oryginalne. Dużo znasz osób mówiących po francusku i po rosyjsku?
JA (kłamię): Niedużo. No, to ja w takim razie nie jestem oryginalny.
ONA: Czemu?... A, no tak, studiujesz anglistykę...
JA (zdziwiony): Skąd wiedziałaś?
ONA: Często cię widuję, jak tam wchodzisz. To znaczy: do instytutu anglistyki.
JA (zaskoczony, nieudolnie): Częściej stamtąd wychodzę...
ONA (bezlitośnie): Twój pierwszy żart był lepszy.
JA (skruszony): Wiem. Nie obiecywałem, że wszystkie będą jednakowo dobre. W ogóle nie obiecywałem, że będą dobre.
ONA (uśmiecha się): Nie no, nie łam się. Generalnie jest powyżej średniej. Wiesz, raz jeden facet zagadał do mnie: “cześć, ale zajebiście siedzisz”.
JA: Outstanding.
ONA: Ce n'est pas poli outstanding zu antworten.
JA: Niegrzecznie to jest mówić w języku, którego rozmówca nie rozumie.
ONA: Niegrzecznie to jest udawać, ze się nie rozumie.
(cisza. ubywa kawy)
JA: No i co z tym facetem?
ONA: Z którym?
JA: Z tym, co ci powiedział, że zajebiście siedzisz.
ONA: Nic. Nauczyłam go tak zajebiście siedzieć i dał mi spokój. To proste; chcesz, nauczyć cię?
JA: Ale ja nie uważam, że siedzisz zajebiście.
ONA: Ale ty mógłbyś siedzieć trochę zajebiściej.
JA: Popracuję nad tym.
(cisza)
ONA (wstając): Dobra, to do zobaczenia jutro.
Do zobaczenia jutro, tak powiedziała, wyrzuciła pusty kubek do kosza i jak gdyby nigdy nic poszła w swoją stronę, w wielgiej mnie ostawiając konfundacyi.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @KOBIETA Bądź  jak Supernova. 
    • @Radosław   wiem Radosław …niestety to takie silne oddziaływanie jest …międzygalaktyczne ;)))) nie wiem jak mogę Tobie pomóc…? ;) 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...