Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Powrotna podróż do domu była dla Dżaka wędrówką w głąb własnego ja. Cały czas zastanawiał się nad sensem słów Miłosza: „będziesz wieszczem”. W tych dłużących się godzinach jazdy pociągiem stał się kapitanem Nemo, który Nautilusem przemierza wewnętrzny ocean id, ego i superego, by odkryć na końcu prawdę, będącą jednocześnie zagadką – tajnym przeznaczeniem. Ową podróż, w 3004 r., już jako dojrzały mężczyzna i wieszcz, opisze w pewnym cyklu rymowanek pt. „Wyprawa na popołudnie”. Dżak wówczas wspomni o tych wszystkich solipsystycznych wrażeniach, o tym jak z „prędkością stałą” mknął do wnętrza ziemi, jak „mijał nieistotne stacje”. Po tym zdarzeniu wszystko wydało mu się nieistotne. Czym był bowiem czas, dla człowieka, który miał być wieszczem? Czym była tragedia jednostkowa, czym był konflikt nuklearny (nie mówiąc już o legendarnej: „dziewczynce w rybaczkach, którą pieścił jakiś Mietek”) dla kogoś, kto właśnie szykował się na krucjatę przeciwko duchom najlepszym? Cały świat uległ natychmiastowej anihilacji, w głowie młodego chłopca został wzięty w nawias nieistnienia. Innymi słowy: już w tym okresie życia, chociaż to wydaje się niewiarygodne, Dżak dokonał kosmicznej redukcji wszelkich fenomenów możliwych, cokolwiek to znaczy.

O swoim nagłym powrocie nie zdążył powiadomić rodziców. Zresztą nie do nich udał się by im jako pierwszym ogłosić dobrą nowinę. Intymny sekret, który faktycznie był przecież publiczną ewangelią, zdradził swojemu powiernikowi: Atomizerowi Adamskiemu.

Atomizer Adamski w tym czasie, gdy Dżak postanowił ponatchniewać się trochę na wsi, zainteresował się nowym wynalazkiem cywilizacyjnym – komputerem. Pierwszy komputer dostał od rodziców, gdy ci chcąc rozweselić synka, który był zasmucony absencją przyjaciela, zakupili mu pierwszą maszynę. Była to konstrukcja polskiej produkcji: ELWRO JUNIOR 800. W skład zestawu wchodził: komputer, magnetofon i mały monitorek. Było też kilka kaset z programami. Wśród nich jedna, z językiem programowania LOGO, która odegrała – jak się miało okazać za klika miesięcy – decydującą rolę o podziale ról w związku: Dżak-Atomizer. Jednak sam Atomizer na początku sceptycznie przyjął prezent, ale kiedy włączył cacko do zasilania, jego oczom ukazał się przyjemny zielonkawy blask monitora monochromatycznego. Trochę onieśmielony, niepewnie włożył kasetę do magnetofonu. Rozpoczęło się wczytywanie. Po około dwudziestu minutach na zielonkawym monitorze zobaczył napis: BŁĄD ODCZYTU. Atomizer powtórzył próbę. Przewinął kasetę, nacisnął odpowiedni przycisk i wpatrując się w fosforyzujący ekran, nasłuchiwał jak się program wgrywa. A słuchał uważnie starając się wyłowić choćby najmniejszą aberrację w sekwencyjnym pisku wydobywającym się z głośniczka magnetofonu.
- No kurwa jego mać, przecież ci mówiłem, że na obiad mają być kopytka a nie pierogi! – usłyszał nagle. To był głos ojca dobiegający z kuchni, który właśnie wrócił z pracy i wydzierał się na żonę. Atomizer, chociaż przyzwyczaił się do tych już rytualnych deklaracji miłości własnych rodziców, tym razem z niepokojem spojrzał na monitor, czy aby przypadkiem fala dźwiękowa nie zakłóciła działania procedury wgrywania. Nagle stało się to, czego mógł się spodziewać. Jego oczom ponownie ukazał się napis: BŁĄD ODCZYTU. Atomizer wstał, podszedł do drzwi, upewniając się, że są dobrze zamknięte uszczelnił je skarpetkami tak, by nie przedostawał się przez nie żaden odgłos. Następnie siadł przed zielonkawym monitorkiem, przewinął kasetę i rozpoczął ponownie proces wgrywania. Minuta za minutą – przeciągał się okres niepewności, w którym Atomizer nasłuchiwał głos z magnetofonu. Nagle usłyszał malutki zgrzyt i poczuł, że cos poszło nie tak. Nie czekał jednak biernie. Z szufladki w biurku wyjął mały śrubokręcik i zaczął ustawiać ręcznie głowicę magnetofonu by dokładniej odczytywała taśmę kasety. Wszystkie jego zmysły w tej chwili skoncentrowane były na tej, wymagającej wręcz zegarmistrzowskiej precyzji, czynności. Nagle drzwi do jego pokoju otwarły się z impetem. Odwrócił się i zobaczył w wejściu ponurą sylwetkę ojca.
- Wynieś śmieci – powiedział do syna beznamiętnym głosem.
- Ciiii, za chwilę, teraz wgrywam program – powiedział równie beznamiętnym tonem Adamski, regulując nieustannie głowicę magnetofonu.
Okazywanie uczuć w tej rodzinie było zjawiskiem rzadkim. No może za wyjątkiem tych krótkich chwil, gdy podczas pełni księżyca Adamscy przeistaczali się w Adam’s Family. Wówczas to ojciec przybierał postać Ponurego Żniwiarza, matka zmieniała się w Królową Wampirów a mały Adamski stawał się na kilka godzin wampirkiem Tyci-Tyci, który zmieniając się w nietoperza udawał, że jest batmanem. Wówczas to wmówił sobie, że ma misję do spełnienia: będzie chronił świat przed plagą złych uczynków. Jest to o tyle ważne, że za kilka lat ,jako admin portalu: www.nieszuflujtakdżak.com, ten batmański instynkt ochrony przed nieprawością wszelką, uczyni z Adamskiego wielkiego strażnika, w porównaniu z którym sławny nietoperz z Gotham-City będzie zaledwie motylkiem hasającym nad głową rusałki.
Godziny wspólnych hulanek przy pełni księżyca należały jednak do rzadkich. Większość życia Adamscy spędzali pogrążeni w osobniczej apatii. Nie ma zatem powodów by dziwić się, że pochłonięty pasją informatyczną Atomizer perfidnie olał (nie bójmy się tego określenia) ojca. Ojciec jednak dalej stał w drzwiach, trzymając worek ze śmieciami w ręku.
- Wynieś śmieci – usłyszał ponownie Atomizer.
- Ciii, jak nie kichniesz, to się wgra – odpowiedział.

To, co stało się dalej różnie opisywane jest w literaturze fachowej. Jedni twierdzą, że młody Adamski wyciągnął cążki do paznokci i żywcem poszatkował ojca na kawałki, które następnie zapeklował i sprzedał jako długodojrzewającą mielonkę parmeńską. Inni skłaniają się do tych interpretacji, w których mowa jest o proteście Atomizera i o tym, jak ojciec spuścił mu lanie na goły tyłek za nieposłuszeństwo oraz o tym, jak syn w zemście morduje rodziców i ich zwłoki spala nad ogarkiem świeczki. Młode pokolenie historyków, wywodzące się ze szkoły moskiewsko-badeńskiej wysunęło rewolucyjną tezę, jakoby wówczas Adamski nie tylko zabił rodziców, ale w krwiożerczym szale zaszlachtował wszystkich mieszkańców w bloku. Podobno wówczas miało zginąć 129 osób, choć spór o liczbę ofiar trwa do dziś. Jedno jest pewne – rodzice Adamskiego znikli na zawsze a ich ciał nigdy nie odnaleziono.

Jako że nie czcze spekulacje są przedmiotem tej opowieści, lecz historia najprawdziwsza z prawdziwych, dlatego z obowiązku zrezygnuję z domysłów o charakterze wysoce niepewnym, tudzież polemicznym, koncentrując się na pewnikach.

Po wielokrotnych próbach Atomizer ujrzał na zielonkawym ekranie napis: „WITAJ W JĘZYKU PROGRAMOWANIA LOGO”. Uradował się niezmiernie, ale w prawdziwą ekstazę radości wprawił go malutki, migający żółwik. Kiedy dotykał palcem monitora żółwik migał cały czas w tym samym miejscu.
- Widocznie jest oswojony, nie boi się jak go dotykam, nie ucieka. Ale fajowy – wesoło mruczał pod nosem.
- Pewnie jesteś głodny mój mały żółwiku – powiedział, wpatrując się w ekran. - Jak chcesz sałaty to pojaw się i zniknij.
Żółw pojawił się i zniknął. Adamski szybko poszedł do kuchni, wyjął z lodówki sałatę lodową i wrócił z nią do pokoju. Siadł przed komputerem i zaczął karmić żółwika. Ten jednak nie jadł, tylko cały czas pojawiał się i znikał na monochromatycznym tle monitora.
Ponad cztery godziny trwały wysiłki Atomizera by nakarmić żółwia. Gdy jednak mimo wielu usilnych starań żółwik nawet nie uszczknął sałaty Adamski wpadł w szał.
- Ty głupi żółwiu! – wydarł się i przypierdolił z piąchy w monitor.
- Nie chcesz jeść? Nie smakuje ci sałata? Ja cię przetrzymam, jeszcze zgłodniejesz i będziesz mnie błagać o żarcie! – krzyczał do żółwika.
Atomizer nie zwykł rzucać słów na wiatr. Postanowił i tym razem dotrzymać obietnicy. Przez kolejne cztery doby zostawił komputer włączony i regularnie, co godzina, sprawdzał czy ta krnąbrna bestia zmieniła zdanie, czy zgłodniała. Wypatrywał najmniejszych zmian w reakcji stwora, którego przygarnął pod swój dach. Nawet wyciągnął stoper, który kupił od ruskich na targu, by odmierzać cykle pojawiania się i znikania małego żółwia. Okazało się jednak, że mimo czterodobowego postu, czasookresy migania żółwika są cały czas takie same. To go załamało kompletnie. Po czwartej nieprzespanej nocy zrezygnowany zasnął na klawiaturze. Kiedy się obudził i spojrzał na monitor zobaczył, że to niepokorne stworzenie zmieniło swoje pierwotne położenie. Żółwik przesunął się i migał teraz w dolnej części ekranu.
- Ha! Kurwa! Wiedziałem, że wymiękniesz – krzyknął uradowany Adamski, zrywając się gwałtownie z krzesła. – Teraz pewnie zgłodniałeś!
W jego serce wstąpiła nadzieja i wiara w to, że człowiek jest w stanie pokonać maszynę. Kiedy euforia zmieniła się w refleksję, Atomizer zaczął zastanawiać się najpierw nad przebiegłością tego małego stwora. Myślał w duchu:
- Jaki ty sprytny jesteś, jak cicho się poruszasz! Myślałeś, że mi spierdolisz? O nie bratku, aż taki mądry to ty nie jesteś.
Jednak w końcu zobaczył pewien mały szczegół, który przeoczył tuż po przebudzeniu. Był to ciąg znaków w wierszu poleceń, który on sam przypadkowo i całkowicie nieświadomie wpisał, gdy zaległ na klawiaturze komputera.
Postanowił go jeszcze raz przepisać – a że droga między postanowieniem a czynem w jego przypadku jest krótka – natychmiast wklepał to polecenie ponownie i nacisnął „ENTER” – czyli ten sam klawisz, którym później, jako admin, będzie niepodzielnie dysponował, decydując o być-lub-nie-być całych wirtualnych nacji userów.
Dziś już wie, że wpisanie odpowiedniego polecenia skutkuje reakcją komputera, jednak wówczas przed tym, zanim stracił swoje wirtualne dziewictwo z krnąbrnym żółwiem, którego uczył posłuszeństwa, wiedza ta była mu obca. Dlatego też, gdy w milisekundę po naciśnięciu „ENTER” żółw zmienił pozycję, Atomizer krzyknął:
-Eureka!
Jego oczy płonęły zielonkawym światłem monochromatycznego monitora. Czuł się nie tylko Einsteinem w tej chwili, ale samym bogiem, bogiem wszystkich bogów. Był niepokonany, niezatapialny. Wygodnie rozłożony w fotelu, co chwilę spoglądając to na ekran, to w lusterko, które stało obok na biurku, ostatni potomek rodu Adamskich kontemplował własną doskonałość. Wtedy to właśnie postanowił związać swój los z komputerem.

Z błogiej sielanki wyrwał go dźwięk dzwonka. Ktoś uparcie dobijał się do jego mieszkania.
Adamski otworzył a w drzwiach zobaczył rozpromienionego Dżaka. Chłopcy padli sobie w ramiona. Ta rozłąka bardzo ich odmieniła, mieli sobie tyle do powiedzenia.
- Będziemy bogaci, będziemy bogaci – powtarzał Dżak przyjacielowi, głaszcząc go po karku.
- Wiem, kochany. Cały świat należy do nas – czule szeptał Adamski odwzajemniając pieszczoty. – Ale zanim to się stanie mam do ciebie prośbę.
- Jaką?
- Pyknij ze mną Moon Patrol.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Cylinder zastygł w bezruchu 

      a tuba zamilkła.

      Tym razem nawet igła fonografu 

      zdawała się nie mieć ochoty 

      wracać na powierzchnię cylindra 

      po raz setny tej przeklętej nocy.

      Obiecałem,

      że pomogę w poszukiwaniach,

      lecz po tym czego się tu dowiedziałem 

      i po tym co usłyszałem i zobaczyłem,

      stwierdzam jasno, 

      choć z dozą 

      naprawdę przejmującej rozpaczy,

      że mój nieodżałowany ojciec,

      został pochłonięty w odmęty, 

      bezdennej paszczy szaleństwa.

      Po czym uleciał w kompletny niebyt,

      bagiennych wrzosowisk

      północnej Szkocji.

      Przeszukano cały dom

      od piwnicy po strych.

      Wszystkie pozostałe obejścia i budynki.

      Studnie, staw

      a nawet rozkopano

      przydomowy ogródek

      ze wspaniałymi krzewami piwonii

      o które tak dbał.

      Bardziej niż o jedyne dziecko.

      Wszystko zaczęło się 

      gdy byłem jeszcze dzieckiem.

      Ojciec był 

      szanowanym profesorem archeologii 

      na uniwersytecie oksfordzkim.

      Był najlepszy w swoim fachu

      i dzięki temu pozostawał w kontakcie

      z najtęższymi umysłami

      z całego świata.

       

       

      Pamiętam doskonale zimowy poranek,

      jakieś piętnaście lat wstecz.

      Zakładałem szkolny mundurek 

      i z teczką w prawej dłoni 

      zmierzałem ku drzwiom domu.

      Ojciec szedł za mną.

      Trzymał mnie delikatnie za ramię,

      tłumaczył mi że jeśli 

      nie zakończy 

      zaplanowanego wykładu na czas 

      to odbierze mnie ze szkoły 

      nasza sąsiadka panna Stevenson.

      A jeśli wszystko zakończy się 

      zgodnie z planem 

      to obiecuję zabrać mnie

      potem na łyżwy.

       

       

      Nic nie poszło zgodnie z planem.

      Otworzyłem drzwi i o mało co 

      nie zderzyłem się w nich 

      z ponurym, wysokim 

      i dość postawnym jegomościem 

      w szarym, długim,

      dwurzędowym płaszczu 

      o prostym kroju.

      Jego fason

      nie był typowym dla wyspiarza

      a raczej obywatela zbuntowanej kolonii.

      Dziwny gość

      otarł mnie ledwie wzrokiem 

      zza przyciemnianych, wąskich szkieł

      i zwrócił się do mojego ojca.

      Bardzo przepraszam

      za tak nagłe najście 

      ale na uniwersytecie powiedziano mi,

      że jest Pan

      jeszcze w domu panie Fodden

      a sprawa z którą przychodzę nie cierpi już zwłoki ponad to co nadłożyłem starając się dostarczyć Panu interesujące dokumenty, zapis z fonografu oraz przedziwny szczątek metalu, który

      z pewnością pana zainteresuję.

       

       

      Wyjął z płaszcza niewielkie opakowane szarym papierem zawiniątko

      i wręczył je ojcu.

      Nazywam się Peter Noyes 

      i jestem zastępcą profesora Clarka 

      na uniwersytecie Miscatonic w Arkham.

      Myślę, że to Panu wiele wyjaśnia.

      Profesor liczy na Pana pomoc

      w tej sprawie.

      Jeśli tak w istocie będzie 

      czekam na Pana 

      w dniu jutrzejszym w południe 

      na nabrzeżu numer dwa,

      celem odbycia podróży

      najpierw do Bostonu 

      a potem do Arkham.

      Proszę pamiętać, 

      że nie ma czasu do stracenia.

      Gwiazda czy też planeta,

      powoli pojawia się 

      w naszych snach nieprawdaż?

      Nie czekając na odpowiedź,

      odwrócił się na pięcie i szybko

      znikł za zakrętem skrzyżowania.

      Ojciec nie tłumacząc niczego zaprowadził mnie do pani Stevenson

      i nakazał jej 

      by zajęła się mną przez jakiś czas 

      bo czeka go długi

      i pilny wyjazd do Bostonu.

       

       

      Zostałem u niej długie lata.

      A ojciec wrócił podobno kilka lat temu.

      Nikt nie wiedział skąd ani po co.

      Uważano go za zmarłego.

      Zaginął gdzieś w lasach Nowej Anglii 

      razem z tym całym

      Noyesem i Clarkiem.

      Nadal gdzieś w szufladzie biurka 

      mam jego nekrolog

      z jednej z gazet z Arkham.

      Żył ale przypłacił to szaleństwem.

      Nie widziałem go już nigdy później.

      A teraz zaginął po raz wtóry.

      Podobno planeta 

      znów nawiedzała go w snach.

       

       

      Odebrałem telefon z policji 

      i obiecałem przybyć na miejsce 

      by jakkolwiek pomóc śledczym.

      Bo sami nie rozumieli 

      w środek jak wielkiego szaleństwa 

      przyszło im wpaść i brnąć

      dzięki zostawionym wszędzie przez ojca dokumentom i zapiskom.

      Już ich pierwsze pytanie zdawało się idiotycznie niedorzeczne.

      Czy mówi mi coś nazwa Yuggoth?

      To miasteczko, osada czy może 

      jakaś kodowa nazwa 

      jakiejś świątyni czy wykopalisk?

      Znaleźli pamiętnik ojca,

      gdzie ta nazwa pojawia się ciągle.

      Ten krótki wpis ołówkiem 

      sprzed wielu tygodni.

      Wreszcie odezwali się do mnie

      Ci z Yuggoth.

      Będą czekać w oktawę święta 

      ojca Yog-Sottotha przy ołtarzu na wzgórzach.

      Zabiorą mnie znowu…

      Brzmiało to jak żart.

      Lecz jedno było pewne.

      Mój ojciec nigdy nie był skory do żartów.

       

       

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Cylinder zastygł w bezruchu  a tuba zamilkła. Tym razem nawet igła fonografu  zdawała się nie mieć ochoty  wracać na powierzchnię cylindra  po raz setny tej przeklętej nocy. Obiecałem, że pomogę w poszukiwaniach, lecz po tym czego się tu dowiedziałem  i po tym co usłyszałem i zobaczyłem, stwierdzam jasno,  choć z dozą  naprawdę przejmującej rozpaczy, że mój nieodżałowany ojciec, został pochłonięty w odmęty,  bezdennej paszczy szaleństwa. Po czym uleciał w kompletny niebyt, bagiennych wrzosowisk północnej Szkocji. Przeszukano cały dom od piwnicy po strych. Wszystkie pozostałe obejścia i budynki. Studnie, staw a nawet rozkopano przydomowy ogródek ze wspaniałymi krzewami piwonii o które tak dbał. Bardziej niż o jedyne dziecko. Wszystko zaczęło się  gdy byłem jeszcze dzieckiem. Ojciec był  szanowanym profesorem archeologii  na uniwersytecie oksfordzkim. Był najlepszy w swoim fachu i dzięki temu pozostawał w kontakcie z najtęższymi umysłami z całego świata.     Pamiętam doskonale zimowy poranek, jakieś piętnaście lat wstecz. Zakładałem szkolny mundurek  i z teczką w prawej dłoni  zmierzałem ku drzwiom domu. Ojciec szedł za mną. Trzymał mnie delikatnie za ramię, tłumaczył mi że jeśli  nie zakończy  zaplanowanego wykładu na czas  to odbierze mnie ze szkoły  nasza sąsiadka panna Stevenson. A jeśli wszystko zakończy się  zgodnie z planem  to obiecuję zabrać mnie potem na łyżwy.     Nic nie poszło zgodnie z planem. Otworzyłem drzwi i o mało co  nie zderzyłem się w nich  z ponurym, wysokim  i dość postawnym jegomościem  w szarym, długim, dwurzędowym płaszczu  o prostym kroju. Jego fason nie był typowym dla wyspiarza a raczej obywatela zbuntowanej kolonii. Dziwny gość otarł mnie ledwie wzrokiem  zza przyciemnianych, wąskich szkieł i zwrócił się do mojego ojca. Bardzo przepraszam za tak nagłe najście  ale na uniwersytecie powiedziano mi, że jest Pan jeszcze w domu panie Fodden a sprawa z którą przychodzę nie cierpi już zwłoki ponad to co nadłożyłem starając się dostarczyć Panu interesujące dokumenty, zapis z fonografu oraz przedziwny szczątek metalu, który z pewnością pana zainteresuję.     Wyjął z płaszcza niewielkie opakowane szarym papierem zawiniątko i wręczył je ojcu. Nazywam się Peter Noyes  i jestem zastępcą profesora Clarka  na uniwersytecie Miscatonic w Arkham. Myślę, że to Panu wiele wyjaśnia. Profesor liczy na Pana pomoc w tej sprawie. Jeśli tak w istocie będzie  czekam na Pana  w dniu jutrzejszym w południe  na nabrzeżu numer dwa, celem odbycia podróży najpierw do Bostonu  a potem do Arkham. Proszę pamiętać,  że nie ma czasu do stracenia. Gwiazda czy też planeta, powoli pojawia się  w naszych snach nieprawdaż? Nie czekając na odpowiedź, odwrócił się na pięcie i szybko znikł za zakrętem skrzyżowania. Ojciec nie tłumacząc niczego zaprowadził mnie do pani Stevenson i nakazał jej  by zajęła się mną przez jakiś czas  bo czeka go długi i pilny wyjazd do Bostonu.     Zostałem u niej długie lata. A ojciec wrócił podobno kilka lat temu. Nikt nie wiedział skąd ani po co. Uważano go za zmarłego. Zaginął gdzieś w lasach Nowej Anglii  razem z tym całym Noyesem i Clarkiem. Nadal gdzieś w szufladzie biurka  mam jego nekrolog z jednej z gazet z Arkham. Żył ale przypłacił to szaleństwem. Nie widziałem go już nigdy później. A teraz zaginął po raz wtóry. Podobno planeta  znów nawiedzała go w snach.     Odebrałem telefon z policji  i obiecałem przybyć na miejsce  by jakkolwiek pomóc śledczym. Bo sami nie rozumieli  w środek jak wielkiego szaleństwa  przyszło im wpaść i brnąć dzięki zostawionym wszędzie przez ojca dokumentom i zapiskom. Już ich pierwsze pytanie zdawało się idiotycznie niedorzeczne. Czy mówi mi coś nazwa Yuggoth? To miasteczko, osada czy może  jakaś kodowa nazwa  jakiejś świątyni czy wykopalisk? Znaleźli pamiętnik ojca, gdzie ta nazwa pojawia się ciągle. Ten krótki wpis ołówkiem  sprzed wielu tygodni. Wreszcie odezwali się do mnie Ci z Yuggoth. Będą czekać w oktawę święta  ojca Yog-Sottotha przy ołtarzu na wzgórzach. Zabiorą mnie znowu… Brzmiało to jak żart. Lecz jedno było pewne. Mój ojciec nigdy nie był skory do żartów.    
    • @vioara stelelor Spalić pamiątki, zniszczyć wspomnienia te nie po drodze nam.Jest tylko Kosmos i nasza Ziemia to teraz nasz ludzki czas..,
    • @hollow man   :) tak! Na przedmieściach, masz w oczach czerwień, neonu :)))  @KOBIETA hollow man:)))) uśmiechnij się:)))        
    • @KOBIETA Z każdej perspektywy.
    • @hollow man   od tyłu ;)))
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...