Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

1. Budzisz się. Lóżko w którym aktualnie leżysz jest na maksa rozbebeszone. Wiesz o co mi chodzi. Kołudra została chyba poszatkowana jakimś mieczem samurajskim, prześcieradło przeszło przez niszczarkę do dokumentów, a o poduszce słuch zaginał. To znaczy, nie jest tak jak mówię, ale wygląda to na takie jakby to było. Wstajesz, pragniesz ubrać się ale przedtem bierzesz głęboki oddech i… spostrzegasz, że nie pamiętasz jak się nazywasz.
- „O kur…” – tak właśnie mówisz – „Jeszcze przed chwilą było mi to znane. A teraz?
Co zamierzasz zrobić wobec tego zajścia?
- „Mam to gdzieś, nie zależy mi na tym jak się nazywam!”. Przejdź więc do punktu 2.
- „Muszę sobie przypomnieć kim jestem”. Przejdź więc do punktu 3.

2. Znajdujesz się więc gdzieś w jakimś obcym mieszkaniu, nie wiadomo do kogo należącym, może do Ciebie, a może nie. No, ale skąd o tym masz wiedzieć skoro sam nie wiesz jak się nazywasz? Dobrze byłoby się po nim rozglądnąć. A więc:
-„Rozglądnę się po tym mieszkaniu, na pewno to ja w nim mieszkam, więc nie będzie to kradzieżą, jeśli coś sobie z leżącym tutaj rzeczy wezmę. A zresztą nawet jeśli to nie mój dom, to ten kto mnie tutaj zostawił, brał pod uwagę taką możliwość, że się zbudzę, więc się nie obrazi. Przejdź więc do punktu 4.
- „Nie będę buszował po cudzym mieszkaniu. Co ja jestem, jakiś buszujący w zbożu, z książki Jerome David Salinger’a?” W tym momencie natchnęła Cię eureka, ponieważ przypomniała Ci się książka, którą przeczytałeś kiedyś. Nie jesteś już zwykłą tabula rasa. To może przypomnę sobie coś jeszcze z czasem. Przejdź do punktu 5.

3. Bardzo starasz się przypomnieć sobie jak się nazywasz, niestety nic Ci z tego nie wychodzi.
- „ Cholerny świat…” – myślisz
Nadal próbujesz wytężyć umysł i otworzyć wieko skrzyni ze skarbami, ale ono jakby na złość samo się zamyka. Zaczynasz więc denerwować się coraz bardziej, aż w końcu rzucasz się z furią na postrzępione prześcieradło. Ale zaraz… czemu ono jest tak twarde? Podnosisz je do góry i … wypada z niego przeźroczysta butelka z etykietą. Podnosisz ją, odwracasz nadrukiem do góry i spostrzegasz widniejącego na niej brodatego mężczyznę. Odczytujesz wielki napis pod spodem: „Rasputin” i malutki na dole: „84,5 %”.
- „No tak, teraz już wiem, czemu straciłem pamięć. Ale jak wypiłem całego Rasputina i zdołałem wstać bez środków na kaca, to z pamięcią też nie będzie problemu”.
Przestajesz się więc na razie przejmować tym problemem. Przejdź do punktu 2.

4. Rozglądasz się rzutkim wzrokiem po pomieszczeniu. Ma ono kształt prostokąta. Jedna z dłuższych ścian jest cala zastawiona meblościanką, a po drugiej stronie znajduje się biurko z komputerem i kwiatek. Taki duży. To może roślina? Przy pierwszej krótszej ścianie jest też jedna szafka i lóżka nad którym stoisz, zwrócony wzrokiem w stronę przeciwnej ściany, będącej drzwiami na balkon. Za oknem jest bardzo jasno, tak, że promienie słońca oślepiają Cię, mimo dość grubych, białych firanek. No to co robimy?
- „Przy biurku widzę jakiś plecak. Na pewno są w nim dokumenty”. Przejdź do punktu 6.
- „Na meblościance po lewej stronie jest pełno papierów i książek, na pewno walają się wśród nich jakieś dokumenty”. Przejdź do punktu 7.
- „Na szafce kolo lóżka jest dużo książek. Może do jednej z nich ktoś włożył jakiś dokument tożsamości?” Przejdź do punktu 8.
- „Mam gdzieś te cale szarady! Muszę się przewietrzyć. Wychodzę na balkon”. Przejdź do punktu 9.
- A może by tak wyjść z tego pokoju? „Świetna myśl. Wychodzę stąd”. Przejdź do punktu 10.

5. Stoisz więc sobie tak na środku pokoju i nic nie robisz. Ale jeśli się nie nudzisz, to spoko. Gdybyś jednak przypadkiem się znudził, to przejdź do punktu numer 4. Ale pamiętaj, nie śpiesz się. Ja w każdym razie Cię nie popędzam. Nie chcę być w żadnym wypadku oskarżany o mobing w czytaniu książek.
6. Dopadasz do plecaka. Przeszukujesz go, ale nic nie możesz w nim znaleźć oprócz książek, których tytułów nie chce Ci się nawet czytać. Podnosisz więc tornister wysoko w górę i trzymając go otworem w dół oraz potrzepując, wysypujesz zawartość na samą ziemię. Książki spadają i walają się po niej w całkowitym bezładzie. Wtem wśród licznych odpadłych w tym czynie kartek dostrzegasz typowe czarne etui na dokumenty oraz klucze.
- „Bingo!” – mówisz
Łapiesz za etui i otwierasz je i znajdujesz tam tylko jeden papier. Jeden, pojedynczy plastikowy dokument, ale ile warty… to dowód osobisty! Patrzysz na zdjęcie, w nadziei ujrzenia tam siebie i…
-„ Kto to jest?! To mam być ja?”
Spoglądasz szybko w lustro zawieszone na ścianie i porównujesz odbicie w nim ze zdjęciem. Następnie w wyobraźni odejmujesz od odbicia małe, pijackie oczka, czerwony nos i… ten koleś na zdjęciu to rzeczywiście ty! Hurra!!! Ale to nie koniec. Spoglądasz na dane na dokumencie i o to co widzisz:

Nazwisko: Ogórkowski
Imię: Bartosz
Data urodzenia: 06.02.1988
Miejsce urodzenia: Kraków
Adres zameldowania: Aleja Mickiewicza 13F/25
Kod pocztowy: 18-135 Kraków

Resztę informacji można spokojnie pominąć, gdyż są już mało istotne w zadaniu odzyskiwania pamięci.

- „Kto do cholery dal mi na imię Bartek?” – myślisz sobie.

W tym momencie odzyskujesz nagle całkowicie świadomość i przypomina Ci się wszystko co robiłeś poprzedniego wieczoru. Oj, wiedziałem, żeby nie pić Rasputina. Tak, jak prawdopodobnie myślałeś, znajdujesz się w swoim mieszkaniu. No dobra, pora się ogarnąć. Otwierasz znalezionym kluczem drzwi do pokoju, które wcześniej zamknąłeś, gdyż w pijackim stanie bałeś się napadu karaluchów, które widziałeś na korytarzu, wyposażone w umiejętność otwierania drzwi ( albo tak Ci się przynajmniej wtedy wydawało). Po otwarciu znajdujesz się w przedpokoju, gotowy do rozpoczęcia dnia. Od czego zaczynamy?
- „Najpierw zimny prysznic. Mam już dość tego pijackiego stanu.” Przejdź więc do punktu 11.
- „Najpierw śniadanie”. Przejdź więc do punktu 12.

7. Dopadasz do meblościanki. Przeszukujesz leżące na niej książki i pliki kartek. Czytasz tytuły, nie zagłębiając się dalej w tekst, ale już teraz jesteś w stanie powiedzieć, iż łączy je wszystkie jedno zagadnienie: psychologia.
- „ O kurcze, czyżbym był studentem psychologii?”
Niestety nie znajdujesz na półce tego, czego szukałeś. Wróć z powrotem do punktu 4, ale pamiętaj ,że nie masz już opcji 7.

8. Podchodzisz do szafki kolo lóżka. Patrzysz na nią swoim przenikliwym wzrokiem, ale jedyne co potrafisz znaleźć to tylko jakieś kryminały i melodramaty i to w dodatku niektóre po niemieckie.
- „ Ja to wszystko czytam? No dobre sobie…”
Przeszukujesz wszystkie książki, ale nie znajdujesz w nich niczego wartościowego ( nie mam tu na myśli zawartości merytorycznych literatury ). Wracasz z powrotem do punktu 4, ale pamiętaj, iż nie masz już możliwości 8.

9. Podchodzisz do drzwi balkonowych. Starasz się przynajmniej, gdyż słońce razi tak mocno, iż z trudem patrzysz w stronę w którą idziesz. Ostatecznie udało Ci się jednak dopaść klamki, która przekręcasz przez zwisającą z karnisza długaśną firankę. Otwierasz drzwi. Teraz po odsunięciu kotar to dopiero zaczyna Cię razić słońce. Mimo to wychodzisz na zewnątrz. Momentalnie uderza Cię taka siła, że tracisz całkowicie wzrok, mimo iż zdążyłeś przedtem zamknąć oczy. Żar w skroniach rozpala Cię tak, iż odwracasz się .Chwila oszołomienia jednak mija… otwierasz oczy i widzisz już całkiem dobrze. Nic Cię nie boli. Twoje oczy powróciły do prawidłowego funkcjonowania. I o to co ujrzały:
Stoisz na balkonie wychodzącym z jednego mieszkania, znajdującego się w tzw. Termitierze, czyli ogromnym bloku, ciągnącym się na „kilometry”. Z tego co zauważyłeś, to znajdujesz się na ostatnim piętrze. Przed sobą masz z boku po obu stronach dla mniejsze bloki, a przed sobą bardzo duże podwórko, pełne drzew, w tym jedno z nich to płacząca wierzba. Podwórko kończy się pasem garaży samochodowych, przylegających do muru, oddzielającego ogromny ogród od reszty świata.
Zachwycając się tym widokiem jakby na chwilę tracisz kontakt z rzeczywistością, gdy nagle budzi Cię z tego transu krzyk. Patrzysz na dół i dostrzegasz maleńką postać. Co robisz:

- „Co to za koleś odważa się na mnie krzyczeć? Co za bezczelność?” – postanawiasz go więc zlekceważyć. Przejdź do punktu 13.

- „Może on mnie zna, skoro do mnie krzyczy. Zapytam się go” Przejdź do punktu 14.

- „Co za chamstwo drzeć się na ludzi w biały dzień? Zaraz mu pokażę kulturę”. Przejdź do punktu 15.

10. Dopadasz do drzwi. Niestety są zamknięte. Pociągasz mocniej za klamkę. Ani drgnęly. Starasz się więc je wyłamać, ale wykończony Rasputinem nie masz na to mocy. Może więc by znaleźć klucz? Eureka:
- Zawsze chowam klucz do plecaka. Nie wiem skąd to wiem, ale widocznie muszę już odzyskiwać pamięć. Dopadasz więc plecaka. Przejdź do punktu 6.

11. Kierujesz się do łazienki. Po drodze przechodzisz przez korytarz, znajdujący się w równie wielkim bałaganie jak twój pokój. Gdy już znajdujesz się kolo wanny, przypominasz sobie swoje postanowienie wykąpania się w lodowacie zimnej wodzie.
-Oj, będzie ciężko… - mówisz szeptem do siebie. ( Ciąg dalszy nastąpi ( chyba ))

12. Kierujesz się do kuchni. Nie znajduje się ona w o wiele lepszym stanie niż pokój. Ogólnie to cale mieszkanie wygląda jakby przeszło przez nie tornado. Otwierasz lodówkę i o to co w niej znajdujesz:
-Siedem flaszek Rasputina
-Pięć puszek piwa
-Dwie nalewki owocowe ( tzw. mózgojeby )
-Otwarty karton mleka
-Kiełbasę
Po za tym w całej kuchni nie znajduje się nic zdatnego do spożycia.
Co robisz:
-To ja już sobie podaruję śniadanie – idziesz więc do łazienki. Skieruj się do punktu 11.
-Najlepszym sposobem na kaca jest klin! – sięgasz więc po:
A. Rasputiny – przejdź do punktu 16
B. Browary – przejdź do punktu 17
C. Nalewkę owocową – przejdź do punktu 18
D. Po wszystkie powyższe naraz – przejdź do punktu 19
-Napiję się mleka na kaca! Podobno to pomaga… - przejdź do punktu 20
-Mam ochotę na zagrychę – sięgasz po kiełbasę. Przejdź do punktu 21

13. Zlekceważyłeś kolesia, ale on nie daje za wygraną i zaczyna wrzeszczeć coraz głośniej, tak, że jego z początku nieartykułowany krzyk przeradza się w skandowanie okrzyku: „Złaź na dół!”, przerywanymi coraz bardziej wulgaryzmami zamiast przecinków. Z chwili na chwilę ich liczba narasta wprost proporcjonalnie do ich chamstwa. Możesz więc nadal je ignorować, ale chyba lepiej byłoby jakoś zareagować. No chyba, że jesteś tchórzem, ale wtedy to proszę bardzo, zamknij się w toalecie, a nie wychodź na balkon. No to co? Nawiązujesz z nim konwersację ( punkt 14 ), czy pokrzyczysz na niego ( punkt 15 )?

14. Postanowiłeś się odezwać. Rozpoczynasz więc bardzo kulturalnie rozmowę:
- Przepraszam Cię najmocniej, ale czy może wiesz kim ja jestem? Pomyślałem ,że będziesz wiedział, bo na pewno mnie znasz, jeśli…
-Co ty, kurwa, pierdolisz? – odezwał się twój rozmówca, przerywając Ci wypowiedź – Musiałeś się rzeczywiście nieźle wczoraj schlać skoro nie wiesz jak się nazywasz, he, he. Ale jazda!
-Ale ja naprawdę nie wiem jak się nazywam, ani kim jestem? – próbujesz mimo wszystko uzyskać jakąś informację.
-To zajebiście mnie cieszy, że się najebałeś na maksa, ale ja naprawdę nie mam czasu, a mam do Ciebie sprawę. Złaź na dół, albo przyjdę tam do Ciebie i dostaniesz bęcki.
- Ale… - niestety nie zdążyłeś się odezwać, gdyż twój „znajomy” znikł gdzieś za drzewami. Nie pozostaje Ci nic innego jak wrócić do pokoju. Wróć więc do punktu 4, pamiętając ,iż nie masz już opcji 9.

15. Ze względu na wulgarność tej sceny i praktyczną bezwartościowość jej dla dalszej fabuły, oprócz konkluzji z ust postaci na dole: „Złaź natychmiast na dół”, postanowiłem ocenzurować ją w całości. Ponieważ twój rozmówca znikł gdzieś za drzewami, nie pozostaje Ci już nic innego jak wrócić do punktu 4, nie masz tam już jednak opcji 9. A jeśli nadal nie przewietrzyłeś się wystarczająco, to możesz ponapawać się jeszcze długo widokiem, ale pamiętaj, by wrócić później do pokoju, czyli punktu 4.

16. Sięgasz drżącą ręką po pierwszą z siedmiu flaszek Rasputina. Zaczynasz pić.
-Gorzkie – mówisz do siebie, krzywiąc usta od smaku wódki – przydała by się jakaś zagrycha… O, a od czego ta kiełbasa?! – sięgasz więc po nią i kierujesz się przez to do punktu 22.

17. Pijesz sobie browca, jednak niewiele Ci to pomaga.
-Chyba jednak się wykąpię. –Skieruj się więc do łazienki ( punkt 11 ).

18. To była zła decyzja. Nalewka zadziałała tak mocno, że straciłeś świadomość. Gdy ją odzyskałeś, obudziłeś się w izbie wytrzeźwień na ulicy Rozrywki. Dołączyłeś w ten sposób do szacownego grona meneli. A ta gra miała być o ludziach dokonujących wielkich czynów. Nie możesz już być jej głównym bohaterem. Spróbuj następnym razem, zaczynając od punktu
numer 1.

Koniec gry

19. W sekundę zdaje się wychlałeś całą zawartość lodówki. I wtedy… teleportowało Cię do innego świata! Znajdujesz się teraz w ogromnych rozmiarów ciemnym lesie, zamieszkałym przez stwory z iście fantastycznych dziel literackich. Elfy, krasnoludy i w kolo Macieju. Jednym słowem… jak gdybyś czytał jakieś opowiadanie fantasy. Tylko, że teraz to się dzieje naprawdę.
Rozglądasz się więc po czarnym borze i zamierzasz postąpić krok do przodu, gdy nagle z węgła wypada banda orków. Jest ich około trzynastu, każdy ma ponad dwa metry wzrostu i posturę A’la Pudzian. Uzbrojeni są w topory, miecze oraz na dodatek w luki, więc nie ma co mówić o ucieczce. Co robisz:

-Cześć chłopaki, nie wiecie może którędy do najbliższej stacji benzynowej? – mówisz. Przejdź do punktu 23.

-Czego się na mnie rzucacie, młoty jedne? W ryj, no w ryj?! – przyjmujesz postawę agresywną. Przejdź do 24.

-To może ja już sobie pójdę? – Odwracasz się i maszerujesz w przeciwną stronę, jak gdyby nic się tu nie wydarzyło. Przejdź do punktu 23.

20. Wypiłeś to co zostało w kartoniku, czyli jakaś polowa jego zawartości. Potem ( mimowolnie ) zwróciłeś to wszystko i nie tylko to.
-Muszę na przyszłość ograniczyć picie – mówisz sobie – chyba wezmę kąpiel. – Skieruj się więc do punktu 11.

21. Już masz wziąć kiełbasę, gdy nagle myślisz sobie:
-No co ja będę na sucho jadł. Potrzebna mi jest jakaś przepita. – Sięgasz więc po pierwszą z flaszek zawierających wodę ( ognistą ). Skieruj się do punktu 22.

22. Wypiłeś już wszystkie siedem flaszek i zjadłeś całą zagrychę, której było jakieś trzy kilo kiełbasy. I nagle… wytrzeźwiałeś!!! Mimo to wyglądasz i czujesz się jak łach, więc postanawiasz skierować się do łazienki. Przejdź do punktu 11.

23. Nie udało Ci się uniknąć starcia z bandą orków. Ich przewaga fizyczna, liczebna i w ekwipunku nie pozwoliła Ci ich pokonać. Jeden z nich przebił Cię mieczem i upadłeś na ziemię. Odpłynąłeś w ciemną przepaść, coś jakby studnię, która nagle otworzyła się u dołu i oczom twoim ukazała się przepaść. Spadając w nią, jedyne co cały czas słyszałeś to basowy śmiech orka, który Cię pokonał. Spadałeś tak długo, że wydawało Ci się, iż trwa to cale wieki. Gdy wreszcie sięgnąłeś dna, zdałeś sobie sprawę, że znajdujesz się w jakimś ciemnym pomieszczeniu, leżąc w dodatku na starym łóżku. Wstałeś z niego energicznie i zauważyłeś drugie lóżko, na którym leżała niska, brodata postać.

-To pewnie krasnolud – pomyślałeś sobie – muszę go zbudzić, może on mi powie gdzie nas zabrali tamci orkowie, po tym jak zemdlałem.

Podbiegasz do współlokatora celi i łapiesz go energicznie za obojczyk.

-Ej, przyjacielu, gdzie nas zawiozła ta banda orków?


-Co kurwa? – odpowiedział twój rozmówca. Nie był to bowiem krasnolud, ale menel, a ty nie znajdujesz się w barbarzyńskiej fortecy, lecz na izbie wytrzeźwień. Jako menel nie możesz już być głównym bohaterem tej gry, gdyż spędzisz teraz najbliższe parę lat na odwyku, a tyle czasu nie mamy na grę. Spróbuj ponownie i wróć do punktu numer 1.

Koniec gry

24. Rozpocząłeś bardzo wulgarną wymianę argumentów z humanoidami, a następnie walkę. Podbiegłeś do największego kafara z nich, widocznie ich przywódcy i walnąłeś go z całego impetu w mordę, a następnie odezwałeś się do niego:

- I co zielony frajerze? Taki twardy jesteś, bucu! – napawasz się dumą, patrząc na leżącego orka.

W tym momencie podbiegł do niego jeden z pozostałych i zaczął pomagać mu wstać. I nagle… znalazłeś się z powrotem w swoim mieszkaniu, na balkonie, a na sąsiednim widzisz leżącego sąsiada ze złamaną szczęką i jego dziewczynę pomagająca mu wstać.

- O kurcze… - mówisz sobie – chyba naprawdę przestanę imprezować – zwracasz się do sąsiada – Przepraszam najmocniej pana bardzo, ale byłem pod wpływem napoju wyskokowego – sąsiad nie reaguje, jedynie trzyma się za złamaną szczękę. Jego niunia podaje mu chusteczkę higieniczną, a on bierze ją i robi sobie z niej okład na nos, który także jest potłuczony. Dziewczyna kolesia zaczyna drzeć się na Ciebie:

-Ty bucu, gnoju, chamie, bydlaku jeden! Co mu zrobiłeś!

-Ale ja naprawdę niechcący – tłumaczysz się, ale ta argumentacja nie przynosi efektywnych rezultatów ( bo efektowne – owszem – maniura zaczyna coraz bardziej miotać przekleństwami. – Niech pani się uspokoi – tłumaczysz – ja naprawdę byłem pijany…

-Tłumaczy się, cham jeden! Zejdź mi oczu, łotrze!!!

Stoisz chwilę bez reakcji…

… laska cały czas krzyczy…

… ty stoisz… i w końcu:

-No dobrze – odzywasz się i wchodzisz do swojego pokoju. Nasuwa Cię refleksja:

-Muszę przestać pić. To moje postanowienie! Ale najpierw doprowadzę się do stanu porządku. Królestwo za zimną kąpiel! – Kierujesz się do łazienki ( 11 ).

  • 5 miesięcy temu...

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @KOBIETA Bądź  jak Supernova. 
    • @Radosław   wiem Radosław …niestety to takie silne oddziaływanie jest …międzygalaktyczne ;)))) nie wiem jak mogę Tobie pomóc…? ;) 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...