Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

W kawiarni o dziwnej, ale wiele mówiącej nazwie „Podziemna” wszystkie stoliki były wolne. Młoda kelnerka o śniadej cerze i kruczoczarnych, gładkich włosach sprawnie układała serwetki na stoliku przy wejściu. Było dopiero kilka minut po południu i o tak wczesnej porze rzadko pojawiali się w kawiarni goście. Wtedy wszedł Paweł, stanął obok stolika, na którym właśnie przed chwilą kelnerka ułożyła serwetki i rozejrzał się po kameralnym piwnicznym wnętrzu. Jego serce biło szybko, a oczy stawały się powoli szkliste od cisnących się łez, bo wspomnienia mimowolnie opanowały jego myśli. Wyraźnie czuł chłód i wilgoć pomieszczenia znajdującego się w podziemiach kamienicy. Przez chwilę zastanawiał się czy zostać, bo kelnerka spojrzała na niego wyraźnie zdziwionym wzrokiem. Popatrzył na zegar wiszący na ścianie naprzeciwko wejścia.

- Dzień dobry – Paweł przywitał się cicho i z wielkim trudem, bo słowa grzęzły mu w gardle – czy już kawiarnia jest otwarta? Pytam bo tak tu pusto.
- Tak, oczywiście – odpowiedziała trochę zawstydzona kelnerka – Proszę bardzo. Z reguły goście pojawiają się dopiero po piętnastej, stąd moje zdziwienie. Ale proszę usiąść, za chwilkę przyjmę zamówienie.
- Jestem umówiony na trzynastą, ale przyszedłem wcześniej, więc jeśli można poczekałbym z zamówieniem.
- Ależ oczywiście, proszę bardzo. Jeśli jednak zmieni pan zdanie i będzie chciał coś zamówić, proszę mnie zawołać.
- Dobrze, dziękuję.

To Elżbieta wybrała „Podziemną” na dzisiejsze spotkanie. Tak samo jak sześć lat temu, gdy spotkali się dokładnie w tej samej kawiarni. Paweł gdy szedł powoli do stolika pomyślał, że chyba nic się tu od sześciu lat nie zmieniło, przynajmniej on nie rozpoznał żadnej różnicy, jednak zdawał sobie sprawę z tego, że podczas poprzedniego spotkania był zbyt roztrzęsiony, aby cokolwiek zapamiętać z otoczenia. Teraz, gdy usiadł przy stoliku w rogu sali, koło drzwi do toalety i czekał na Elżbietę mógł spokojnie rozejrzeć się wokoło. Nie przypuszczał, że kiedyś jeszcze będzie musiał tutaj przyjść. Choć teraz też był dość mocno zdenerwowany przed spotkaniem, to starał się zapamiętać kilka szczegółów z kawiarnianego wnętrza. Miał nadzieję, że już nigdy więcej nie będzie musiał przychodzić do „Podziemnej”, gdyż to miejsce napełniało go strachem złych wiadomości. Przez sześć lat starał się sobie wmówić, że nigdy tu nie był, chciał by to co wtedy w tym miejscu, przy stoliku obok tego, przy którym siedział teraz, usłyszał nigdy się nie wydarzyło. By było to jak fikcja książkowa, którą czujemy aż do przeczytania ostatniej strony, a potem zamykamy okładki i przenosimy się do innego świata. Kiedy Elżbieta zadzwoniła wczoraj, by umówić się na spotkanie w „Podziemnej” przeszedł go zimny dreszcz i zamilkł na chwilę. Chciał zaproponować inne miejsce, ale nie był bywalcem kawiarni, więc nie potrafił przedstawić alternatywnej propozycji. Na spacer było zbyt zimno, a nie miał śmiałości zapraszać jej do swojego mieszkania, ani tym bardziej narzucać się z wizytą w jej domu. Przystał więc na jej propozycję, przyszedł jednak umówione spotkanie dużo wcześniej, by ostudzić spodziewane emocje. Od czasu tamtego spotkania starał się nawet nie chodzić ulicą, przy której znajdowała się kawiarnia „Podziemna”, wolał czasem iść dłuższą drogą niż patrzeć na drzwi, z których sześć lat temu wychodził i nie wiedział jak dalej będzie wyglądało jego życie. Siedział przy stoliku i patrzył na drzwi. Wnętrze „Podziemnej” utrzymane w tonacji rożnych odcieni brązów przypominało mu minioną epokę. Stare, drewniane krzesła i stoliki pamiętały co najmniej trzy pokolenia gości.
Elżbieta miała przyjść o trzynastej, czyli dopiero za pół godziny, ale zobaczył nagle jej sylwetkę w drzwiach. W czarnym, długim płaszczu i parasolem w ręku weszła do środka i uśmiechnęła się do kelnerki. Paweł pamiętał ją dobrze, on dla niej był jednak tylko jedną z setek osób, z którymi się spotykała żeby przekazać złe wieści. Była jak posłaniec śmierci, po zobaczeniu którego nie powinno się mieć już żadnej nadziei. Taką rolę sama wybrała. Wolała spotykać się z ludźmi tu, w tej kawiarni niż informować ich o wszystkim w szpitalu. Zapamiętał ją dobrze bo mimo swojego dojrzałego już wieku wyglądała nadzwyczaj dobrze. Wysoka, szczupła, z blond włosami, pięknymi zielonymi oczami i opaloną oliwkową skórą. Delikatne zmarszczki tylko dodawały jej uroku i pokazywały dojrzałość. Wstał od stolika i poczuł jak pocą mu się ręce. Wiedział, że tym razem przyszedł tu nie po to, by usłyszeć tragiczne wiadomości, lecz mimo to czuł zdenerwowanie. Został wysłany na to spotkanie przez swojego szefa z delikatną misją i wiedział że kierownictwo instytutu bardzo na niego liczy. Wytarł dłonie w chusteczkę i podszedł by się z nią przywitać. Zauważyła go gdy był w połowie drogi, spojrzała mu w oczy i ruszyła w jego kierunku. Czuł, że tym razem to on będzie miał dla Elżbiety niedobre wiadomości. Nie chciał jej tego mówić, ale teraz nie miał innego wyjścia.

***

Mimo emocji, których teraz doświadczał, nie żałował, że to właśnie Elżbietę zaprosił przed dwoma tygodniami do Instytutu Fizyki Doświadczalnej, gdzie kierował jednym z zespołów fizyków. To on miał wygłosić wykład na corocznym zjeździe naukowców zajmujących się fizyką doświadczalną. Poprosił jednak radę instytutu, aby pozwolili mu zaprosić gościa zajmującego się całkiem inną dziedziną nauki. Z dużą niechęcią zgodzili się na to, podkreślając, aby wykład miał jakiś związek z ich pracą, choć nie potrafili sobie wyobrazić jaki. Ona też była zdziwiona propozycją, próbowała odmówić i usprawiedliwić się ciągłym brakiem czasu, ale Paweł nalegał. Po kilku dniach zadzwoniła i odpowiedziała, że zgadza się wziąć udział w spotkaniu naukowców i wie już, jaki będzie temat jej wykładu. Nie chciała mu tego jednak zdradzić, jakby w obawie że jej wykład mógłby być odwołany. Zbliżała się szósta rocznica śmierci Alicji, Paweł chciał by Elżbieta, jako lekarz onkolog, powiedziała kilka słów o tym, że raka można pokonać i jak ważne są badania profilaktyczne. Miał wrażenie, że rada wydziału zgodziła się na ten pomysł właśnie dlatego, gdyż kilka miesięcy temu szef ich instytutu zmarł na raka. Elżbieta miała wygłosić wykład inaugurujący jubileuszowy, dziesiąty zjazd fizyków. Zjawiła się w instytucie w ostatniej chwili, gdy organizatorzy pewni, że nie dotrze na czas planowali już zastąpić jej wykład innym wystąpieniem. Była smutna i wyraźnie zmęczona. Powoli zajęła miejsce przy katedrze auli. Spojrzała przed siebie i zauważyła, że wszystkie miejsca są zajęte. Było widać, że jest bardzo przejęta i stremowana. Nie czuła się w tej roli najlepiej, zawsze starała się unikać wystąpień przed dużą grupą ludzi. Tym razem jednak musiała pokonać strach, gdyż cel jaki sobie założyła był dla niej bardzo ważny. Po chwili zaczęła mówić o czymś tak niespodziewanym, że po zakończeniu jej wystąpienia długo panowała cisza. Zwróciła się do naukowców z apelem, prośbą lub wręcz żądaniem. Zdradziła im, że jako lekarz wielokrotnie była świadkiem śmierci swoich pacjentów. Widziała kiedy odchodzili trzymając ją za rękę, gdyż często była jedyną najbliższą im osobą w chwili śmierci. Przez lata pracy zauważyła, że osoba umierająca traci w oczach ten wyjątkowy blask, a oczy stają się powoli jakby matowe, przykryte jakąś niewidzialną mgłą, jakby uciekały gdzieś daleko. Ten odchodzący blask daje jej przekonanie, że człowiek ma duszę, która odchodzi od niego w momencie śmierci. Lata doświadczeń dały jej pewność, że dusza istnieje. Zwróciła się z pretensjami do naukowców, że nie pracują nad badaniami potwierdzającymi istnienie duszy. Słuchający w milczeniu spoglądali na siebie. Byli racjonalistami, wierzyli tylko w to co namacalne, materialne, a teraz ktoś, kto nie jest nawet fizykiem każe im badać coś czego nie ma. Środowisko naukowców było tak zbulwersowane żądaniami Elżbiety, że po kilku dniach nieustających komentarzy, kierownictwo instytutu wytypowało Pawła, jako sprawcę precedensu, żeby spotkał się z panią doktor i przekonał ją, że instytut nie może zajmować się takimi badaniami, bo nie ma na to pieniędzy, a wyniki tych badań są z góry przesądzone.

***
Elżbieta podała mu delikatną dłoń. Przywitał się i zaprosił ją do stolika. Była wyraźnie podekscytowana. Powiedziała, że bardzo się cieszy z tego spotkania. Była przekonana, że Paweł poprosił ją o spotkanie by porozmawiać o szczegółach badań, jej spostrzeżeniach i pomysłach dotarcia do satysfakcjonujących ją dowodów. Paweł patrzył na nią i nie wiedział jeszcze w jaki sposób przekona ją, że instytut nie może zajmować się takimi problemami. Kiedy kelnerka przyjęła zamówienie na dwie kawy i dwie szarlotki Paweł zapytał:

- Dlaczego Pani tak bardzo zleży na tych badaniach
- To dla mnie ważne, bo codziennie w szpitalu widzę ludzi umierających na raka. Kiedy wiem, że nic im już nie pomoże to jedyne, co mogę zrobić to spotkać się z ich bliskimi w tej kawiarni i przekazać im tą smutną wiadomość. Wiem, że to dla niech zawsze tragiczne wiadomości, więc nie próbuję ich pocieszać, mówię im tylko ile czasu zostało ich bliskim i proszę aby wykorzystali go w pełni.
- Ale te badania nic nie zmienią, ludzie nadal będą umierać. – Paweł przerwał jej wypowiedź.
- Kilka dni temu byłam w szpitalu kiedy umierał mój pacjent, starszy pan. Opowiedział mi przed śmiercią, że kiedyś samochodem zabił kobietę. To nie on był sprawcą wypadku lecz ta kobieta, która zginęła. Mimo wszystko miał ogromne poczucie winy za to co się stało. Przed śmiercią powiedział mi, że byłoby mu łatwiej umierać, gdyby wiedział że dusza istnieje bo wtedy mógłby spotkać jeszcze tą kobietę.

Kiedy Paweł tego słuchał wróciły jego wspomnienia ostatnich dni spędzonych z Alicją. Zastanawiał się, czy jemu byłoby wtedy łatwiej gdyby wiedział ze dusza istnieje. Gdyby wiedział, że może ją kiedyś jeszcze spotkać. Elżbieta wyrwała go po chwili z zamyślenia.

- Wydaje mi się, że nie jesteście przekonani do celowości tych badań – powiedziała - Nie wiem tylko co was ogranicza. Jesteście naukowcami, powinniście badać to co niewyjaśnione.

Paweł próbował jej wytłumaczyć, że jest to niemożliwe, aby instytut zajmował się badaniami nad istnieniem duszy, bo fizycy doświadczalni zajmują się całkiem innymi zagadnieniami. Przekonywał, że powinna poszukać wsparcia na uczelniach teologicznych, czy filozoficznych, a nie w instytucie fizyki. Jednak Elżbieta nie pozwalała się przekonać.

- Czy widział pan kiedyś śmierć człowieka? – zapytała nerwowo.
- Tak, widziałem kiedyś śmierć policjanta, który mnie zamykał w areszcie. - Elżbieta spojrzała na niego za zdziwieniem. - Nie, nie zrobiłem nic złego. Kiedyś w czasie studiów roznosiłem w mieście ulotki. Byłem przebrany za królika. Miałem na sobie różowy, pluszowy kostium. Było w nim okropnie gorąco. Po kilku godzinach pracy wszedłem do baru żeby napić się piwa. Barman, podał mi piwo, a ja usiadłem przy stoliku i położyłem obok głowę królika. Po kilku minutach podjechała policja i mnie aresztowali. Chyba barman po nich zadzwonił, bo widziałem jak obserwując mnie rozmawia z kimś przez telefon. Okazało się, że dzień wcześniej ktoś napadł na bank w przebraniu królika. Wyjaśniło się po kilku godzinach, że to nie ja, ale policjant który mnie przesłuchiwał nagle upadł. Przyjechało pogotowie, ale było za późno. Wstyd się przyznać, ale wtedy pomyślałem, że to co go spotkało jest karą za to, że podejrzewał mnie o przestępstwo.

Po chwili milczenia Elżbieta zadała mu kolejne trudne pytanie. Zapytała go, czy wierzy w Boga. Było to bardzo osobiste, a może nawet niestosowane, ale zdecydował się jej odpowiedzieć:

- Kiedyś modliłem się codziennie, żeby mój ojczym umarł, bo chciałem na jego grobie, pod imieniem i nazwiskiem, zamazać napis „spoczywaj w spokoju”. Nienawidziłem go. Potem pomału traciłem wiarę, bo Bóg mnie nie wysłuchał. Kiedy miałem piętnaście lat umarła moja matka. Zostałem sam z ojczymem. Od tego dnia Bóg stał się moim jedynym przyjacielem.
- Czyli pana wiara jest mocna ? – przerwała mu.
- Dziś myślę, że nie. Pani mnie nie pamięta, ale spotkaliśmy się już w tym samym miejscu co dzisiaj, sześć lat temu. – Elżbieta spojrzała na niego ze zdziwieniem - Kiedy moja żona Alicja umierała w szpitalu. To pani mi wtedy tu powiedziała, że nie ma nadziei. Żebym wykorzystał ten krótki czas jaki mi pozostał. Wtedy przestałem wierzyć, że Bóg istnieje. Po śmierci Alicji oddałem się pracy. Fizyka dawała mi wyjaśnienie wszystkich zjawisk. Bóg był mi już niepotrzebny. Ale od niedawna pomału zaczynam go znowu szukać, bo na wiele spraw wyjaśnienia nie znalazłem.
- Bardzo mi przykro, nie pamiętałam pana. Ale jak pan się zapewne domyśla, mam dużo takich spotkań – powiedziała smutno. Żałowała, że swoim pytaniem wywołała u Pawła te smutne wspomnienia.

Siedzieli bez słowa, a każde z nich patrzyło w inną stronę. Paweł zauważył po chwili, że Elżbieta sięgnęła po swoją torebkę i wyjęła lekko pogięte zdjęcie. Podała to zdjęcie Pawłowi i powiedziała mu, że to jej osiemnastoletnia córka. Paweł wpatrywał się w zdjęcie i widział na nim mnóstwo cech Elżbiety.

- Piękna dziewczyna, bardzo do pani podobna – powiedział z lekkim uśmiechem.
- Jest chora na raka i tak jak dla pana żony sześć lat temu, tak samo dla niej nie ma już nadziei. Wiem to, bo próbowałam wszystkiego. Mimo, że jestem lekarką, jedyne co mogę zrobić to tylko próbować odwlekać czas jej odejścia poprzez uporczywe przedłużanie jej cierpienia. Zostanę niedługo sama, mąż opuścił nas kiedy córka miała dwa lata.

Paweł zastygł w bezruchu, a delikatny do tej pory uśmiech znikł. Był sam od sześciu lat i wiedział jak straszna jest pustka po utracie najbliższej osoby. Starał się jak najwięcej czasu spędzać w pracy by, jak najpóźniej wracać do pustego domu. Rezygnował z wolnych dni i urlopów. Nie starał się poznać nikogo, z kim mógłby od nowa ułożyć życie. Myślał o tym kilka razy, ale zawsze stwierdzał, że jeszcze za wcześnie. Teraz kiedy patrzył na Elżbietę i trzymał w dłoni zdjęcie jej córki, nie pozostało mu nic innego, jak tylko obiecać Elżbiecie, że porozmawia jeszcze z przełożonymi na temat jej prośby. Wiedział jednak że kłamie. Wiedział, że odpowiedź kierownictwa była jednoznaczna i ostateczna. Nie potrafił jednak stanowczo odebrać jej nadziei i powiedzieć, że to nigdy się nie uda.

***

Córka Elżbiety umarła dwa miesiące po ich spotkaniu w kawiarni. Elżbieta zadzwoniła do Pawła rano, w dniu pogrzebu. Nie nalegała już by instytut zajął się badaniami nad potwierdzeniem istnienia duszy. Poprosiła tylko by przyszedł na cmentarz. Po pogrzebie Elżbieta pozostała długo nad grobem córki. Paweł podszedł do niej nieśmiało.

- Proszę mi uwierzyć, wiem co Pani czuje – szepnął cicho.
- Czy mógłby mnie Pan odprowadzić do „Podziemnej” ? – zaskoczyła go pytaniem.
- Oczywiście – odparł nieco zdziwiony i podał jej ramię.
- W środę rano dostałam anonimowy list na adres szpitala – powiedziała mu w czasie drogi - Ktoś w nim napisał, żebym była spokojna bo dusza istnieje, ale nikt nigdy jej nie odnajdzie. Godzinę po tym, jak go przeczytałam moja córka zmarła.

Po chwili milczenia Paweł nieśmiało powiedział:
- To ja wysłałem ten list. Nie wiedziałem jak powiedzieć Pani, że nie ma żadnych szans na te badania w Instytucie. Myślałem, że może Pani sama zrezygnuje ze starań o rozpoczęcie poszukiwań.
- Zrezygnowałam. Kiedy córka umierała nie bała się o siebie, choć wiedziała, że umiera. Wciąż mówiła tylko żebym nie zmarnowała reszty życia. Żebym czerpała radość z tego co mam.

Poszli do kawiarni „Podziemna”. Elżbieta opowiedziała mu, że często tu przychodzi, bo kiedyś ten lokal był własnością jej ojca i spędziła tu w dzieciństwie mnóstwo czasu. Mieszkała wraz z rodzicami i młodszym bratem w kamienicy na górze. Gdy wyjechała do Krakowa studiować japonistykę rodzice wraz z bratem zginęli w wypadku samochodowym, gdy jechali ją odwiedzić. Nigdy sobie tego nie wybaczyła. Czuła, że to jej wina. Rodzice nalegali żeby studiowała na miejscu, ale Elżbieta była bardzo zdecydowana. Była kilka lat wcześniej na wycieczce w Japonii i ta kultura ją tak zafascynowała, że postanowiła poznać ją na studiach. Gdy rodzice i brat zginęli wróciła, prowadziła kawiarnię i studiowała medycynę. Postanowiła ratować ludziom życie jako zadośćuczynienie za śmierć rodziny. W czasie studiów poznała mężczyznę, który został ojcem jej córki. Wzięli ślub w dzień pierwszych urodzin ich córki. Po roku zabrał swoje rzeczy i wyjechał do Kanady. Nigdy się nie odezwał. Elżbieta pracowała w szpitalu i prowadziła kawiarnię. „Podziemna” nie przynosiła praktycznie dochodów. Zarobione pieniądze wystarczyły jedynie na pensje pracowników. Wiedziała, że kawiarnia wymaga remontu, unowocześnienia, wymiany mebli, jednak postanowiła nic nie zmieniać. Chciała by wyglądała zawsze tak, jak w dniu gdy straciła rodzinę. Kiedy zachorowała jej córka sprzedała kawiarnię. Przez kilka pierwszych tygodni przychodziła tu codziennie. Potem coraz rzadziej, ale jeśli umawiała się z kimś na spotkanie, to zawsze w „Podziemnej”.
Kiedy siedzieli przy stoliku i pili kawę kelnerka wyszła na chwilę z kawiarni i przypięła pinezkami do drzwi kartkę „lokal na sprzedaż”. Zauważyli ją kiedy wychodzili. Elżbieta bardzo się zmartwiła:

- Kiedy sprzedawałam „Podziemną” nabywca zapewnił mnie, że kawiarnia pozostanie i nic nie zmieni w jej wystroju. To bardzo porządny człowiek. Rozumiał jak to dla mnie ważne. Chciałam ją kiedyś odkupić. Teraz gdy ktoś ją kupi będzie mógł zrobić z nią co zechce.

Paweł odwiózł Elżbietę taksówką do domu. Mieszkała w starym, obdrapanym bloku. Jakby wyprzedzając jego zdziwienie powiedziała, że sprzedała dom i kawiarnię by mieć pieniądze na leczenie córki. Dzięki temu mogła jej przedłużyć życie o kilka miesięcy, które były dla nich obu tak ważne. Teraz wynajmowała jednopokojowe mieszkanie.
Następnego dnia, gdy Elżbieta przyszła do kawiarni, informacji o sprzedaży lokalu już nie było na drzwiach. Weszła do środka zastanawiając się, czy to nie jest ostatnia jej wizyta przed zamknięciem „Podziemnej”. Siedziała przy stoliku i patrzyła w dal. Nagle wszedł Paweł. Elżbieta spojrzała na niego zdziwiona. Z zaplecza wyjrzała młoda kelnerka o śniadej cerze i kruczoczarnych, gładkich włosach.

- Dzień dobry – Paweł skinął głową w stronę kelnerki.
- Dzień dobry szefie – odpowiedziała kelnerka i uśmiechnęła się.

Elżbieta spojrzała na Pawła. Wiedziała już, dlaczego zniknęła informacja o sprzedaży kawiarni. Była pewna, że w wystroju „Podziemnej” nic się nie zmieni i że będzie mogła przychodzić tu nadal.
KONIEC

Opublikowano

Taki temat to naprawdę ciężki kaliber - w takim wypadku bardzo trudno uniknąć pułapek sentymentalności (samo ważkie przesłanie niestety nie wystarczy). W moim odczuciu trzeba tu jeszcze sporo poprawić od strony technicznej (np. pierwszy dialog brzmi sztucznie, szereg zdań wymaga skrócenia i przeformułowania). Z`drugiej strony, pewne, mniejsze fragmenty już po delikatnym retuszu będą całkiem OK, a niektóre określenia bez żadnych zmian są bardzo ładne. Nie podaję konkretnych przykładów bo opowiadanie jest dość długie, ale na wyraźne życzenie oczywiście mogę to nadrobić w przyszłości.
pozdrawiam - Ania

Opublikowano

Zgadzam się w pełni z Anią, nie jest źle, ładnie budujesz tekst, bo czytelnik z ciekawością czeka, co będzie dalej. Ale...przede wszystkim strona techniczna.
"Przez sześć lat starał się sobie wmówić, że nigdy tu nie był, chciał by to co wtedy w tym miejscu, przy stoliku obok tego, przy którym siedział teraz, usłyszał nigdy się nie wydarzyło", to zdanie jest zdecydowanie za długie, zdania wielokrotnie złożone trzeba budować naprawdę umiejętnie, Ty jeszcze musisz nad tym poćwiczyć. Dla mnie to zdanie mogłoby brzmieć po prostu "Przez sześć lat starał się sobie wmówić, że nigdy tu nie był. Chciał, by to, co wtedy usłyszał, nigdy sie nie wydarzyło", jeżeli ten stolik, obok tego, przy którym siedział musi koniecznie być w tekście zbuduj to inaczej.
"podczas poprzedniego spotkania był zbyt roztrzęsiony, aby cokolwiek zapamiętać z otoczenia" - aby cokolwiek zapamiętać-tyle wystarczy, "z otoczenia" wytnij. Tekst ma sporo błędów i zgrzytów tego typu, ale nie bede wymieniać wszystkich bo mój komentarz musiałby być bardzo długi. Podsumowując - pisz, czytaj dokładnie swój tekst jak już go skończysz i wywalaj niepotrzebne, zbędne wyrazy, zdania i opisy (takie jak w zdaniu które wkleiłam dla przykładu). Pamiętaj o przecinkach.
"było to jak fikcja książkowa, którą czujemy aż do przeczytania ostatniej strony, a potem zamykamy okładki i przenosimy się do innego świata" Ok, kończę, pozdrawiam i czekam na kolejny utwór

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @KOBIETA Bądź  jak Supernova. 
    • @Radosław   wiem Radosław …niestety to takie silne oddziaływanie jest …międzygalaktyczne ;)))) nie wiem jak mogę Tobie pomóc…? ;) 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...