Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

NADRZECZYWISTOŚĆ




Noc. W domu na obrzeżach miasta trwa ostra impreza. Alkohol leje się strumieniami. Widzimy uczestników imprezy, część z nich tańczy, część pije lub pali trawkę i o czymś głośno rozmawia, część już leży nieprzytomna porozkładana po całym domu.

Przy stole w jednym z pokoi siedzą TOMEK i TINA. Oboje w wieku ok. 25 lat. Tina jest początkującą pisarką, poszukuje tematu na swoją książkę. Tomek jest pijany. Pali cygaro i opowiada dziewczynie o niedawnych wydarzeniach ze swojego życia. Dowiadujemy się, że niedawno wrócił z Europy. Spotkał tam towarzystwo zabawiające się w wywoływanie duchów. Z nudów przyłączył się do nich. Na początku było całkiem sympatycznie. Ale z biegiem czasu okazało się, że faktycznie nawiązali „kontakt” z czymś złym. Jeden z seansów został brutalnie przerwany przez osobę spoza towarzystwa. Wtedy Tomek ujrzał coś, czego nigdy nie powinien zobaczyć. Od tego czasu jego życie zamieniło się w piekło. Z transu powrócił do rzeczywistości, ale to już nie był ten świat, który znał. Od tego czasu błąka się pomiędzy światem realnym a światem koszmarnych halucynacji. Tina stwierdza, że to bardzo dobry temat by go opisać.

Na kanapie w innej części salonu siedzą MARCIN – kolega Tomka, były policjant i IZA – absolwentka historii. Rozmawiają o Tomku. Iza niepokoi się o niego. Od kiedy Tomek wrócił z Europy zachowuje się dosyć dziwnie i wygląda jakoś „inaczej”.

WILLA MAFII

W ciemnym pokoju leży zakrwawione ciało. Należało do jednego z gangsterów półświatka. Nad jego głową klęczy POSTAĆ. Postać wyjmuje długi nóż i powoli zbliża ostrze do martwych oczu ofiary.

IMPREZA

Impreza trwa dalej. Coraz więcej osób pokłada się na kanapach lub na ziemi, ktoś oddaje treść żołądka za okno. Do siedzącego wciąż przy stole Tomka dosiada się Marcin. Stawia butelkę tequili. Po chwili przysiada się Iza. Piją tequilę i rozmawiają o czyś zupełnie nieistotnym. Tomek powoli zaczyna odpływać. Zasypia.

SEN TOMKA

Ciemna sala oświetlona słabym światłem świec. Widzimy kilka osób siedzących w kręgu. Jedną z nich jest Tomek. Człowiek siedzący na przeciwko Tomka odprawia dziwne rytuały (to DAREK). W pewnym momencie na papierze rozłożonym pomiędzy zgromadzonymi pojawia się krwawy napis „AZAZEL”. Świat rozpływa się. Płomienie świec ogarniają cały pokój. Tomek pisze na papierze: „AZAZEL TO JA”. W pewnym momencie spostrzega, że KTOŚ nad nim stoi. Tomek poznaje go, choć nigdy wcześniej go nie widział. Potem z przerażeniem zauważa, że jego koledzy od odprawiania rytuałów są martwi a Tomek jest pokryty ICH krwią. Zapada ciemność.

Tomek budzi się. Leży przy stole. Na około widać śpiących uczestników przyjęcia i ogromny bałagan. Impreza się skończyła.

UMIWERSYTET WEST WINONA

Wieczór. Na uniwersytecie odbywa się wykład poświęcony historii współczesnej miasta. Sala jest wypełniona dziennikarzami. Wśród publiczności siedzi Iza. Obok niej siada JIM – jest to człowiek ze snu Tomka. Wykład rozpoczyna się. Dowiadujemy się, że do niedawna w West Winona rządził pewien dyktator. Gnębił naród i pracowicie produkował broń chemiczną, którą zamierzał użyć przeciwko państwom ościennym. Jego plan nie wypalił, ponieważ ktoś go zamordował. Miesiąc temu przypadkiem odkryto miejsce ukrycia tej broni i okazało się, że było jej wystarczająco dużo by zabić setki milionów ludzi.

Podczas wykładu Jim – potężnie zbudowany, przystojny facet z „błyskiem” w oku podrywa Izę. Dziewczyna próbuje go ignorować, ale nie wychodzi jej to za bardzo. Szybko okazuje się, że Jim zna historię miasta bardzo dobrze. Iza dowiaduje się od niego kilku ciekawych rzeczy na temat dyktatora.

W pewnym momencie wykładu Jim dostrzega, że ktoś z publiczności wychodzi do łazienki. Przeprasza Izę i podąża za tą osobą. W łazience, gdy ta osoba załatwia potrzebę fizjologiczną Jim wyciąga długi nóż i szybkim sprawnym ruchem podrzyna mu gardło. Mężczyzna pada na ziemię. Jim zbliża się do niego i coś robi przy ciele.

Potem wraca na salę i siada koło Izy. Po wykładzie odprowadza ją do samochodu i rozstają się. Jim robi na Izie duże wrażenie.

DOM IZY

Noc. Tomek siedzi w pokoju. Wygląda na bardzo zmęczonego i smutnego. Nie wytrzeźwiał od czasu imprezy. Pali cygaro. Pociąga głęboki łyk whisky. Spogląda w okno. Na zewnątrz wiać tylko ciemność. Nagle z ciemności wyłania się ŻYWY TRUP. Przykleja się do okna i ześlizguje się z niego powoli. Wydaje się, że chce coś powiedzieć Tomkowi. Z jego przegniłych ust wydobywa się cichy syk: „Pomocy…”

„Hej!” Do pokoju wchodzi Marcin. „Widzisz coś ciekawego?” pyta się wpatrującego się w okno Tomka. Za oknem nie ma nikogo. Tomek nie zwraca uwagi na Marcina. Pociąga kolejny łyk whisky.

Zjawia się Iza i MONIKA – dziewczyna Marcina, bardzo ładna mała blondynka, pracująca w prosektorium. Iza opowiada Monice o Jimie. Mówi jej, że jest bardzo przystojny, ma „seksowny błysk w oku”, no i to, co mówił jej na temat historii West Winona jest o dziwo sensowne.

Monika zabiera Tomkowi butelkę whisky i razem z Izą próbują go pocieszyć. Niestety nie za bardzo im to wychodzi.

Później cała czwórka ogląda wiadomości i dowiadują się, że jeden z mafijnych szefów został wczoraj zamordowany w swojej willi. Natomiast dziś wieczorem podczas wykładu, na którym była Iza ktoś zabił mężczyznę w łazience. Ofiary łączyło to, że za życia należały do mafii, a po śmierci morderca pozbawił je gałek ocznych. Iza pomyślała o Jimie. Zrobiło się jej niedobrze.

W wiadomościach mówią także o broni chemicznej, o której była mowa podczas wykładu. Została ona przewieziona, z miejsca, w jakim została znaleziona do zakładów chemicznych „Emerald” gdzie ma być następnie zneutralizowana.

Następnego dnia cała czwórka miała udać się poza miasto na piknik. Jednak nastąpiła zmiana planów, ponieważ Tomek gdzieś zniknął.

Iza próbuje dowiedzieć się czegoś na temat morderstw, a Marcin i Monika wybrali się do parku.

PARK

Monika i Marcin siedzą na ławce. Czekają na znajomego. Rozmawiają na sobie tylko znane tematy. W pewnym momencie zjawia się DAVE – dawny przełożony Marcina z policji. Dave żałuje, że Marcin odszedł z policji pewien czas temu. Składa Marcinowi ofertę pracy. Mówi mu, że skoro nie pracuje już w policji oficjalnie to mógłby pracować na czarno i dzięki temu nie musiałby działać zgodnie z przepisami, które krępują skuteczność działania policji. Poza tym Marcin ma szerokie grono znajomych wywodzących się z przestępczego półświatka. Chodzi o tego mordercę, który zabił już sześciu bardzo wysoko postawionych członków mafii. Szuka go cały półświatek przestępczy i policja, ale informacje o nim są szczątkowe. Marcin mógłby spróbować wybadać, kim jest ten morderca i co planuje. Po chwili wahania Marcin przystaje na propozycję.

ULICE WEST WINONA

Tomek błąka się po podrzędnych barach. Trafił do jednego i opowiada znużonemu barmanowi historię swojego kontaktu z siłami nadprzyrodzonymi i konsekwencji z niego płynących. Barman nalewa mu wódkę. Po pewnym czasie Tomek wychodzi nawet nie kończąc swojego wywodu.

Tomek idzie ulicą. Jest to biedna dzielnica. Mija biedaków ogrzewających się przy ogniu w beczce. Zatacza się, obija się o ściany, o samochody.

W pewnym momencie spogląda w zacienioną boczną alejkę i widzi kuśtykające w jego stronę przerażające zjawy. Jedna ze zjaw wyciąga do niego rękę. Tomek zaczyna biec. Po chwili przewraca się i ląduje na górze śmieci.

Wstaje i stwierdza, że czas na jeszcze jednego głębszego. Wchodzi do pobliskiego baru. Tam spotyka znajomego z Europy. Jest to DAREK – poznajemy go ze snu Tomka. Darek jest bardzo zadowolony ze spotkania w przeciwieństwie do Tomka. Darek wspomina dawne czasy, gdy świetnie bawili się wywołując demony. Tomek natomiast woli o tym zapomnieć. Darek odpowiada: „o tym nie można zapomnieć, to pozostaje z tobą na zawsze. Demony, które wywołałeś są z tobą.” Tomek powoli orientuje się, że istota, na którą się natknęli podczas wywoływania duchów, czyli Azazel zawładnęła Darkiem. Celem Azazela był właśnie Tomek, lecz rytuał został przerwany i Azazel został odrzucony. Teraz Azazel powrócił, tym razem w bardziej cielesnej formie by dać Tomkowi jeszcze jedną szansę na unifikację. Darek wyjaśnia, że Tomek utknął pomiędzy dwoma rodzajami rzeczywistości. Tylko unifikacja z Azazelem pozwoli mu przejść całkowicie na drugą stronę. Powrót do „normalnej” rzeczywistości jest na razie niemożliwy. Kontakt z siłami wyższymi to „droga w jedną stronę”. Azazel czuje do Tomka wielką sympatię i jego propozycja zawsze będzie dla niego otwarta.

SIEDZIBA DAWN

Później. Tomek i Darek znajdują się w opuszczonych tunelach pod West Winona, wybudowanych jeszcze za czasów reżimu. Tam znajduje się tymczasowa siedziba organizacji „DAWN” założonej przez Darka. Darek prowadzi Tomka przez wąskie korytarze. Mówi mu, że dzięki Azazelowi udało mu się połączyć kilka gangów i jedną porządnie zorganizowaną armię. Ma wielu bardzo dobrze wyszkolonych ludzi, którzy są gotowi do działania w każdej chwili. Wszystko po to by zrealizować cel, o którym od wieków śni Azazel.

DOM IZY

Do Marcina dzwoni jego znajomy. Należy do miejscowej grupy przestępczej. Wydaje się bardzo zdenerwowany. Mówi, że jego szefowie giną z rąk mordercy. Prosi o ochronę. Marcin obiecuje, że zrobi, co może, ale niczego nie gwarantuje.

Marcin jest bardzo zadowolony, z tego, że nie musiał szukać pracy a praca sama przyszła do niego. Na dodatek zarówno policja jak i półświatek przestępczy proszą go o pomoc.
Z wigorem zabiera się do tropienia nieuchwytnego mordercy.

Ofiary seryjnego mordercy były wysoko postawione w mafijnej hierarchii. Marcin przypuszcza, że mogą to być wyjątkowo sprawnie przeprowadzone mafijne porachunki.

Marcin postanawia zebrać grupę znajomych skorumpowanych policjantów i skierować ich do ochrony jednego z szefów tutejszej mafii. Ponieważ jest on celem ataku seryjnego mordercy, Marcin liczy, że gdyby zabójca uderzył, to prawdopodobnie udałoby się go zidentyfikować albo nawet złapać lub zabić.

SIEDZIBA DAWN

Tomek poznaje strukturę organizacji Darka. Dowiadujemy się, że Azazel demon, który dawał o sobie znać już w czasach starożytnych. W świecie „rzeczywistym” potrafi poruszać się tylko, gdy „opęta” jakiś żywy organizm. Potrafi przenosić się między nimi poprzez bezpośredni kontakt fizyczny. Gdy zasiedli dany organizm zmienia jego sposób przetwarzania informacji. Na skutek tego opętany organizm zyskuje możliwości Azazela.

WILLA NA PRZEDMIEŚCIACH

Noc. Willa należy do jednej z grup przestępczych działających w West Winona. Przypomina teraz twierdzę. Przed wejściem stoi kilku ochroniarzy z pistoletami maszynowymi. W hollu też.

Przed drzwiami do pewnego pokoju siedzą Marcin, Monika, Iza i kilku innych znajomych Marcina. Wyglądają na mafię. Marcin mówi jednemu z nich, że ich szef jest całkowicie bezpieczny. Takiej ochrony nie ma nawet prezydent.
Jeden z znajomych wyjaśnia, że kilku przełożonych organizacji, w której siedzibie się teraz znajdują, zostało zamordowanych mimo ochrony. Marcin odpowiada, że zorganizował najlepszych ludzi, jakich udało mu się znaleźć. Z dalszej rozmowy wynika, że do szefa ma przybyć dziś jego siostrzeniec.

W pewnym momencie do hollu wchodzi starszy mężczyzna i domniemany siostrzeniec, którym jest...
Jim.
Jim obejmuje ramieniem starszego i mu opowiada coś z wielkim rozbawieniem. Wszyscy patrzą na nich ze zdziwieniem a w szczególności Iza. Jim zauważa Izę i uśmiecha się w jej kierunku. Puszcza do niej oko. Iza zauważa dziki błysk w tym oku.

Jim i starszy wchodzą do pokoju szefa. Zamykają drzwi za sobą. Iza jest zaniepokojona. Wydaje się, że coś jest nie w porządku. Było coś nienaturalnego w chodzie tych dwóch osób, które przeszły przez holl. Przypomina sobie dziwne ułożenie ręki Jima...

TOK TOK TOK... Zza drzwi dochodzą ciche dźwięki. Brzmi jak odgłos strzału z pistoletu z tłumikiem. Wszyscy w hollu zrywają się na równe nogi. Próbują otworzyć drzwi, a gdy to nie przynosi rezultatu, rozbijają zamek i dostają się do środka.

Jest już za późno. Szef leży martwy na ziemi z jego twarzy płynie krew. Marcin podchodzi bliżej by zobaczyć, że...
Ofiara jest pozbawiona oczu. Ciało starszego leży za biurkiem. O sposobie ucieczki napastnika świadczy otwarte na oścież okno. Marcin wygląda na zewnątrz, ale po mordercy nie ma ani śladu.

CDN...

  • 2 tygodnie później...

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @KOBIETA Bądź  jak Supernova. 
    • @Radosław   wiem Radosław …niestety to takie silne oddziaływanie jest …międzygalaktyczne ;)))) nie wiem jak mogę Tobie pomóc…? ;) 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...