Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Czując, że koń długo nie ujedzie galopem wojowniczka zwolniła. Wiatr świszczący jej w uszach podczas tej krótkiej, szaleńczej ucieczki, powoli przechodził w szum, a myśli które uleciały wraz z nim, teraz powracały tak samo dokuczliwe jak przedtem. Może nawet bardziej. Nie przypuszczała, aby orki wszczęły za nią pogoń. Martwy kompan to jeszcze nie powód by opuszczać miejsce dogodne do napadów. Dziewczyna wiedziała, że w porcie powinna zawiadomić o bandzie orków nadzorcę królewskiego. Lecz po pierwsze, jako wychowance Starej Szkoły wraz ze sztuką władania mieczem wpojono jej niechęć do wszelkich popleczników króla łącznie z samym królem. Drugi powód był bardziej przyziemny. Jej misja wymagała dyskrecji. Mapy, które przewoziła pod żadnym pozorem nie mogły się dostać w ręce królewskich. To by ją kosztowało drożej niż własne życie. Na samą myśl o tym, jaka byłaby kara za nie wykonanie rozkazu, Ahn zadrżała. W swoim krótkim życiu była świadkiem tylko dwóch egzekucji tego rodzaju. Jak dla niej był to dostatecznie dobry powód, aby wykonywać rozkazy zwierzchników bez zadawania zbędnych pytań i z daleko idącą pieczołowitością. Nie chciała nigdy więcej oglądać strasznej kaźni, jakiej poddawani byli ci, którzy świadomie bądź nie, działali na niekorzyść Starej Szkoły, nie mówiąc już o tym, że sama miałaby się stać obiektem tego typu praktyk. Wolałaby już wpaść w łapy orków, które w powszechnej świadomości słyną z okrucieństwa dla schwytanych żywcem jeńców. O tak! Orkowie wydawali się być znacznie łagodniejsi w zadawaniu tortur niż jej pobratymcy. Wojowniczka popadła w ponury nastrój. Pierwszy raz była świadkiem okrutnej kaźni na Wornbugg’u Gann, Nadzorcy Niewolników remontujących drogę. Ahn nie mogła sobie przypomnieć, o jaką drogę chodziło, zresztą nie było to najważniejsze. Nadzorca zdefraudował część złota przeznaczonego na kamień do utwardzenia duktu. Zakupił po prostu tańszy kamień niewiadomego pochodzenia, podczas gdy Rozkaz mówił jasno skąd ma sprowadzić kamień. Przekręt być może nie wyszedłby na jaw, ale kamień okazał się kiepskiej jakości i po kilku latach droga nadawała się do powtórnego remontu. Przeprowadzono śledztwo, a winnym okazał się właśnie Wornbugg Gann. Dla przykładu bardziej niż za samo przewinienie, Rada postanowiła go ukarać w najgorszy z możliwych sposób. Dziewczyna doskonale wiedziała, dlaczego do tej pory pamięta wszystko w najdrobniejszym szczególe. Gdy nadzorca został skazany na bisznu, karę gorszą od najokrutniejszej śmierci, nie miała jeszcze sześciu lat. Ponieważ przebywała w Starej Szkole już od ponad roku Reguła Starej Szkoły nakazywała jej uczestnictwo w Ceremonii. I było to okrutne doświadczenie. Po dziś dzień zmuszała się do myślenia o Ceremonii bisznu z największą trudnością, szczególnie, że była nie tylko jej świadkiem, ale i uczestnikiem. Do tej pory budziła się w środku nocy zlana zimnym potem, a ze snu pamiętała tylko twarz Wornbugg’a Gann wykrzywioną spazmem bólu, w taki sposób, że trudno w niej było rozpoznać, chociaż cień człowieczeństwa. Ahn by dłużej nie katować się ponurym wspomnieniem, upewniła się po raz kolejny, że wszystkie przewożone przez nią dokumenty są na swoim miejscu. Jeszcze tego brakowało, żeby zgubiła któryś z nich podczas tej wariackiej galopady.
Reszta drogi do portu upłynęła wojowniczce na rozmyślaniach. Ponure wspomnienia wypełzały z zakamarków jej pamięci jak oślizgłe potwory. Ahn wolałaby walczyć z jadowitymi bestiami z mokradeł, albo wojować z hordą Szarych Ludzi Pustyni, niż nurzać się we wspomnieniach z okresu, który zwykło się nazywać dzieciństwem. W przypadku wszystkich adeptów Starej Szkoły trudno było mówić o szczęśliwym dzieciństwie, niezależnie od Cechu do którego zostali przydzieleni. Wykonywali oni najpodlejsze prace, a oprócz tego pobierali nauki i zdobywali umiejętności w zależności od swojego Cechu. Jednakże Cech Wojowników cieszył się najbardziej ponurą sławą ze wszystkich. Nawet w Cechu Magów śmiertelność wśród adeptów nie była aż tak wysoka. A wiadomym jest jak skomplikowane jest utkanie zaklęcia bez szkody dla samego siebie. Ahn przypomniała się twarz Gotha, dowódcy i instruktora. Zawsze wrzeszczał, jakby nie dość było ewolucji grożących gwałtowną śmiercią, podczas niezliczonych ćwiczeń. A jeśli by kto nie wykonał ćwiczenia i przypadkiem to przeżył to jeszcze dostawał od Gotha cięgi za nie wykonanie zadania. Tak... Te wszystkie wyglądające jak potwory maszyny ćwiczące ich refleks i sprawność. Ile to razy spadała z którejś z nich niemal skręcając kark i wskakiwała z powrotem jak najszybciej bardziej bojąc się Gotha niż skręcenia karku. Gdy została czeladnikiem, Ahn została skierowana do kompani mającej oczyścić mokradła z zalegających tam bestii. Przy jej nowym dowódcy Goth okazał się wcieleniem łagodności. Bogle’ był najpaskudniejszym z ludzi, których zdarzyło się jej oglądać, do tego wiecznie pijany. Ręce kleiły mu się do każdego młodego wojownika i nie bardzo zwracał przy tym uwagę na płeć. A jeśliby ktoś mu się sprzeciwił wysyłał na mokradła, do walki z jaszczurami. Pamiętała jak skradała się po mokradłach wraz z trzyosobowym odziałem, tak jak ona najwyżej piętnastoletnich wojowników. Brnęli w błocie po kolana z wyciągniętym przed siebie mieczami. Wszyscy w napięciu oczekiwali nieuniknionego. Wszyscy wsłuchiwali się w odgłosy mokradła, dochodzące zewsząd chlupoty, piski i zawodzenia, a także mlaskanie i trzask jakby komuś łamano kości. Najgorsze jednak były dalekie chichoty i szepty, jakby mokradło wyśmiewało ich młodzieńczą naiwną odwagę. Nagle Ahn usłyszała obok siebie zduszony krzyk i bulgot błota. Stojącej obok niej dziewczyny już nie było. Mocniej ścisnęła rękojeść swojego miecza. Wytężyła wzrok, skupiła całą wolę, jej oddech był płytki i powolny, a każdy mięsień napięty jak cięciwa łyku. I nagle tuż obok niej wytrysną w fontannie błota wężowaty kształt. Bez namysły cięła i rąbała mieczem, aż pozbawiona życia bestia zanurzyła się w błocie i zniknęła. Po chwili wyłoniła się następna i następna, później jeszcze dwie. Z ich ran i przeciętych tętnic bryzgała żrącą posoką parując i sycząc przy zetknięciu z błotem. Do dziś Ahn miała na rękach drobne ślady po poparzeniu, tam gdzie jad przepalił skórzaną kurtkę i grube rękawice wżerając się w jej ciało.
Na szczęście widziała już mury otaczające miasto portowe, lśniły czerwonawo na tle tonącego w morzu słońca. Ahn zachwyciła się tym widokiem. Rzadko miała okazję oglądać tak piękną architekturę. W Starym Mieście, podobnie jak we wszystkich warowniach, w których zdarzyło jej się stacjonować wszystko było podporządkowane względom czysto praktycznym. Wyjątek stanowił pałac Cechmistrza Cechów zaprojektowany i wykonany przez elfy. Mury miasta Kaa wyglądały na iście elfią robotę. Z traktu wydawało się, że zrobione są z pociętego w niezwykłe wzory szkła, skrzyły się w zachodzącym słońcu tysiącem odcieni czerwieni purpury i bordo. Dopiero z bliska widać było, że stanowią przeszkodę nie do przebycia dla nieproszonych gości. Świeża bryza dolatująca znad morza rozwiała jej ponure myśli, pozwalając skupić się na zadaniu, które miała do wykonania.
Wjechała przez Bramę Wejścia nie niepokojona przez strażników zbyt zajętych niepokojeniem jakiejś portowej dziewki. Musiała teraz odszukać tawernę Pod Rozbrykanym Aniołkiem.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • II.
      Wujek Wołodia ma do tego dryg (Ty wiesz, co!)

      Byliśmy na rowerze: ja, kumpela, i jej gach,
      Nagle mi puściły śruby w mimośrodzie!
      Rama mnie bach, spodnie w piach,
      Rower do kasacji, przyrodzenie jakbym dopiero co się urodził!

      Ale w Piterze mówią, że mój sąsiad, były szpieg , jeden z perełek z korytka KGB,
      Wujek Wołodia, tak nazywają go, ma do tego niezły dryg…

      — Wujek Wołodia?
      — Wujek Wołodia!
      Wujek Wołodia zaraz to załatwi ci!
      Wujku Wołodia, dokręć śruby mi!
      Wujku Wołodia, dokręć śruby w mig!
      Wujku Wołodia, śrubę dokręć mi!


      Posiedź jeszcze, wujek Wołodia dokręci kilka śrub.
      A ciocia Natasza nas zaszyje, milcząc jak grób!
      Cała rodzina, cały blok ją na zabój kocha!
      Ciocię znaną jako Bomba (albo Gocha Locha),
      kochają wszyscy, a do tego, prokuratorski złożyła ślub!

      Więc, ciociu, co jeszcze możesz nam zszyć? Wujek Wołodia nam wszystkim kibić tak zwęził, że zaczęła pić!
      Wszystkich nas związała jego wątpliwego wątku wątła nić!

      — Wujek Wołodia?
      — Wujek Wołodia!
      Wujek Wołodia zaraz to załatwi ci!
      Wujku Wołodia, dokręć śruby mi!
      Wujku Wołodia, dokręć śruby w mig!
      Wujku Wołodia, śrubę dokręć mi!


      Wuju, wy, chwała ci chór wujów dostojny!
      Wuju złamany, odkręć śruby tej wojny!

      Wujku Wołodia, d dokręć śruby!
      Wujku Wołodia, d, dokręć śruby!
      Wujku Wołodia, dokręć, błaga cię Twój lud,
      Wujku Wołodia, rozkręć, blogi, Twój lód błogi!

      Wujku Wołodia, do kręć do wszystkich.... śrub!
      Wujku Wołodia, kręć aż po sam....
      Grób!

      III.
      [...]
      „To minie, jak nad Moskwą majowa burza”

      Jak łzy Ukrainy, jak w ustach palce brudnego psa
      Jak legitymacja członka z ramienia spod ciemnej gwiazdy,
      Jak przesłuchanie w chłodni – aż bać się strach!
      Jak korytarze ponure Łubianki,

      Jak gaz z Nord-Ost, który na cel bierze wiatr,
      Jak niesforna sfora federalnych majorów,
      Sewastopol, Donieck i Ługańsk, wagnerowcy i Specnaz,
      Jak pałujący kobiety chłopcy z Omonotworu...

      To na pewno minie,
      Minie jak zły sen!

      Z mokrym workiem nadzianym na mój durny łeb,
      Ślady na dłoni rażonej paralizatorem,
      Jak moja Rosja, czarny więzienny jem chleb,
      Ale uwierz mi: to wszystko zniknie wnet jak nocna zmora!

      W jaki ślepy zaułek wpędził nas marny los?
      Ale gdzieś na horyzoncie widzę światełko
      Upartej nadziei, wiodące w tunelu głąb...

      Uwierz mi, to też minie!

      Jak swastyka Ruskiego Mira,
      I dym pożarów niesiony przez wiatr,
      Wyroki na dzieci z Penzy i Pitera,
      I policyjna suka nabita dziećmi po dach!

      I twój telewizor, z którego pluje Sołowjow,
      Paragraf 228 i kocioł o piątej,
      I chłopcy z prewencji tępo się śmiejący,
      Gazując kobiety, chłopców i brzdące...

      To wszystko minie jak inne miesiące:
      Jak grudzień, styczeń, luty, maj…
      Minie, bez wątpienia minie!
      Na razie w to im graj
      Ale to ich już ostatnie pląsy!

      Jeszcze mam mokry worek nadziany na dumny łeb,
      Na dłoniach ślady po pieszczocie paralizatora,
      Jak moja Rosja, łykam więzienny chleb,
      Ale uwierz mi: to wszystko minie jak ta sfora od majora!

      Wszystko to wkrótce odejdzie wstecz!
      Za rok, za miesiąc, nawet za godzinę;
      Jeszcze wczoraj dyktator imperium miał u stóp,
      A dziś milczy jak grób:
      Teraz to tylko starzec w kostnicy, zimny trup !
      Wszystko kiedyś minie!

      I bramy Lefortowa runą, kraty - wyrwane z ram,
      A moja Rosja w końcu obudzi się ze snu,
      Jak ten zdradzony podwójnie malezyjski wrak,
      I wiosna w końcu zawita na twój lodowaty próg…

      W jaki ślepy zaułek zaprowadził nas marny los?
      Lecz gdzieś na pochmurnym horyzoncie widzę
      Zapomniane światło, co mnie wyprowadzi stąd!

      Uwierz mi, to też minie!
      To przeminie, na pewno! Na pewno przeminie,
      Za godzinę, za chwilę…
      To wszystko minie!

      IV.
      Hm                                            H7
      Wybaczcie piechocie, że bywa bezrozumna ona tak:
                  Em                                  F♯7
      Ty zawsze na wylocie, gdy nad ziemią wiosna idzie w tan,
                 Hm                  A7               G
      Po chwiejnych schodkach schodzisz w werbli takt…
                  Em  in              Hm/F♯     F♯7        Hm
      Zapłacze po tobie tylko wierzba, siostra wierna twych lat.

      Nie ufaj pogodzie, gdy świat cały skryje się w gęstym dżdżu,
      Nie ufaj piechocie, gdy bitne pieśni wciąż śpiewa bez tchu,
      Nie ufaj jej, nie wierz, gdy słowiki zakrzyczą na cały sad.
      Muszą rozliczyć się jeszcze życie i śmierć ze swych spraw

      Ten czas cię nauczył, że tylko w okopie znajdziesz sens i treść:
      Na przestrzał otwierasz życia drzwi tu...
      Towarzyszu, dziękuję ci za Twój hojny gest:
      Jesteś wciąż w boju i tylko to jedno cię zrywa ze snu –

      Dlaczego odchodzisz, gdy nad ziemią wiosna tańczy do utraty tchu?
      I: dokąd uchodzisz, gdy za plecami jej pieśń cię budzi ze snu?

      Edytowane przez Michał Pawica (wyświetl historię edycji)
  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...