Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Izajasz szedł szybkim krokiem po pokrytej świeżym śniegiem polnej drodze. Nie chciał po raz kolejny w tym miesiącu spóźnić się do laboratorium. To byłoby już jego ósme spóźnienie. Inni pracownicy Politechniki podróżowali samochodami, ale on nigdy nie ufał maszynom, a poza tym w żadnym przypadku nie chciał być od niczego zależny. Od hydrogenium też. Zawsze uważał się za w pełni wolnego człowieka, który w każdym miejscu i w każdym czasie potrafi być samowystarczalny.

*

Codziennie rano chodził drogą przez las. Jednak niechęć do maszyn nie była główną przyczyną jego wyboru. Słysząc pracę silników i dźwięki klaksonów nie mógł po prostu dostatecznie skoncentrować się na własnych myślach. Strasznie nie lubił tracić czasu i pewnie między innymi dlatego zaszedł tak wysoko.

*

Tym razem nie było inaczej. Izajasz przemieszczał się krokiem automatycznym. Gdyby tylko o tym wiedział poczułby się zapewne jak umysł odcięty od mięśni i zmysłów. Jak świadomość abiotycznej jednostki centralnej na mechanicznych nogach. Nie docierał do niego śpiew ptaków i dźwięk skrzypiącego pod butami śniegu. Nie widział zeszklonych, jarzących się tysiącami igieł w koronach drzew. Do jego mózgu nie napływały żadne świadome impulsy. Istniała tylko teoria, nad którą myślał już od dobrych paru miesięcy. Twierdzenie, że jest to człowiek uzależniony od własnego geniuszu nie byłoby przesadą. Nie był do końca wolny - był zakładnikiem samego siebie.

*

Szedł dalej ze wzrokiem utkwionym w skrzących się drzewach, kiedy oślepiła go seria nagłych błysków światła. Nie były to promienie słoneczne odbijające się od srebrzystych drzew. Jego oczy były już na to doskonale znieczulone, odciążając zajęty przez teorię mózg Izajasza. Seria szybkich i gwałtownych błysków skończyła się w momencie, w którym stanął żeby dokładniej się dziwnemu zjawisku przypatrzeć. Stał kilkanaście metrów przed wysokimi sosnami, skrzącymi się teraz już tylko od porannego Słońca. Chyba jestem trochę przemęczony - powiedział do siebie i wydychając ostre zimowe powietrze opuścił wzrok. Chciał iść dalej, jednak jego oczom ukazał się obraz, któremu przez ułamek sekundy nie dał wiary. Wraz z dopływem dużej ilości adrenaliny do krwi Izajasza, wszystkie zmysły stały się bardzo wrażliwe, oddech i bicie serca szybce, a mięśnie napięte.

*

Pod drzewami, na które patrzył jeszcze kilka sekund wcześniej wisiała mała, niebieskawa mgiełka. Miała może ze dwa metry wysokości i trochę więcej szerokości. Jej górna granica była bardzo wyraźnie zaznaczona, jakby odcięta skalpelem od reszty przestrzeni, a boki rozrzedzone, przechodziły ciągłym spektrum od niebieskiego do barw krzewów, pni i śniegu.

*

Izajasz stał kompletnie nieruchomy, wstrzymał nawet oddech, i dopiero po kilkunastu sekundach na nowo otrząsnął się z odrętwiania, które przyszło wraz z dociekaniem czym jest tajemnicza mgła wisząca przed nim. Była ona nieruchoma. Pierwszą rzeczą jaką zrobił, całkiem zresztą logicznie, była cyfrowa kopia w postaci zdjęcia i hologramu obiektu. Wszechobecna sieć informacyjna natychmiast wychwyciła dane i przesłała je do pamięci komputerów w jego mieszkaniu oraz gabinecie. Wiedział już, że znów nie zdąży do pracy na czas. Nagle ni stąd, ni zowąd do jego głowy dostała się myśl, jakby ktoś cichym szeptem zza jego uszu powiedział: wejdź do środka. Izajasz był tym faktem zszokowany, ponieważ nigdy wcześniej jego doskonały umysł nie płatał takich figli. Nie był nawet pewien czy to co widzi naprawdę istnieje, a jakby tego było mało przed chwilą jakiś głos niewiadomego pochodzenia szepnął mu w samym środku głowy.

*

Zwariowałem!? Cała ta moja, pieprzona teoria to tylko urojenia chorego człowieka! Kiedyś musiało do tego dojść! A może to schizofrenia i gdzie ja jestem? A może CUI szprycuje mnie fantomozolem? Dziesiątki bezładnych i nielogicznych myśli przelatywało przez jego sieć neuronową z prędkością błyskawicy. Wejdź do środka - powtórzył abstrakcyjny głos i tym razem ciało Izajasza dodatkowo przeszył słaby i krótki dreszcz. Wszystkie chaotyczne, niczym sekwencje rzutów kośćmi do gry, myśli nagle ustały. Teraz nie myślał już o niczym, słuchał tylko sterylnie czystego, powtarzającego się szeptu. Wejdź do środka, wejdź do środka, wejdź do środka...

*

Nie mógł już myśleć i mówić o sobie, że jest bardziej wyzwolony z uścisku systemu niż inni. Więził go inny, złożony z potrójnego układu: mgła, szepty, dreszcz. Całkowicie stracił kontrolę nad własnym ciałem, które od krótkiej chwili sterowane było, już nie przez mózg, tylko przez coś czego nie był wstanie choćby w najmniejszym zakresie określić. Już nawet nie próbował. Wciągnął ostre, zimowe powietrze i miarowym krokiem poszedł w kierunku niebieskiej poświaty.

*

Szepty ustały, był już w środku. Przerażony i sparaliżowany strachem. Widział jak unosi się nad lasem i następnie ponad polami, jak z dużą prędkością leci nad miastem do którego zmierzał. Zobaczył budynek Politechniki i kościół. Nadal nie potrafił nic pomyśleć, w jego głowie panowała idealna pustka, jednak z całą pewnością nie nazwałby tego stanu nirwaną. Izajasz unosił się w czymś nieokreślonym, tak jakby szybował siłą własnej woli. Coś w czym był nie było już mgłą. Nie widział żadnych ścian, nie widział i nie czuł podłogi na której stoi. Nagle oślepiła go seria dziwnych błysków i pod jego nogami nie było już znajomego miasta z prostopadłymi ulicami, parkami, rzeką i czystymi placami. W zdumieniu przewijały się pod nim dymiące fabryki gigantycznego molocha. Ogromne miasto sięgające po horyzont, a w dole prawie jednakowo ubrani ludzie, chodzący w szeregach, po zatłoczonych i brudnych ulicach. Nie mógł tego wszystkiego dobrze dostrzec, ponieważ warstwa czarnego smogu przesłaniała widok. Niektóre z części metropolii były zupełnie zasłonięte. W rzece nie odbijało się Słońce, a woda nie była błękitna, tylko szara.

*

Stopniowo chłonął sytuację i zaczynał myśleć. Wszystko składało mu się na obraz jakiegoś okrutnego żartu. Koszmaru, z którego miał nadzieję za chwilę obudzić się w swoim ciepłym łóżku. To było zbyt dziwne, by mógł w to uwierzyć. Przecież od setek lat na Ziemi nie było tak brudnych i smutnych miast jak to bezszelestnie przewijające się pod jego stopami. Jednak z czasem stawał się coraz bardziej spokojny, gdzieś w głębi ducha poczuł, że wszystko dobrze się skończy, że to tylko absurdalny sen i wtedy znów usłyszał szept, od którego włosy zjeżyły mu się na głowie, a po karku przeszła seria dreszczy. Odruchowo odwrócił się za siebie i zobaczył dość niską, szarawą istotę, w masce pokrywającej prawie całą twarz. Ugięły się pod nim nogi i omal nie zemdlał, w jego umysł wdarł się powtórzony szept.

*

- Witaj - humanoidalna istota nie poruszyła ustami.
To musi być coś w rodzaju telepatii, mimo woli pomyślał Izajasz.
- Tak, masz rację. To jest telepatia - potwierdził rozmówca, spoglądając na przestraszonego Izajasza zza wielkich szkliw swojej szarej maski.
Zaczęli rozmowę.
- Nie masz się czego obawiać. Jeśli będziesz wypełniał polecenia, nic złego Ci się nie stanie, rozumiesz?
- Jakie polecenia!? - gwałtownie rzucił Izajasz. Jego twarz jeszcze bardziej pobladła.
- Dowiesz się o nich w swoim czasie. Mogłem pojawić się tutaj w postaci wizualizacji człowieka z Twojego świata, jednak rada uznała, że nie ma takiej potrzeby i, że powstrzymasz swój strach.
- Jaka rada, jakie polecenia, o co chodzi!?
- Będziesz naszym konstruktorem, potem dowiesz się więcej – ze spokojem odpowiedziała postać. Wiemy, że pracujesz nad teorią próżni czasowej. Będziesz teraz kontynuował prace w naszym ośrodku.
- Nie rozumiem! Jesteście kosmitami, czy co!? - przerażony naukowiec był idealnym przeciwieństwem swojego rozmówcy. Wstrząsały nim fale wzburzenia, a po chwili robiło mu się słabo.
- Nie, jestem człowiekiem tak jak Ty. Mój naród wygrał właśnie wyścig w przeszłość. Udało nam się zbudować maszynę czasu.
- Co to za brednie! To niemożliwe!
- A jednak możliwe. Zapowiada się trzecia wojna światowa. Będziesz naszym konstruktorem. Zbudujesz bombę - głos szarawego człowieka w masce, stał się potężniejszy i wyraźniejszy.
- Jaką bombę!
- Bombę czasową. Od kiedy opanowaliśmy technologię wypraw w czasie, wiemy że jej zbudowanie jest możliwe. Odrzucisz patriotyzm i pomożesz nam wygrać wojnę.
- Aa, czyli Ty jesteś Hitler, a ja Einstein, tak? Kim wy jesteście do cholery!? - wrzasnął w myślach Izajasz.
- Chińczykami - odparł rozmówca.
- Nie będę wypełniał żadnych poleceń, możesz je sobie schować w dupie! Rozumiesz!? - teraz już do końca stracił równowagę.
- Będziesz. Niedługo przeprogramujemy Twój mózg, tak żebyś czuł się Chińczykiem i komunistą. Oswobodzimy świat z tyranii kapitalizmu. Zbudujesz dla nas bomby czasowe, my w jednej milisekundzie zdetonujemy je w Ameryce i Europie, a potem opanujemy i wprowadzimy porządek. Rozumiesz chyba, że nie możemy użyć energii nuklearnej, to doprowadziłoby do całkowitej zagłady.
W tym momencie Izajaszowi poczerniało przed oczami, poczuł jak z głowy odpływa mu krew, stracił świadomość i głucho upadł na przezroczystą podłogę pojazdu.

*

Nie wiadomo ile minęło czasu, zanim odzyskał przytomność. Znajdował się teraz w idealnie czystym sześciennym pomieszczeniu, o białych ścianach, zbudowanych z, jak mu się wydawało, jakichś dziwnych kryształów. Nie dostrzegł żadnych drzwi i okien, w środku znajdowały się tylko dwa, ustawione na przeciw siebie, czarne krzesła. Pomieszczenie, nie zaciekawiło go w żaden sposób. Nic dziwnego. Siedział na jednym z krzeseł naszpikowany różnymi farmaceutykami. Ogarniał go wielki spokój, myśli miał czyste i jasne. Substancje płynące w jego żyłach sprawiły, że nie odczuwał żadnych innych emocji. Istniał tylko spokój i harmonia.

*

Patrząc przed siebie, Izajasz, zauważył przenikającego przez ścianę, znajomego osobnika, z którym rozmawiając niedawno wpadł w szał. Naturalnie w stanie w jakim się znajdował, wcale go to nie zdziwiło. Nie zdenerwował się też w ogóle.
Szary, niski człowiek zrobił kilka kroków, przeszedł przez krzesło, jakby było jedynie projekcją, a następnie na nim usiadł.
- Witam ponownie - oświadczył.
- Witam - miękko odpowiedział Izajasz.
- Teraz możesz pytać o wszystko. Chińczyk ukryty za maską patrzył mu prosto w oczy.
- W którym jesteśmy roku?
- Właściwie dziwne, że to pytanie zadajesz dopiero teraz, a nie przy pierwszej okazji. Większość pyta od razu. Od momentu Twojego zniknięcia minęły setki lat. Nikt o Tobie już nie pamięta. Jest rok 2666.
Słowa powstające w mózgu porwanego naukowca, z początku nie robiły na nim żadnego wrażenia. Dopiero po chwili ujawniła się odwieczna ciekawość świata.
- Latające talerze to po prostu maszyny czasu?
- Tak, to nasze statki zwiadowcze. Izajaszowi rozszerzyły się źrenice, jakby pod wpływem nagłego impulsu.
- Co to jest za bomba czasowa, którą, ja niby, mam dla was skonstruować? - spytał spokojnie.
- No właśnie. O teorii próżni czasowej myślałeś dużo. Co prawda nie wierzyłeś w możliwość podróży w czasie, ale teraz już wiesz, że to był duży błąd. Bomba czasowa to nic innego jak urządzenie emitujące fale, które zatrzymują czas. Nasi agenci zainstalują je na terenie wroga, uruchomimy je, a następnie wkroczymy w specjalnych antypowłokach. Jak Ci doskonale wiadomo czas to tylko sekwencje następujących po sobie reakcji fizyczno-chemicznych. My po prostu je zatrzymamy, uniemożliwiając wrogowi działanie. Zatrzymamy czas.
Genialny umysł Izajasza już w połowie wypowiedzi Chińczyka wszystko zrozumiał. Już o nic nie chciał pytać. Po prostu analizował. Nieświadomy konsekwencji zaczął obmyślać różne aspekty sprawy. Jednak leki otępiające jego uczucia, poczucie honoru i przywiązania, nie mogły działać wiecznie.
- Dobrze - przerwał mu głos w jego głowie. W takim razie teraz zajmą się Tobą bioprogramiści. Zapomnisz o wszystkim, zaaplikujemy Ci nową tożsamość.
Powieki Izajasza momentalnie stały się bardzo ciężkie. Nie opierał się długo, po krótkiej chwili opadły zasłaniając oczy i okrywając mrokiem jego dotychczasowe życie na zawsze.

*

Izajasz już nie istniał, był przeszłością. Teraz nazywał się prof Mo Zhang. Siedział z nałożoną na twarz dużą, szarą maską w swoim gabinecie i obmyślał konstrukcję bomby czasowej. Zresztą nie tylko on, na odkrycie pracował cały sztab najlepszych, zwerbowanych umysłów świata. Byli już blisko. Profesor obracając stare pióro w dłoni, siedział ze wzrokiem utkwionym w smog chińskiego nieba. Cała gospodarka mocarstwa została przystosowana w celu wynalezienia technologii, które pozwoliłyby opanować świat. Wygrać ze znienawidzonym wrogiem. Powstały monumentalne elektrownie produkujące gigantyczne ilości energii, potrzebne laboratoriom naukowym. Powietrze zanieczyszczały wielkie fabryki i huty produkujące broń i różne pojazdy. Filtry powietrza nie nadążały oczyszczać atmosfery, która z czasem stała się trująca. Wszyscy obywatele chodzili w maskach gazowych chroniących ich nieprzystosowane genetycznie, jeszcze płuca. Wszyscy byli ubrani w jednakowe uniformy. Skóra stała się szara od wielkiej ilości chemikaliów zawartych w powietrzu i wodzie. Kolejne pokolenia rodziły się coraz niższe, coraz bardziej szare i łyse. Cena postępu i zwycięstwa była wysoka.

*

Profesor wciąż obracał swoje czarne pióro, wpatrując się w czarne chmury, leniwie przemieszczające się ponad miastem.
- Witam Towarzyszu Zhang. - Niespodziewanie dobiegł go głos przerywając poważne rozważania.
- Dzień dobry, Towarzyszu Dyrektorze - Profesor uśmiechnął się i telepatycznie posłał swoje myśli do głowy gościa.
- Rada Państwowa chciałaby wiedzieć jak przebiegają prace nad bombą.
- Jesteśmy już bardzo blisko - zdecydowanie odparł Mo.
- To świetnie, bo zaczęliśmy się już trochę niepokoić. Szpiedzy donoszą, że wróg uczynił ostatnio duże postępy i jeśli się nie pośpieszymy, możemy nie zdążyć!
- Zapewniam Pana, Towarzyszu Dyrektorze, że bomba to kwestia kilku dni.
- Świetnie! Nie przeszkadzam więc i życzę powodzenia Towarzyszu! Proszę mnie informować o postępach.
Dyrektor laboratorium głównego odwrócił się i wyszedł, przenikając przez przezroczyste drzwi gabinetu.

*

Rzeczywiście, Profesor Mo Zhang miał rację. Kilka dni wystarczyło, żeby ukończyć projekt BC i przetestować go na poligonie wojskowym. Zostało wyprodukowanych kilkaset bomb czasowych o różnym zasięgu, i wysłanych do strategicznych punktów na terytorium przeciwnika. Urządzenia te były gładkimi, czarnymi sześcianami, o boku około dziesięciu centymetrów. Przez cały czas pracy w laboratorium i swoim gabinecie nie przypomniało mu się zupełnie nic. Nie miał wyrzutów sumienia. Był tylko smutnym przykładem człowieka zniewolonego przez technologię. Nie mógł się doczekać operacji. Zdawał sobie sprawę, że zostanie bohaterem narodowym i budowało to w nim poczucie dumy.

*

W dzień ataku tysiące agentów rozmieszczonych w Europie i Ameryce przebierało się właśnie w antypowłoki umożliwiające działanie w warunkach emisji fal. Nie były to skafandry czy uniformy, tak jak bomba w rzeczywistości nie była bombą. Antypowłoki były po prostu nadajnikami odbijającymi fale wysyłane przez bomby czasowe. Również w procesie ich powstania dużą rolę odegrał Profesor.

*

Do uruchomienia sześcianów pozostało kilkadziesiąt minut. Chińskie statki powietrzne przygotowane były do ataku i zajęcia centralnych miejsc. Profesor, nerwowo chodził po swoim gabinecie co chwilę wpatrując się w czasomierze.

*

Odliczanie się skończyło, zegary atomowe stanęły i nastała godzina zero. Setki bomb czasowych zaczęły emitować niesłyszalne fale zatrzymujące wszystkie reakcje zachodzące w przyrodzie. Deszcz przestał padać, wiatr wiać, ludzie zastygli w przeróżnych pozach. Wydawało się, że wszystko stanęło. Czas się zatrzymał, ale nie wszędzie, gdzie miał się zatrzymać! Okazało się, że działa jeszcze jeden niespodziewany element. Element, którego nie można było przewidzieć. Element, którym był zdrajca. Zdrajca - szaleniec, u którego nie powiodło się bioprogramowanie, i który zachował szczątki swojej wcześniejszej tożsamości, a w zderzeniu z nową, wprowadzoną do jego mózgu oszalał. W laboratorium nikomu nie był potrzebny chory psychicznie, który nie mógł pomóc w produkcji bomby. Został wyrzucony z projektu jak śmieć, co spowodowało tylko, że jego umysł zadziałał jeszcze bardziej nielogicznie, niż w czasie jego pracy.

*

Szaleniec samodzielnie poznał technologię antypowłok i uciekł do Europy, gdzie sprzedał swoją wiedzę setkom terrorystów. Teraz wszyscy z nich czekali w swoich antypowłokach i kiedy czas się zatrzymał, opanowali system rakietowego. Zanim dotarli tam żołnierze i agenci, to oni byli panami świata. Dzięki swojej frustracji nie wykorzystali tej władzy dobrze. Wystarczyło kilka minut, a głowice atomowe zaopatrzone w emitery antypowłok, poszybowały w kierunku Chin. W jednej chwili atmosferę zapełniły tysiące rakiet, pochodzących z obu stron konfliktu, z ładunkami jądrowymi, by po kilkudzisięciu minutach unicestwić ludzką cywilizację. Życie na planecie Ziemia pod uściskiem milionów megaton zamieniło się w pył, lub wyparowało w ciągu kilku minut. Nie było już bomb czasowych, emiterów antypowłok, Profesora Mo, szarych ludzi i w ogóle niczego.

*

Izajasz był cały spocony. Trzęsącą się dłonią, nerwowo odkleił mały, metaliczny plaster z czoła. Odetchnął z ulgą, wydychając ciepłe, letnie powietrze. Musiał już iść na uniwersytet. Nie bez kozery napisali ostrzeżenie, że to wizja dla osób o mocnych nerwach – pomyślał. Na jakiś czas koniec z Wizjoplastrami.

  • 3 tygodnie później...
Opublikowano

1)"poza tym w żadnym przypadku nie chciał być od niczego zależny. Od hydrogenium też” – skoro od niczego to również od hydrogenium. Mogłeś napisać to tak: od niczego… nawet od hydrogenium.
2) „Codziennie rano chodził drogą przez las. Jednak niechęć do maszyn nie była główną przyczyną jego wyboru” – wystarczyłoby: nie była tego główną przyczyną. – wyrzuć „jego wyboru’
3) „Strasznie nie lubił tracić czasu i pewnie między innymi dlatego zaszedł tak wysoko.” – jakaś mania jest z tym „strasznie” – „strasznie się cieszę”, „strasznie ciebie kocham”. – Oczywiście: Bardzo nie lubił tracić czasu…
4) „Nie widział zeszklonych, jarzących się tysiącami igieł w koronach drzew” – pierwszej chwili nie wiedziałem o co chodzi. Lepiej poprawić: Nie widział zeszklonych drzew, jarzących się tysiącami igieł w koronach. – jest czytelniejsze
5) „Nie był do końca wolny - był zakładnikiem samego siebie.” – Pogląd jakże w moim guście.
6) „żeby dokładniej się dziwnemu zjawisku przypatrzeć.„ – dokładniej, co zrobić? Przypatrzeć się. Czemu, komu przypatrzeć się? Dziwnemu zjawisku.
7) „oddech i bicie serca szybce, a mięśnie napięte” – lepiej: przyśpieszone
8) „Izajasz stał kompletnie nieruchomy” – nieruchomo
9) „Pierwszą rzeczą jaką zrobił, całkiem zresztą logicznie, była cyfrowa kopia w postaci zdjęcia i hologramu obiektu.” – lepiej: pierwszą racjonalną jego czynnością było wykonanie zdjęcia obiektu aparatem cyfrowym, który wyjątkowo tego dnia miał przy sobie. Niepotrzebnie udziwniłeś to zdanie.
10) „W zdumieniu przewijały się pod nim dymiące fabryki gigantycznego molocha. Ogrom” – Opis szarej metropolii sugestywny, wręcz zobaczyłem to, moje gratulacje.
11) „- Witaj - humanoidalna istota nie poruszyła ustami.” – Podoba mi się dialog zaczynający się od tego zdania

Podsumowując: mniej więcej od połowy tekstu, zacząłem go pochłaniać, dlatego też umknęły mi ewentualne błędy. Była to miła lektura. Bardzo dziękuję, pozdrawiam i zapraszam do pierwszej części mojego Dziennika, która jak mi się zdaje ma dużo wspólnego z Twoim tekstem.

  • 2 tygodnie później...

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Najszanowniejsi... Gdy tylko polski Internet obiegła wieść o napisaniu przez Jasia Kapelę trzydziestu tekstów o tematyce proaborcyjnej w ciągu jednego roku, po zapoznaniu się z częścią z nich zastanowiłem się mimowolnie czy ja zdołałbym napisać trzy wiersze o wymowie antyaborcyjnej w ciągu jednego tylko wieczora… I nim zdążyłem się nad tym dobrze zastanowić już kilka rymów przeciwko aborcji napłynęło mi nieproszonych do głowy…   Będę z Wami szczery... Z racji tego że niespodziewanie dopadły mnie w nocy gorączka i dreszcze nie wyspałem się poprzedniej nocy za dobrze… O poranku miałem problemy z zwleczeniem się z wyra… W ogóle tego dnia chodziłem jakiś taki półprzytomny... Ale myślę sobie... Co??? Ja nie dam rady napisać trzech wierszy przeciwko aborcji w jeden wieczór?! Ja nie dam rady?! Zaraz robię sobie herbatę z miodem i cytryną i biorę się do dzieła!... I tak w jeden tylko wieczór (kilka godzin) napisałem te trzy poniższe wiersze o wymowie antyaborcyjnej... Oceńcie je proszę sami...     ,,Wszystko to było odległym wspomnieniem”         Choć w obskurnych lekarskich gabinetach, Na przestrzeni wielu postkomunistycznej Polski lat, Każda z ust lekarza bezlitosna diagnoza, Tak wiele młodych matek z nóg ścinała,   Choć niejedna wymodlona ciąża, Podług diagnoz była zagrożona, A rozbudzona w sercu matki nadzieja, W ułamku sekundy niekiedy gasła,   Choć natrętna proaborcyjna propaganda, Niczym straszna upiorna zjawa, Usiłowała w ich myśli przenikać By zamęt i zwątpienie w nich siać…   Choć rozwrzeszczanych feministek wybuchy złości, Załganych pseudoekspertów opinie i głosy, W pamięci tak wielu z nich się wyryły, Sypiąc się z ekranów telewizorów plazmowych…   Wszystko to było odległym wspomnieniem, Gdy tuląc do piersi maleńkie niemowlę, Niejedna skrycie uroniła szczęścia łzę, Uśmiechając się zarazem serdecznie,   Wszystko to było odległym wspomnieniem, Gdy biorąc na ręce swe dziecię, Słowami przyobleczonymi w cichy szept, Obiecywała mu życie szczęśliwe,   Wszystko to było odległym wspomnieniem, Gdy spoglądając w swego dziecka źrenice, Pochwycona silnym wzruszeniem, Pierwszy jego ujrzała uśmiech,   Wszystko to było odległym wspomnieniem, Gdy pewnego dnia niespodziewanie, Padło z dziecięcych usteczek… - Mamusiu kocham cię…   ,,W oku niejednej matki”        Gdy w murach kościołów gotyckich Światło padające z kolorowych witraży Na twarze roześmianych dzieci, Migocąc wesoło na nich zatańczy,   Gdy maleńkie rączki dziecięce, Uczynią znak krzyża na czole, W niejednym stareńkim kościele, W skupieniu żegnając się z nabożeństwem,   W oku niejednej matki rozmodlonej, Dostrzec możemy ukradkiem łzę, Która perląc się w jasnego dnia świetle, Przetnie niekiedy blady policzek,   W oku niejednej matki rozmodlonej, Dostrzec możemy winy poczucie, Ból ciężkich niezabliźnionych wspomnień, Nagłe ukłucie sumienia wyrzutem…   I niejedna młoda matka, Zatapiając się w bolesnych wspomnieniach, Wzruszona w głębi matczynego serca, Pobiegnie myślami do tamtego dnia,   Gdy tamta straszna diagnoza, Padła z ust starego lekarza, Gdy z przerażeniem do wiadomości przyjęła, Że zagrożoną była jej ciąża,   Gdy pędzący na oślep świat, Nagle jakby się zatrzymał, Zimny dreszcz przebiegł po plecach, Z przerażenia tchu złapać nie mogła,   Gdy diabelska pokusa Odrzucenia nauczania Kościoła, W głębi duszy się tliła, Niczym kiełkujący z wolna chwast…   I spoglądając w oczy swych dzieci, Ocierając ukradkiem łzy, Niejedna przeklnie tamtą myśl, Gdy przyrzekała sobie aborcję rozważyć,   I niejedna Maryi podziękuje, Że w serca ich wlewając otuchę, Nadludzką wtedy dała im siłę, Ocaliła cudem zagrożone ciąże…   ,,Widziałem w mym śnie…”        Widziałem w mym śnie czarne parasolki, Połamane o uliczne chodniki, Bez litości zmiażdżone obcasami, Przesiąknięte brudem ulicznych kałuży,   Widziałem w mym śnie czarne parasolki, Ciśnięte do koszy na śmieci, Niszczejące pomiędzy odpadami, Obgryzane nocami przez szczury…   Widziałem w mym śnie w kościołach starych, W cieniu nadkruszonych murów gotyckich, Rozmodlone młode Polki, Przesuwające w dłoniach różańców paciorki,   Modlące się by w kolejnych latach, U boku ukochanego męża, Dostąpić łaski licznego potomstwa, Wielbiącego Boga w codziennych pacierzach…   Widziałem w mym śnie nienarodzone dzieci, Śpiące nocami pod sercem matki, Niekiedy mimowolnie ssące kciuki, Wyczekiwane przez swe anioły,   Tak bardzo pragnące być kochanymi, Przez świat w wojnach pogrążony, Zatopiony w międzyludzkiej nienawiści, Do Boga wciąż odwrócony plecami…        
    • @Mitylene utwór ma w sobie coś  klasycznego, czystego, kryształowego, niczym mityczne źródło Aretuzy.
    • @Berenika97 Dziękuję za tę nobilitująca dla mnie uwagę o dialogu z W. Szymborską. Bardzo lubię Jej poetykę, ale nie w pełni znam Jej twórczość. Ty i Poet Ka zwróciłyście mi na to uwagę. Kiedyś wcześniej padła podobna uwaga o korelacji tematu/poetyki z Wisławą. Za mało czytałem dotąd poezję. Może to Cię ubawi, ale na tym portalu studiuję poezję "z wypiekami", ponieważ sporo utworów i sporo autorów na poezja.org pisze ciekawie, inspirująco dla mnie. Jestem prawie poetyckim profanem w Waszym towarzystwie, bo mam literacką wrażliwość, ale do marca `26 w ogóle jej nie eksplorowałem w poezji. Dojrzewam przy Was, dziękuję. @Gosława  Dojrzewamy na pogrzebach. Podobnie na rozstaniach z mniej zasadniczych powodów. To brutalne i skuteczne metody. To boli, ale nie nie chcę się na nie uodparniać :-) @Poet Ka Dziękuję uważna i łaskawa :-) @KOBIETA Jakżeby inaczej u Ciebie, trzpiotko

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • Chwila zawieszenia pomiędzy światami jest podróżą przez pole maków. Czuć zapach opium. Z daleka szumi Morze Egejskie.
    • @Berenika97 Tak, zakochanie/zatracenie, może zakochanie w zatraceniu... Dziękuję! :)    @Lenore Grey Bardzo mi miło :) Pozdrawiam    @iwonaroma Pociągają czasem te przepastne... Dziękuję za zatrzymanie :)   @viola arvensis Chyba tak. Bardzo dziękuję :) Pozdrawiam 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...