Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Ostatnio widziałem film pt. „Iluzjonista” Neila Burgera i czytałem książkę „Poetyka marzenia” Gastona Bachelarda. Film należał do dziedziny fikcji i fabuły, książka natomiast była naukowa. Myślę, że warto czasem w obręb swych prywatnych lektur wprowadzić pewien ład, zacząć w pewien sposób porządkować swoją spiżarnię duchową. Czesław Miłosz napisał kiedyś książkę „Spiżarnia literacka”. Były to relacje ze świata jego prywatnych lektur. Podobnie wybitny krytyk Jan Błoński na łamach „Tygodnika Powszechnego” prowadził cykl „Mieszaniny”, które były syntezą jego prywatnych przemyśleń o literaturze ostatnich dekad, ale widać w nich było także ostrze krytyczne. Jan Błoński łączył w „Mieszaninach” zawód krytyka i powinność czytelnika. Każdy krytyk jest równocześnie czytelnikiem. Pytanie tylko czy najpierw jest czytelnikiem czy krytykiem? Otóż pewnie wydawać by się mogło, że prawdziwy profesjonalista nie przyznaje się do przyziemnego aktu posiadania własnych, tzw. prywatnych lektur, do posiadanie własnej spiżarni literackiej. Przecież dziedzina szeroko pojętej kolekcji, której notabene poświęcił osobny esej Michał Paweł Markowski w książce „Anatomia ciekawości” przynależy do świata amatorów. Tylko amator upaja się kolekcjonerstwem, pasję musi poprzedzić hobby, a hobbyści to przeważnie nie-profesjonaliści. Krytyk, który czyta, przyznaje się niejako do swojej śmiertelności, jak archanioł, który nagle traci swoją moc, albo iluzjonista, którego triki zostały przejrzane przez jeszcze bardziej sprawnego magika. Krytyk czytający, krytyk przyłapany na czytaniu automatycznie traci swoją krytyczną wszechmoc i boskość i staje się zwykłym czytelniczym śmiertelnikiem, czytelnikiem jakich wielu.
Zmierzam do udowodnienia tezy, ( z lepszym lub gorszym skutkiem ), że tak naprawdę ciężko jest wyjść poza tzw. krąg lektur prywatnych. Każdy akt czytania jest prywatny i każdy akt krytycznej syntezy jest również prywatny. Krytyk na dobrą sprawę nie wychodzi poza ramy kontekstów, które sam wynalazł i których sam doświadczył. Interpretacja jest równocześnie przypadkiem i koniecznością i tu zawiera się jej piękny paradoks. Boski paradoks. Jedynie w zaciszu swego przytulnego domostwa, wśród własnych książek można tworzyć głębinowe analizy i pisać hermeneutyczne traktaty.
Piszę to wszystko, aby usprawiedliwić jednocześnie przypadek i konieczność. Przypadkiem jest, że przeczytałem ostatnio Bachelarda, przypadkiem, że obejrzałem „Iluzjonistę”, konieczność natomiast zawiera się w tym, że podług mojego krytycznego nosa są to teksty kultury, które można czytać równocześnie, albo według tradycyjnej metody interpretacji oglądnąć alias przeczytać „Iluzjonistę” Bachelardem.
„Iluzjonista” opowiada o pewnym magiku, który zwyczajnym prestidigitatorem jednak nie jest. Jest prawdziwym magiem, który wprawia w osłupienie publiczność przyzwyczajoną do bardziej przyziemnego wyrażania poprzez magię. Potrafi wyczarować drzewko pomarańczowe ze zwykłej pomarańczy, wyciągnąć kartę z talii bez pomocy rąk, sprawić że miecz będzie tkwił w podłodze jak mityczny ekskalibur, tak że nawet najwięksi mocarze nie zdołają go wyciągnąć. Tajemnicza jest przeszłość Eisenheima, bo tak nazywa się główny bohater. Wiadomo, że kiedyś spotkał na swej drodze magika, który pokazał mu parę sztuczek i jak się zdaje, przekazał mu od razu swoją moc, ponieważ zaraz po pokazie, ulotnił się . Wiadomo, że odbył długą tułaczkę po świecie, w trakcie której widział rzeczy niewiarygodne i nauczył się równie niezwykłych umiejętności. No i wiadomo o najważniejszym. O miłości z dzieciństwa. Księżnej von Teschen, z którą mały Eisenheim spotykał się potajemnie, ponieważ dzieliła ich różnica klas. On był zwykłym synem mistrza fachu meblarskiego. Po piętnastoletnim rozdzieleniu spotykają się znowu na deskach teatru. Księżna von Teschen ma być poślubiona księciu korony i bierze udział jako ochotnik w pokazie Eisenheima, podczas którego powtórnie się poznają.
Nie czas tu jednak ani miejsce na opowiadanie fabuły, która jest cokolwiek intrygująca. Moim zamierzeniem jest zajrzenie w warstwy głębokie dzieła, co umożliwi mi prawo intertekstualności. Widzę kilka zbieżności między Bachelardem, a „Iluzjonistą”. „Poetyka marzenia” jest równocześnie poetyką tego filmu. I mówię to zarówno jako krytyk jak i czytelnik. Otóż zastanówmy się. Główny bohater jest niechybnie marzycielem. Balansuje on na granicy jawy i snu tak jak zresztą jego magia, która jest z gruntu oniryczna. W realnym świecie praw fizyki jego magia przestaje mieć rację bytu. Racją bytu tej magii jest odrealnienie. Motylki unoszące chusteczkę podczas pokazu należą do dziedziny baśni i bajek. Czyżby więc magik był bajarzem raczącym nas tekstem opowieści magicznej? Jego tekst jest sztuką, a jego sztuka jest baśnią. Baśń przynależy do dziedziny do marzenia, a głównym elementem by tak rzec „struktury marzącej” jest według Bachelarda przenikający ją ogień. Ogień to siła życia, krew, ale i przytulność i bezpieczeństwo. Marzyć można jedynie przy ogniu kominka, kiedy za oknem działa przeciwny żywioł, woda. Pada deszcz. Deszcz na zewnątrz i ciepło wewnątrz. Woda i ogień. Te dwie siły przenikają marzenie. Marzenie jest przytulnością wyniesioną z domu na wolność przygody. Pobyt Eisenheima w domu jest zaznaczony w filmie co prawda epizodycznie, ale i w tym krótkim fragmencie nie brak magii marzenia. Zarówno ojciec robiący meble, jak i magik, który nagle pojawia się przy drodze pod drzewem to elementy tej samej układanki, który na potrzeby tego tekstu nazwałem strukturą marzącą. Eisenheim przebywa w takiej strukturze od początku do końca. Bez zanurzenia w tej strukturze niemożliwy byłby jego byt jako magika. Byt, który z kolei zagwarantowany jest przez obraz. Byt, który wynika z obrazu. W końcu jego iluzja polegać może tylko na obrazie, na wizualizacji. Tak naprawdę poza obraz trudno nam wyjść. A ściślej, poza obraz trudno i właściwie niemożliwie jest wyjść marzycielom. Czy Eisenheim jest jednak marzycielem? Myślę, że odpowiedź będzie negatywna. Marzyciel jest pasywny, marzyciel jest odbiorcą, zawsze najpierw jest odbiorcą ( dopiero później może być twórcą ). Eisenheim natomiast od początku jest twórcą swojego marzenia. Marzenie go nie nawiedza, marzenie go nie dopada. Eisenheim umyka marzeniu tworząc własną strukturę marzącą, owijając się szczelnie w jej kokon. To zarazem jego tarcza przed światem jak i dla tego świata oferta. Kto zrozumie tę skomplikowaną dialektykę obrony przed światem i zaproszenia do świata, podwójności otwarcia i zamknięcia, ten zdobędzie rzecz najważniejszą: miłość Eisenheima. Księżna von Teschen rozumiała duszę magika i dlatego zdobyła jego miłość. Nie pomagała mu ani w wyjściu do świata ani w zamknięciu się przed światem. Księżna po prostu od razu zrozumiała reguły gry. To, że należy jedynie uczestniczyć w strukturze marzącej, której twórcą jest Eisenheim i poza nią nie wychodzić. Trwać przy Eisenheimie jako kobieta, ale i jako część jego misternie ułożonego planu. Planu, który obejmuje cały świat i wszystkie jego zależności.
Bachelard napisał: „marzę świat, więc świat istnieje tak jak go marzę”. Jest w tym stwierdzeniu jakaś totalność. Totalne jednak są i działania Eisenheima, który zmierza do odkrycia największej zagadki, wobec której pozostawał przez długi czas bezradny: zagadki miłości. Eisehneim poznał wszystkie dziwy i tajemnice świata pozostając jednak głuchy na szept płynący z własnej duszy. Eishenheim innymi słowy poznał świat, nie poznając siebie. Księżna była mu potrzebna do odkrycia zagadki największej i najważniejszej: tajemnicy własnej osoby. Bachelard pisał o dwóch przeciwnych siłach, które tworzą człowieka marzącego: animie i animusie. Anima to siła naprawdę marząca, wyrastająca z najgłębszych warstw bytu, marzenie znajduje się pod znakiem animy. Animus to pierwiastek męski, który wielbi konkret, opary marzenia go nie interesują, jego przestrzenią jest codzienność. Eisenheim do wykonania swojego planu potrzebował animusa ( zrozumienie codzienności tego wymagało ), jak i animy ( kobieta, która jest kluczem do jego sztuki ).

Artysta, który nie rozumie samego siebie mając do perfekcji opanowaną własną sztukę potrzebuje czegoś, co pomoże mu zrozumieć coś więcej ponad jego profesję. Krytyk potrzebuje czytelnika. Animus potrzebuje animy. Mężczyzna potrzebuje kobiety ( konieczny banał ). Artysta potrzebuje miłości ( potrzebny truizm ). Marzenie potrzebuje struktury marzącej. Artysta piszący swoją strukturę marzącą potrzebuje odbiorcy, który wnosi sens.
Sens jest totalny, gdy tworzy go harmonia przeciwnych żywiołów. Sens wypełnia świat, gdy anima i animus działają razem.
Dlatego Eisenheim potrzebował księżnej von Teschen. Była mu potrzebna jako nieodłączny czynnik sensu. Przed poznaniem księżnej życie Eisenheima było wartością jako twórcy marzenia, jednak pozbawione było sensu.
Działalności krytycznej sens nadają czytelnicy i pisarze. Działalności marzyciela sens nadają odbiorcy marzenia.
A wszystkim krytykom i czytelnikom życzę, aby byli dobrymi odbiorcami marzenia, aby marzenie czuli i jednocześnie przyglądali mu się z uwagą właściwą profesjonalistom i nie-marzycielom.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Łukasz Wiesław Jasiński, dziękuję :)
    • @Berenika97 Łydka, łydka ;)
    • @Berenika97 uszanowanie dla supermocy kobiety ;)
    • Każdego jednego roku,  ten sam rozkaz z dowództwa. Głupi, niedorzeczny  i zupełnie pozbawiony sensu. Celu również. Bo od zarania  ta droga jest zamkniętym szlakiem. A dla miejscowych  jest drogą do samego piekła. Nie wychynie na nią nikt z pobliskich wsi. Choćby ją wybrukować studolarówkami a żwir zamienić na bryłki złota. Konie płoszą się  gdy tylko poczują jej dotyk pod kopytem. Samochody psują się  lub zachłystują nagłym odcięciem paliwa. Nie ma śmiałka  co przemierzył Lincoln Road na stopach. A jeśli nawet kto kiedy próbował, to jego szkielet pewno nadal bieleje  pośród dzikiej kniei  lub w nurcie potoku Manson. Droga oficjalnie figuruję  na mapach i przewodnikach. Mało tego,  byłaby świetną, miejscową atrakcją. Lecz nikt nie chce igrać z siłami, których w pełni nie potrafi wyjaśnić. Z żywą legendą o starych czasach.     Dziś jest ten szczególny dzień w kalendarzu. Dwudziesty siódmy grudnia. A kto tego dnia utknie na Lincoln Road, szczególnie niedaleko mogiły  i starego mostku na Manson. Ten jest stracony dla świata. Jest to tak niedorzeczna  acz wryta  w świadomość miejscowych legenda, że od przeszło dwudziestu lat, wojskowi z pobliskiej bazy  trzymają wartę na całej jej długości w tym jednym dniu. Od kilku lat panuje spokój,  choć różnie bywało. Wiele patroli przepadło bez wieści. Odnajdywano po nich broń, mundury, czasem zbłąkane i przerażone konie. Inni odnajdywali się  po wielu tygodniach  lub nawet miesiącach. Odarci nie tylko z ubioru ale i zmysłów. Lądowali w szpitalach dla obłąkanych. Bredzili w kółko o Lincoln Road. O mostku na Manson. O postaci, która pojawia się  na jego spróchniałych deskach, dwudziestego siódmego grudnia. O masakrze z czasów secesji. O dziejach przeklętej kompanii konfederatów. Może to tylko głupia legenda. A może fakty w postaci  zaginionych i pomylonych żołnierzy, są dostatecznym dowodem ku temu, że w te końcowe dni roku, patrolowanie Lincoln Road jest koniecznością. Dla spokoju duszy i sumienia żyjących.   Był to ich ostatni nawrót,  niedaleko rogatek Pinehead w stronę mostku. a dalej za nim  Lincoln wpadała i kończyła się  na międzystanowej ku Chesterfield. Tam klątwa i legenda już nie sięgały. Wieczór przechodził powoli we wczesną noc. Śnieg znaczył drogę szeroką, białą wstęgą. Nie było go wiele. W tym roku zima  nie przyszła jeszcze w całej swej pełni. Światła ich ciężarówki wrzynały się jak noże, daleko w pustą przestrzeń. Las wydawał się wtedy jeszcze mroczniejszy  i pełen złych przeczuć i istot, którym zupełnie nie w smak  była obecność ludzi.     W szoferce jechało ich dwóch  a pięciu pod bronią  jechało na pace pod płachtą z brezentu. Na figlarzy, głupców i rozbójników wystarczy, lecz czy takie środki  będą skuteczne na przeciwdziałanie klątwie. Żaden z nich wolał tego nie sprawdzać. Pokonali ostrożnie, wyboisty łuk  i wyjechali naprzeciw zjawisku,  które całkowicie ich zaskoczyło. I nie, nie było to nic nadprzyrodzonego. Wręcz przeciwnie,  były to rażące ich  światła osobowego wozu zaparkowanego na poboczu. Obok otwartych drzwi od strony kierowcy, dostrzegli ludzką postać, gdy oświetlił ją błysk reflektorów, żołnierze rozpoznali w niej nie potwora a niewiastę o bardzo przerażonej lecz naznaczonej ulgą ratunku minie. Zatrzymali się praktycznie u jej stóp.   Wysiedli dopiero po dłuższej chwili. Nie byli pewni  w środek czego tak naprawdę trafili.  Jadąc tym odcinkiem pół godziny wcześniej  natrafili tylko na pustkę. Czy kobieta była tu zupełnym przypadkiem? A może słyszała o tym  co dzieje się tutaj w tym dniu  i szukała mocnych wrażeń. Jedno było pewne. Nie znali jej,  więc nie mogła pochodzić z Pinehead. A do tego jej samochód  był wyssany z paliwa do cna. Gdyby wjechała tutaj godzinę później, musiałaby wracać na własną rękę przez las i uważać na postać jeźdźca zza plecami. Mogła to być też podpucha albo pułapka. Nie mogli tego wykluczyć.     Kapral wysiadł pierwszy i uderzył kilka razy otwartą dłonią w karoserię  dając znak tym z tyłu by ich osłaniali. Nie minęła nawet minuta  a już muszki pięciu garandów były wycelowane w przerażoną kobietę. Nie wyglądała jakby zamierzała walczyć  a raczej uciekać gdzie pieprz rośnie. Nie przejmując się  wycelowanymi w siebie karabinami,  rzuciła się z płaczem ku kapralowi. Nieważne dokąd prowadzi ta przeklęta droga ale chcę jak najszybciej znaleźć się  jak najdalej stąd. Zabierzcie mnie stąd błagam. Kapral dał jasny sygnał by opuścić broń. Wykonali rozkaz. Lecz nadal byli w niemałym szoku, że w tym dniu natrafili tu na żywą osobę.     Niech Pani wsiada czym prędzej do szoferki, droga jest zamknięta …  szczególnie dzisiejszej nocy… po drodze wszystko Pani nam opowie. Niestety na wstępie zaznaczę,  że jesteśmy zmuszeni  dokończyć wykonanie patrolu. Przejedzie z nami Pani jeszcze kilka kilometrów do drogi stanowej a potem zawrócimy do Pinehead  gdzie zostanie Pani u nas w bazie. O samochód proszę się nie martwić. Odholujemy go jutro za dnia do Pinehead.     Kobieta wpadła w histerię już po kilku pierwszych słowach kaprala. Wracać do drogi stanowej!? Przez ten stary most, który mijałam jadąc tu!? Więc proszę mnie zastrzelić tu i teraz, bo nie wrócę na ten most choćby i z uzbrojoną po zęby dywizją wojska. Zresztą na nic Wam te śmieszne karabiny. Tam mieszka coś, czego kule się nie imają. Zastrzelcie mnie albo zostawcie tutaj. Wolę czekać na śmierć tutaj, niż jechać prosto w jej objęcia. Jeśli wjedziecie na most, nie wrócicie już tutaj. Macie moje słowo.     Byliśmy na nim tylko tego dnia  co najmniej dziesięciokrotnie  i jak widać żyjemy. Boi się Pani w nagłym szoku,  własnego cienia. A cieni nie należy się bać. Cienie to cienie. A jeśli to cienie przeklętych dusz!? Widziałam ich jak teraz widzę Was. Kompanię pod bronią, lecz bez głów. Nie wrócę na most. Nie ma Pani wyjścia. Mam rozkaz odstawiać  wszelkich cywili do bazy  tak by nikt nie włóczył się po tej drodze. Nic dziwnego to przeklęta droga! Niebezpieczna i stara,  ze skruszałym mostem,  który grozi zawaleniem. Pilnujemy porządku a nie śledzimy duchy droga Pani. Dał znak dwóm podkomendnym a Ci bez zbędnych wyjaśnień i ceregieli,  siłą wrzucili wręcz kobietę do szoferki. Poza wzrokiem kaprala ale jeden z nich wracając na pakę dyskretnie się przeżegnał i ucałował krzyżyk zawisły na szyi...            
    • @Gosława uszanowanie dla miłej Pani! :)
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...