Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

zmysłowy watażka w monarszej purpurze
laur chwalebnie spoczywa na skroni
z każdym podbojem mniej się jątrzą rany
niepiśmienne ludy kłaniają się w pas

zmysłowy watażka dzierży swój instrument
jak bóg grecki zachwyca przejednaną tłuszczę
pocałunek wierności składany na piersi
przyjmuje z uśmiechem i rzuca monetę

kiedy prócz wyrazu
pojawia się kontekst
poprawia laur i parzy herbatę

w pokoju słychać
pospolite ruszenie

Opublikowano

Może nie powinnam się przyznawać, ale nie bardzo wiem do kogo chciałeś nawiązać opisując tego:zmysłowego watażkę, może mnie oświec. I mimo, że obie zwrotki wydają się nie być zbyt odkrywcze to zakończenie powaliło mnie. Udało Ci się poruszyć ( zwłaszcza, że ja uwielbiam takie zakończenia).

Nie byłabym tez sobą gdybym nie powiedziała też, że widzę w tym wierszu erotyzm :)
Po pierwsze watażka jest zmysłowy, a także "dzierży swój instrument" i "pocałunek wierności składany na piersi przyjmuje z uśmiechem", wszystko kończy się orgią: "w pokoju słychać pospolite ruszenie". ;)

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.




dziękuję za przychylny komentarz Dormo
no cóż, popracuję nad odkrywczością
a w poruszonej przeze mnie materii
odkrywanie nie należy do najtrudniejszych czynności
/o ile nie idzie o karty/

pzd.!
Opublikowano

Oj.. Wyczuwam sarkazm. Tak więc wybacz, trochę sie pomyliłam. Jeśli moja interpretacja jest trafna to wiersz ma jednak duzo większa głębie niż myślałam na początku..

P.S. Zapomniałam o tytule.. Bardzo erotyczny :)

Opublikowano

Widzę tego watażkę jako właściciela i "menadżera" pracownic agencji towarzyskiej - mafiozo i nowy transport dziewczyn z ubogich krajów. I coraz szybciej gojące się "rany" na sumieniu alfa. Tak odczytałam treść.
Niezłe.

Opublikowano

No ja to traktuję jako wielką metaforę i alegorię domowego ogniska, być może błędnie, ale tak mi jakoś pasuje...
podoba mi się wiersz, w którym proste ludy kłaniają się w pas, czy tam niepiśmienne...
poszerza to perspektywę czytelnika... i ta tłuszcza tak samo z resztą
no ładnie
pozdrawiam Jimmy

Opublikowano

Ty wiesz, ze ten wiersz jest słaby? Ty wiesz, że to nawet nie jest wiersz?
ja bym to nawet nazwała kiczem. sorry, ale takie mam zdanie.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



przyjąłem do wiadomości, teraz chciałbym dowiedzieć się dlaczego
i radzę częściej myśleć o autorskiej świadomości pewnych zabiegów, niż o jej braku

pozwolę sobie zacytować Twoje słowa:



zgrzytania nie znajdziesz w słowniku literackim - kicz jest jedną z istotnych kategorii estetycznych literatury, polecam tekst Jarzębskiego na temat kiczu - cudo

ps., jeżeli oczekujesz od innych konkretów, sama konkretami racz

pozdrawiam Kamilo
ps., będziesz na POPie?

pps., zazwyczaj piszesz coś do mnie i za chwilę usuwasz, zanim odpiszę - teraz wyjątkowo zdążyłem
Opublikowano

napiszę jak najbardziej, tylko uprzedzam, ze nie jestem filologiem, jak chcesz porozmawiac na inny mi bliższy teamt, to zaprszam, jak najbardziej;
naprawde przerazilam sie, ze bierzesz ten "wiersz" i te komentarze na poważnie, pewnie tak;
o dzięki, ze mnie cytujesz, zwlaszcza, ze nigdy mnie nie komentowales.

nie.

konkret za chwile, musze sie uspokoic.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.




na inny temat - bardzo chętnie, ale może nie dzisiaj
póki co mamy rozmawiać po prostu o wierszu, a nie prowadzić filologiczną polemikę
czekam z niecierpliwością
który wiersz i które komentarze biorę na poważnie? - nie znam

pozdrawiam Kamilo
Opublikowano

Na początku, kiedy tu się pojawiłam, dręczyło mnie pytanie o kicz, czym jest kicz, a dokładniej o granicę między kiczem, a emocjami. Dostałam odpowiedz od kogoś o nicku: Akakij Jakimowicz. Będę się na nią podpierać, bo facet (?) napisał do rzeczy. Polecił mi parę pozycji na ten temat, przyznam się, że sięgnęłam do jednej i raczej przekartkowałam, bo po prostu nie miałam czasu, ale myślę, że w końcu to przeczytam. Nawet chyba sobie teraz ją zamówię w biliotece przy okazji, jak zajmuję się czymś innym (bo świat wiedzy nie kończy się na filologii).

Kicz to podobno także dzieło artystyczne. Zgadzam się, że należy być ostrożnym zanim nazwie się cos kiczem, szczególnie, ze w teorii kicz nie jest obciążony przymusem interpretacji. Nie do końca się z tym zgadzam, szczególnie jeśli to będzie dotyczyć poezji, bo ona z zasady musi posługiwać się metaforą, co nie zmienia faktu, że nie każdy wiersz jest dobry. Chyba każdy kto pisze, coś tworzy w obrębie „sztuki”, przyjmuje- uważam, że na zasadzie intuicyjnej- pewne paradygmaty ( używając tego terminu przekładam go z wiedzy, zaczerpniętej z swojej dziedziny- teoria T. Kuhna.), które decydują, że coś uważa za kicz, lub nie. Ja tu napisałam, ze „ja nazwałabym to kiczem” Dlaczego?
słowa, jakie stosujesz, rekwizyty, jakimi się posługujesz typu
„pospolite ruszenie” „zmysłowy watażka w monarszej purpurze”- > w moim odczuciu są tandetne, dlaczego? Pomijając kwestię poczucia estetyki, co wg mnie jest sprawą indywidualną, ale nie zmienia faktu, że „Ich troje” to kicz, choć się sprzedaje.
„Wszystko jest przejaskrawione, upiększone w nadmiarze, jest ona oparta na stereotypach” A.A. „Istota kiczu nie może być opisana, lecz przeżyta. Kicz przeżywa się nierzetelnie”. Rekwizyty te są wręcz dostojne.
„z każdym podbojem mniej się jątrzą rany”-> przecież to jest strasznie przejaskrawione, wyolbrzymione, po za tym określenie „jątrzą się rany” i brzydkie i chyba już trochę przestarzałe, ale nie wiem.. nie jestem pewna.
Może założyłeś, że właśnie tak miało być- pompatycznie – ale w takim razie wolę już niczego nie czytać, niż coś takiego. Po co? Nie lubię literatury tendencyjnej.
W warstwie emocjonalnie bardzo słabo. Odbieram to jakby autor po prostu chciał koniecznie napisać wiersz- mnie to przeszkadza. To są wiersze, które nie „oddają” emocji, ale tak jakby próbowały je dopiero tworzyć - sztucznosć. A w dobrym pisaniu, rzecz polega na tym wg mnie, że emocje się porządkuje i nadaje im strukturę wiersza, nie odwrotnie, że się je dopiero chce stworzyć.. Może się mylę i emocje były najpierw, ale w takim razie ja w tym widzę, pewną nie umiejętność operowania emocjami i sięganie do tego, co najprostsze „pompatyczności”.

Nie wiem, czy wszystko tu zawarłam, co chciałam, starałam się napisać możliwie klarownie o co mi chodzi- ale jeśli chodzi o to, to lepiej się czuję w swoich ‘wierszach’ ;) wtedy jestem najbardziej klarowna.

Oczywiście, może tu ktoś napisać, ze to brednie, nie wiem o czym piszę, opieram się tylko na własnym doświadczeniu. I przepraszam jeśli jakiś słów nadużyłam.
Pozdrawiam/ k.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.





wszystko ok, ale przecież nie o teorię kiczu idzie sensu stricto
a o kicz w konkretnym wierszu
problem polega na tym, że sprawa z kiczem jest znacznie trudniejsza niż się może wydawać
i upraszczanie kwestii w taki sposób w jaki Ty to robisz jest, moim zdaniem, nie do przyjęcia

bo kicz to nie to, co "pompatyczne" jak zechciałas napisać
kicz jest w nas i jak pisze Jarzębski, każdego świadomego twórcę łączy jakiś tajemny związek z kiczem

kiczowa może być także postawa człowieka, który np. wykorzystując własny większy potencjał
intelektualny / który nb. porażająca nie jest/ doprowadza do 'ruszenia', ale to kicz powoduje własnie, że jest to ruszenie tylko 'pospolite'

a wydaje mi się, że ten tekst można także interpretować, odkładając absolutnie na bok kategorię kiczu

natomiast przejaskrawienia, przesadzenia, czy jak tam wolisz - nie ma
jest konkretny, potrzebny, celowy rodzaj poetyki - bo związek między treścią, a formą w kiczu też jest niezwykle osobliwy, ale to temat na inną rozmowę

"To są wiersze, które nie „oddają” emocji, ale tak jakby próbowały je dopiero tworzyć - sztucznosć" - tak!!!
(ale już sięganie do najprostszego - pompatyczności, czy te emocje, które mają być przed, czy po, albo to co ważne w poezji to .. itd to już bzdury)

wiersze, które tworzone są na zasadzie porządkowania emocji, które w nas są, to jest definicja poezji 14 letniej dziewczynki, bo jeżeli pisanie wierszy ma polegać na zapisywaniu w uporządkowanej formie swoich wcześniejszych przeżyć bez prawa do kreacji, projekcji.. to ja się wypisuję

tak czy owak wypisać się trzeba, bo robi się z tego dyskusja pensjonarska

pozdrawiam i dziękuję nie tylko za odiwedziny, ale także za krytykę
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


być może, ale ta 14 letnia dziewczyna niekiedy moze mieć racje.

"natomiast przejaskrawienia, przesadzenia, czy jak tam wolisz - nie ma"
aha.

wiersz jest słaby. bardzo słaby, jak dla mnie. po za tym -ciągniesz ten wiersz, jak krowę za dojki. A każdy kicz da sie obronić.

gdzie napiSalam ze:
jeżeli pisanie wierszy ma polegać na zapisywaniu w uporządkowanej formie swoich wcześniejszych przeżyć bez prawa do kreacji, projekcji.. to ja się wypisuję

- gdzie?

napisalam o warstwie emocjonalnej, o samym akcie pisania, o czynnosci, i tak nie zrozumiesz o co mi chodzi, bo tu tego nie ma. poeta nie bedziesz wg mnie. czuje sie zobowiązna wyrazic tu swoje zdanie (i też mam do tego prawo) bo widzę,że jednak poważnie to traktujesz. choć może dla kogoś to jest sztuka. nie bedę się kłócić.
nigdzie nie napisalam, ze pisanie ma polegac na zapisywaniu wczesniejszych przezyc. nie wkladaj mi w usta, to czego nie napisalam.

jak najbardziej kreacja, który wiersz, jaka metafora nie jest kreacją? tylko niekażda metafora jest dobra. dla mnie "sztucznosc" jesli jest nieumiejetna, jak w tym przypadku, jest kiczem.

dlaczego pisalam o kiczu? bo tak ten wiersz spostrzegam.

wiesz, co? to ja sie z tego wypisuję, bo robi sie ta dyskusja cwaniacka. dizękuję z takie 'wybitne' forum.
czuję, że cokolwiek bym nie napisala i tak zostanę uznana za pensjonareczke, (szczególnie przez panów tutaj reprezentujacych silna, meska, mloda logike i nauke) piszaca beznadziejne wierszyki na temat zlamanego serca, to co ona tam moze wiedzić.. phi.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Bożena Tatara - Paszko Poglądy sumienia chowają, idiotyzmy wprowadzają, idioci im klaskają, bo koryta pełne mają .   Pozdrawiam serdecznie 5 Miłego dnia 
    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @KOBIETA Bądź  jak Supernova. 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...